MIEDZY SWIETAMI

Miedzy swietami mam wolne. Sprawdzam wprawdzie poczte i  wiadomosci od czasu do czasu, ale nie musze siedziec w biurze. Jezeli myslicie, ze odpoczywam to sie grubo mylicie. Tak jak pomylilam sie i ja. Myslalam, ze sobie poleniuchuje, a tu nie ma kiedy. Jedyna dobra rzecz z tej wolnosci, to ze mozna sie porzadnie do 10 wyspac:). Poza tym mnostwo rzeczy do zrobienia i nadrobienia… porzadki, troche juz pod katem malej, zakupy, zalatwianie rzeczy na ktore nigdy nie ma sie czasu, itp. I nie wiadomo kiedy ten wolny tydzien sie skonczyl. Malo tego, konczy sie tez grudzien, a co wiecej konczy sie juz rok 2006. Wiele sie wydarzylo w tym roku, wiekszosc dobrych rzeczy. Spotkalo mnie kilka rozczarowan… jedno najwieksze i najbardziej bolesne, z ktorego jeszcze sie lecze… i pewnie nie szybko sie wylecze. Ogolnie rok uwazam za udany i zamykam go z nadzieja, ze 2007 nie bedzie gorszy. Mamy wiele ambitnych planow na ten nowy rok. Jezeli chociaz niektore z nich sie zrealizuja, bedziemy zadowoleni. Oczywiscie w perspektywie sa ciekawe wyjazdy. Caly czas powaznie rozwazamy wyjazd do China na co najmniej rok. Planujemy tez wakacje w Polsce i moze jeszcze gdzies w Europie. Na razie jednak nie chcac niczego zapeszac, nie podejmujemy zadnych ostatecznych decyzji. Czekamy na tego najwazniejszego czlonka naszej rodziny i gdy upewnimy sie, ze wszystko jest w porzadku zaczniemy "szalec".

SWIETA

Jak szybko te swieta przyszly tak i szybko minely. Bylo dosyc fajnie. Nie bylo "latwego torciku", ale byly pyszne rogaliki.. i tu przy okazji czapka z glow przed internetem i jego bezprzepastnymi zasobami… Wymyslilam sobie te rogaliki… ale nie wiedzialam jak je sie zwija… no i dowiedzialam sie z internetu: po pierwsze ciasto trzeba rozwalkowac w kolo i kolo pociac na 8 trojkatow…z wlasnego doswiadczenia dodam, ze dobrze gdy trojkaty maja szeroka podstawe… latwiej sie zwija. A tort tez byl. Juz w sobote… dluga to dluga historia z tortem i chyba nie warta zajmowania blogowej pameci. Dosc powiedziec, ze zamowilam tort na Hubowe urodziny w "polskiej cukierni" i mi go totalnie spieprzyli…no i jako zadoscuczynienie dostalam torcik swiateczny. A ten byl pyszny.. o ile sie lubi tort. Wigilia tradycyjna, dobre jedzenie w wykonaniu mojej tesciowej i moim skromnym udziale… w tym roku bardzo skromnym. Pod choinka sterta, doslownie, prezentow… nawet nienarodzona Amelia dostala prezent. W ogole moja panna juz mnie dogania z iloscia ubran… a jeszcze sie nie narodzila. Takiej to fajnie.

Pogoda generalnie beznadziejna tego roku. Codziennie deszcz. Ze spaceru planowanego na Boze Narodzenie, przyslowiowe NICI. Zamiast ruchu wylegiwanie sie przed telewizorem…wieczorem wpadlismy do Zanety poznac jej 2 miesieczna bratanice…przesliczna i przeslodka Natalka…

Tak oto i minely te Swieta. Teraz odpoczywam przed Nowym Rokiem i tym wszystkim co mnie w nim czeka. W miedzyczasie Sylwester… w tym roku, sila rzeczy, u nas. Grono sie zbiera coraz wieksze… ale o szczegolach napisze po.

