Feeds:
Wpisy
Komentarze

DOROTA TERAKOWSKA zmarła 22 lata temu, 4 stycznia 2004 roku.

Zawirował świat, kiedy usłyszałam w radiu tę wiadomość. Jak to? Przecież kilka dni wcześniej wymieniłyśmy smsy, DT pisała, że odezwie się jak wyjdzie ze szpitala…

Byłam podekscytowana, kiedy zgodziła się mailowo odpowiadać na moje pytania o jej życie i twórczość, co ułatwiło mi pisanie pracy magisterskiej. DT była dla mnie kimś w rodzaju guru. Była pierwszą pisarką, z którą regularnie korespondowałam – także po skończeniu studiów, kiedy nie potrzebowałam już nic do magisterki.

Od niej przyszło coś, o czym nawet nie myślałam, a co wyszło w praniu: chwaliła i namawiała mnie do pisania. Wspominanie o tym wcześniej byłoby zuchwalstwem, teraz chyba mogę to zrobić. Mam listy, w których docenia moje mailowe opowieści. Do jednego często zaglądałam – poprawiał mi humor.

Masz duży talent pisarski – ja nie żartuję. Przeczytałam twój rozdział o mnie – jest bardzo ciekawy, lekki, dowcipny, mądry. Pamiętam twojego emaila o niedźwiedziu ;-), a teraz przeczytałam tego o twojej staruszce – i naprawdę umiesz pisać z czymś takim, co ja nazywam klimatem. Myślę, że pracując w tej bibliotece, wcześniej lub później dojdziesz do wniosku, że musisz napisać coś – co będzie literaturą.

To ONA pierwsza przeczytała szkic do „Tatki”. Była uznaną i nagradzaną pisarką, dziennikarką, a chciało jej się czytać kilkanaście stron tekstu jakiejś bibliotekarki szkolnej z Będzina… Napisała mi wówczas:

Masz powieść. Może ją będziesz pisać rok, może dwa. Może całe życie. Ale to byłaby PRAWDZIWA powieść.

To dlatego również Dorocie Terakowskiej dedykuję „Tatkę”.

Jest fragment w świetnej biografii „Moja mama czarownica” (Wydawnictwo Literackie, 2005), w której głos oddaje mi córka DT i autorka tej książki – Katarzyna T. Nowak. Opisuję tam moją wizytę w krakowskim mieszkaniu pisarki. Przywiozłam wtedy DT egzemplarz pracy magisterskiej, poczyniłam też ciekawe spostrzeżenia.

Tak, DT była prawdziwą czarownicą. O tym, jak zadzwoniła do mnie już po śmierci – pisałam pod koniec tego wspomnienia:

https://bibliog3.wordpress.com/art…/wspomnienie-o-dorocie

To nasze wspólne zdjęcie stoi u mnie na regale. Zrobiono je po spotkaniu autorskim w Biblioteka Śląska na początku lat dwutysięcznych. Zawsze się do niego uśmiecham. Dziś bardziej.

Warpie-Kamionka w Będzinie – tutaj mieszkałam od dziecka, tutaj mieści się też szkoła, w której pracuję. Historii tego terenu będzie poświęcona konferencja pod honorowym patronatem Rektora Uniwersytetu Śląskiego.

10 października opowiem o innowacji pedagogicznej, którą prowadzę z uczniami SP nr 8 w Będzinie od 2021 r.

  • Przywracanie pamięci o Stanisławie Wygodzkim w szkole przy „Dzielnicy Kamiennej”.

Zapraszam razem z organizatorem – Fundacją Brama Cukermana.

Informacje o konferencji na FB:
https://fb.me/e/7Zy04PMD0

Na okładce wrześniowego numeru miesięcznika „Śląsk” zdjęcie autorstwa Joanna Helander „Baby patrzą”, a wewnątrz m.in. mój artykuł o Stanisławie Wygodzkim.

Można przeczytać go tutaj:

Strona pisarza na FB: Stanisław Wygodzki – pisarz

W Dwutygodnik kulturalny „artPAPIER” pojawiła się właśnie najnowsza recenzja mojej powieści „Tatko” – NA PRZEKÓR PRZEMOCOWYM KORZENIOM.

Jej autorką jest prof. Agnieszka Nęcka-Czapska – literaturoznawczyni, krytyczka literacka, pracowniczka Instytutu Literaturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach.

