4 listopada Babcia obchodziłaby 120. rocznicę urodzin. Zmarła 21 lat temu.
Piję właśnie herbatę z jej ulubionego kubka. Zwykły kubek z lamówką, ale jakoś szczególnie go sobie upodobała – podobno kawa Inka smakowała z niego najlepiej.
Na zdjęciu z kokardą na głowie i przy kołnierzu ma (o ile dobrze zapamiętałam) 19 lat. O tym drugim zawsze mówiła, że zrobiła go dla innych, żeby tak zostać zapamiętaną. Ale ja pamiętam Babcię inaczej, bo poznałam ją, kiedy była już pięknie siwiutka.
Miałam pięć lat, siedziałam jej na kolanach, dotykałam tych białych włosów podpiętych z boku wsuwkami, a z tyłu grzebykiem, i – sama mając wtedy włosy jasne jak pszenica, w zachwycie pytałam:
– Babciu, kiedy będę miała takie blond włosy jak ty?
A ona się śmiała, i mówiła, że jeszcze bardzo, bardzo długo będę czekała. A to już!
Była ze mną od początku, a ja byłam z nią do końca.
I w ogóle nieistotne, że nie byłyśmy spokrewnione, bo to była moja najprawdziwsza, ukochana Babcia.
Czy Stanisławowi Wygodzkiemu przyszłoby do głowy, że ktoś opowie kiedyś o jego życiu i twórczości na będzińskim dworcu kolejowym, tam gdzie rozpoczęła się tragiczna część jego biografii?…
A tak właśnie stało się 30 sierpnia 2023 r. dzięki zaproszeniu na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki działającego przy Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej im. Stefana Żeromskiego w Będzinie. Prowadzi go Grażyna Sałagan.
Wychodzi na to, że to była nasza, mieszkańców Będzina, powinność – poznać dzieje prozaika i poety stąd, niegdyś jednego z najpopularniejszych pisarzy polskich. Ale uczestnicy DKK byli autentycznie zainteresowani jego historią.
To była też jedyna okazja, żeby obejrzeć album ze zdjęciami ze spotkania z pisarzem z 1963 roku w Grodźcu, i potrzymać w ręku książkę z jego autografem. Obie rzeczy należą do zbiorów biblioteki.
Wykład o Wygodzkim wpisał się w obchody 665-lecia miasta, a odbył się w gościnnych progach „Cafe No. 13” mieszczącej się przy Filii nr 3 Dworzec na stacji Będzin Miasto.
Fot. Izabela TumasFot. Anna StaszewskaFot. Grażyna SałaganFot. Grażyna Sałagan
OPOWIEŚĆ DRUGA
Kolejne spotkanie poświęcone SW odbyło się 7 września 2023 r. w Muzeum Miejskim Sztygarka w Dąbrowie Górniczej na zaproszenie Zagłębiowskiego Towarzystwa Genealogicznego.
Andrzej Kotulecki z książką, którą pamięta z dzieciństwa. Fot. Izabela Tumas.
– Pamiętam książkę z tym lwem na wystawie w księgarni. Byłem wtedy dzieckiem. Obok stała książka ze Słoniem Trąbalskim, pamiętam jak dziś – powiedział mi Andrzej Kotulecki, dziennikarz i radiowiec. Gdybym na wykład o Wygodzkim nie wzięła książek dla dzieci nigdy nie usłyszałabym tego wspomnienia.
Jak wielka jest moc sprawcza pamięci! Charakterystyczna okładka z ilustracją Witza zapada w pamięć chłopca – on jeszcze nie wie, że jutro i pojutrze nie będzie co prawda już o niej pamiętał, ale za 58 lat w pobliskiej Dąbrowie Górniczej zobaczy ją ponownie. Wtedy przypomni sobie tamten moment.
Mam więc dzięki temu przed oczami chłopaka, który wpatruje się w kolorowe okładki przez szybę księgarni w Sosnowcu. Jest rok 1965, „Uciekł lew” Stanisława Wygodzkiego pachnie jeszcze farbą drukarską. Pisarz mieszka w Warszawie z żoną i dwójką dzieci. Wszyscy będą w Polsce jeszcze tylko trzy lata. Wyjadą w styczniu 1968 roku po tym, jak córka i syn Wygodzkiego spotkają się w szkole z antysemickimi szykanami. Pisarz nigdy już nie wróci do swojego kraju. Umrze w Izraelu, tęskniąc za Polską i Będzinem do samego końca.