SWIATECZNE OBSERWACJE

Jeszcze 3 dni i swieta….. tak naprawde to jeszcze 2 dni… Dla mnie swieta zaczynaja sie jak nie musze isc do pracy…. Jeszcze dzisiaj i jutro. W ostatni dzien zazwyczaj puszczaja nas wczesniej, poza tym kazdy i tak jest rozkojarzony wiec niewiele sie dzieje.
Dookola naprawde te swieta juz czuc. W windzie nie rozmawia sie o niczym innym jak o prezentach i zakupach swiatecznych, w kolejce po kawe ludzie przezywaja jaki to dlugi weekend ich czeka (3 dni!!!!!). Nie chcialam ich dolowac, ale wlasnie przeczytalam gdzies w gazecie, ze w Polsce, jezeli wezmie sie 3 dni urlopu to mozna miec 10 dni wolnego…niezle, nie?. Na tutejsze standardy i 3 dni jest dobre. Ja nie narzekam… szef po raz pierwszy w historii firmy postanowil zamknac biuro na caly tydzien “miedzyswiateczny”. Bedzie wiec sporo wolnego… wiekszosc juz rozplanowana…zakupy, sprzatanie zakamarkow w domu, itp. Chyba wlaczyl juz mi sie “nesting syndrome”, czyli taki instynktowny impuls zeby wypucowac dom i wysprzatac wszystkie zakamarki przed przyjsciem na swiat dziecka. Czytalam, ze to jest normalne i ze wiekszosc ciazowek to ma. Hub sie smieje, ze moglby mi sie taki syndrom nigdy nie wylaczac…:).
Ah i zauwazylam, ze ludzie jacys tacy milsi sie zrobili przed swietami. Nawet wredna sekretara z firmy, z ktora dzielimy biuro powiedziala mi dzien dobry… po raz pierwszy w zyciu….chyba jednak ten nastroj swiat i jej sie udzielil…. A biurko ma udekorowane jak wystawa domu towarowego:). To tyle z moich obserwacji zycia dookola.
Jak zwykle w tym okresie tesknie za Polska. Za krakowskim  kiermaszem swiatecznym i za kuligiem w mojej rodzinnej P. Za rodzina, za przyjaciolmi i za karpiem sprzedawanym prosto ze stawu…. No i za choinka swiezo wycieta z lasu…i za cala wyprawa po choinke z Witkiem, ktora trwa zazwyczaj do wieczora, gdyz zalicza sie wszystkie okoliczne knajpy w celu “podlania” ryby i sledzia… bo jak wiadomo, te “lubia plywac”:).
Tesknie za cala ta goraczka swiateczna, przygotowywaniami, bezkresnym pieczeniem ciast, oczekiwaniem na pierwsza gwiazdke…i oczekiwaniem na skromne prezenty, ktore jakze czlowieka cieszyly. Nie wiem czy to byla jeszcze mlodziencza naiwnosc, czy swieta w Polsce sa naprawde inne?
 Nie narzekam jednak. Tegoroczne swieta i tak beda inne. Tez beda polaczone z oczekiwaniem… na mala, oczywiscie. Jest u nas mama i po raz pierwszy spedzimy swieta i z rodzicami Huberta i z moja mama…Jest wiec na co czekac.

“LATWY TORCIK” – SWIATECZNIE-

Swieta za pasem. Przeszukuje wlasnie internet w poszukiwaniu jakiegos ciekawego przepisu na ciasto swiateczne. Cos trzeba bedzie upiec a inwencji mi brakuje. Znalazlam m.in. taki oto przepis na  "Latwy Tort Migdalowy":

