Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MATRAS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MATRAS. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lutego 2016

"Notebook" Tomasz Lipko

Wydawnictwo Literackie
Fragmentów "Notebooka" miałam okazję słuchać w radiowej Jedynce. Zaciekawiły mnie na tyle, że postanowiłam sięgnąć po całość.  Przyznam, że dałam się wciągnąć i dość szybko "pokonałam" obszerny tom. Wrażeń nie brakowało. Momentami czułam się jakbym oglądała sensacyjny film, a świat przedstawiony, choć tak realistyczny, jawił mi się niczym science-fiction. Czy opisane technologie naprawdę istnieją???

Główny bohater,  niespełniony zawodowo prokurator Radosław Bolesta prowadzi śledztwo w sprawie wypadku, w którym zginęła Dagmara Frost, młoda freelancerka, autorka wielu ważnych i mocnych materiałów dziennikarskich. Dziewczyna nie miała rodziny,  pewna nitka prowadzi do Kamili z  domu dziecka. Okaże się, że ta osoba odegra bardzo ważną rolę w fabule. Notebook ofiary kryje niesamowite tajemnice. Z tym wiąże się nie lada niebezpieczeństwo.
Prokurator czyni coś niezgodnego z procedurami. Jeśli powiedział "A", musi powiedzieć "B", no i wplątuje się w niezłe bagno. Boleście pomagają przyjaciele - ksiądz i policjant. Razem zajmują się pochówkiem Dagmary oraz ukrywaniem dysku z cennymi danymi. Każdy z bohaterów ma coś za uszami. Nikt nie jest święty.

Autor pokazuje brudny, brutalny, przestępczy świat. Narkotyki, przemoc,  podziemie internetu, handel ludzkimi organami, technologie umożliwiające kontrolę danych osobowych, akcie specjalnych służb, ABW itp. Dużo się dzieje, fabuła trzyma w napięciu, choć momentami bywa nużąco. Powieść osadzona jest we współczesnych realiach, rzecz dzieje się w 2012 r. , przed rozgrywkami mistrzostw Europy w piłce nożnej. Pierwszoosobowa narracja pozwala czytelnikom "wejść w buty" głównego bohatera- prokuratora. Pewne sceny ukazane są niechronologicznie - celowo. Uważny czytelnik zauważy pewne niezgodności, ale porwany w wir akcji zapewne machnie na nie ręką. 

"Notebook" to pierwsza powieść Tomasza Lipko - dziennikarza, wieloletniego reportera sejmowego i korespondenta wojennego, reportera telewizyjnych "Wiadomości" oraz programu "TVN Uwaga", producenta filmowego. Trzeba przyznać, że debiut okazał się całkiem udany. Ciekawe, czy autor pokusi się o kolejne utwory literackie...

Książka reklamowana jako "pierwszy thriller 2.0" zawiera materiały multimedialne, które można obejrzeć dzięki aplikacji VIUU. Jednak całkiem dobrze można się obyć bez tych "dodatków". To tylko uatrakcyjnienie, które nie pozbawia czytelnika "analogowego" żadnych istotnych treści. Spokojnie można zatem brać się za czytanie "Notebooka" w leśnej głuszy, nie martwiąc się o zasięg WiFi.
To nie jest arcydzieło, ale thriller zasługujący  na solidną  czwórkę.



niedziela, 17 stycznia 2016

"Czarownica" z Białowieży - opowieść o wyjątkowej Kossakównie


Anna Kamińska, Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak,
Wydawnictwo Literackie 2015.


"(...)Bo nie jest światło, by pod korcem stało, ani sól ziemi do przypraw kuchennych (...)"
("Promethidion", C. Norwid)

Dzięki wspaniałej książce pióra Anny Kamińskiej ocalona od zapomnienia została niezwykła postać: Simona Kossak - profesor nauk leśnych, biolog, ekolog, "buntowniczka" z Białowieży, autorka gawęd o fascynującym świecie przyrody, potomkini rodu słynnych malarzy. Była córką Jerzego Kossaka. Maria Pawlikowska - Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec, a także Zofia Kossak-Szczucka to jej ciotki. 

Przyznam, że gdyby  nie ukazała się ta książka, gdyby nie mówiono o niej m.in. w radiowej Trójce, to nie miałabym pojęcia o istnieniu Simony Kossak. Choć z przypisów wiem, że pisano artykuły na jej temat, przeprowadzano wywiady i nawet był film: "Simona z rodu Kosaków" reż. Joanna Wierzbicka (2009), to raczej trudno powiedzieć, aby jej sylwetka była popularna i szeroko znana. Być może teraz to się wreszcie zmieni. Po lekturze - stwierdzam, że jestem pod ogromnym wrażeniem.

Z literackiego portretu wyłania się obraz kobiety silnej, niezależnej, zdeterminowanej, odważnej, prawdziwej pasjonatki,  zaangażowanej maksymalnie w to, czym się zajmuje. A przy tym niezwykle trudnej z charakteru, oschłej, nie okazującej uczuć i słabości, upartej, bezpośredniej, nie przebierającej w słowach. Niepozornej i niepięknej, ale wspaniałej duchem. Miała w sobie coś z hipiski, outsiderki, dzisiaj powiedzielibyśmy o niej może, że jest takim "pozytywnym freakiem".

Simona, wbrew oczekiwaniom, nie tylko nie urodziła się chłopcem, ale też nie przejawiała talentów artystycznych. Z pędzlem i farbami o wiele lepiej radziła sobie starsza siostra - Gloria, późniejsza członkini automobilklubu i mistrzyni rajdowa (!). Tymczasem Gabriela ( bo tak naprawdę dano jej na pierwsze imię, a Simona na drugie - potem je oficjalnie zmieniła) długo szukała swojej ścieżki. Zdawała do szkoły aktorskiej, na historię sztuki, przez rok studiowała polonistykę (UJ), pracowała w Instytucie Zootechniki w Balicach - jako telefonistka, potem starszy technik przy maszynach zliczających statystyki. Dopiero biologia, a dokładnie zoologia i zoopsychologia okazały się tym, w czym się odnalazła i spełniła. Ciekawostką jest fakt, że to właśnie Simona była pierwszą kobietą w historii Uniwersytetu Jagiellońskiego wybraną na mistrza Bractwa Żakowskiego, działo się to podczas juwenaliów w 60. latach XX w. Pamiątką pozostały zdjęcia studentów w przebraniach żaków. Możemy je zobaczyć w książce.

Po studiach Kossakówna chciała pracować w Bieszczadach. Praktyki miała we wrocławskim zoo, u Gucwińskich. Tam dała się poznać jako urodzona opiekunka zwierząt. Miała być kustoszem Bieszczadzkiego Parku Narodowego, ale wylądowała w Białowieży i tam zapuściła korzenie. Swoje miejsce na ziemi, choć przesadą byłoby nazywać je "rajem", znalazła w Dziedzince, leśniczówce ze spartańskimi warunkami, którą dzieliła z artystą-fotografem, Lechem Wilczkiem. Łączył ich nietypowy układ, byli bliską sobie i cały czas niezależną "nie-parą". Wspólnie tworzyli specyfikę Dziedzinki, żyli w zgodzie z naturą. Dla Simony zwierzęta były bliższe niż ludzie, od nich zresztą dostała to, czego zabrakło jej w rodzinie: ciepło, miłość, serdeczność, opiekę. 

Nie sposób streścić barwne i pracowite życie pani profesor, toteż skupię się na wrażeniach z lektury. Emocji nie brakowało. Trzęsłam się z oburzenia, czytając o tym, jak traktowano dzieci u Kossaków, jak postępowała oschła i apodyktyczna Elżbieta Dzięciołowska-Śmiałowska - druga żona Jerzego Kossaka.Swoją drogą też bardzo ciekawa postać. Z zainteresowaniem śledziłam perypetie Simony i jej rozwijającą się pasję przyrodniczą. Niczym jakąś "baśń złotą" czytałam o życiu w dziczy, w chacie bez bieżącej wody i prądu, z krukiem-opryszkiem, sową, owcą i dzikiem "na pokojach",  stadem saren w zagrodzie.  Doprawdy fascynująca  okazała się opowieść o białowieskiej "czarownicy", która żyła za pan brat z dzikimi zwierzętami, miała  niepokorną duszę, a poprzez zaobserwowane zachowania zwierząt  wyjaśniała mechanizmy zachowań ludzkich. Było nad czym się zadumać...

Anna Kamińska, dziennikarka, którą możemy kojarzyć z publikacji w "Pani", "Zwierciadle", "Sukcesie", "Wysokich Obcasach", podjęła się trudnego zadania i zrealizowała je na medal. Korzystając z licznych materiałów, zebranych wypowiedzi wielu osób stworzyła  rzetelny,  barwny portret Simony Kossak. Kierowała się zasadą potrójnego potwierdzania informacji. Dołożyła wszelkich starań, aby przedstawić prawdę. Nie napisała laurki, nie zasiała żadnego skandalu. Z klasą, taktem i  pasją ukazała wartościową, wyjątkową postać, jakich ze świecą szukać, tym bardziej więc trzeba je ocalać od zapomnienia. Odmalowała też poniekąd w tle - kawałek historii, począwszy od czasów okupacji, przez lata PRL, aż po współczesność. Dodatkowym walorem tej ślicznie wydanej, w twardej oprawie, publikacji są czarno-białe fotografie, w tym dzieła Lecha Wilczka.

Książek biograficznych w takim stylu powinno być więcej - ciekawych, rzetelnych, nienajeżonych datami i zbędnymi szczegółami, pasjonujących, wciągających jak  dobra powieść, w których autor usuwa się w cień, podaje wiadomości, ale nie ocenia, nie osądza, nie narzuca własnych opinii, pozostawiając czytelnikowi swobodę w wyciąganiu wniosków i wyrabianiu sobie zdania.


"Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak"  to książka, która, moim zdaniem, powinna być doceniona, nagrodzona, ale przede wszystkim czytana - jako wzór przystępnej dla czytelników publikacji biograficznej, napisanej z pasją o osobie z pasją. To znakomity portret wyjątkowej postaci, przybliżający nam jej niezwyczajne - jak tytuł słusznie wskazuje - życie. Ze wszech miar godna uwagi lektura.