Stanisław Wygodzki z żoną Ireną i dziećmi: Adamem (ur. 1952) i Ewą (ur. 1955) w Warszawie, ok. 1967 roku. Zdjęcie przesłał mi krewny pisarza, Andrei Sosna
Za zaproszenie na spotkanie ZTG dziękuję bardzo Paniom: Bożenie Westphal, która przygotowała mi prawdziwą niespodziankę – drzewo genealogiczne Wygodzkiego, oraz Annie Poznar, mojej bibliotekarce ze Szkoły Podstawowej nr 8, która wprowadzała mnie w tajniki fachu bibliotekarskiego od najmłodszych lat!
To od tego wykładu powinien zacząć się cykl spotkań wokół Wygodzkiego (zapoczątkowany w listopadzie 2022 r. w Bramie Cukermana), bo wiem, że nikt lepiej nie poniesie w świat opowieści o zapomnianym pisarzu z Będzina, niż bibliotekarze właśnie. Liczę na to!
Fot. Izabela Tumas
Wykład dla nauczycieli bibliotekarzy powiatu będzińskiego odbył się 20 października 2023 r. w ramach „Sieci współpracy i samokształcenia” – cyklicznych spotkań organizowanych przez będzińską filię Pedagogicznej Biblioteki Wojewódzkiej w Katowicach.
Zaprosiła mnie jej kierownik – Magdalena Durleta, z którą znamy się od czasów studiów bibliotekoznawczych. Magda, dzięki za wszystkie miłe gesty i dobre słowa po spotkaniu!
„Noc bibliotek” rządzi się swoimi prawami. Prawem tej ostatniej był absurd.
Już początek dał nam dużo do myślenia: przez okna biblioteki miejskiej w Będzinie spoglądaliśmy na halę sportową Arena, w której tego dnia odbywała się konwencja Nowej Lewicy. Dobrze wiedzieliśmy, że to oni ukradli nam widzów i pogorszyli frekwencję… Mimo tego wszystko poszło świetnie, a złożyło się na to:
🐸 Czytanie naszego mistrza absurdu Sławomira Mrożka i opowiadanie anegdot o nim. 🐸 Połączenie online na inaugurację Nocy Bibliotek – odbyła się ona – w bibliotece szkolnej (!) Liceum Batorego w Warszawie. 🐸 Interpretacje hasła „Absurd nie czytać” w nagraniach między innymi: Piotra Siemiona, Cezarego Łazarewicza, Wojtka Chmielarza, Pawła Sołtysa (Pablopavo), Macieja Meleckiego – poety i dyrektora Instytutu Mikołowskiego. Był też mój filmik. 🐸 Spotkanie z pisarką Marzeną Orczyk-Wiczkowską oraz rysownikiem i pisarzem Wojciechem Grabowskim, który ożywił imprezę, przybliżając nam postać Edwarda Leara. Opowiadał o jego rysunkach i limerykach, pokazał oczywiście książeczkę Leara, która przeszła już do klasyki – „Dong co ma świecący nos i inne wierszyki Pana Leara” z ilustracjami Bohdana Butenki. Mogliśmy też obejrzeć rysunki Wojtka do limeryków Edwarda L.
Spotkanie z pisarką Marzeną Orczyk-Wiczkowską.„Dziecko”Andrzej zagaja: Kiedy byłem mały miałem wypieki. Teraz też mam.Wojciech Grabowski prezentuje swoje ilustracje do limeryków Leara.Publiczność ogląda rysunki Edwarda Leara.Wojtek Grabowski i „Dong” Leara.Wojtek Grabowski prezentuje nam dodo (na dalszym planie) i Donga (na bliższym).Dwie głowy – i pół.Jak uśpić milusińskiego, czytając mu mądrości Hawkinga. Czyta Celina Nowak.Andrzej Artymowicz czyta „dziecku” relację z meczu.Dobranoc!
Film Monty Pythona z Ministerstwa Głupich Kroków dopełnił dzieła. Bibliotekarki i bibliotekarz czytali też maleństwu w wózku absurdalne utwory: dzieło Hawkinga, instrukcję obsługi i sprawozdanie z meczu piłkarskiego. W czytelni była wystawa Mrożkowa, z czarnej płyty czytał nam Broniewski i było absurdalnie uroczo.
Andrzej Artymowicz, Izabela Tumas, Wojtek Grabowski, Magdalena Błachno.