Proporcja: 3 szklanki migdałów słodkich, 1 szklanka gorzkich, 3 szklanki cukru, 30 żółtek, 20 białek, 2 szklanki mąki kartoflanej.
Migdały sparzyć wrzątkiem I obrac z e sórki. Przepuścić przez młynek, a potem ucierać w donicy, lekko wodą zakrapijąc, aby oleju nie puściły. Gdy wytworzy się jednolita mas migdałowa wsypać 3 szklanki cukru miałkiego, wbijać po jednym 30 żółtek, utrzeć to wszystko razem na jednolitą białą masę. Wsypać 2 szklanki mąki kartoflanej, ucierać jeszcze przez godzinę. Na samym ostatku dodać pianę z 20 białek. Wlac do formy tortowej wysmarowanej masłem niesłonem. Wstawić do niezbyt gorącego pieca na ponad godzinę. Gdy przestygnie lukrować I ubrać konfiturami. Można przełożyć kremem orzechowym lub wykwintną marmeladą.

Nie dosc, ze do ciasta potrzeba 30 jajek (sic!).. to jeszcze go trzeba ucierac przez godzine i obierac skorke z 4 szklanek migdalow… chyba bardziej pracochlonnego ciasta na swiecie nie ma. Nie wspomne juz o bombie "cholesterolowej" jaka to ciasto jest. Tak wiec latwego torciku u nas raczej na swieta nie bedzie:) A swoja droga to ciekawa gwara ten przepis jest napisany i wlasnie dlatego znalazl sie na blogu!!!!!!!

PREZENTY

Wczoraj mialam comiesieczne luncho-spotkanie z grupa prawniczek. Email zapraszajacy na to spotkanie sformulowany byl jakos tak inaczej. Wszystko w duchu swiat, i trzeba bylo (jak nigdy) odpowiedziec kto dokladnie przychodzi. Nabralam wiec podejrzen, ze moze trzeba kupic jakies prezenty, gdyz jest to niejako nasz "swiateczny lunch". Idac na spotkanie, zauwazylam, ze z przeciwka nadchodzi jedna babka z torba swiateczna… prezenty mysle sobie. Malo tego, juz idac w strone sklepu z prezentami zobaczylam druga babke z naszej grupy niosaca torbe swiateczna… utwierdzilo mnie to tylko w przekonaniu, ze wszyscy pewnie przynosza prezenty i, ze musze i ja cos kupic. Popedzilam wiec szybko do najblizszego sklepu kosmetycznego i zakupilam takie male kremiki do rak… swiatecznie opakowane. Dodam, ze jest nas w grupie 10, wiec tych "kremikow" bylo 9. Spozniona wpadlam na lunch i z niecierpliwoscia oczekiwalam na chwile wymiany prezentow, zadowolona z siebie, ze i ja sie spisalam… Jak to w zyciu bywa, chwila taka  nigdy nie nadeszla…. nie bylo zadnego rozdawania prezentow ani o nich wspomnienia. Na koniec pozyczylysmy sobie "wesolych swiat" i kazda rozeszla sie swoja strone, dumnie trzymajac w reku torby z zakupami (zapewne dla siebie). Ja zostalam na srodku, rozczarowana i z torba pelna kremow do rak… i zastanawialam sie czy kiedykolwiek zrozumiem te kulture…Niepocieszona wrocilam do sklepu, oddalam kremy(cale szczescie, ze tutaj nie jest to problemem), kupilam sobie grande latte… i pomaszerowalam do biura!!!!!! Oprocz tego, ze jestem naiwna…historia ta nie ma zadnego moralu:).

ADOPTOWANA LALKA

Pisalam juz kiedys o podejsciu do adopcji w Stanach. Generalnie jest ono bardzo luzne, zazwyczaj dzieci wiedza, ze sa adoptowane, nie robi sie z tego zadnego problemu. Moja znajoma, ktora niedawno zaadoptowala dziewczynke pozostaja w stalym kontakcie z biologiczna matka dziecka i jej rodzina i wszyscy uwazaja, ze jest to normalne, zdrowe i ze jest to po prostu "wiecej osob do kochania malej". Ja mam troszke inne zdanie na ten temat, ale to nieistotne.  Inna znajoma, ktorej syn ma juz teraz 12 lat a adoptowala go jako niemowle, opowiadala nam wlasnie, ze syn w szkole pochwalil sie, ze jest adoptowany, i ze jego biologiczna matka jest siostrzenica ojca… no i dzieci sie smialy, ze jego tato jest jego wujkiem, czy odwrotnie.

W calym natloku swiatecznych ogloszen i reklam, wylowilam takie oto: Na wyprzedazy pojawila sie "Lalka z dokumentami adopcyjnymi"…..szczeka mi opadla. Ale jest to chyba jak najbardziej zgodne z ogolnym trendem i bezproblemowoscia tematu. Jak widac, juz od najmlodszych lat oswaja sie dzieci z konceptem adopcji. Skoro dzieci moga byc adoptowane, to i lalki moga byc adoptowane… a na dowod tego, ze sa do lalki dolacza sie dokumenty adopcyjne… sprytne, czyz nie?

BABY SHOWER!!!!!!!!

Sobota zapowiadala sie raczej zwyczajnie. Jakze moglam nic nie podejrzewac… Rano, jak zwykle wybralismy sie na Chinski. Po zajeciach Hub zaproponowal, ze wybierzemy sie do sasiedniego miasta na niemiecki “Weinatchsmarkt”. Nie zdziwilo mnie to za bardzo bo wczesniej o tym mowilismy i stwierdzilismy, ze jak bedzie ladna pogoda to sie tam kiedys wybierzemy. Pogoda byla super. W drodze powrotnej, na zyczenie Huba wstapilismy do sklepu…. i juz wtedy powinnam nabrac podejrzen:). Moja naiwnosc osiagnela szczyt, gdy Hub upieral sie, ze musi zatankowac chociaz mial jeszcze pol baku benzyny. Jak sie potem okazalo, chodzilo o to zeby kupic troche czasu. Wchodzac do domu poczulam zapach jedzenia… i troche mnie to zaintrygowalo a raczej przestraszylo… pomyslalam sobie, ze moze cos zostawilam… pedze wiec szybko do kuchni sprawdzic co sie dzieje…. A tu…… SURPRISE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
 Okazalo sie, ze moje kolezanki, Zaneta i Magda a takze moi tesciowie, w zmowie oczywiscie z Hubertem przygotowali mi BABY SHOWER. To jest taka amerykanska tradycja. Przyszlej matce organizuje sie wlasnie taka impreze, gdzie wszyscy przynosza prezenty dla dziecka i odbywaja sie rozne konkursy…
Gdy zobaczylam okolo 20 kobiet klebiacych sie w pokoju, dech mi w piersiach zaparlo z zaskoczenia. Naprawde nic, a nic, sie nie spodziewalam…. Hubert swietnie to przede mna ukryl, a tesciowie super to wszystko zorganizowali. Tesciowa przygotowala mnostwo jedzenia, do tego kazdy cos przyniosl i naprawde nie dalo sie tego przejsc. To bylo taki wspanialy objaw polskiej, legendarnej tutaj, goscinnosci. Znajome Amerykanki nie mogly sie nadziwic. Byly i konkursy (np. mierzenia mojego brzucha) no i oczywiscie otwieranie prezentow. .. ktorych dostalam (a raczej mala) mnostwo.  Zaskoczeniem dla mnie bylo tez to, ze w jednym miejscu zebraly sie moje znajome z roznych dziedzin mojego zycia, szkoly, pracy, itp. Fajna mieszanka, zwazywszy na to, ze spotkaly sie rozne narodowosci, kolezanka z Brazylii, z Rosji, Polki, no i oczywiscie Amerykanki… a nawet dziewczyna z Indii, ktora akurat przebywa na wymianie u Huberta w biurze.

Najmilsze jest to, ze ktos sobie zadal trud, zeby to wszystko dla mnie tak pieknie zorganizowac…Jestem wdzieczna i tesciom i Zanecie i Magdzie za cala ta impreze. Amelka tez jest wam wdzieczna!!!!!!!!!

