Siódmy sezon
serialu „The Walking Dead” rozpoczął się w taki sposób, że nie byłoby przesadą
nazwanie pierwszego odcinka jednym z najmocniejszych otwarć w historii
telewizji. Po szokującej petardzie twórcy obrali jednak zgoła odmienny kierunek
i zaproponowali widzom epizod o zdecydowanie spokojniejszym charakterze. Czy
zaistniały rozdźwięk okazał się dobrym posunięciem? Według mnie jak
najbardziej. Ale po kolei. Tylko uprzedzam, że trafi się troszeczkę spoilerów,
choć przy wielkim rozgłosie serii trudno ich uniknąć, zwłaszcza żyjąc w dobie
internetu.
Nie
ukrywam, uzależniłam się od telewizyjnych zombiaków, no i oczywiście od ekipy
Ricka Grimesa. Moje zainteresowanie „The Walking Dead” udzieliło się ponadto
reszcie domowników, w efekcie czego oglądanie serialu przybrało formę
rodzinnego zwyczaju. Pamiętam, jak z coraz większym napięciem śledziliśmy
wydarzenia z finałowego odcinka poprzedniego, szóstego sezonu. Ten zaś zakończył
się potężnym, lecz wzbudzającym różne emocje odczucia. Mowa o kontrowersyjnym
cliffhangerze, bowiem pojawiały się głosy psioczące na taki zabieg. Z jednej
strony, wymowa ostatnich minut była odpowiednio dosadna, z drugiej – seans
pozostawił w umysłach wielu fanów ogromny znak zapytania. Nie wspominając już o
konieczności czekania kilku miesięcy, by zobaczyć ciąg dalszy i definitywne
rozwiać pewne wątpliwości.