Imprezę wymyślił i przygotował dla Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej w Będzinie im. Stefana Żeromskiego – Andrzej Noga (Artymowicz). Pomagała mu koleżanka z czytelni – Magdalena Błachno – z panieńskiego – Mrożek! 😁
A tutaj możecie obejrzeć mój filmik nagrany na tę Noc bibliotek. Towarzyszył mi pluszowy Miffy – króliczek, bohater książek holenderskiego pisarza Dicka Bruny:
W dniu setnej rocznicy urodzin Noblistki – 2 lipca 2023 roku – w Krakowie przy ulicy Karmelickiej otwarto park jej imienia.
Mural okolicznościowy z najsłynniejszym już dziś (za sprawą Sannah) wierszem Szymborskiej zaprojektowali graficy z firmy Medicine, która wyspuściła też serię ubrań inspirowaną poezją WS.
Jeszcze niedawno na tym miejscu znajdował się parking – podobno wyjątkowo szpetny. Wystarczyło zerwać asfalt, przywieźć ziemię, implantować zieleń, a z nazwy usunąć końcówkę „ing”, żeby to miejsce stało się miłe i sielskie. Do tego celu przysłużyło się podobno 9 tysięcy głosów mieszkańców grodu Kraka, bo pomysł na taką zmianę przegłosowano w budżecie obywatelskim. Przekształcanie chwilę trwało, ale miasto zdążyło ze wszystkim na czas.
Na otwarciu przemawiał oczywiście Michał Rusinek – prezes Fundacji im. Wisławy Szymborskiej i prezydent Krakowa, Jacek Majchrowski. Wiersze recytowała m.in. Anna Dymna oraz aktorzy Teatru Bagatela i Groteska.
dav_vivisdr_vivi
sdr_vividav_vivirptnb
Przed otwarciem można było – w ramach warsztatów – stworzyć swoją wyklejankę albo ułożyć lepiej. Takie atrakcje zapewniała Biblioteka Kraków. Skorzystaliśmy. 🙂
sdr_vivi
Atrakcyjność tego miejsca wzmaga znajdująca się naprzeciw wspaniała kawiarnia „Ciacho bez cukru”, gdzie kupicie także słodycze bez glutenu i laktozy, a wszystko w towarzystwie doskonałej kawy z pobliskiej palarni kawy.
Zdecydowanie polecam!
Kawiarnia „Ciacho bez cukru” w KrakowieKawiarnia „Ciacho bez cukru” w Krakowie
Gdyby pozwolono jej żyć, mogłaby obchodzić dziś 94. urodziny.
Urodzona 12 czerwca 1929 roku w Krakowie Rutka Laskier przez całe życie mieszkała w Będzinie. Od stycznia do kwietnia 1943 roku prowadziła dziennik w getcie będzińskim na Warpiu-Kamionce.
Zapiski przetrwały dzięki Stanisławie Sapińskiej – ona podpowiedziała, gdzie można ukryć zeszyt. Wskazała Rutce schowek pod schodami domu, który należał do rodziny Stanisławy, a znalazł się na terenie getta. Sapińska odnalazła później zeszyt i przechowywała ponad 60 lat. Po raz pierwszy wydano go w 2006 roku.
W tym roku przypada też 80. rocznica śmierci Rutki (zginęła w Auschwitz prawdopodobnie w grudniu 1943 r., co można wnioskować z relacji Zofii Minc). To ta rocznica skłoniła mnie do organizacji II edycji konkursu „Będzin w oczach Rutki Laskier” dla podstawówek będzińskich.
Od wielu lat opowiadam uczniom o Rutce i zachęcam ich do poznawania historii dziewczyny. Mówienie o Rutce to także pielęgnowanie pamięci o mieszkańcach pochodzenia żydowskiego z naszego miasta, które przed wojną nie bez przyczyny nazywane było Jerozolimą Zagłębia. Niemal połowę jego mieszkańców stanowili Żydzi.
Stanisława Sapińska zmarła w lipcu 2019 roku. Podczas konkursu uczniowie obejrzeli fragment niepublikowanego nigdzie wywiadu, w którym wspomina spotkania z Rutką. Został zarejestrowany w 2012 roku, kiedy przygotowywałam z uczniami pracę na ogólnopolski konkurs „Póki nie jest za późno”.
