Plan urlopowy:
-2 kg
Realizacja:
+1,5 kg
Znaczy, że prawie się udało. Eh....
Media rozedrgały się w konwulsjach sensacji, że Polak w kosmosie, a ja zupełnie nie rozumiem tego podniecenia. bo czym się tu ekscytować skoro połowa narodu wystrzelona w kosmos?
Miejsce akcji: Lidl. Chłodziarka z masłami. Wśród nich masło w promocji. Na przeciwko starsze małżeństwo wpatruje się uważnie w półkę, próbując namierzyć to promocyjne.
Sięgnąłem i wziąłem trzy kostki. W tym momencie starszy pan odezwał się do mnie:
– Czy to jest to masło w promocji?
– Tak, proszę pana, to właśnie to masło.
– Dzięki, bo tak się z żoną zastanawialiśmy, które to.
– A proszę bardzo – uśmiechnąłem się.
– Pan jest Ślązakiem? – zapytał z ciekawością.
– Nie, proszę pana, jestem tu napływowy.
– Tak myślałem, bo inteligencja i polszczyzna jak z Warszawy.
– A dzięki, bardzo pan miły.
Kurtyna.
Na przyosiedlowej łączce doszło dzisiejszego poranka do incydentu na wysokim sąsiedzkim szczeblu. Otóż jeden sąsiad z psem zwyzywał drugiego, również z psem, od debilów z powodu nie zebrania przez tegoż świeżo pozostawionego psiego szczęścia. Do rękoczynu nie doszło. Ludziska czują ducha świąt znaczy.
- U mnie w bloku straszy!
- A tam, bzdury opowiadasz!
- No mówię Ci. Straszy w windzie i czasem na klatce schodowej.
- To siedź w domu!
-
Siedziałem, ale to nie pomogło, bo straszydło załomotało do moich
drzwi. Nie spodziewając się niczego złego otworzyłem i…. oniemiałem.
Straszydło albowiem wręczyło mi telefon z ładowarką i uprzejmie
poprosiło o naładowanie telefonu. Kiedy wciąż nie mogąc wydobyć z siebie
głosu posłusznie podłączałem telefon do gniazdka w przedpokoju,
straszydło mówiło, że jedyne dostępne gniazdko mu się w mieszkaniu
zepsuło, a resztę ma zasłonięte meblami, dlatego musi mnie o to prosić…
- No i co?
-
No i to, że w tym momencie mnie olśniło, że to nie żaden monster
zmaterializował mi się w progu, a spowity w szarobury szlafrok,
połyskujący gołymi, białymi łydkami, z długimi, sterczącymi na wszystkie strony jak po porażeniu piorunem, długo niemytymi włosami, pan Jan, sąsiad z pierwszego piętra.
- Ty to masz sąsiadów!
-
On akurat bardzo wykształcony, wykładowca na Uniwersytecie Śląskim.
Jakieś dwa lata temu przeszedł na emeryturę i zapadł był chyba na
depresję i alkoholizm, bo zaniedbał się straszliwie. No wypisz wymaluj
Baba Jaga. Tylko miotłę wręczyć, a usiadłby
okrakiem i poszybował w przestworza.
- Wyobrażam sobie.
- Wierz
mi, że rzeczywistość przerosłaby Twoje wyobrażenie. Gdyby zamiast mnie
drzwi otworzyło kilkuletnie dziecko, padłoby na zawał i wylew
jednocześnie, z wrażenia, że ujrzało na progu Babę Jagę we własnej jej osobie.
- Na szczęście nie masz dzieci.
- O ty! Co znaczy „na szczęście”?!
- Że nie masz.
-
No faktycznie, nie mam. Co do pana Jana podejrzewam, że mogło mu się
zapomnieć zapłacić rachunki za prąd i mu chwilowo odcięli. Wyobrażam
sobie, jak upiornie musi wyglądać w swoim ciemnym mieszkaniu siedząc
jedynie przy blasku świecy…
- Wiejskiego foremki nie ma?
- Skończył się. Ale zwykły wiejski też jest bardzo dobry. Podać?
- Tak, bardzo proszę. Dzisiejszy? - zapytałem, kiedy pani podała chleb już pokrojony, zapakowany w worek.
- Dzisiejszy. Godzinę temu skroiłam. Jak Boga kocham! Nie oszukałabym pana! Jest pan stałym klientem!
Rzeczywiście nie oszukała...
Dziesięć lat temu ukazał się pierwszy post na tym blogu. Oczy przecieram myśląc banalnie o pędzącym czasie. Jestem o dekadę starszy. Czy inny? Trochę tak, choć w środku wciąż mam tyle samo lat. Bardzo rzadko tu zaglądam, ale dziś przypomniałem sobie o tym miejscu i postanowiłem napisać kilka jubileuszowych słów. Był czas, kiedy to miejsce było dla mnie ważne. Dzień zaczynałem od sprawdzenia, czy i co w komentarzach pod moimi postami napisali Czytelnicy i kończyłem często publikacją nowego posta...
Dane mi było w blogosferze zetknąć się z wieloma ciekawymi ludźmi, o wielkiej wrażliwości i empatii. Jestem za to doświadczenie wdzięczny. Żałuję, że ich blogi zamilkły, choć rozumiem, że stało się tak, bo spełniły swoją rolę i ich Autorzy po prostu ruszyli dalej realizować się w inny sposób. Mam nadzieję, że wszyscy Oni miewają się dobrze.
Udało mi się tu zrobić coś dobrego. Dać wsparcie. Uszczęśliwić Szalonego Marcina konsolą wraz z Grupą Szalonych Mikołajów.
Udało mi się tu zrobić coś złego. Zranić dobrego człowieka.
Zrobiłem dziś na obiad curry z kurczaka. Wyszło obrzydliwe. Trafiło do kibla. Na pociechę zamówiłem pizzę. Była pyszna. Trafiła do brzuszka. Jest jednak jakaś równowaga we wszechświecie...
Zima była, gdy wysiadłem z autobusu
i rzuciłem się w twoje ramiona,
i twych włosów, twych wieczornych włosów
ogarnęła mnie woń niezmierzona.
Księżyc zniżył się, błysnął nad klamką,
potem odszedł i wplątał się w drzewo.
Pierścień nocy nad nami się zamknął
i zaczęło się siódme niebo.
Konstanty Ildefons Gałczyński – Siódme niebo (1945)
____________________
Od tamtego dnia mijają dzisiaj dwie dekady...
Kilka dni temu minęło siedem lat od ukazania się pierwszego posta na tym blogu. Szok, że istnieje tak długo. Wiem, że rzadko już coś tu piszę, ale lubię to miejsce przez siebie stworzone. Lubię popatrzeć na siebie takiego, jakim byłem w publikowanych kilka lat temu tekstach. Wydaje mi się, że czas blogów przeminął na korzyść videoblogów, bo blogi, które lubiłem czytać jeden po drugim milkną i niewiele z nich jest wciąż uaktualnianych. Ja również nieczęsto tu bywam, ale pozostawiam sobie to miejsce, żeby móc tu wracać, jeśli poczuję taką ochotę...
Szanowna Pani Krysiu!
Po pierwsze proszę wybaczyć familiarność tonu, ale przecież długo się znamy. Pragnęła Pani zostać sędzią Trybunału przed laty z rekomendacji mego ugrupowania, ale tylko mnie Pani zawdzięcza, że Naród zachował możliwość Pani służby na lepsze czasy. Jeszcze dzisiaj pieką mnie policzki ze wstydu, gdy po spotkaniu z Panią w klubie LPR powiedziałem do kolegów wulgarnie: "Chyba Was p-----oiliło, aby mi taką wariatkę jako kandydata na sędziego Trybunału przyprowadzać." Odczuwam ogromny żal, że nie poznałem się wówczas na Pani i nie doceniłem potencjału w Pani tkwiącego. Historia mogła potoczyć się inaczej. Ale ad rem. Widzę, że sfora psów Panią teraz opadła i w takich się Pani znalazła terminach, że nawet drobne nieporozumienia sprzed lat nie przeszkodzą Pani skorzystać z mojej rady, jak wyjść z tego wściekłego ataku. A rada jest przednia.