W najdłuższej (jak dotąd) recenzji tej powieści czytamy m.in.:

„Izabela Tumas – co warto podkreślić – połączyła nie tylko opowieść jednostkową z uniwersalną (wszak w przeżyciach Małej pobrzmiewają echa doświadczeń innych dzieci wychowujących się w domach alkoholików), ale także historię rodzinną, prywatną z tą pisaną przez wielkie H., akcję swojego debiutu osadzając w Mieście B. (w którym odnaleźć można rysy Będzina), a więc w miejscu mającym traumatyczną przeszłość, w którą wpisane były dramatyczne zdarzenia z okresu II wojny światowej, z gettem żydowskim w tle.”

📌 Całość tekstu na stronie:

https://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=508&artykul=10258&kat=1

Justyna Suchecka to wielokrotnie nagradzana dziennikarka, która pisze i mówi o edukacji (kiedyś w GW, teraz w TVN24.pl). Wczoraj gościła w Zagłębiowskiej Mediatece na konferencji “Zdrowa szkoła”.  

Zwieńczeniem dyskusji i warsztatów było spotkanie z dziennikarką wokół jej książek, bowiem Justyna Suchecka jest autorką publikacji o młodych ludziach: ich pasjach, potrzebach i problemach (o zdrowiu psychicznym!).

  • „Young Power! 30 historii o tym, jak młodzi zmieniają świat” (2020, Znak),
  • „Nie powiem ci, że wszystko będzie dobrze” (2022, W.A.B.),
  • „Pokolenie zmiany. Młodzi o sobie i świecie, który nadejdzie” (2023, W.A.B.)] 
  • “Cała nadzieja w szkole. Polska edukacja może być wspaniała” (W.A.B., 2024) to jej czwarta książka. Jeżeli są lektury obowiązkowe dla uczniów, ja proponuję, żeby powstała też lista lektur koniecznych dla nauczycieli. I od razu wpisuję na nią ostatnią książkę Justyny Sucheckiej. 

Mogę to napisać, bo pracuję w edukacji od ponad 20 lat i zdaję sobie sprawę, co szkołę boli. A Justyna Suchecka, z wieloletnim doświadczeniem dziennikarskim w tej materii wie, razem z przepytywanymi ekspertami, jakie lekarstwa podać. Jej propozycjom, które nie są z pewnością kuracjami homeopatycznymi, mocy przydaje fakt, że za pięć lat przygodę ze szkołą zacznie córka dziennikarki. Nie dziwi więc, że JS sama chciałaby jak najlepszych rozwiązań w edukacji także dla swojego dziecka.  

Książka “Cała nadzieja w szkole” – która powstawała zresztą na urlopie macierzyńskim – jest więc rozważaniem o lepszej szkole, zmianach rozsądnych i możliwych. Ale też koniecznych, pozwalających choć trochę dogonić współczesny świat. W te zmiany musi być z pewnością wpisane wzmocnienie krytycznego myślenia, wsparcie umiejętności życiowych uczniów i ich radzenia sobie ze zmianami. 

Wizja szkoły po ludzku dobrej, podążającej za młodymi, jest możliwa. Ale nie bez pracy. Czytając książkę Justyny Sucheckiej myślę, że na początek wypadałoby zmienić perspektywę. Może wystarczy w tym celu wyjść ze szkoły drzwiami i spróbować dostać się do niej na powrót przez okno? 

Podczas spotkania JS mówiła o bolączkach współczesnej szkoły i tym, co je wyzwala. Według dziennikarki najbardziej destrukcyjne dla młodych ludzi są media społecznościowe. Ma nadzieję, że kiedyś będziemy mogli o nich mówić tak, jak dziś o papierosach: że co prawda istnieją i można ich używać, ale wszyscy wiemy, jakie zagrożenia niosą. Warto mieć świadomość, że media społecznościowe mają moc dewastacji, zwłaszcza w rękach uczniów – oni nie wahają się używać ich przeciwko sobie.  

Gdyby mogła, Suchecka wyrzuciłaby ze słownika trzy powiedzenia, które nic dobrego nie wnoszą: “Kiedyś tak nie było…”, “Zawsze tak było…”, “Ja w twoim wieku…” 

Zapytana, co złego jej zrobiła szkoła powiedziała, że akurat placówka, w której się uczyła była naprawdę w porządku. Ostatecznie przyznała: szkoła nie pozwoliła jej skupić się na tym, co ją interesowało, bo była tak zmęczona obowiązkami (ciągle godziła się na udział w proponowanych przez nauczycieli konkursach). A muszę dodać, że pasją dziennikarki (podobnie jak moją) był taniec towarzyski (JS była instruktorką tańca). 