Tak, powinnam robić coś zupełnie innego – wykreślać rzeczy z długiej listy zaległości (nowy protokół ubytków, nowy protokół darów, retrospektywne wpisywnie kilku tysięcy książek do programu MOL, okładanie książek w folię itp.) – a tkwię między regałami, bo akurat wyłuskałam z półki jakąś książkę. Jest ona albo stara, albo dziwna, albo ma ciekawy tytuł – w różnych konfiguracjach lub wszystko naraz.
Wertuję, podczytuję to tu, to tam. Podziwiam ilustracje. (A zegar tyka.) A potem żałuję, że nikt tej książki nie zobaczy, nikt nie przeczyta, nikt się już nie zachwyci i nie zadziwi. Czasami jeszcze odstawiam ją na miejsce, ale bywa, że niosę taką na stracenie. Serce łka, ale cóż – kwalifikuje się do usunięcia z księgozbioru, zbiera kurz od lat, zabiera cenne miejsce.
Biblioteki szkolne i publiczne są teraz w większości piękne, kolorowe i wyłącznie z nowymi książkami. Na stare nie ma miejsca. Nie ma też sensu ich tam gromadzić – od tego są biblioteki innego typu (Biblioteka Narodowa czy inne naukowe).
W mojej poprzedniej bibliotece gimnazjalnej takich książek było bardzo dużo – biblioteka odziedziczona po podstawówce istniała od 1945 roku i mimo wycofywania wiekowych i zniszczonych egzemlarzy pozostawało w niej wiele ciekawych staroci. (To ich zdjęcia użyłam jako tła i foto profilowego strony, o której tutaj piszę.)
W bibliotece gdzie pracuję obecnie mimo ciągłych selekcji księgozbioru nadal jest dużo książek z lat 50. i 60. Wpadłam na pomysł, żeby przywrócić je jakoś choćby we fragmentach. Założyłam na Facebooku stronę KSIĄŻKOduchy. Wstawiam tam zdjęcia: okładki, strony tytułowej, pierwszej strony (czasami też innych), wybranych ilustracji, spisu treści i stopki redakcyjnej.
KSIĄŻKOduchy to przypomnienie, ale też pożegnanie starej i ciekawej (dla mnie) książki z czytelnikiem, jej łabędzi śpiew.
W tym roku mija 80. rocznica likwidacji getta będzińskiego.
16 kwietnia 2023 r. w historycznym domu bojowników getta przy ul. Rutki Laskier 24 w Będzinie została uroczyście otwarta izba pamięci. Było to możliwe dzięki uprzejmości właścicieli domu, Anny i Stanisława Cieploków, oraz determinacji i zaangażowaniu Fundacji Brama Cukermana, która od teraz sprawuje pieczę nad tym miejscem, i która włożyła ogrom pracy w jego przygotowanie.
Otwarciu wystawy towarzyszył wykład „Ślady Zagłębiowskich Żydów: Nie damy się wysiedlić”. Wydarzenie wspierał Teatr Zagłębia w Sosnowcu.
Zejście do budynku przy ul. Rutki Laskier 24 w Będzinie.
Na uroczystość przyszło bardzo dużo osób, byli też harcerze. Wszyscy oni poniosą historię tego domu dalej.
Trzeba było aż 80 lat i tysięcy osób wydeptujących ścieżki prowadzące do położonego poniżej głównej ulicy domu, żeby odwiedzający to miejsce mogli dowiedzieć się o nim trochę więcej niż napisano na tablicy umieszczonej na budynku, a także wejść do środka.
Ta tablica to zresztą ewenement, bo przytwierdzono ją tam już w 1947 roku!
Można na niej przeczytać, że 3 sierpnia 1943 roku w bunkrze zginęli z rąk hitlerowców m.in. Frumka Płotnicka czy Baruch Gaftek – młodzi ludzie z Żydowskiej Organizacji Bojowej, i to nie tylko z Zagłębia, bo przecież Frumka przyjechała do nas z Warszawy.
Maria Polak, zmarła już właścicielka domu wspominała, że pod budynkiem i stodołą były bunkry, w których ukrywali się bojownicy ŻOB, ale dopiero w 2011 roku, przygotowując z uczniami projekt „W getcie będzińskim…” dowiedziałam się, że do jednego z nich wchodziło się przez piec kuchenny mieszkania, które zajmowaliśmy w dzieciństwie. Zarejestrowany przez Fundację wywiad z Marią Polak, w którym relacjonuje te szczegóły, można obejrzeć w izbie pamięci.