Musi Pani powiedzieć wprost: dla Pani okłady z borowin stanowią tak wielką potrzebę, że pojechała Pani do hotelu, aby się nimi okładać działając w stanie wyższej konieczności. Jak wiadomo stan ten wyłącza nawet karną winę, więc i wszelkie zakazy rządowe dotyczące epidemii. I opisze Pani, że tylko zanurzona w borowinach całym swym ciałem, każdą porą skóry czerpie Pani minerały niezbędne do życia i pracy intelektualnej (jakże cennej dla Polski!). Jak się ludzie dowiedzą, że to jest dla Pani sprawa życia lub śmierci, to dadzą słuszny odpór tym strasznym atakom zawistników. I wówczas wróci Pani do pracy z podniesionym (i wygładzonym nieco!) czołem na rzecz prawa i sprawiedliwości.
Zawsze życzliwy.
Roman Giertych
PS Skoro już się Pani przyzwyczaiła do leczenia w obecności chroniących Panią strażników, to może warto kontynuować w bardziej adekwatnym miejscu?
-----------------------------------------------------------------------
opublikowane na facebook.com 8 lutego b.r. na oficjalnym profilu Romana Giertycha >>link<<.
------------------------------------------------------------------------
Przyznam, że do mecenasa Giertycha mam stosunek ambiwalentny, pamiętając jego romans z PiSem sprzed lat i jego ówczesną działalność polityczną, jednakże powyższym listem do "Pani Krysi" tak mnie ujął, a postscriptum tak rozbawił, że jestem mu w stanie część ówczesnych win wybaczyć...
Jozsef Szájer, współtwórca węgierskiej ultraprawicowej partii Fides, jeden z najbliższych współpracowników Orbana, współautor ustawy dyskryminującej osoby LGBT, eurodeputowany perorujący w Parlamencie Europejskim o obronie chrześcijańskich wartości, mąż i ojciec, został niedawno przyłapany przez belgijską policję na uczestnictwie w GEJOWSKIEJ orgii. Parlamentarzysta przyznał się i przeprosił za swoje zachowanie. Policja poinformowała, że europoseł został ranny, kiedy uciekał z budynku, zjeżdżając po rynnie. W jego plecaku znaleziono narkotyki. Naczelny węgierski homofob okazał się gejem, a przynajmniej biseksem.
Zupełnie nie interesuje mnie to kto, z kim i jak uprawia seks. Uważam, że to prywatne sprawy dorosłych łudzi. W ogóle mnie to nie obchodzi. Chyba, że dotyczy to członków związków wyznaniowych oraz formacji politycznych roszczących sobie prawa do roli autorytetów moralnych, wyznaczających ludziom standardy moralno-etyczne, jak również do decydowania o tym kto jest moralny, uczciwy, prawy, normalny, a kto nie. Uważam, że mam prawo oczekiwać i żądać, żeby takie osoby stosowały wyznaczone przez siebie standardy skrupulatnie i transparentnie, a nie zachowywały się jak kasta, której one nie dotyczą, bo przeznaczone są jedynie dla maluczkich. Zwłaszcza na naszym rodzimym podwórku, pełnym hipokryzji kościelnej i politycznej.
Dawid Manzheley, który te orgie gejowskie w Brukseli organizuje (a który w Polsce prawdopodobnie poszukiwany jest za oszustwa, więc jego wiarygodność jest wątpliwa) twierdzi, że paru prawicowych posłów z Polski na organizowanych przez niego orgiach bywało. Jeśli tak było w istocie, ochoczo domniemam, że uczestniczyli w nich nie po to, by tarzać się w dekadenckiej, wyuzdanej rozpuście, ale by w misyjnych interwencjach heroicznie bronić tam chrześcijańskich wartości i świadectwem własnych czynów nawracać grzeszników, by sprowadzić ich z drogi występku, ratując ich duszyczki zbłąkane...