Co robi dobrze edukacji – i w ogóle ludzkości? Różnorodność – mówiła JS.  Co nas gubi? Brak zaufania – wszystkich do wszystkich: nauczycieli, uczniów, rodziców, decydentów. 

Co można poprawić w szkole małym nakładem środków? M.in. funkcjonowanie Rad Szkoły, w które realnie byłyby zaangażowane trzy strony: rodzice, uczniowie i nauczyciele. Dopiero ten trójgłos dałby szansę na to, żeby szkoła była też miejscem do życia, nie tylko do bycia. 

Zapytana, jaka zmiana w edukacji wydaje jej się na dziś najpilniejsza i najłatwiejsza do zrealizowania odpowiedziała, że wprowadzenie we wszystkich klasach 1-3 – jako wsparcia wychowawcy – nauczyciela współorganizującego kształcenie (tzw. wspomagającego). Pełna zgoda. Tymczasem tendencja jest taka, że tym nauczycielom zmniejsza się jeszcze wymiar godzin w danej klasie. 

Justyna Suchecka mogłaby napędzać zmiany w edukacji swoją energią. Chociaż mało spała w nocy, a na nogach była od szóstej rano, po intensywnym dniu i wieczornym spotkaniu podpisywała książki, konwersowała, pozowała do zdjęć we wszystkich możliwych wariantach, a potem pobiegła na pociąg – gdzie, zamiast odpocząć – oczywiście czytała („Sploty” A. Ciarkowskiej). 

— 

Spotkanie w Zagłębiowskiej Mediatece prowadziła dr Magdalena Boczkowska. 

„Nieoczywisty, wart zapamiętania debiut” – tak o „Tatce” pisze profesor Bernadetta Darska.

„Tumas nie usprawiedliwia, ale i nie oskarża. Pokazuje, jak wygląda życie, które pewnym osobom się przydarza. Warto!” – kończy recenzję, którą można przeczytać na jej blogu:

https://bernadettadarska.blogspot.com/2025/03/na-co-dzien-i-tumas-tatko.html

Profesor Bernadetta Darska to krytyczka literacka, literaturoznawczyni, wykładowczyni w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Wydziale Humanistycznym na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, jurorka Nagrody Wielkiego Kalibru na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu.

Info ze strony: https://pl.wikipedia.org/wiki/Bernadetta_Darska

Spotkałam wczoraj w centrum miasta B. moją nauczycielkę języka polskiego z podstawówki. Pani S. uczyła bardzo dobrze, ale była wymagająca i surowa. Na jej lekcjach siedzieliśmy najpiękniej jak się da, robiliśmy inteligentne miny i modliliśmy się, żeby tego dnia to nie nas wyrwała do odpowiedzi. 

W ósmej klasie mieliśmy napisać wypracowanie o wymarzonym zawodzie. Niektórzy nie wiedzieli jeszcze, co będą robili w przyszłości, wymyślali więc na potęgę, a ich wypracowania sytuowały się w kategorii opowieści fantastycznych. 

Niestety, nie mogłam swobodnie wypłynąć na ocean konfabulacji. Od dawna wiedziałam, że będę pracowała w bibliotece. Wiedziała o tym cała szkoła – niemal każdą przerwę spędzałam na pomaganiu w bibliotece szkolnej. Myślenie i mówienie o tym sprawiało mi frajdę, więc rozpisałam się wtedy na czterech stronach. 

Wypracowania oddaliśmy, a następnego dnia do klasy weszła Pani S., niosąc naręcza naszych zeszytów ze sprawdzonymi pracami. Rzuciła je na biurko z pewnej wysokości – usłyszeliśmy głośny plask, struchleliśmy. Mina nauczycielki była nieprzenikniona, ale obstawialiśmy, że nie jest zadowolona z naszych wypocin. Zapadła cisza i zawisła nad nami jak tępe narzędzie, które – tego się spodziewaliśmy – zaraz spadnie na nasze karki. I nie będzie to szybka śmierć. Bo raczej zrani, mocno poturbuje, a my będziemy musieli zatykać dłonią krwawiące rany, oddychać głęboko, starać się nie zasnąć i nie tracić świadomości aż dzwonek nie wyrwie nas z ławek, wolność polekcyjna nas nie uzdrowi i dopiero wtedy powrócimy do świata żywych – aż do następnej lekcji polskiego. W tę ciszę wdarło się nagle jedno słowo. 