Podczas uroczystego otwarcia izby Karolina Jakoweńko z Fundacji przeczytała fragment książki Avihu Ronena „Skazana na życie. Dzienniki i życie Chajki Klinger” (ŻIH, 2021). Avihu Ronen to syn Chajki – przywódczyni ruchu oporu w getcie będzińskim, która przeżyła wojnę (popełniła samobójstwo 15 lat później). To jej znajomi z organizacji zginęli wtedy podczas likwidacji getta.
Zawarta w tym wydawnictwie relacja Abrahama Potasza, żydowskiego policjanta, przynosi dalsze makabryczne szczegóły bezpośrednich okoliczności śmierci młodych ludzi. Kiedy pierwszy raz ją przeczytałam – na obrazy zaścielonego trupami podwórka nakładały mi się z obrazki naszego zwykłego dzieciństwa tam – i było to nie do zniesienia.
Wcześniej ulica nazywała się Podsiadły, a do budynku schodziło się dróżką po prawej, wzdłuż której rosły wiśnie. Tu gdzie schodzi się obecnie był tajemniczy ogród z drzewami owocowymi. Nie wolno nam było tam wchodzić.
Na trawniczku przy wiśniach robiliśmy pokazy cyrkowo-akrobatyczne dla rodziców, a przy ogrodzie bawiliśmy się w sklep.
Z tyłu domu było zarośnięte śmietnisko i stary garaż z zarwanym dachem. Jeżeli nie było nas przed domem to z pewnością bawiliśmy się tam.
Dom zbudowany był z kamieni, na których odnajdywałam odbite muszle. Byliśmy pewni, że jest niezwykły. I był.
W głębi podwórka stały komórki na węgiel i resztki stodoły. Mówiło się o niej różne rzeczy…
Maria Polak zawsze podkreślała, że w tym budynku powinno być muzeum. Dla niej było to szczególnie ważne, bo przecież znała większość osób, które w bunkrach pod domem wybudowanym przez jej rodziców próbowały stawiać opór, ale – jak głosi napis na tablicy – „zginęły w nierównej walce”.
O domu w getcie przeczytacie również w książce Karoliny i Piotra Jakoweńko „Pamięć pogranicza. Opowieści o żydowskim życiu i Zagładzie na Górnym Śląsku i Zagłębiu Dąbrowskim” (Wyd. Fundacja Brama Cukermana i Biblioteka Śląska. Będzin- Katowice 2022). Publikację można czytać online tutaj:
Jak wytłumaczyć komuś zachwyt nad starym zdjęciem, o którym myślało się, że nie istnieje, ale nagle trafia do ciebie na skrzynkę mailową? I nie jest to zdjęcie nikogo bliskiego, przodka – żadne z takich, co oczekują, żeby wkleić je na drzewo genealogiczne w miejsce od zawsze puste, wyczekujące podobizny.
116 lat temu, 13 stycznia 1907 roku o godzinie 6.00 w Będzinie urodził się Szyja Wygodzki, przyszły pisarz. Czeka go tylko 36 lat dobrego, spokojnego życia w miarę dobrze sytuowanej rodzinie pochodzenia żydowskiego. Później przyjdą lata mroczne. Jego ojciec jest na razie handlarzem z Pajęczna, który tymczasowo mieszka w Będzinie. Matka za to pochodzi z tego miasta, nad którym góruje wzgórze z rozsypującym się zamkiem. Wokół gęsta zabudowa, domy murowane i z drewna, różnej wielkości i jakości. Stoi też stara synagoga widoczna z oddali. Przemsza jest jeszcze rzeką nieuregulowaną, rozlewa się szeroko przed zamkiem. W niedziele pływa się po niej w łódkach, w tygodniu wędruje tamtędy transport. Podzamcze ma inny kształt, nie przypomina w niczym obecnej dzielnicy. Dzieje się dużo i intensywnie, mieszka tam biedota, rzemieślnicy, kataryniarze, najemni robotnicy i cyrkowcy.
Młody Szyja Wygodzki biega tam z kolegami. Obserwuje, chłonie specyficzny koloryt i klimat. Za 50 lat opisze to pięknie w swoich najbardziej znanych opowiadaniach z naszym miastem w tle („Basy”, „Szatanek”). W czytających jego teksty uruchamia się film jak ze starego kina. Nie mielibyśmy pojęcia jak naprawdę wyglądało życie w najstarszej dzielnicy Będzina na początku XX wieku, gdyby nie te opisy wypływające ze źródła jego dziecięcych wspomnień.