Za przeżycie przygody z Simoną dziękuję Księgarni Matras:










sobota, 31 października 2015

"Tajemnica Domu Helclów" Maryli Szymiczkowej

Czy o powieści kryminalnej można powiedzieć, że jest apetyczna, smaczna? Takie określenia nie bardzo przystoją, z racji tego, że w fabule zazwyczaj występują co najmniej jedne zwłoki, dochodzi do morderstwa, rozlewu krwi, przestępstwa, czasem trup ściele się gęsto. Mimo tak nieprzyjemnych, eufemistycznie mówiąc, elementów, całość fabuły podana może być jak najpyszniejszy obiad. Aż nabiera się ochoty na dokładkę!
Taką wyborną w smaku powieścią jest "Tajemnica Domu Helclów", literacki pastisz przenoszący czytelnika do Krakowa u schyłku XIX w.,  zawierający zarówno kryminalną zagadkę, jak i niezwykle klimatyczny obraz ówczesnego społeczeństwa. To bardziej może "obrazek z epoki" niż typowy kryminał, ale taka proza retro też ma swoich zwolenników, do których też się zaliczam.

Nie wiadomo czemu, ale przed lekturą "Tajemnicy...", mniemałam, iż bohaterką jest staruszka, która niczym panna Marple rozwiązuje skomplikowane zagadki. Tymczasem główna postać to Zofia Szczupaczyńska, lat 38,  kobieta niesamowicie ambitna, dążąca do bycia "krakowianką idealną", perfekcyjna pani domu o wysokich (niekiedy wydumanych) wymaganiach wobec służących, "ortodoksyjna mieszczanka", dbająca o pozory, aspirująca do zajmowania znaczącej pozycji w towarzystwie, udzielająca się charytatywnie- choć raczej bardziej dla splendoru niż z powołania. Odebrała staranne wykształcenie domowe, inteligencji nie można jej odmówić, uwielbiała czytać opowiadania Poego, a co do plotek, to nie miała sobie równych w obrębie całych Plantacji. Osóbka wielce temperamentna. Jej mąż - profesor UJ, w dziedzinie biologii, specjalizujący się w preparatach anatomicznych, to taki poczciwy ciapek, wycinał sobie ciekawe artykuły prasowe, co okazało się przydatnym hobby. 

Szczupaczyńska  - co tu kryć - chciała być kimś, marzyła o sobie w roli Kleppatry, Elżbiety angielskiej, czy Joanny d'Arc. Przypadek sprawił, że stała się domorosłą śledczą, która na własną rękę i w sumie nieproszona zabrała się za rozwiązywanie zagadki tajemniczego zniknięcia i śmierci pensjonariuszki Domu Helclów- słynnego krakowskiego domu opieki. Sprawnie przepytywała wszystkich, łączyła fakty, gromadziła wiedze i wyciągała wnioski. Śmiało podejmowała kolejne kroki, węszyła niczym pies gończy,  czasem musiała blefować, wykazała się sprytem i w końcu zdemaskowała sprawców, swoim wywodem zawstydzając zawodowego sędziego śledczego. Swoją rolę odegrała też Franciszka, pokojówka i kucharka w jednym, rzetelna, oddana, przebiegła, spokojnie mogłaby być Watsonem przy swojej pani Sherlock. Finałowe rozdanie kart potrafi naprawdę zaskoczyć, zwłaszcza, że czytelnik nie zna wszystkich szczegółów, które wyłowiła bystra bohaterka.

Akcja tu nie pędzi jak Pendolino, za to mamy mnóstwo "smaczków" z epoki: wspaniały, plastyczny opis  targu, spektakularne otwarcie nowego teatru, ówczesne stroje, potrawy i inne elementy stylu życia, a także  pogrzeb mistrza Matejki, który był  dla krakowskiej socjety "wydarzeniem sezonu". To miasto i społeczeństwo, będąc tłem dla intrygi, staje się także bohaterem "Tajemnicy Domu Helclów". Smaku dodają też dialogi bohaterów, język powieści z nutką staroświecką, ale przejrzysty i zrozumiały. W sumie to nie wątek kryminalny jest tu najważniejszy, ale cała otoczka.

Nie jest to książka, dla której można zarwać noc niecierpliwie przerzucając kartki, trzeba się nią delektować po trochu, z rozdziału na rozdział, stopniowo chłonąc atmosferę Krakowa anno domini 1893 i próbując wraz z profesorową rozwikłać zagadkę. Stopniowo nabierając apetytu na więcej. Osączywszy "Tajemnicę..." z warstwy obyczajowej, kryminalnej i humorystycznej, zostaje jeszcze przesłanie, a mianowicie takie, że każdy odgrywa rozmaite role, dla pozoru pokazuje się innym z najlepszej strony, tkwi w sieci pozorów i wzajemnych zależności, a emocje, ludzie zalety i przywary - niezależnie od czasów - są te same.

Jacek Dehnel (znany do tej pory z prozy dość poważnej i trudnej) wraz z Piotrem Tarczyńskim (rodowitym krakusem) wespół w zespół ukryli się pod płaszczykiem Maryli Szymiczkowej i napisali powieść lekką, zgrabną, zabawną, choć z wcale nieśmiesznym wątkiem, zanurzoną w klimacie dziewiętnastowiecznego Krakowa. Odnoszę wrażenie, że nieźle się bawili podczas wymyślania postaci i kreowania fabuły,  czy udało im się zapewnić rozrywkę czytelnikom? Osobiście - bawiłam się przednio tą opowieścią o Szczupaczyńskiej, która stanęła w poprzek konwenansów i znudzona mieszczańską codziennością pokazała, że niewieści rozum nadaje się nie tylko do planowania menu  na przyjęcie i zarządzania służbą. Przeżyłam pełną turbulencji podróż w czasie, uśmiechając się szeroko nad opisowymi tytułami rozdziałów, streszczających niebanalnie treść. Dowiedziałam się też, że widelec jest najlepszy technologicznie. Do czego był potrzebny? Tego dowiecie się z lektury!

"Tajemnicę Domu Helclów" Maryli Szymiczkowej ( wyd. Znak LiteraNova, 2015) 
poznałam dzięki Księgarni Matras.

Znalezione obrazy dla zapytania matras logo

wtorek, 16 czerwca 2015

"Jeszcze raz, Nataszo"

Jeszcze raz Wilczyńska...  To już moje czwarte spotkanie z jej prozą w tym roku.  Nie omieszkam, w miarę możliwości, zwiększyć tej statystyki, tymczasem zapraszam na kilka słów o "Jeszcze raz, Nataszo" wydanej przez Czwartą Stronę.

Sięgając po powieść Karoliny Wilczyńskiej można mieć pewność, że będzie to solidna porcja znakomitej prozy na wysokim poziomie. Główną bohaterkę poznajemy świeżo po rozprawie rozwodowej. Jest wolna. Zaczyna nowe życie. I co dalej? Dom na wsi wśród malowniczej przyrody, rozwijanie pasji albo wyjazd do magicznej Toskanii, czy innej arkadyjskiej krainy i nowe porywy serca? NIE. U tej autorki nie znajdziemy banału i schematycznych rozwiązań.
Natasza czuje dumę z triumfu odniesionego na sali sądowej. Powinna być zadowolona i pełna energii. Uświadomiła sobie, że jej dotychczasowe życie było oszustwem, a ostatnie miesiące - koszmarem. Wyrok sądu to nie magiczne zaklęcie, które sprawi, że wszystko zmieni się w cudowny sposób. Kobieta musi zakończyć "stare" życie zanim zacznie na nowo funkcjonować w rzeczywistości. Chce pozbyć się "resztek" po byłym mężu, oderwać od przeszłości. Postanawia dokonać widowiskowego, symbolicznego spalenia. Na stos (czyli na grill rozpalony na tarasie) trafiają fotografie - sceny  z poszczególnych etapów życia Naty.
W kolejnych, retrospektywnych rozdziałach poznajemy losy bohaterki, począwszy od jej zamieszkania w internacie podczas nauki w szkole średniej, poprzez relacje z rodzicami, pracę, studia, małżeństwo, szczeble kariery, aż po dramatyczne wydarzenia z  osobistego życia pozornie szczęśliwej pani prezes i w końcu - rozwód będący punktem przełomowym,  bolesnym, ale paradoksalnie - oczyszczającym.
Natasza rozlicza się z przeszłością, nazywa po imieniu to, co się działo, zrzuca z siebie ciężar i odradza się jak feniks z popiołów.
Powieść odzwierciedla także przemiany, jakie zachodziły w latach 80. i 90. XX w., (początki rozwoju handlu, marketingu, reklamy), zmiany społeczne ostatnich dekad. Ważne są w tym kontekście inne postaci, takie jak Kaśka i pan Mietek, Justyna, Agnieszka, czy Kora.
Nie jest to łatwa historia. Czyta się ją z przejęciem, z emocjami, z dużą dozą empatii dla bohaterki,  która musiała schować swoje "chcenia",  marzenia i potrzeby głęboko do kieszeni, realizując cudze ideały i ambicje, będąc taką- jak od niej oczekiwano. I wcale nie była ona naiwną gąską,  która tańczyła jak jej zagrają, ale zdeterminowaną, ambitną, wykształconą i zdolną absolwentką psychologii. Niestety, uwikłaną w sieć uczuć i relacji.

"Jeszcze raz, Nataszo" to literacka "terapia", przestroga, lekcja dla nas, bez moralizatorstwa, za to na "żywym przykładzie". Gorzka w sumie opowieść, ale bardzo motywująca i w ostatecznym rachunku - optymistyczna. Z otwartym zakończeniem -  przed Nataszą bowiem stoi otworem cały świat i tylko od niej zależeć będzie jakimi chwilami zapełni nowy, czysty album.

Moją uwagę zwróciły tytuły rozdziałów. To takie hasła - wyznaczniki, kolejne kroki. Warto się im przyjrzec, a może i zastosować...
Zobacz pierwszy fałsz - Wspomnij wakacyjne zauroczenie - Przeżyj miłość -Zaryzykuj - Przemyśl motywację - Podejmij wyzwanie - Otrząśnij się - Uwierz w przyjaźń - Zacznij marzyć - Stań na nogi.
Nasuwa się tu Kotarbiński ze swoim - Lub robić coś. Kochaj kogoś. Nie bądź gałganem. Żyj poważnie.”
 
"Jeszcze raz, Nataszo" okazało się powieścią z rodzaju tych O CZYMŚ, napisaną z klasą i lekkością. To warta uwagi, nie tylko dla kobiet, wciągająca i przejmująca, piękna książka.

 Jeszcze raz do wspólnej lektury zaprosił mnie MATRAS. Dziękuję.


sobota, 18 kwietnia 2015

"Florystka" K. Bonda

Na pewno jeszcze nie wszyscy mieli okazję czytać prozę Katarzyny Bondy, ale chyba każdy o niej słyszał. Ta autorka, nazywana "królową polskiego kryminału" jest bowiem mistrzynią PR, a dobra promocja to czasem więcej niż połowa sukcesu.

Skusiłam się i ja, choć dość rzadko sięgam po powieści kryminalne i mam swoją udeptaną ścieżkę (A. Christie, B. Akunin, H. Mankell, J. Skowroński). Zdarza mi się jednak z niej zbaczać i na czytelniczą listę wskakują zupełnie nowe nazwiska. Tym razem - Katarzyna Bonda i wznowienie wydanej w 2012 r. "Florystki" - tym razem w wersji kieszonkowej (tylko trzeba mieć obszerną kieszeń, bo tomiczek liczy ok. 570 stron). 

Okładka książki Florystka
 Wyd. MUZA SA, 2015
Hubert Meyer, profiler odsunięty od pracy w policji po niefortunnym błędzie, zaszył się w leśnej głuszy, w chacie po rodzicach, towarzyszą mu pies Szwagier i kot Radzio. To jednak nie do końca jego świat, a fundusze pozostawiają wiele do życzenia. Wkrótce Meyer dostaje szansę powrotu do branży. Zostaje poproszony o pomoc w śledztwie w sprawie zaginięcia dziewięciolatki. U jego boku pojawia się zdeterminowana, piękna i inteligentna Lena Pawłowska. Psycholodzy razem "grzebią" w poszukiwaniu tropów, punktów zaczepienia, rozmawiają z osobami związanymi z tą sprawą. Niestety, finał poszukiwań jest tragiczny. Są przypuszczenia,  że zabójstwo Zosi łączy się ze śmiercią Amadeusza sprzed paru lat. Do tego podejrzany pożar w windzie i spalone zwłoki młodej kobiety. W tej historii nie wystarczy dodać dwa do dwóch. Wszystko jest niesamowicie poplątane, skomplikowane. Ciągle coś nowego "wyskakuje". W dodatku wygląda na to, że co nieco sfingowano w tamtych sprawach, ktoś tu kogoś kryje...
Przed czytelnikiem rozwijają się jak dywaniki rozmaite wątki. Harfistka. Florystka i duch syna. Marlena - matka Zosi. Dewotka Sochacka. Cyganie. Resocjalizacja Kobierskiego. Traumatyczne wspomnienia Leny. Odwet na Meyerze. Stacja badawcza - wilki.
Naprawdę sporo wody w rzece upłynie zanim okaże się, co się naprawdę wydarzyło i jak te rozsypane puzzle - pozornie z różnych zestawów - wskakują na swoje miejsce.

Rzecz się rozgrywa w Białymstoku, osiedle Dziesięciny  -  kolejny punkt na literacko-kryminalnej mapie Polski.

Jest to trzecia cześć przygód psychologa śledczego Huberta Meyera.

Mam mieszane uczucia wobec tej powieści. 

Nie mogę odmówić autorce pracowitości i skrupulatności w kreowaniu świata przedstawionego, w którym połączyła wiele dziedzin. Musiała zgromadzić bogatą dokumentację, sporo informacji i wiedzy, w podziękowaniach wymieniono osoby, które jej w tym pomagały poprzez konsultacje i udostępnianie materiałów. Na pewno trzeba docenić wyraziste kreacje bohaterów, z akcentem na postaci kobiece. Sam wybór tematyki niezwykle ciężkiego kalibru i jej udźwignięcie, włącznie z rozwiązaniem wątku mordercy i ukazaniem  motywacji tej osoby - zasługują na uznanie. Przypadek opisany przez autorkę (co ciekawe, główna bohaterka miała swój pierwowzór) jest naprawdę przerażająco-fascynujący, wywiera duże wrażenie. Bardzo ważna problematyka przeżywania etapów żałoby podjęta na przykładzie matki zamordowanego chłopca.

Jeśli dobra książka to taka, od której nie można się oderwać, to "Florystka" dla mnie dobra nie była. Czytało mi się nawet znośnie, ale jak  już się oderwałam, to wcale mnie nie ciągnęło z powrotem. W międzyczasie sięgnęłam po 3 inne lektury, z których 2 skończyłam całe.Cóż zatem leżało na przeszkodzie, by pochłaniać powieść Bondy? Otóż, moim zdaniem wpłynęła na to przede wszystkim zbyt duża ilość, wątków, epizodów, szczegółów z życia nawet dalszoplanowych postaci. Czy wszystkie były konieczne - stoi pod wielkim znakiem zapytania. Ważne, by powieść była barwna, a postaci nie papierowe, ale z drugiej strony nadmiar bywa nużący. Mnie właśnie to znużyło, rozproszyło i uciekałam od lektury.
Ponadto, gdzieś około 1/3 książki domyśliłam się, kto jest zabójcą i moje domysły się potwierdziły. A dodam, że nie mam wprawy w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek, nie czytuję regularnie tego typu literatury.  Warto jednak było dobrnąć do końca, by dowiedzieć się, jak wszystko ostatecznie się potoczyło, jaki był motyw sprawcy. Zresztą, choć całość zbytnio się rozwleka, to pod koniec robi się naprawdę ciekawie, przynajmniej takie było moje odczucie.

"Florystki" ani nie polecam, ani nie odradzam. Osobiście nie jestem zachwycona, ale moje subiektywne odczucia nie stanowią wyroczni, zwłaszcza, że nie czytam kryminałów pasjami. Wiele osób bardzo chwali tę książkę. Zła bynajmniej nie jest, ale szału nie ma.
Ta powieść może zaintrygować. Na pewno skutecznie zajmie czas, gdy ktoś ma go w nadmiarze, na przykład podczas podróży pociągiem. Śmiem jednak twierdzić, że są lepsze lektury na taką okoliczność.
Być może dam autorce jeszcze jedną szansę, aczkolwiek patrząc na objętość "Pochłaniacza" obawiam się, że znów będzie tam mnóstwo niekoniecznych szczegółów i epizodów. Tracę wtedy zapał.


O amarylisach, harfach i morderstwach czytałam w ramach współpracy z:




czwartek, 2 kwietnia 2015

"Muzyka własna" Adam Sztaba

http://www.matras.pl/muzyka-wlasna-2-cd.htmlZapewne wiele osób kojarzy Adama Sztabę jako jurora popularnego muzycznego talent-show. Nie trafił on tam  przypadkowo, bowiem to specjalista w tej dziedzinie. Jest kompozytorem, aranżerem, dyrygentem i producentem muzycznym w jednej osobie. W tych rolach  przeciętny człowiek raczej rzadko go postrzega, niewiele o nim wie. Na przykład słuchając piosenki, skupia się przeważnie na  wykonawcy, a nie na tym, kim jest twórca muzyki, czy aranżacji. Warto jednak poszerzyć swoją znajomość ze Sztabą nie tylko za pośrednictwem  szklanego ekranu, ale także poprzez zapoznanie się "nausznie" z jego dokonaniami kompozytorskimi.

"Muzyka własna" to wydawnictwo dwupłytowe, w formie eleganckiej książeczki-albumu z dwiema kieszeniami na CD. Ukazało się nakładem "Agory" w 2014 r.
Pierwszy krążek zawiera muzykę do spektaklu tanecznego "Opentaniec". Nie, tu wcale nie ma błędu. Nazwa operuje grą słów i brzmień. Odnosi się do kogoś "opętanego" przez jakieś moce (np. diabelskie), duchy, czy przez pasję, którą może stanowić taniec. "Open" - to po angielsku "otwarty". Mamy więc "otwarty taniec". Każdy inaczej interpretuje muzykę oraz choreograficzną ekspresję.  W kolejnych 13 utworach prezentuje się "Opentańcza Orkiestra" pod batutą Adama Sztaby.  Rozbrzmiewają znajome motywy ludowe ("Porębianka"), skoczne dźwięki, alei i słychać dostojną nutę poloneza. Sztaba czerpie z tradycji i tworzy nowoczesną formę, przy czym wcale nie udziwnioną. Całość jest bardzo ciekawa, różnorodna, pobudzająca wyobraźnię. Pod wpływem tej płyty aż chce się ruszyć w tany Ta muzyka może opętać!

Druga płyta zawiera muzykę do filmu "Od pełni do pełni" - komedii z 2012 r. w reżyserii T. Szafrańskiego. Wykonuje ją Sinfonia Varsovia pod dyrekcją Adama Sztaby. On także gra na fortepianie i czeleście. W utworze tytułowym występuje słynny gitarzysta Marek. Napiórkowski, nazwisko perkusisty- Michała Dąbrówki też jest dość znane.  Niestety, nie znam filmu, a zatem nie mogę stwierdzić, czy nagrania dobrze ilustrują sceny z ekranu, ale już same tytuły poszczególnych utworów zaciekawiają i "opowiadają"( np. "Oskar spotyka Lenkę", "Zabijemy panią profesjonalnie", "Pożegnanie", "Cierpienia młodego Słowika", "Nowa miłość"). W 23 kompozycjach  mamy cały bukiet dźwięków i emocji. To przyjemna, wykwintna podróż muzyczna. Można się w niej zasłuchać, rozmarzyć. Można też wykorzystać jako miłe dla ucha tło do wykonywania zajęć.

Trudno jest opowiadać o muzyce, a jeszcze trudniej opiniować. Każdy odczuwa ją inaczej. Ma inny gust, inne potrzeby. To, co dla mnie jest rarytasem, dla kogoś może okazać się totalnie niestrawne.
"Muzyka własna" Adama Sztaby dostarczyła mi wielu wrażeń i przyjemności. Rodzina nie protestowała, nie wołała, by wyłączyć odtwarzacz, co w przypadku czteroletniego dziecka, szczerze wyrażającego swe odczucia, zdarza się dość często. Dodam, że mąż nie jest wybitnym koneserem, ma swoje ulubione "kawałki", których ja nieraz nie jestem w stanie zdzierżyć. A tu  - o dziwo - podobało się wszystkim. To dowód na to, że muzyka Sztaby jest przystępna,  przyjemna, "ludzka", "da się jej słuchać", nie wymaga wyrafinowanego słuchu. Dobra jakość broni się sama!

Te  krążki są zupełnie różne. Powiedziałabym: jeden - "dzienny", drugi - "nocny". Pierwszy - energetyczny, żwawy, zwariowany. Drugi - stonowany, spokojny. Dostajemy je w "dwupaku" - przydadzą się na różne nasze nastroje.

Muzyczną podróż w świat Adama Sztaby zabrały mnie:

piątek, 2 stycznia 2015

"Spektrum" K. Głuszko (Remanent cz. 2)

Niedawno wpadła mi w ręce mała niepozorna, niecałe 100 stron tylko licząca książeczka, starannie wydana - w twardej oprawie. Wpadła i już nie wypadła, bo przeczytałam ją za jednym zamachem. Gdybym napisała opinię na świeżo, brzmiałaby mniej więcej tak: !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
 Jednak minęło już nieco czasu i spróbuję ująć myśli w słowa.
Okładka - Spektrum
Wyd. Dobra Literatura 2012

To nie jest powieść, ani też opowiadanie i ze świecą szukać tu literackiego kunsztu. Jest to mocne i bardzo osbiste wyznanie kogoś, kto "zawsze pozostanie inny od reszty", a my nigdy nie zobaczymy świata jego oczami.  To opowieść o inności, o cierpieniu, samotności, modlitwach, lękach, atakach psychozy, o pobycie w szpitalu psychiatrycznym, terapii insulinowej, elektrowstrząsach, zmaganiach z chorobą,  ale także o pewnym wtorku, który przyniósł chęć do życia i nowe siły do walki o siebie i własne szczęście - o tym wszystkim, czego doświadczył sam Krystian Głuszko, który  "utknął w spektrum autyzmu".

Przez kilka lat rzeźbił swój szkic, przelewając na papier skłębione myśli i przeżycia. To, o czym czytamy, wydaje się być jakimś "sajensfikszyn", ale to czysta prawda. To realne sytuacje z życia jednego z ludzi obok nas. Sytuacje i sprawy, o których nie mamy często zielonego pojęcia i z beztroską łatwością rzucamy epitetami typu "wariat", "psychol" itp. A to nie tak, nie tak.... To nieodgadniony megakomputer, jakim jest ludzki mózg po prostu inaczej "programuje" u niektórych osób. Każdy przypadek może być inny. Spektrum autyzmu jest naprawdę bardzo szerokim pojęciem. Nie czuję się kompetentna, by o tym pisać, ale przy okazji wspomnę o niezwykle ciekawej książce Luke'a Jacksona "Świry, dziwadła i Zespół Aspergera. Przewodnik dla użytkowników dorastania" (Wydawnictwo Fraszka Edukacyjna, 2005), gdzie mamy opis innego zaburzenia znajdującego się w spektrum autyzmu i też ukazanego z perspektywy osobistych doświadczeń  autora.

"Spektrum" K wydano w serii "Z wykrzyknikiem". Prezentowane są w niej  historie ważne, zawierające prawdę, takie, które powinny być wykrzyczane. Trudno o lepszy przykład, bo opowieść Krystiana Głuszka krzyczy każdym zdaniem, choć paradoksalnie - to krzyk szeptem. Szeptem pełnym wrażliwości, który dociera do czytelnika budząc w nim wiele emocji, empatię, ucząc zrozumienia i inspirując do poszukiwań.

 To nietypowa i niełatwa lektura, niezwykle poruszająca i stawiająca wiele pytań. Warto jej poświęcić czas.

Książkę z ciekawością przeczytałam dzięki Księgarni Matras.

sobota, 6 września 2014

"Czas tęsknoty" A. Grzegorzewski

Sugerując się fotografią widniejącą na okładce oraz umieszczoną tam rekomendacją Anny Ficner- Ogonowskiej, dość łatwo wrzucić tę książkę do przepastnego wora z romansami, czy popularnymi "obyczajówkami". Byłoby to jednak niesprawiedliwe wobec debiutanckiej powieści Adriana Grzegorzewskiego, zafascynowanego Kresami obecnego mieszkańca Londynu.

"Czas tęsknoty" - z racji pewnych pokrewieństw zestawiany z z serialem "Czas honoru" -stanowi znakomitą, przejmującą do szpiku kości opowieść o dramatycznych losach bohaterów  na tle wojennej pożogi.
Okładka książki Czas tęsknotyPiotr Ochocki, którego poznajemy jako studenta architektury, spędzającego przez kilka tygodni wakacje w Bedryczanach, skąd pochodziła jego - nieżyjąca już niestety- matka, "wpadł po uszy w sam środek waśni pomiędzy dwoma narodami, zdążył ściągnąć na siebie uwagę wrogiej Polakom nacjonalistycznej nielegalnej ukraińskiej organizacji szykującej się do krwawej rozprawy z nimi oraz zakochał się w córce jej prominentnego członka" ( s. 147) To był zaledwie początek.... Te wydarzenia legły u podstaw zagmatwanej, pełnej zakrętów i wybojów życiowej drogi  głównych bohaterów: wymienionego Piotra, Swiety Horodyło oraz Marty Kosieckiej. Kobiety początkowo dzieliło ulokowanie uczuć w tym samym mężczyźnie, los jednak sprawił, że musiały zewrzeć szyki w obliczu wojennego zagrożenia i zła wyrządzanego przez wrogów. Ochocki rozpoczął karierę wojskową, obiecując sobie powrót po ukochaną. Tymczasem los wyraźnie im nie sprzyjał, przynosząc szereg cierpień i tragedii. Nawet, gdy wydawało się, że szczęście bohaterów jest o krok, coś musiało się stać...

Wątek romantyczny wcale nie jest tu na pierwszym planie, do głosu dochodzą kwestie związane z relacjami polsko-ukraińskimi, czy ogólnie międzyludzkimi, sytuacją historyczną, przyjaźnią, lojalnością, wiernością,  patriotyzmem, ludzką uczciwością i nieludzkim okrucieństwem. Wymienione przez Ficner-Ogonowską trzy elementy: historia, wojna i miłość splatają się w krwawy warkocz. Krwawy tym bardziej, że nie chodzi tu o rozłączonych zakochanych, ale o tzw. rzeź wołyńską, jedną z czarnych kart historii dziejów, o której dopiero od niedawna zaczyna się przypominać, czy uczyć.
Grzegorzewski inspirując się rodzinnymi kresowymi opowieściami,stworzył fikcyjną fabułę osadzoną w konkretnej historycznej rzeczywistości i wprowadził też obok fikcyjnych - autentyczne postaci. Jego celem nie było przedstawienie ściśle historycznych faktów, ale zainteresowanie odbiorców nimi poprzez lżejszą formę, jaką jest powieść historyczno- obyczajowa.

"Czas tęsknoty" czyta się z przyjemnością ze względu na zróżnicowany język ( we fragmentach narracyjnych - literacki, w dialogach - padają ukraińskie zwroty, niewybredne teksty, wszystko dostosowane do okoliczności i postaci) , ale także ze ściśniętym sercem. A to za sprawą makabrycznych opisów zbrodni dokonywanych przez Ukraińców na polskiej ludności zamieszkującej tzw. Kresy przed II wojną światową. Autor w posłowiu wspomina, że złagodził te opisy tak bardzo jak to było możliwe. W takim razie już wiem, że nie dam rady czytać "mocniejszych". Trzeba zaznaczyć, że nie wszyscy Ukraińcy brali udział w pogromie, byli też wśród nich normalni, mądrzy i dobrzy ludzie, tacy jak  np. kościelny przy cerkwi Witalij, czy państwo Łuczenko, o Swietłanie - włączonej w szeregi polskiego wojska jako sanitariuszka - nie wspominając...

Takie powieści, jak ta, nazywam "okrągłymi". Ciekawa fabuła, różnorodne postaci, tło historyczne, emocje oraz talent autora do snucia barwnej narracji sprawiają, iż czytelnik ma przed sobą utwór wielowymiarowy, pełny. Poruszający i zapadający w pamięć.
Oby więcej takich debiutów! Oby ukazały się kolejne tomy opowieści pióra Grzegorzewskiego, zwłaszcza, że wątek nie został jednoznacznie zamknięty, a czytelnik jest ciekaw dalszych dziejów bohaterów.

Za egzemplarz książki dziękuję Księgarni  MATRAS.

wtorek, 8 lipca 2014

"Zawód spikerka" Iwona Schymalla

Z  przyjemnością sięgam po różnego rodzaju wspomnienia, autobiografie, biografie, wywiady, reportaże itp. dotyczące  znanych osób świata kultury i sztuki, a także mediów. Ślady tych lektur widnieją w moich blogowych zapiskach, mam też wiele jeszcze w planach.

Wyd. FILIA 2014
Niestety, muszę przyznać, że sięgnąwszy po książkę "Zawód spikerka" sygnowaną nazwiskiem dziennikarki, redaktorki, prezenterki telewizyjnej, pełniącej przez pewien czas funkcję dyrektora TVP1 Iwony Schymalli  nieco się rozczarowałam. Sugerując się zapowiedzią na okładce liczyłam na barwną, pełną anegdot opowieść o kulisach pracy  przy "Kawie czy herbacie", relacjach z wizyt papieskich i innych ważnych wydarzeń, na wspomnienia, ciekawostki, pokazanie "od kuchni" pracy po drugiej stronie ekranu.  To wszystko niby jest, ale  po pierwsze -w moim odczuciu wcale nie barwne, a suche, rzeczowe i sztuczne, po drugie - przytłoczone przez treści "rozrachunkowe" dotyczące politycznych spraw w kadrach Telewizji Polskiej.