-Tumas! – Usłyszałam wypowiedziane ostrym głosem wezwanie.  

Moje drżące nogi uniosły ciało nad krzesełko, na twarzy odprawiały się bezwolnie jakieś napięcia i naprężenia zmieniające rysy. “Matko… – pomyślałam. – Aż tak źle?…” 

Pani S. podniosła ze stosu zeszytów w kolorowych, plastikowych okładkach – mój. Trzymała go nad głową i wyglądała jak sędzia na meczu piłkarskim, który chce wręczyć zawodnikowi drugą już kartkę i tym samym wyeliminować go z gry, bo zeszyt Tumas Izabeli był w okładce czerwonej z małym przezroczystym okienkiem na karteczkę do podpisu. 

-Podejdź tu! – rzuciła tak samo ostro jak przed chwilą. 

Szłam jak na ścięcie, nie przełknęłam nawet śliny. 

I wtedy usłyszałam, i cała klasa usłyszała, że głos nauczycielki rozpływa się nagle jak czekolada zostawiona na słońcu. Słodko i z zapowiedzią przyjemności. Tak to pamiętam, bo Pani S. mówiła z uśmiechem, pokazując nam szereg ładnych, białych zębów: 

-A teraz przeczytaj – podała mi zeszyt otwarty już na wypracowaniu, a ja wzięłam go, jeszcze niepewna, co ma znaczyć całe to zajście. – A cała klasa posłucha, jak Iza barwnie opisała, że marzy o pracy w bibliotece. Piękne, piękne wypracowanie! 

Stałam na tle tablicy, trzymałam w rękach zeszyt. Miałam wtedy – pewnie jak zawsze – spleciony warkocz, i fartuch granatowy, nylonowy, z białym kołnierzykiem. Czytałam im, że książki przyprawiają mnie o drżenie, że uwielbiam między nimi przebywać, brać je do rąk, układać, spisywać, podawać czytelnikom, zapisywać wypożyczenia, dbać o ich nieustawiczne krążenie.  

Czytałam to wypracowanie tak, jak je pisałam – jakbym już pracowała w tej bibliotece, z ludźmi, co chcą książki brać, czytać i wymieniać, a ja o nie dbam, równo ustawiam na półkach i zmieniam okładki, jeżeli trzeba. 

Zrobiłam wszystko, żeby tak było. I stało się.

U mnie bez zmian.  

Siedzę za biurkiem na parterze szkoły, której jestem absolwentką. W każdej chwili mogę wstać, wbiec na drugie piętro, uchylić drzwi do sali numer 50 i stanąć w tym miejscu, gdzie wiele lat temu czytałam sobie przepowiednię. Postać chwilę, pouśmiechać się z nostalgią.

Ostatecznie jednak muszę zejść na parter, gdzie krążę teraz wśród regałów, przekładam, układam, podaję, a kiedy siadam za biurkiem i wpisuję do inwentarza nowe książki to serce rośnie mi dokładnie tak samo jak w ósmej klasie, kiedy tylko o tym pisałam. I rozrasta mi się serce w ciele niczym bluszcz, włazi też do rąk, co odchylają właśnie okładkę książki, żeby przybić pieczątkę, wpisać pod nią numer, sygnaturę. Daje znać to serce, że ciągle tak samo cieszy go to wszystko, nawet tak mała rzecz jak zrobienie okładki foliowej. A najbardziej, że oni ciągle są. Cierpliwie czekają przy biurku i chcą ode mnie te książki pożyczać – z uśmiechem, z ciekawością, ze swoimi marzeniami. 

(Na fot. inwentarz książek biblioteki szkolnej z czasów, kiedy marzyłam, żeby móc sama je tam wpisywać.)

„Proces rozpoznawania siebie opisany jest z wielką precyzją i znawstwem psychologicznym, co czyni go prawdopodobnym” – tak pisze w recenzji „Tatki” prof. Krystyna Heska – Kwaśniewicz.

Cały tekst „Determinanta własnego istnienia” dostępny jest w Miesięczniku społeczno-kulturalnym „Śląsk” 2/2025.