KOLEJNY PIATEK

Kolejny piatek, a z nim kolejny wymarzony weekend i chwila odpoczynku (mam nadzieje). Jako, ze sezon teraz na Imprezy Swiateczne i my na kilka sie zalapalismy. Dzis idziemy na impreze organizowana przez Huba prace… chodzimy co roku. Znam tam sporo ludzi bo sama tam kiedys pracowalam. Przyznam szczerze ze stara kadra sie wykrusza, ludzie odchodza, przychodza nowi, ktorych ja juz nie znam. No, ale idziemy. W niedziele kolejna impreza swiateczna u znajomej, tez od Huba z pracy. Moja firma jest mala, wiec zadnych imprez sie nie spodziewam, a ludzie tez chyba za bardzo nie skorzy zeby zapraszac do siebie do domu. Zreszta wiekszosc to faceci, z (duzymi) rodzinami…wiec nie ma sie po kim spodziewac.

Do tego zima sie u nas zrobila na calego. Snieg pada juz trzeci dzien. Niby mowia, ze weekend ma byc cieply wiec pewnie wszystko sie rotopi…

Swieta zblizaja sie wielkimi krokami. Szkoda, ze nie beda takie jakie sobie wymarzylam…coz trzeba sie pogodzic z nowa sytuacja. Beda takie jak co roku, czyli tez super. Mam juz wiekszosc prezentow, troche ozdob choinkowych, jestem, mozna powiedziec, na pol-gotowa…

AFERY

Zastanawiam sie czy nie dolozyc do mojego bloga kategorii " polskie afery". Uzbieralaby sie niezla kolekcja. No ale przeciez obiecalam sobie sie zdystansowac a i denerwowac sie w moim stanie nie wolno. Smiac sie za to wolno i smieje sie do rozpuku. Kolejna afera, rozporkowa tym razem i to w samym sercu "Samoobrony". Takich mamy poslow jakich sobie wybralismy, taki poziom obrad sejmowych i taki poziom "afer". Beznadziejny.

Przeczytalam wlasnie super artykul na  www.onet.pl, serdecznie polecam:

Wymyci
Codziennie i przez cały czas
Przemysław Szubartowicz
Postanowiłem zająć się naszym polskim maglem, przy okazji śmiertelnie narażając się feministkom, niektórym kobietom, płonącym ze wstrętu politykom-świętoszkom, dziennikarzom-moralistom i wszystkim tym, którym nagle położył się na sercu los pani Anety Krawczyk oskarżającej polityków Samoobrony o szowinistyczne zagrywki.

Otóż długo szukałem w sobie, zaglądając nawet w najgłębsze zakamarki własnego zepsutego serca, współczucia dla tej damy i – to chcę właśnie wyznać – nie znalazłem go. Ni dudu. Zanim wyjaśnię, dlaczego, powiem tylko asekuracyjnie, ale prawdziwie, że popieram emancypację, zaś donżuani pod biało-czerwonymi krawatami stoją na antypodach mojej bajki i budzą tylko uśmiech politowania. W tej konkretnej sprawie jednak nie o to chodzi.

Do rzeczy. W programie TVN "Teraz my” pani Krawczyk, podobno skrzywdzona i poniżona, jednak świetnie radząca sobie przed kamerą, chwilami nawet uśmiechnięta, powiedziała, że świadczyła usługi seksualne panom posłom, gdyż gdyby się na to nie zdecydowała, musiałaby pewnie zostać sprzątaczką w szkole. No, straszne. Dzięki temu zaś, że była, jak twierdzi, przymusową nałożnicą panów Łyżwińskiego i Leppera (z którym, jak wiarygodnie zeznała w prokuraturze, spała od dwóch do ośmiu razy; szkoda, że nie od sześciu do piętnastu), mogła pracować jako dyrektorka biura poselskiego tego pierwszego i być radną Samoobrony pobierając za to przyzwoite pieniądze. Teraz, po latach, gdy już nie jest ani dyrektorką, ani radną, nagle poczuła się zhańbiona i postanowiła ujawnić światu swoją golgotę.

Ale czy ta dorosła kobieta była pod przymusem pracy z tymi panami? Czy ktoś zabierał ją do łóżka bez jej świadomości? Czy powiedziała "nie”, także wtedy, gdy, jak twierdzi, jakiś weterynarz podawał jej środki poronne przeznaczone dla zwierząt? A może po prostu wolała nie być sprzątaczką w szkole i przez trzy lata było jej na rękę, że, jak twierdzi, poseł Łyżwiński jest ojcem jej dziecka? No bo nie sposób przyjąć tezy Janusza Korwina-Mikkego, że to spisek dawnych służb specjalnych, prawda?

Najważniejszą rolę gra tu ponoć aspekt finansowy. Ale w moim szowinistycznym mózgu – jak pewnie już został ochrzczony przez czytające to feministki mój drugi ulubiony organ – pojawia się istotny dylemat moralny: czy lepiej być kochanką jakiegoś politycznego bonzy tracąc cnotę, czy lepiej tę cnotę zachować rezygnując z apanaży i podejmując walkę o siebie, wyzwalając się z upokorzenia? Nawet jako sprzątaczka w szkole, kasjerka w jednym z kapitalistycznych kombinatów spożywczych, sekretarka w byle firmie, chałupniczka, hostessa na jakiejś promocji, słowem – podejmując pracę marnie płatną, ale godną, gdyż żadna praca nie hańbi.

Prawdziwe współczucie i szacunek budzą we mnie właśnie te kobiety, które poszły do supermarketu a nie na ulicę, i których kompetencje nie oscylowały z rozmachem między sprzątaniem a dyrektorowaniem. Wybrały trudną godność w patriarchalnej rzeczywistości. Ciekawe, że ich fatalnym losem, pełnym upokorzeń i wyzysku, nie przejmują się ani politycy, ani gazety dziś krzyczące na pierwszych stronach rozerotyzowanymi tytułami. Prześcieradło posła, zwłaszcza powszechnie znienawidzonej Samoobrony, jest przecież bardziej gorące niż dyskryminacja i dyskurs władzy.

Jeśli się mylę, zwrócę honor, choć nadal będę się dziwił, jak dorosła, świadoma kobieta mogła się na to wszystko, co ją podobno spotkało, godzić, bez względu na jej sytuację finansową. I bez względu na żałosne bajania dyżurnych psychologów czytających w telewizji "prawdę” z ruchu gałek ocznych tej pokrzywdzonej pani. Toż to kpiny.

Ale nad tą naszą przaśną seks-aferą unosi się bezczelny urok hipokryzji. Suto zastawione stoły prałata Jankowskiego i słowa świątobliwego jubilata, że jeszcze "dokopię komuś”; nazistowskie opary unoszące się nad Młodzieżą Wszechpolską i Polską, lekceważone, gdy opisywały je dawno temu "Nigdy Więcej”, "Przegląd” i "TRYBUNA”, a teraz nagle "ujawnione”; otoczona "bezradnością” strona internetowa faszystowskiej organizacji Blood and Honour; poseł Wierzejski bez wstrętu zapraszany do programów publicystycznych; "taśmy Beger” zostawione bez żadnych konsekwencji; "spieprzaj, dziadu!” kontra wiązanka bezdomnego; zmieniane jak rękawiczki żony, kochanki i kochankowie naszych władców; poseł Rokita publicznie popierający Terleckiego, a prywatnie twierdzący, że to beznadziejny kandydat; wielka świątynia katolicka budowana za publiczne pieniądze; obietnice bez pokrycia; kłamstwa resortu Dorna – to tak marne afrodyzjaki, że giną niczym pudełkowe wątki przykrywane następnymi w filmach Hasa i Bunuela. A kto jest bez winy – wiadomo.

Więc jak, palicie mnie już na stosie? Czy przyznacie, za Grochowiakiem, że "Są bo na świecie ludzie tak wymyci/Że gdy przechodzą/Nawet pies nie warknie/Choć ani święci/Ani są też cisi”?