Interesuję się tym, co napisał Wygodzki. Dzięki allegro kompletuję jego książki swego czasu wycofywane z bibliotek i skazane na przemiał. Cieszy mnie każde zdjęcie pisarza i jego rodziny, które znajduję w sieci. Na wszystkich jest już starszym i zawsze poważnym panem. Uśmiech najpewniej bardzo rzadko pojawia się na twarzy kogoś, kto w transporcie do Auschwitz (1 sierpnia 1943 r.) podaje sobie, żonie i czteroletniej córce luminal, chcąc oszczędzić wszystkim śmierci w komorze gazowej. I zawsze o tym pamięta, rozpacz wkłada między wersy wierszy, opowiadań, bo on przeżył, one zasnęły. To wtedy kończy się jego życie szczęśliwe, a zaczyna bolesne i refleksyjne.
3 stycznia tego roku na Messenger prowadzonej przez mnie strony o Wygodzkim pisze Andrei Sosna. To imię i nazwisko wiele mi mówi – pierwszy brat Stanisława, Lajb zmienia imię i nazwisko na Andrzej Sosna i wyjeżdża w latach 30. do Rosji. Ma żonę i dwóch synów. I właśnie potomek jednego z nich – Romana, to piszący do mnie Andrei. Przesyła zdjęcia, na których widok serce mi na chwilę zamiera, bo przecież byłam przekonana, że nie zobaczę nigdy jak wyglądał Szyja (przyszły Stanisław), co obserwował tamto „egzotyczne” Podzamcze nastoletnimi oczyma. Ale oto jest – nawet w towarzystwie samego ojca i kilku jeszcze rówieśników. (Może i o tych myśli się, że nie ma po nich żadnego śladu, a oni patrzą z tego zdjęcia i trwają w pozie z kwietnia 1919 roku, wyczekującej ponownego wypowiedzenia ich imion i nazwisk.)
Będzin, 1919 rok. W środku siedzi Icchak Wolf Wygodzki, po prawej u dołu – Szyja Wygodzki – przyszły pisarz. Fot. przesłał Andrei Sosna.
Andrei przesyła mi też inne zdjęcie na wagę złota – podobiznę uśmiechniętego (!) Wygodzkiego z pierwszą żoną Frymetą Chaną Domb (zwaną Anką). Na tym zdjęciu nie ma jeszcze wojny, pociągów do obozów i luminalu, jest szczęście.
Na odwrocie napisano, że zdjęcie zrobiono w Będzinie, ale w tle za idącymi pagórki, wysokie drzewa iglaste. Wrzucam zdjęcie na stronę pisarza i po chwili jest podpowiedź – może to Krynica? Wpisuję „promenada” i „Krynica”. Pierwsze zdjęcie w wynikach wyszukiwania daje potwierdzenie. Dokładnie ten sam budynek stoi w Krynicy przy Bulwarach Dietla 13, mieści się w nim Pensjonat Małopolanka.
Frymeta Chana (zwana Anką) Wygodzka (z domu Domb) z mężem Stanisławem Wygodzkim w Krynicy. Fot. przesłał Andrei Sosna.
Te zdjęcia pokazuję dziś na lekcji uczniom klasy ósmej. Jak im to opowiedzieć, żeby chociaż trochę zrozumieli mój zachwyt nad odnalezionymi obrazkami z życia tego mężczyzny? Wplatam osobistą opowieść o tym, jak dawno temu pojechałam do Warszawy do likwidowanego antykwariatu, by tam – na przetrzebionych już z książek regałach – odkryć egzemplarz opowiadań Wygodzkiego „Koncert życzeń”. Że przez pierwsze lata życia mieszkałam na ulicy, która nosi teraz nazwę Wygodzkiego. I że tych punktów stycznych jest więcej, bo w pewnym momencie odkrywam, że pierwsza córeczka pisarza urodziła się tego samego dnia co ja. Że jestem w niezrozumiały sposób zafascynowana tym człowiekiem – jego historią, twórczością, życiem.
Lekcja o Wygodzkim i jego Będzinie w 116. rocznicę urodzin pisarza.
Od roku opowiadam uczniom mojej szkoły o Wygodzkim i będę opowiadała o nim kolejnym rocznikom. Patrzę w ich twarze i zgaduję, czy jest wśród nich nastolatek o szczególnej wrażliwości, co teraz chłonie wszystko, a za kilkadziesiąt lat napisze coś pięknego i prawdziwego, czerpiąc, tak jak kiedyś Wygodzki, ze źródła swoich dziecięcych wspomnień.
Lajb Wygodzki – Andrzej Sosna. Zdjęcie z 27.12.1929 r. To jego wnuk przesłał mi powyższe zdjęcia Stanisława Wygodzkiego,
Pranie nad jeziorem Nidzkim oglądam zawsze trochę oczami Kiry Gałczyńskiej. Latem, wracając z Mazur, zatrzymujemy się w tej najsłynniejszej literackiej leśniczówce, gdzie mieści się Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.
Nie ma już takich Mazur jak kiedyś – smucę się, myśląc o latach 90.
Nie ma już takich Mazur jak kiedyś – pisała w książce córka Gałczyńskiego, mając na myśli lata 50. i 60. Wtedy, kiedy były jeszcze dzikie i nie zajechane przez turystykę, kiedy były prawdziwym azylem dla pisarzy, artystów, przyjaciół rodziny. Jak wtedy było, Kira opisała w nostalgicznej książce „Nie wrócę tu nigdy czyli pożegnanie z Mazurami” (Książka i Wiedza, 1998).
Odkąd ją przeczytałam tęsknota za Mazurami mojej młodości tylko wzrosła.
Pranie jest leśniczówką najpiękniej chyba położoną na Mazurach. Dom stoi na wzniesieniu, w dole – jezioro, nad nim – gęsty starodrzew. Pustka, spokój. Każdy, kto dociera tu po raz pierwszy, staje oczarowany miejscem, rozlokowaniem domu, budynków gospodarskich. Wszystko z pruskiej czerwonej cegły, zbudowane jak cały klucz podobnych gospodarstw na początku wieku. („Nie wrócę…”, s. 55)
To z „Nie wrócę…” dowiaduję się o książkach, które powstawały na Mazurach, albo były nimi inspirowane. Rok temu jechałam nad jeziora z książką „Nostalgie mazurskie” Bohdana Czeszki, a w tegoroczne wakacje – z „Kroniką olsztyńską” KIG. Na media społecznościowe wstawiałam wiersze z tego zbioru Gałczyńskiego, które ilustrowałam moimi zdjęciami wakacyjnymi. Doskonale pasowały.
K. I. Gałczyński „Kronika olsztyńska” (fragment XIII)
Jeszcze tyle byłoby do pisania, nie wystarczą tu żadne słowa: o wiewiórkach, o bocianach, o łąkach sfałdowanych jak suknia balowa, o białych motylach jak listy latające,
o zieleniach śmiesznych pod świerkami, o tych sztukach, które robi słońce, gdy się zacznie bawić kolorami;
i gdy człowiek wejdzie w las, to nie wie, czy ma lat pięćdziesiąt, czy dziewięć, patrzy w las jak w śmieszny rysunek
i przeciera oślepłe oczy, dzwonek leśny poznaje, ćmę płoszy i na serce kładzie mech jak opatrunek.
Kiedy w te wakacje w drodze powrotnej do domu jedziemy do Prania – widzę te same wiersze. Towarzyszą im czarnobiałe zdjęcia. Na płocie przy reanimowanym właśnie bistro powiesili je jego nowi właściciele. Bar z ogromnym zdjęciem Gałczyńskiego przy ladzie mieści się tuż przy parkingu przed Praniem. Tam trzeba zostawić auto, żeby dojść do leśniczówki leśną aleją. To przejście aleją to rytuał na pożegnanie wakacji, którego nie potrafię sobie odmówić.
Z „Nie wrócę…” dowiedziałam się, że w cienkiej książeczce Mirosława Żuławskiego „Opowieści mojej żony”, na którą kiedyś trafiłam (ale tylko ją podczytywałam) – jest wiele stron o puszczy mazurskiej i jeziorach. Czyli dobrze mnie ciągnęło. (Autor był ojcem Andrzeja Żuławskiego i dziadkiem Xawerego.)
Dowiaduje się też, że Spychowo, przez które zawsze jechaliśmy autokarem na obozy żeglarskie dopiero po wojnie zmieniło nazwę, bo nazywało się Puppen (potem po polsku: Pupy).
Jest tam wiele opowieści, które przenoszą mnie do czasów, kiedy po Mazurach pływało się tylko na drewnianych łódkach, potem co najwyżej na omegach. Nie ma silników, benzyny w jeziorze, hałaśliwych turystów oblegających każdy skrawek szuwarów. Jest cisza i spokój, którego tak łakną przyjaciele Gałczyńskich. Dzięki książce „Nie wrócę tam nigdy…” zaglądam też do miejscowości Krzyże, i tylko sobie wyobrażam, jak kiedyś wyglądało to miejsce, do którego tak chętnie przyjeżdżały ukryć się przed światem np. Agnieszka Osiecka, Olga Lipińska czy Krystyna Sienkiewicz.
Ja pamiętam jeszcze takie Mikołajki… Z Orionami na pierwszym planie i popękanym, starym chodnikiem. Fot. z wystawy w centrum Mikołajek w 2020 r.
Czytam też o spotykanym podczas Targów Książki w Krakowie Andrzeju Strumiłło, wybitnym malarzu i ilustratorze – sąsiedzie i przyjacielu Leśniczówki. Rok przed jego śmiercią kupiłam kubek z pejzażem Prania jego autorstwa. Można więc powiedzieć, że pijając herbatę, Pranie codziennie przychodziło mi na myśl. Dzięki Kirze Gałczyńskiej widziałam go jednak nie takim, jak na zdjęciach przywiezionych z wakacji, ale takim, jakie było dawno temu, dzikie i jeszcze przez chwilę anonimowe, po prostu Leśnictwo Pranie, Nadleśnictwo Maskulińskie. I dałabym góry złote, żeby przenieść się w czasie i pobyć tam wówczas chociaż przez chwilę.
Były też i inne pożegnania z Mazurami… kiedy nadmiar ludzi, huk motorów na Nidzkim, wrzask dzieci i radioodbiorników zamieniał głuszę w powtórkę Juraty czy Sopotu. Kiedy coraz trudniej było wytrzymać, bo zamiast samotności, na każdym kroku spotykało się kogoś, kto nie powinien tutaj wędkować, pływać, mieszkać… („Nie wrócę…”, s. 65)
Dawnego Prania i Mazur nie ma, i nie będzie. Nie da się tam wrócić. I Kira Gałczyńska też już tego nie zrobi. Pożegnała się na zawsze – zmarła 20 grudnia 2022 roku.
Fot. z książki Kiry Gałczyńskiej „Konstanty syn Konstantego”. Nasza Księgarnia 1983.
Od wielu lat przygotowuję uczniów do konkursu „Booktalking czyli gawęda o książce”– sprawia mi to ogromną satysfakcję. Wiem też, że udział w tym konkursie przynosi frajdę uczniom, zwłaszcza kiedy po stresie wystąpienia mogą z radością odebrać dyplom i nagrodę.
Konkursu ma zasięg powiatowy i jest organizowany pod honorowym patronatem Starosty Będzińskiego Sebastiana Szaleńca w Zespole Szkół Ogólnokształcących i Technicznych w Wojkowicach. W tym roku już po raz dziewiąty został przygotowany przez nauczycielkę języka polskiego – Agnieszkę Mańkę.
Idea konkursu polega na zachęceniu innych do przeczytania dowolnej książki. Trzeba się jednak do tego odpowiednio przygotować. Mam nadzieję, że Julia już mi wybaczyła wiele prób i cyzelowanie wypowiedzi. Było warto – uczennica zajęła II miejsce! Gratulacje! 🙂
Do zaprezentowania wybrałyśmy z Julią „Szkołę bohaterek i bohaterów, czyli jak radzić sobie z życiem” Przemka Staronia (Wydawnictwo Agora). Autor jest nauczycielem etyki i filozofii, psychologiem, Nauczycielem Roku 2018. Był też nominowany do Global Teacher Prize, czyli tzw. “nauczycielskiego Nobla”! (Strona Przemka Staronia)
Jego “Szkoła bohaterek i bohaterów” pojawiła się w księgarniach w 2020 roku i od razu zrobiła furorę. Autor książki udowadnia, że perypetie bohaterów znanych powieści i filmów fantasy pomogą nam zrozumieć samych siebie. Jednocześnie wyraźnie zaznacza: “nie mogę ci obiecać, że wszystko będzie dobrze”! Nie ma co pisać, tę książkę trzeba znać! 🙂
Możecie obejrzeć i posłuchać jak Julia zachęcała innych do jej przeczytania:
Julka, jestem z Ciebie bardzo dumna i cieszę się z Twojego sukcesu! 🙂