Profesor Heska-Kwaśniewicz to wybitna uczona i ceniony nauczyciel akademicki, autorytet w dziedzinie literaturoznawstwa, specjalistka z zakresu literatury i książki dla dzieci i młodzieży, także motywu dziecka w literaturze pięknej oraz badań naukowych poświęconych literaturze i kulturze Górnego Śląska, organizatorka badań śląskoznawczych, w tym dziejów śląskiego harcerstwa i książki polskiej na Śląsku, promotorka kultury i języka polskiego, popularyzatorka nauki. (…)

(Info ze strony: us.edu.pl)

W tych oczach odbija się Będzin. Musi znajdować się dokładnie przed twarzą tego chłopca, którego zdjęcie dziś ożywiłam na FB, skoro zostało zrobione prawdopodobnie w szkole przy ulicy Kołłątaja.


Jest to wówczas – a był rok 1919 r. – miasto gwarne i ciekawe. Konglomerat ludzi różnych wyznań i przekonań, biedy i bogactwa, hut i kopalń, pomiędzy którymi – na osłodę – rozciągają się połacie terenów rolniczych.

Jest też browar Gambrinus w miejscu czegoś, co w przyszłości przeklną po tysiąckroć kierowcy, a także Przemsza szeroka, nieuregulowana, po której panny w sukniach, z parasolkami i panowie w marynarkach pływają co niedzielę łódkami wiosłowymi.

Zamek jeszcze w ruinie, ale za chwilę powstanie Towarzystwo Opieki na Górą Zamkową i błyśnie nadzieja, że lada moment dokona się spektakularna odbudowa. Tymczasem przytulają się do tych ruin budynki biedne, liche i podupadające, a wśród nich góruje murowana synagoga, w której murach echem odbijają się – nikt nie wie o tym, że jeszcze tylko 20 lat – modły nabożnych Żydów.

A te oczy czarne, ciekawe i chłonące wszystko zapamiętają, wszystko to zamkną pod powiekami, oraz jeszcze wiele, wiele więcej – żeby za jakiś czas wypłakać to na papier, wypisać z siebie obraz miasta ukochanego.

Na tym zdjęciu już 12 lat oglądają i wpisują Będzin w serce, z którego się już to miasto nie wypisze, bo przecież nie może – tutaj po raz pierwszy ten świat zobaczyły. Dokładnie: 13 stycznia 1907 roku o godzinie szóstej rano.

13 stycznia 1907 roku w Będzinie urodził się Stanisław Wygodzki – poeta, prozaik, tłumacz.

To był skok Wygodzkiego na młodzież, ale nie tylko, bo jedna z jurorek konkursu zaznaczyła, że z polecanych dziś książek wyniosła nowe inspiracje – i ja wiem, że chodziło o „Basy”! Na X Powiatowym Konkursie „Booktalking czyli gawęda o książce” Magdalena Stencel z klasy 8b zdobyła wyróżnienie w kategorii „szkoły podstawowe”.

Magda polecała zgromadzonym książkę „Basy” Stanisława Wygodzkiego, czyli opowieść o Będzinie, którego już nie ma – autorstwa pisarza, który przez lata pozostawał zapomniany. To oczywiście ten sam pisarz, o którym prowadzę w naszej szkole innowację pedagogiczną, i m.in. klasa Magdy w niej uczestniczy.

Gratulacje i podziękowania dla Magdy, której mimo przeciwności udało się wziąć udział w tym w konkursie!

„Booktalking” odbył się pod honorowym patronatem Starosty Będzińskiego Sebastiana Szaleńca w Zespole Szkół Ogólnokształcących i Technicznych w Wojkowicach. Jego oganizatorką już od lat jest nauczycielka języka polskiego – Agnieszka Mańka.

A tak o „Basach” Wygodzkiego mówiła Magda:

„Trzymam w rękach książkę, o której wszyscy zapomnieli. Zapomnieli o niej, o jej autorze i innych jego utworach. Przynoszę ją dziś do Państwa, żeby głośno wypowiedzieć ten tytuł i nazwisko: BASY – Stanisław Wygodzki. Dlaczego to pisarz zapomniany?