Całość w ogóle ma formę wywiadu, i ta forma jako taka wcale mi nie przeszkadza, jednak razi jej realizacja. Na przodzie okładki nie ma informacji o tym, że jest  to rozmowa, nie widnieje nazwisko osoby, która ją przeprowadziła, dopiero z tyłu okładki wspomniano o Małgorzacie Talarek, na końcu tekstu zaś umieszczono o niej  kilka słów. Spodziewałam się wspomnień, zupełnie innej narracji, a okazało się, że to wywiad, w dodatku bardzo sztywny i sztuczny. Owszem, bywają pasjonujące wywiady-rzeki, ale nie w tym przypadku! Tutaj ta sztuczność wyłazi z każdej strony. Kto bowiem wymieniając osoby, z którymi się spotkał, wylicza je w kolejności alfabetycznej? Kto mówiąc o już nieżyjącej osobie dodaje na końcu wypowiedzi literki R.I.P? To nie jest wywiad "mówiony", naturalny, to wywiad ułożony "pod linijkę", pod to, co główna bohaterka chce przekazać, czy raczej "zakomunikować". W niektórych wypowiedziach miałam wrażenie, że czytam notkę z encyklopedii. Trafiały się ciekawsze fragmenty, ale nie uważam, by była to "przejmująca opowieść", jak głosi rekomendacja na okładce.

Nie chciałabym zostać źle zrozumiana. Nie mam zastrzeżeń co do profesjonalizmu pani Schymalli, jej kompetencji, wiedzy, doświadczenia itp. Nie uważam, że jej decyzje i działania były nieodpowiednie. Daleka jestem od tego, by przyznawać rację którejkolwiek ze stron w problematycznej sytuacji na linii ówczesne władze- Iwona Schymalla. Po prostu nie znam się tym, nie wnikam w to. Patrzę z perspektywy zwykłego telewidza i czytelnika i właśnie z tej perspektywy stwierdzam, że książka "Zawód spikerka" brzmi jak jakaś próba usprawiedliwienia się, wytłumaczenia, (obrony?), pokazania szerokiemu gronu swojej racji. Owszem, była dyrektor  anteny jak każdy ma do tego prawo. Ale czy człowieka, który z ciekawości sięgnął po wspomnienia o pracy w telewizji interesuje przedstawianie kolejnych punktów wypowiedzenia wręczonego p.Schymalli i ich komentarz? Może i kogoś to interesuje, ale nie sądzę, by to dotyczyło większości odbiorców.

Szczerze powiem, jak odebrałam znaną spikerkę na postawie tej książki. Otóż, jako osobę ambitną, pracowitą, konsekwentną, ale przemądrzałą, dumną, sztywną, chłodną. W wywiadzie na każdym kroku podkreślała swój profesjonalizm, słuszność racji, merytoryczność  decyzji. Piętnowała układy polityczne w zarządach, dyrekcjach, nepotyzm. Skądinąd to słuszne, ale czy musiało być tak nachalne w książce o kulisach "Kawy i herbaty"? Czy o tym chcemy czytać? Ta warstwa "rozliczeniowa" położyła się cieniem na całej publikacji, zdominowała treści anegdotyczne, prywatne, związane bezpośrednio z pracą dziennikarską.
Dziwną rzeczą jest umieszczenie na końcu  książki wywiadu, który nie ukazał się w prasie, a raczej jego połowy - samych odpowiedzi udzielonych przez p. Schymallę, gdyż wydawcy nie posiadają praw autorskich do  tamtych pytań.

Nie będę udawać, że jestem tą książką zachwycona, bo nie jestem. Zdecydowanie bardziej trafiały do mnie fragmenty dotyczące tego jak wyglądała praca spikera i przygotowanie porannego, prekursorskiego w Polsce, programu "Kawa czy herbata", czy dziennikarskich relacji niż te wszystkie "rozrachunki", które jednak przesłoniły wszystko inne. Może to była "kawa na ławę", ale ja w takim razie wolę herbatę. Styl tej publikacji nie przypadł mi do gustu. Co ciekawe, mało opinii o niej pojawia się na portalach i blogach. Warto jednak wiedzieć o istnieniu tej książki, a nawet po nią sięgnąć, by przekonać się samemu, czy podzielacie moje zdanie, czy macie zgoła inne....


Za egzemplarz dziękuję Księgarni Matras.

środa, 25 czerwca 2014

Egzotyczne podróże - "W krainie obfitości mango"

  W swoich czytelniczych podróżach  byłam  m.in. na  Majorce ( w powieści A. K. Majewskiej) i Kostaryce (dzięki książce G.Obrąpalskiej) czy odwiedziłam Zanzibar ( z D. Katende). Tym razem przyszła pora na Karaiby, a to za sprawą przepięknie wydanej przez Wydawnictwo Literackie książki "W krainie obfitości mango" pióra Ann Vanderhooff - kanadyjskiej dziennikarki, która wraz z  mężem, dyrektorem artystycznym czasopisma, postawiła wszystko na jedną kartę i wyruszyła na fantastyczną wyprawę życia.
Trwający ok. 2 lata rejs łodzią o nazwie "Receta" (hiszp. "przepis") był dla małżeństwa czasem obfitującym w niesamowite doznania, przygody i emocje w egzotycznej scenerii ( m.in. Bahama, Dominikana, Grenada, Trynidad...) Zmagali się z trudami żeglowania, zdobywali nowe doświadczenia, odkrywali specyfikę życia i kulturę tamtejszych mieszkańców, uczyli się od nich - także tajników kuchni, nawiązywali znajomości i przyjaźnie, poznawali smaki tropiku i "szlifowali" swój związek. Doprawdy niełatwą rzeczą jest funkcjonować w tak minimalistycznych warunkach na jachcie, gdy nawet zwykły prysznic czy ugotowanie posiłku stanową pewien problem, a dwoje ludzi przez niemal cały czas jest zdanych tylko na siebie. Ann i Steve dali radę i udowodnili sobie i innym, że do odważnych świat należy i że chcieć to móc. Rejs "Recetą" był ich przepisem na sukces, na odnalezienie sensu życia.
Okładka  w miłych dla oka, relaksująco wpływających błękitach  skutecznie zachęca do lektury i wprawia w wakacyjny nastrój. Rozczarowuje brak fotografii, ale walor stanowią przepisy na egzotyczne potrawy. Raczej nie wszystkie wykorzystamy w naszej codziennej kuchni lecz jako ciekawostka sprawdzają się znakomicie,  wszak przyjemnie czyta się kulinarne wstawki, a szczypta egzotyki - choćby tylko "na papierze" - jeszcze nikomu nie zaszkodziła! W menu znajdują się oprócz tytułowego mango także owoce chlebowca, kolczochy, kokosy ( ciekawostką - woda kokosowa), rozmaite owoce morza, przyprawy, napoje... Książka obfituje w całe mnóstwo smaków, zapachów, dźwięków, marzeń i wrażeń. 
"W krainie obfitości mango"  ma szanse zostać przebojem literatury podróżniczej. Inspiruje nie tylko do egzotycznych wycieczek,  ale też do podejmowania odważnych decyzji i działania. Opowiada o apetycie na życie, o pasji i wytrwałości. Emanuje optymizmem i pogodą ducha.  Wzbogaca wiedzę o ludziach i świcie.
Serdecznie polecam - nie tylko na sezon urlopowy!

Spragnionym notatek, ciekawostek i zdjęć z podróży  polecam zajrzeć na stronę autorską Ann Vanderhooff:
www.spicenecklace.com




Karaibską przygodę zawdzięczam:


piątek, 18 kwietnia 2014

Wielkanocnie i wiosennie

Kwiecień-plecień zdecydował się na "trochę lata", gdzieniegdzie drobnym deszczykiem kropi,  szmaragdowa trawa rośnie w oczach, drzewa i krzewy rozkwitają... Ani się obejrzymy, kiedy wiosna buchnie majem...
Tymczasem zaś duchowo i fizycznie przygotowujemy się do Świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Zamieniamy się w (prawie)perfekcyjne panie domu i robimy kuchenne rewolucje. Nieraz bywa ta kuchnia piekielna, ale mamy nadzieję na niebo w gębie i spokój w sercu.

Życzę Wam mile spędzonych Świąt Wielkanocnych, 
zdrowych, spokojnych i rodzinnych.  
Wytchnienia od codzienności.
Przyjaznej aury i życzliwej atmosfery.
Niech kwitną Wasze pasje i uczucia.


Oto efekt moich kulinarnych szaleństw: kruche zajączki - na tle przedświęconkowego rozgardiaszu:




 Gdyby ktoś miał ochotę włożyć książkę do koszyczka, to warto się rozejrzeć:
http://www.matras.pl/ksiazki.html



Pozdrawiam wiosennie!

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Jestem pod ogromnym wrażeniem ("Honor" Elif Shafak)


Turecka pisarka szturmem zdobywa  serca czytelników na całym świecie, jej twórczość przetłumaczono na ponad 30 języków.  Kto wie, być może w przyszłości zasili grono noblistów, czego jej szczerze życzę. 
Co prawda moja znajomość dzieł Elif Shafak na razie ogranicza się tylko do dwóch, ale już wiem, że na tym się nie skończy i w miarę możliwości zamierzam sięgać po jej kolejne książki. Mam nadzieję, że będzie to długa i piękna przygoda z dobrą prozą.

Wydawnictwo Literackie
2013
"Honor" jest niczym  baśń tysiąca i jednej nocy - fascynująca, zadziwiająca, tajemnicza, tragiczna, okrutna i piękna. W tej wielowątkowej i wielowymiarowej powieści autorka przedstawiła skomplikowane dzieje rodziny Toprak o kurdyjsko- tureckich korzeniach. Los skazał ich  na rozdzielenie, emigrację i wiązanie końca z końcem w niezbyt spokojnej atmosferze współczesnego Londynu. To, co się tam wydarzyło, nie mieści się w pojęciu czytelnika wychowanego w naszej kulturze. Zupełnie inaczej bowiem pojmujemy rolę kobiet i mężczyzn w rodzinie, inaczej patrzymy na związki, rozstania i prawo do ułożenia sobie życia. Honor, godność, wstyd rozumiemy w inny sposób niż niż wyznawcy Allacha.
To opowieść o determinacji, miłości, rozpaczy, zdradzie i wierności, honorze, poświęceniu, tolerancji i jej braku, o zbrodni i przebaczeniu. Przesycony orientalnym klimatem "Honor" opowiada o ludziach innej kultury, innej religii, a jednak takich samych jak my, przeżywających takie same dylematy i doświadczających podobnych problemów.

Nie zamierzam streszczać fabuły, krótko tylko napomknę, że choć postaci występuje tu wiele, i każdej autorka poświęca kawałek miejsca, to najważniejsze są bliźniaczki Jamila Yeter i Pembe Kader (ich imiona znaczą odpowiednio Dość Urody oraz Różowe Przeznaczenie ) oraz dzieci drugiej z sióstr: Iskender, Esme i Yunus. To wokół nich zbudowana jest cała historia, oni stanowią oś, od której rozchodzą się boczne gałązki w kierunku przodków,  innych członków  familii, czy partnerów. Perpsektywa przesuwa się ciągle na inne osoby, w określony sposób istotne dla głównego wątku.
Ciekawie zbudowana została konstrukcja powieści. Najpierw poznajemy - z punktu widzenia Esme - finał, czy raczej epilog całej historii,  a potem zbieramy epizody jak puzzle, by na końcu złożyć je w zaskakującą całość. Urozmaiceniem są wstawki z pamiętnika Iskendera spisywanego w czasie pobytu w celi.
Przyznam, że w pewnym momencie przyszło mi do głowy pewne rozwiązanie fabularne i  okazało się, że choć nie do końca stało się tak, jak sądziłam, to byłam na dobrym tropie. Nie znaczy to wcale, że powieść jest przewidywalna. To nie miał być klasyczny kryminał, w  którym na końcu dowiadujemy się, kto zabił. Tu mamy odwrotną sytuację: znamy skutki, a nie znamy przyczyn, wiemy, co się wydarzyło, ale nie mamy pojęcia, jak i dlaczego do tego doszło. Nic nie jest takie oczywiste.
Wszystko, co zostało przedstawione w powieści, wydaje się niesamowite i nieprawdopodobne, ale jednocześnie prawdziwe, niemal namacalne. W łańcuchu wydarzeń sporą rolę odegrał przypadek i zbiegi okoliczności, ale też dużo zależało od ludzkich decyzji i wyborów. 
Safak potrafi zaczarować słowem. Sprawnie przenosi czytelnika między wioską położoną nad Eufratem i Londynem, przy tym zahacza o Abu Zabi. Rozpina swą opowieść na przestrzeni kilkudziesięciu lat rozpoczynając ją w 1945 r., kiedy miały miejsce narodziny bliźniaczek, a kończąc w 1992, gdy Esma wyrusza po swego brata wychodzącego właśnie z więzienia.
Pokazuje bohaterów w różnych momentach ich życia, przy czym czyni to nie w porządku chronologicznym, a w toku "bajania", każdy epizod i każdą postać czyniąc barwną i ważną. Czytając np.  o dzieciństwie Iskendera,  o młodości Adema i pijaństwie jego ojca, o pułapce hazardu, sklepie wujka Tariqa, czy o żyjących w squacie punkach i Tobiko, którą fascynował się mały Yunus, czy o  Eliasie, można odnieść wrażenie, że autorka poświęca poszczególnym wątkom i epizodom naprawdę wiele uwagi. Dba o szczegóły, koloryty i o to, by poprzez nie w pełni ukazać bohaterów. Sama sobie się dziwię, że utkwiły mi w pamięci przeróżne detale, nawet dotyczące drugo- czy trzecioplanowych postaci np. jasnozielony strój i kapelusz z piórami Rity przynoszącej Esme cenną wiadomość,  piosenka, przy której tańczyła Tobiko, czy imię kotki Eliasa.

Przeczytać "Honor" stanowi punkt honoru dla każdego czytelnika lubiącego sięgać po literaturę orientalną, opowiadającą o odmiennych od naszej kulturach, a także dla miłośników bogatych w wątki i emocje sag obyczajowych. O fanach twórczości Elif Shafak już nawet nie wspominając. Nie sadziłam, że aż tak mnie oczaruje i wciągnie ta powieść -przepiękna, fascynująca, wzruszajaca i malownicza. Po takiej lekturze trzeba ochłonąć.


Za niesamowitą literacką podróż nad Eufrat i do Londynu z Elif Shafak
 dziękuję Księgarni MATRAS.

niedziela, 30 grudnia 2012

W afekcie za kulisami -"Świat jest teatrem" Boris Akunin

  
 Nota ze skrzydełka okładki przybliżająca nieco treść powieści:
Rok 1911. Na prośbę wdowy po Czechowie Fandorin podejmuje się rozwiązania zagadki tajemniczych szykan, które spotykają znaną aktorkę petersburskiego awangardowego teatru "Arka Noego" goszczącego na występach w Moskwie. Erast Pietrowicz zakochuje sie - po raz pierwszy od czasów wczesnej młodości. Aby zbliżyć się do pięknej Elizy Altairskiej-Lointaine, zostaje dramatopisarzem. Jego sztuka Dwie komety na bezgwiezdnym niebie odnosi sukces i umożliwia detektywowi przeniknięcie do rządzącego się specyficznymi prawami świata teatru. Może to pozwoli mu znaleźć mordercę, którego ofiarami padają ludzie związani z ukochaną...


Nazwisko Akunin na okładce to gwarancja dobrej czytelniczej przygody, o ile z góry nastawimy się na grę z konwencją i nieszablonowość. Zgodnie z autorską definicją, "akunin" to ktoś ustalający własne zasady. Rosyjski pisarz o gruzińskich korzeniach skwapliwie korzysta z prawa do ustanawiania  literackich reguł, czemu szczególnie daje wyraz w cyklu pt. Gatunki, ale i w seriach  sensacyjno - kryminalnych( czy to o perypetiach Fandorina,  czy Pelagii, tudzież Magistra) nieźle miesza i kombinuje na powieściowej niwie. Efekt- rozgłos, nagrody, tłumaczenia książek na 35 języków oraz ogromna popularność wśród czytelników.

"Świat jest teatrem" to trzynasta, bynajmniej nie pechowa, część rozgrywającego się w realiach carskiej Rosji cyklu Przygody Erasta Fandorina. Tym razem wraz z  głównym bohaterem zaglądamy za kulisy nowatorskiego teatru i śledzimy nie tylko wątek kryminalny, ale i miłosny, poznając przy tym teorię sensacyjności leżącą u podstaw sukcesu teatru Noego Sterna, a także podział ról według charakterystycznych emploi aktorów na przykładzie sztuki "Wiśniowy sad". Dzieje się tu sporo, czasami aż można "zapomnieć", że to jednak kryminał, zresztą u Akunina nie powinno to dziwić, bo jemu jedna konwencja zazwyczaj nie wystarcza. Dla mnie stanowi to zaletę, ale fanów "czystego" kryminału nie przekona.

Erast Fandorin również typowym detektywem nie jest. Posiada szeroki wachlarz umiejętności, których nie powstydził by się sam Chuck Norris. Nawet napisać sztukę teatralną to dla niego fraszka. Jedynym mankamentem wydaje się tylko tendencja do jąkania. Na emeryturze nie spoczywa na laurach, co roku opanowuje nowy obcy język oraz kolejną sportową dyscyplinę. Dzięki temu jest w znakomitej formie fizycznej i umysłowej. Tajemnicze zagadki rozwiązuje niejako "gościnnie", nie urzędowo. Poproszony o zbadanie sprawy związanej ze środowiskiem aktorskim wdeptuje w niezwykłą historię pełną emocji,  gdzie zazdrość, żądza sławy i wielkości prowadzą do zbrodni, a sam pada ofiarą... strzały amora. Zaślepiony uczuciem, albo omotany próbą zapomnienia o nim, Erast  kieruje się mylnymi tropami, dedukcja zawodzi. Jednak w kulminacyjnym punkcie niczym James Bond ratuje sytuację. Takiego bohatera jak Fandorin można zarówno lubić, jak też i nie znosić. Z całą pewnością oryginalna zeń persona. Sama za mało go znam, by wystawić  jednoznaczną opinię, ale chętnie poczytam o nim więcej.
Tak jak Sherlok Holmes miał swojego Watsona, a Robinson Piętaszka, tak Erast ma swojego Masę - japońskiego sługę i oddanego przyjaciela w jednym. To dopiero jest delikwent! Dla niego również znalazło się miejsce na scenie, gra główną męską rolę w sztuce swego pana i nieświadomie staje się jego rywalem. Japończyk zabawnie kaleczy rosyjską mowę, co zostało oddane w polskim przekładzie pióra Olgi Morańskiej.  Postać Masy miło ubarwia całość powieści.

Skoro świat jest teatrem, a ludzie aktorami, to zawodowi aktorzy grają podwójnie. Czasem trudno im oddzielić życie od sceny, ich codzienność naznaczona bywa teatralnością. Czy wśród masek, pozorów i póz jest miejsce na prawdziwe uczucia? O tym opowiada nie tylko warstwa obyczajowa utworu, ale i sztuka przez Fandorina napisana, którą -co ciekawe- czytelnik też może poznać w załączniku. W ogóle do głosu dochodzi wielopoziomowość powieści, bo w ramach literackiej fikcji mamy teatr w teatrze i ten teatr przez tekst załączonej sztuki znów na płaszczyznę tekstu powieści się przenosi. Zagmatwanie to wygląda, ale w lekturze żadnej trudności nie sprawia.



Akunin potrafi swymi książkami zająć czytelnika, wciągnąć go w wir swojej wyobraźni i przygód bohaterów. Kryminał nie do końca kryminalny, choć miejscami krwawy i grozę budzący, humorem i szczyptą japońskiego kolorytu doprawiony to świetna lektura dla lubiących niekonwencjonalność osób. "Świat jest teatrem" może przypaść do gustu nie tylko miłośnikom sensacji, ale i teatrologom, a może również sympatykom orientalistyki. Skądinąd sam autor jest japonistą.
Dla mnie lektura tej powieści była znakomitą rozrywką i miłą odmianą.

B. Akunin, Świat jest teatrem, Świat Książki 2012

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki  Matrasowi.

Lektura przydała się jak znalazł do realizacji wyzwania Trójka E-pik.

wtorek, 23 października 2012

Skarb domowej biblioteczki

Baśnie i legendy polskie (wybór)  Nasza Księgarnia 2012, s. 280.
Nie wyobrażam sobie domowej biblioteczki bez co najmniej jednego zbioru baśni, a wręcz uważam, że powinno być ich tam sporo. Nie wyobrażam sobie dzieciństwa bez baśniowych opowieści. Klasyką, wręcz "żelazną", są utwory H. Ch. Andersena, braci Grimm, czy Ch. Perraulta. Obok światowego kanonu i  baśni z egzotycznych zakątków naszego globu ( mam tu na myśli np. te opracowane przez Wandę Markowską i Annę Milewską) nie może zabraknąć naszych rodzimych legend, klechd i podań.

Zbiór wydany przez Naszą Księgarnię zawiera aż  51 utworów. Są  tu baśnie, legendy i podania z różnych regionów Polski, od Podhala przez Śląsk, Mazowsze, Kurpie, aż po Pomorze; zarówno te najsłynniejsze i najbardziej popularne (np. Legenda o Warsie i Sawie, Złota Kaczka, Żywa woda, Królowa Bałtyku, O śpiących rycerzach w Tatrach), jak i mniej znane (np. Legenda o babiem lecie, Jak łomżyńskie wiedźmy wyniosły się z miasta, czy  Łopata małego piekarczyka). Wśród autorów znajdziemy takie znamienite nazwiska jak m.in. G. Morcinek, A. Oppman, . K. W. Wójcicki, J. Kasprowicz, M. Kruger, W. Chotomska, F. Fenikowski, L. Siemieński, a nawet J. Korczak. I choć mi osobiście zabrakło "Kwiatu paproci" J.I. Kraszewskiego, to wybór tekstów dokonany przez Elzbietę Brzozę generalnie uznaję za trafny i różnorodny.

Baśnie opowiadają o fantastycznych zdarzeniach, występują tam fantastyczne postaci - diabły, zjawy, wróżki, zazwyczaj realizują pewien schemat, dobro zwycięża, a zło zostaje ukarane. Nie obywa się też bez morału. Legendy otaczają fantastyką wydarzenia i postaci historyczne, wyjaśniają pewne zjawiska, tłumaczą pochodzenie nazw, stanowią wykładnię ludowej historii. Podania zaś wiążą się z danym regionem, miastem, czy miejscem. Wszystkie te gatunki wywodzą się z tradycji ustnego przekazu, stanowią o poczuciu wspólnoty ludu, o sile płynącej z "małych ojczyzn". Spisane przez badaczy folkloru i literatów, utrwalone w literaturze stały się dziedzictwem pokoleń. Warto je nadal ocalać od zapomnienia.

Baśnie i legendy rozwijają wyobraźnię i ciekawość świata, uczą wartości, pomagają przyswoić pewne treści, mogą być przyczynkiem do nauki historii, ale przede wszystkim dają przyjemność czytania. 

  Niewielka objętość poszczególnych utworów  oraz optymalna czcionka sprawiają, iż księga znakomicie sprawdzi się u najmłodszych odbiorców w rozwijaniu umiejętności samodzielnego czytania, nadaje się także oczywiście do głośnego czytania np przez rodziców dziecku przed snem. Dorośli również chętnie przypomną sobie znane baśnie i legendy, a może i w niektórych przypadkach poznają całkiem dla nich nowe.

O szatę graficzną zadbał Mirosław Tokarczyk( na końcu publikacji znajduje się krótki biogram artysty grafika). Ilustracje są kolorowe, przyjazne, nieprzesadne. Twarda oprawa i kredowy papier przydają książce jakości. 

"Baśnie i legendy polskie" zasługują na miano skarbu domowej biblioteczki, mogą być wspaniałym i uniwersalnym prezentem dla dziecka, ale i cała rodzina skorzysta z lektury.


 Za  egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie:


http://www.matras.pl/basnie-i-legendy-polskie-7.html



poniedziałek, 15 października 2012

Emiiiil, do drewutni!

A. Lindgren, Przygody Emila ze Smalandii, Nasza Księgarnia 2012

Agathę Christie nazywa się królową kryminałów, zaś w dziedzinie literatury dla dzieci berło i korona należą się bez wątpienia Astrid Lindgren. Szwedzka pisarka stworzyła szereg znakomitych opowieści i grono niezapomnianych postaci, które towarzyszą dzieciństwu kolejnych pokoleń. Któż bowiem nie zna Pippi Langstrumpf (vel Fizi Pończoszanki), Braci Lwie Serce, czy gromadki dzieci z uroczego Bullerbyn! Nie sposób także  nie słyszeć o Emilu ze Smalandii, choćby za sprawą telewizyjnego serialu - będącego  adaptacją książki. Pamiętam te niedzielne przedpołudnia, gdy kto żyw gromadził się przed ekranem, by śledzić perypetie małego urwisa i usłyszeć sakramentalny niemal okrzyk "Emiiiiiiiiiil, do drewutni!"- albowiem konsekwencją psot było spędzenie przez chłopca trochę czasu w komórce na drewno. Taka kara nie była dotkliwa, ale miała pedagogiczny wymiar - to coś w rodzaju "karnego jeżyka". O popularności serialu i głównego bohatera niech świadczy fakt, iż szkolny kolega mojej siostry został z racji usposobienia i czupryny jasnoblond mianowany Emilem, to przezwisko przywarło do niego na stałe. 

Emil Svensson mieszka z rodzicami, siostrzyczką Idą, służącą Liną i parobkiem Alfredem w zagrodzie Katthult we wsi Lonneberga w Smalandii. Jest dzieckiem dość nieokiełznanym, beztroskim, bardzo pomysłowym, żywiołowym, wszędobylskim. Główną motywację stanowi dlań zabawa. Jego energia i kreatywność nieraz przynoszą opłakane skutki, z działań Emila wynika przeważnie jakiś ambaras, afera.  Aż raz ludzie ze wsi złożyli się na bilet, aby wysłać chłopca do Ameryki, byle dalej od Lonnebergi. Młody Svensson nie jest jednak krnąbrnym, złośliwym chuliganem. Ma dobre intencje, dobre serce, o czym świadczy na przykład zaproszenie staruszków z przytułku na świąteczną ucztę, czy próba pomocy Linie w wyrwaniu bolącego zęba. Nie brakuje mu dowcipu, sprytu, zaradności, ma też doskonałe podejście do zwierząt. Potrafi doić krowy i świetnie jeździ konno. Umie też strugać drewniane ludziki - dzięki temu czas odbywania kary w stolarni nie dłuży mu się aż tak. Dzieciństwo Emila jest barwne, wesołe i szczęśliwe. Kto by pomyślał, że z małego rozrabiaki wyrośnie poważny obywatel i zostanie przewodniczącym rady gminy....

O wyczynach Emila można rzec, że na wołowej skórze by ich nie spisał... Jednak zostały one uwiecznione w niebieskich zeszytach pracowicie zapisanych przez mamę. To te kajety są źródłem historyjek, które mamy okazję poznać w formie jakby gawędy. Narratorka zwraca się bezpośrednio do odbiorcy ( z założenia małego dziecka), snując opowieści  o Emilu i przystępnie wyjaśniając to, co może być niezrozumiałe dla malucha. Całość znakomicie nadaje się do głośnego czytania, materiał na audiobook pierwsza klasa!

Książkę umieszczono w przedziale wiekowym 0-10 lat, ale powinno być do 110! Perypetie bohaterów z zagrody Katthult są zabawne i zajmujące, czyta je się z przyjemnością- niezależnie od wieku, tak jak  np."Przygody Mikołajka". Na pierwszy plany wysuwa się cel rozrywkowy, ale pod płaszczykiem zabawy kryje się ciepła, mądra, wartościowa opowieść, bardzo familijna.

W tomie wydanym przez Naszą Księgarnię zamieszczono wszystkie części - "Emil ze Smalandii", "Nowe psoty Emila ze Smalandii" oraz "Jeszcze żyje Emil ze Smalandii". Brakowało mi natomiast choćby krótkiego biogramu autorki. Nie podobały mi się czarno-białe ilustracje Bjorna Berga - postaci ze szpiczastymi zadartymi nosami wyglądały jak ludziki wystrugane z drewna, a Lina zupełnie nie pasowała wizerunkowo.
Pomijając te drobne niuanse, uważam publikację za cenny produkt na rynku literatury dziecięcej, wszak twórczość Lindgren to światowa klasyka, warto przybliżyć ją kolejnym pokoleniom, a i samemu miło powspominać.


Egzemplarz recenzyjny. Podziękowania dla Księgarni Matras

środa, 18 lipca 2012

"Dobre maniery w przedwojennej Polsce. Savoir-vivre. Zasady. Gafy"

M. Barbasiewicz, Dobre maniery w przedwojennej Polsce. Savoir-vivre. Zasady. Gafy,
Wydawnictwo Naukowe PWN 2012.


"Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą" powiada Sędzia z kart mickiewiczowskiego dzieła. Niemałą i niełatwą pracę włożyła Maria Barbasiewicz w przygotowanie niniejszej publikacji poświęconej grzeczności - szeroko pojętej - właśnie. Autorka  jest z wykształcenia historykiem, jej zainteresowania oscylują wokół kultury, sztuki, etnografii i socjologii. Ma w swoim dorobku liczne dokumentacje, artykuły i opracowania naukowe z tej dziedziny. Można więc nazwać ją specjalistką. 

"Dobre maniery..." nie stanowią jednak pozycji specjalistycznej, są skierowane do szerokiego grona odbiorców. Istotę tej pozycji najlepiej oddają słowa ze wstępu:"Tematem książki będą zasady savoir-vivre'u praktykowane w okresie międzywojennym na ziemiach polskich,  w różnych regionach i środowiskach. Znajdą się tu także anegdoty oraz opisy gaf, wynikających zwykle z nieznajomości zachowań uznawanych za właściwe. Publikacja nie pretenduje do opracowania naukowego, lecz jest swobodną i subiektywną prezentacją wybranych tematów." Nic dodać, nic ująć - trudno trafniej okreslić tematykę i charakter tej publikacji.Warto jednak przybliżyć jeszcze kilka elementów.

 Księga składa się  z 11 rozdziałów. Ich tytuły np. "Maniery wojskowe- sam szyk", "Co przystoi kobiecie", "Za stołem", "W kawiarni, w lokalu, na balu", "Gafy, pojedynki, kłopoty", "Dzieci i młodzież" mówią same za siebie. Treść opiera się na  bogatym materiale źródłowym obecnym w licznych cytatach. W obszernej bibliografii znajdziemy nie tylko kodeksy, podręczniki i poradniki takie jak np. "Polski kodeks honorowy" W. Boziewicza, "Zwyczaje towarzyskie..."Z. Sarneckiego, czy M. Rościszewskiego, "Kodeks towarzyski" K. Hojnackiej, ale i książki kulinarne oraz beletrystykę np. "Rajska jabłoń" P. Gojawiczyńskiej czy "Kariera Nikodema Dyzmy" T. Dołęgi- Mostowicza. Integralną część stanowią ilustracje: ryciny oraz fotografie z adekwatnymi podpisami. Całość wypada dość zgrabnie. Nieco irytujące wydawało mi się tylko wyróżnianie pierwszego wyrazu każdego akapitu wersalikami i podkreśleniem.

"Dobre maniery w przedwojennej Polsce" to pięknie i elegancko wydana skarbnica ciekawostek. Uwagą obdarzą ją na pewno miłośnicy Dwudziestolecia Międzywojennego, którzy interesują się kulturą i obyczajami tamtego okresu. Sięgną doń również osoby pasjonujące się tematyką zmian obyczajowych, form towarzyskich, obrazem życia w minionych epokach, historią sztuki, modą, stylem.  To książka na kształt leksykonu, czy kompendium, którego przeważnie nie czyta się od deski do deski za jednym zamachem, ale podchodzi do niego wielokrotnie, wybierając interesujące nas zagadnienia, oglądając zdjęcia, szukając inspiracji. Znakomita propozycja na prezent - wartościowa publikacja będzie zarazem ozdobą półek.



Kulturę i obyczaje przedwojennych czasów zgłębiałam dzięki uprzejmości Księgarni Matras. 

Dziękuję serdecznie.




piątek, 13 kwietnia 2012

Za kulisami cyrku - S. Gruen "Woda dla słoni"

Sara Gruen, Woda dla słoni, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011.
"Woda dla słoni" należy do grona książek, które pochłania się niemal jednym tchem, a podczas lektury przeżywa wiele emocji.  Już od dłuższego czasu chciałam poznać tę powieść kanadyjskiej pisarki, wystarczyła kiedyś mała wzmianka, bym nabrała na nią ochoty. Okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła. Ekranizacji, muszę przyznać, nie oglądałam i najprawdopodobniej nie będę. Wystarczą mi książkowe wrażenia, a tych mam pod dostatkiem.

Gdyby w "Familiadzie" padło pytanie "Kto pracuje w cyrku?" na pewno na tablicy wyświetliłyby się zgodne z odpowiedziami ankietowanych hasła: klauni, akrobaci, treserzy zwierząt, magik. Może pojawiłby się linoskoczek, żongler i woltyżerka, ktoś by podał konferansjera, czy muzyków z orkiestry. Chyba jednak nikomu do głowy nie przyszłoby wymienić robotników technicznych, rozstawiających namioty, zajmujących się menażerią, transportem,  zaopatrzeniem. Zapewne nie wspomniano by także o weterynarzu. Tymczasem cyrk tworzą nie tylko kierownicy i artyści, ale też pracownicy, ogólnie rzecz biorąc, fizyczni. Rzadko kiedy jednak zaglądamy za kulisy..... Sara Gruen w swojej bestsellerowej powieści pokazuje, że przybytek rozrywki ma drugie oblicze. Gdy zgasną światła i ucichnie gwar, a ostatni widzowie opuszczą trybuny, magię widowiska przesłania pył codziennego znoju. Splendor, parada i błyszczące cekiny ustępują miejsca ciężkiej pracy, cierpieniu i upokorzeniu. Na zapleczu wcale nie jest tak wesoło jak na arenie. Często dochodzi do zatraty wartości, by tylko "show must go on...".

Cyrk dla jednych jest pasją, dla drugich - przekleństwem. Dla Jacoba Jankowskiego - głównego bohatera i zarazem narratora  o polskich korzeniach - stanowi niemal całe życie, dom. Tu bowiem przeżył niezapomnianą lekcję i wiele doświadczył, z tym związał się na kilku płaszczyznach: prywatnej i zawodowej. Nic więc dziwnego, że  dźwigając na karku dziewiąty krzyżyk, Jacob, emerytowany weterynarz, powraca myślą do tamtego lata, kiedy po rodzinnej tragedii wskoczył do pociągu... Przybycie cyrku do miasteczka oglądane z okien domu opieki oraz scysja z nowym pensjonariuszem o tytułową "wodę dla słoni" wzbudzają wspomnienia. Zresztą już czas, by zrzucić zasłonę milczenia i opowiedzieć historię, która rozegrała się w instytucji pod nazwą "Najbardziej Osobliwe Widowisko na Ziemi Braci Benzinich" - w latach trzydziestych XX wieku w Stanach Zjednoczonych.

Cyrkowe środowisko stanowi tło dla wątku romansowego. Przyznać trzeba, że jest on bardzo schematyczny. Mamy bowiem taką trójkę: niedoświadczony młodzieniec - fascynująca piękna kobieta - zazdrosny i nieobliczalny mąż. Droga do happy endu jest kręta i wyboista, nie obędzie się bez ofiar. Momentami nieco melodramatyczne, ale przecież romantyczne historie mają rzesze zwolenników. Zapowiadana w nocie na okładce "porywająca opowieść o niezwykłej miłości i wielkiej przygodzie" byłaby przesadnym określeniem, gdyby skupić się tylko na uczuciach dwójki amantów. Gdy jednak do tego dodamy miłość do zwierząt, pasję i niecodzienne, jak by nie patrzeć, okoliczności, znajdziemy uzasadnienie tego entuzjastycznego opisu.

"Woda dla słoni" nie jest li i jedynie opowieścią o miłości. To także, a nawet przede wszystkim, opowieść o zawiłych meandrach ludzkiego losu, o ludzkiej godności, o starości, samotności, potrzebie bycia szanowanym i uczuciu bycia zbędnym, o przyjaźni i nienawiści, o zwierzętach, o ich sprycie i mądrości, o ludzkiej bezwzględności, okrucieństwie, o dążeniu do sukcesu po trupach,  żądzy zysku i sławy. Gorzki to obraz, przedstawiający wiele przykładów ciemnej strony życia, zawierający przykre i dramatyczne sceny. Na szczęście - dla równowagi - został okraszony szczyptą humoru i zakończony optymistycznie. Wiele emocji i wiele refleksji przynosi.

Wśród bohaterów są zwycięzcy i przegrani. Chciałoby się, aby złych ukarano, a dobrych nagrodzono, jednak nie do końca tak się stało, cóż losy bywają zagmatwane... Na uwagę zasługuje postać Waltera Kinko, karła, który z pozoru był gburowaty i zdziwaczały, ale miał wielkie serce. Okazał je nie tylko Jacobowi, z którym mieszkał w wagonie,  ale też  staremu  pijakowi zwanemu Wielbłądem, łamiąc niepisaną zasadę, że artyści nie bratają się z robotnikami. Ważną rolę odgrywają zwierzęta, bez których  cyrk Wuja Ala nie istniałby, czytelnik za ich sprawą nieraz zmartwieje ze zgrozy (los okulałych koni) albo pokręci głową z podziwu (kontakt i  reakcje orangutana), bądź też uśmiechnie się ( słoń w warzywniku). Spośród menażerii, którą miał pod swą pieczą Jacob, szczególnie należy wspomnieć o słonicy Rosie, która  rzekomo "była tępa jak worek młotków", ale wystarczyło znaleźć klucz do jej zachowania, by wspaniale z nią pracować. Jacob przypadkiem to potrafił....
Odnośnie głównego bohatera, to bardziej  polubiłam go jako zrzędliwego upartego staruszka, który wie, czego chce, niż jako 23- letniego absolwenta studiów weterynaryjnych, który miota się wśród załogi cyrkowego składu kolejowego. Daleko mu do bajkowego Doktora Dolittle, jego wspomnienia nie umywają się do opowiadań Jamesa Herriota. Trzeba mu jednak przyznać, że wykazywał się rzetelnością,odpowiedzialnością, wiernością zasadom.

Od strony konstrukcyjnej mamy do czynienia z dość typowym zabiegiem: w pierwszoosobowej narracji przeplatają się sceny współczesne z retrospektywnymi. W prologu poznajemy wycinek ważnego zdarzenia, stopniowo dowiemy się, jak do niego doszło i jaki był jego finał. Fabuła zyskuje niewątpliwie dzięki barwnym, częstokroć poruszającym,  realiom, w jakich została osadzona oraz żywemu językowi. Powieść jest bardzo "filmowa", nic dziwnego, że szybko została ujęta okiem kamery.

"Woda dla słoni" jest fikcyjną historią, ale nie całkowicie wyssaną z palca. Autorka, zainspirowana artykułem w prasie, poświęciła kilka miesięcy na "research" dotyczący dziejów amerykańskich cyrków, zgromadziła wiele publikacji , odwiedzała muzea, zbierała fotografie. Wiele szczegółów, anegdot, faktów zaadaptowała do swojej powieści, o czym nadmienia w posłowiu, wspomina także słonice Topsy i Starą Mamę, pierwowzory literackiej Rosie. Zamieszczone zostały dodatkowo reprodukcje zdjęć.

Życie  to teatr, a raczej cyrk....Jednym zdarza się błyszczeć na plakatach, drudzy wylatują z pędzącego pociągu. Rewelacja okazuje się bublem, a z kapelusza magika wyskakuje króliczek. Świat opisany przez Sarę Gruen nie jest  miniaturą rzeczywistości, ale w pewnej mierze pokazuje zachowania i mechanizmy, które nie zmieniają się mimo upływu lat i zmiany miejsc. 

"Wodę dla słoni" polecam nie tylko entuzjastom powieści obyczajowo- romansowych z ciekawym tłem, powinni ją obowiązkowo przeczytać ci, którzy z radością klaszczą w łapki, gdy na arenie tańczą konie, kłaniają się słonie, małpy skaczą niedościgle, a karzełek robi salto. Gdyby wiedzieli, jakim kosztem to się nieraz odbywa, nie pozostaliby biernymi gapiami, a zainteresowaliby się, czy zwierzętom (i ludziom) nie dzieje się krzywda.

Cyrk to rozrywka nie dla mnie, ale czytanie - jak najbardziej. Chętnie poznałabym pozostałe książki Sary Gruen, za które zdobyła prestiżowe nagrody. Mam nadzieję, że wydawcy zadbają, by pisarka nie pozostała u nas kojarzona wyłącznie z zekranizowaną historią Jacoba, Marleny, Augusta, Rosie i całej reszty.
Za egzemplarz serdecznie dziękuję Księgarniom Matras i Wydawnictwu Rebis



Moja lista blogów