Stało się tak dlatego, że w ubiegłym wieku nakazano usunięcie wszystkich jego książek z bibliotek, a informacji o nim z encyklopedii i słowników. Ale zanim powiem, czemu do tego doszło, muszę wspomnieć, że Wygodzki urodził się w Będzinie. Ponieważ przyszedł na świat na początku XX wieku, oglądał to miasto takim, jakim nigdy go nie widzieliśmy. A ta książka to magiczna machina do podróży w czasie.

Basy to nazwisko cyrkowców z Podzamcza, którzy zarabiali na życie, pokazując sztuki akrobatyczne na podwórzach między kamienicami. Tak to się odbywało:

„Po rozpostarciu barwnego dywanika, stary Bas dawał sygnał, wtedy trzej jego synowie, odziani w trykoty, ustawiali się według wzrostu i ze skrzyżowanymi ramionami czekali dalszych rozkazów. Były one prowokująco głośne, brzmiały z cudzoziemska, obco; nieruchome twarze synów, obręcze, drabinki, pręty, ciężarki, wysokie koło, wszystkie te przybory ułożone w pobliżu, poza tym cierpliwość, z jaką stary Bas pozwalał widzom wyczekiwać początku widowiska wszystko to było porządkowaniem efektów, naciąganiem struny, zamierzonym działaniem całej rodziny, obliczonym na aplauz publiczności, na hojne datki, zapłatę.”

Historia cyrkowców Basów z Podzamcza jest dla autora punktem wyjścia do opowieści o Będzinie z jego lat dziecięcych i dorosłych. Przemsza była wtedy rzeką nieuregulowaną, i z łatwością wjeżdżały do niej furmanki, żeby konie mogły napić się wody. Zamek był nieodbudowany, a wokół niego, zamiast trawy i ławek, tkwiły stare domostwa. Nie było dobrze nam znanych miejsc, takich jak osiedla. Tak pisze o tym Wygodzki:

Bywało, biegliśmy nad Przemszę. Miejsce, w którym zatrzymaliśmy się, nazywało się „za kordonem”; tu trawy były inne niż na Podzamczu i nawet Przemsza pachniała zielskiem i wodą, a nie rynsztokiem. Leżeliśmy tam godzinami, opowiadając sobie zasłyszane baśnie i legendy, najchętniej o umarlakach i strachach, o wyczynach bandytów i zbójców, o wielkich bogaczach i skarbach leżących gdzieś w ukryciu, pod kamieniem lub pod drzewem, albo we wnętrzu wzgórza takiego jak Góra Zamkowa czy ,,Syberka”. Było to dość znaczne wzniesienie biegnące wzdłuż drogi wiodącej z Będzina do Czeladzi. Stały na tym wzgórzu resztki jakiegoś rozsypującego się domostwa. Było ono widoczne z łączki za Przemszą, ,,za kordonem”, ale wtedy nie wiedziałem jeszcze, co oznacza nazwa ,,Syberka” i jak to się stało, że dom otrzymał taką nazwę. Najchętniej spędzaliśmy tam sobotnie popołudnia.

Wszystko w Będzinie było wtedy inne – i widoki, i zapachy, i ludzie. Poznajemy w “Basach” historię miasta spokojnego, po którym krążą kataryniarze, i miasta ogarniętego wojną, kiedy Będzin traci prawie połowę mieszkańców pochodzenia żydowskiego – wywieziono ich do Auschwitz i zgładzono.

W trakcie podróży do obozu – tragicznie giną też żona i czteroletnia córeczka Wygodzkiego. Pisarz, chcąc oszczędzić wszystkim cierpień, podaje całej rodzinie truciznę. Jednak jego dawka była zbyt mała – przeżył. Przetrwał wojne – do końca swoich dni żył z piętnem zabójcy. Założył drugą rodzinę, a w 1968 roku wyjechał do Izraela i już nigdy nie wrócił do Polski – ale za nią nieustannie tęsknił. To wtedy nakazano usunąć jego nazwisko z historii literatury.

Dziś – razem ze stroną na FB “Stanisław Wygodzki – pisarz” przypominamy o autorze. I przywołujemy zdanie, które świadczy o tym, że Będzin został w jego sercu na zawsze:

Wyszliśmy z kotliny pnąc się w górę. Widok był rozległy. Przed nami leżało miasto, najpiękniejsze miasto świata, pierwsze i ostatnie miasto mego życia.

Przeczytajcie „Basy”, żeby przenieść się do Będzina, którego już nigdy nie będzie.”

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij