POTRAKTOWANA

Zazwyczaj nie pisze o pracy… ale tym razem bedzie wlasnie o tym. Mialam spotkanie z "Klientem". Klient jest wazny,bogaty, przysyla nam duzo roboty, poleca swoim znajomym, itp. Rozumiem. Ale, ze wszyscy dookola traktuja go jak Boga i bez mydla wlaza mu do d…, tego nie rozumiem. Na godzine przed spotkaniem, do ktorego i tak bylam w miare przygotowana dostalam email od jednego z uczestnikow spotkania, ze mam sie dobrze przygotowac, bo to spotkanie jest po to, abym zaskarbila zaufanie Klienta to bedzie nam przysylal robote, polecenia, itp. W czasie spotkania dostalam mnostwo pytan niekoniecznie zwiazanych z tematem spotkania. Byly tez pytania osobiste, w stylu ile mam lat, czy jestem mezatka, ile lat jestem w Stanach, gdzie pracowalam, gdzie chodzilam do szkoly, itp. Czulam sie jak "uczniak" na rozmowie kwalifikacyjnej o prace. A prace przeciez mam i w sumie gowno mi zalezy na jakim projekcie i dla kogo pracuje… mimo to sie denerwowalam. Troche to wszystko mi sie nie podobalo. Czulam sie traktowana jak sluzaca… mam spelniac wymagania "szanownego" Klienta, nawet te prywatne. Do tego na koniec powiedzial mi, ze juz skonczylismy i ze moge odejsc… no normalnie jak sluzba… po raz kolejny uswiadomilam sobie, ze adwokat to taka "sprzedajna dziwka", musisz zadowolic wszystkich, za to ci placa. A jak juz sa "zaspokojeni" to odesla cie z powrotem. Podobno dobrze wypadlam, bo godzine po spotkaniu dostalam emaila, ze bylam "swietna", a na zajutrz 2 nowe sprawy od owego wszechmocnego "Klienta". Opowiadalam to wszystko Hubowi…bardzo mu sie to nie podobalo. Zaraz wszedl na strone owego "Klienta" i stwierdzil…. "Gosc jest dzyndzel"… ja mu na to, "Po czym wnosisz???":)….  a Hub: "Bo wyglada jak dzyndzel"…. A jak wyglada dzyndzel, moze wiecie???

POGODNIE

Mniej wiecej tydzien trwaly przygotowania do Chrzcin i, jak sie okazalo, mniej wiecej tyle samo dochodzilismy do siebie po imprezie.
W niedziele przyjechal Mike z siostra, jej mezem i dziecmi. Pamietamy te dzieci takie male, a teraz uwierzyc nie moglismy jak wyrosly. Niedzielne popoludnie minelo nam na godzinnych rozmowach, ciaglym podjadaniu (znowu) i grze w „scrabble” z dziecmi. Fajnie, milo, beztrosko.
Jako, ze Mike zostal do srody, w zasadzie codziennie cos z nim robilismy. A to pojechalismy razem do tesciow, a to Mike spedzil z nami popoludnie. Cudownie jest popatrzec jak zajmuje sie mala. Naprawde ma podejscie do takich maluchow. Amelka, tylko sie przygladala i smiala do niego. Dopiero wiec w srode zwinelismy stoly i poprzestawiali meble na swoje miejsce. 

Nareszcie zawitala u nas prawdziwa wiosna, przecudna pogoda, mnostwo slonca. W piatek i w sobote wybralismy sie na spacery i male zakupy. Super usiasc sobie z kawka na dworze.. juz nie pamietam, kiedy tak bylo fajnie. Najsmieszniejsze bylo to, ze nabralismy aparatow, kamer, itp. zeby porobic malej zdjecia w parku… a ona, spala jak gdyby nigdy nic, i szkoda nam bylo jej budzic… ja to nawet chcialam, ale zaraz mnie skrzyczeli. Cpykalam wiec sobie tak bez celu… sami zobaczcie…

CHRZCINY

Ah, co to byla za impreza. Gdyby tylko mala wiedziala co sie wokol niej dzieje…no ale po kolei:

Przygotowania zaczelismy juz w czwartek wieczorem, potem piatek, ktory przeciagnal sie w sobote. Jeszcze o 2 nad ranem dekorowalismy pokoj balonami i nakrywalismy stoly. Wszystkim sie podobalo, wiec chyba bylo warto.

W piatek, juz o 8 rano, przylecial Mike, ktory byl chrzestnym. Nie moglismy sie nagadac, jako ze nie widzielismy sie od lipca… W nocy z piatku na sobote przyjechali Malgosia (chrzestna) i jej maz Artur. Niestety nie mogli sie za bardzo wyspac gdyz juz od samego rana zaczela sie krzatanina i ostatnie przygotowania. Zdecydowalismy, ze obiad zrobimy w domu. Chcielismy aby bylo swojsko i kameralnie. Chcielismy tez zeby bylo ladnie, smacznie i nietuzinkowo.

O 14 stawilismy sie w kosciele, gdzie wszyscy, lacznie z ksiedzem juz na nas czekali. Cala ceremonia byla piekna, troche powagi, troche luzu, ksiadz pieknie to wszytko polaczyl i poprowadzil. Amelka, w wiekszosci byla grzeczna. Na sama tylko modlitwe egzorcyzmu strasznie plakala. Uwierzylam, ze naprawde wychodzi z niej diabel… teraz nic tylko musi byc aniolkiem i nie marudzic:). Po ceremonii obowiazkowe zdjecia, pojedyncze, grupowe, itp. Kazdy chcial miec zdjecie z bohaterka tego swieta, ktora wygladala jak mala panna mloda:).

Po ceremonii koscielnej, wszyscy przyjechali do nas. Na stol wjechaly potrawy, polala sie wodka, jednym slowem, typowa polska biesiada. Bylo wesolo, mnostwo zamieszania, smiechu.. troche placzu dzieci, bieganie, czyli wszystko to co powoduje, ze takie imprezy sa swojskie i takie mile sercu. Na caly dzien, niemalze zapomnialam, ze mam dziecko. Wszyscy ja nosili, bawili, przewijali…a Amelka przygladala sie temu wszystkiemu z niedowierzaniem…chyba jej sie jednak podobalo.

BOZE NARODZENIE ZAMIAST WIELKANOCY

 Nie zartuje. Tego roku pogoda splatala nam nie lada figla… na same swieta zasypalo sniegiem i zawialo. Ze swieconka jechalam ponad godzine i zamiast na 11 dojechalam na 12…Dziwnie tak jakos z tym sniegiem…zawsze mozna bylo pojsc w zakieciku i pantofelkach… a teraz zimowe buty i kurtka…tragedia. Nastroje tez takie nijakie… kazdy spiacy, zmeczony i jakis taki upodlony ta pogoda… wlacznie z mala, ktora cala niedziele praktycznie przespala… na to akurat nie narzekam.

Gdyby nie pogoda byloby fajnie. Jak zwykle sniadanie u tesciow, jak zwykle kupe dobrego zarcia i przewracanie sie z boku na bok… a na koniec dnia czlowiek zmeczony… tym nic nierobieniem.

Za to dzisiaj energicznie zaczelam dzien wyprawa do fryzjera o 9 rano…Tak mi dobrze bylo jak mi glowe myli i masowali… omalze nie usnelam… balam sie tylko, ze jak sie obudze nic mi juz na glowie nie zostanie.

No i oficjalnie zaczelismy przygotowania do Chrzcin. Zaczelismy je, jak na dwoje pragmatykow przystalo, od dyskusji o pierwszej w nocy, co i kiedy trzeba zrobic, jak ustawic stoly i jakiego koloru maja byc serwetki…Ja sie bardziej martwie tym, ze nie mamy jeszcze zaswiadczen od chrzestnych. Oglosili juz wprawdzie w biuletynie koscielnym, ze Amelia Neela bedzie chrzczona to chyba nam jaj z powodu biurokracji nie zrobia. Lista moich zmartwien jest zreszta o wiele dluzsza: czy nie bedzie sniegu? czy bedzie ladna pogoda? czy wszyscy dojada, szczegolnie chrzestni? czy zmieszcza sie stoly? czy wyrobimy sie z przygotowaniami? jak mala zniesie cala ceremonie? Czas pokaze….

NEELA

Neela to hinduskie imie. Wszyscy pytaja sie dlaczego takie imie dalismy Amelce na drugie. A bo nam sie po prostu podobalo…i pasowalo do pierwszego… Amelia Neela. Nasi Hinduscy znajomi bardzo sie przejeli tym, ze postanowilismy naszemu polsko-amerykanskiemu dziecku nadac ichniejsze imie. Juz chca z niej zrobic mala Hinduske. Wlasnie przyslali nam jej pierwszy prawdziwy Indyjski stroj… troche jest jeszcze za duzy, ale i tak mala wyglada "cute". Sami zobaczcie:

A za biale skarpety i biala koszulke…. przepraszamy:)

A tu nasze proby uczynienia z niej malej Hinduski…

Gdyby Zycie bylo bajka…

…nie musielibysmy martwic sie w zasadzie o nic. Nie denerwowala by nas pogoda bo w kraju "za gorami, za lasami" zawsze swieci slonce i kwitna kwiaty.

Nie denerwowali by nas ludzie, bo w bajkach sa zawsze pieknie ubrane ksiezniczki i rycerze w swiecacej zbroi. No, zdarzaja sie  wprawdzie zle macochy, okrutne krolowe i podle czarownice…. ale zazwyczaj wszystko dobrze sie konczy. A w zyciu? Tu, niestety czarownice i okrutne krolowe dominuja na codzien. Zarowno wspolczesna literatura jak i wiele kultowych filmow przekonuje nas, ze ta czy tamta "zla kobieta byla". Brzydkie kaczatka na zawsze pozostaja brzydkimi, a paskudne zaby chocby nie wiem ilekroc calowane, pozostaja tylko zabami. Tylko w bajkach wszystko jest mozliwe i nawet wtedy gdy wszystkim wydaje sie, ze juz wszystko jest stracone, na koniec pojawia sie (nie)oczekiwany ‘twist’ i… ksiaze na bialym rumaku ratuje sytuacje (i krolewne). W zyciu, jak sie cos pieprzy, to raczej na sto procent runie i to z sila wodospadu…

Zapatrzeni i zasluchani w te bajki, instynktownie probujemy przenosic rzeczywistosc bajkowa do naszego zycia. Dekorujemy domy kolorowymi tkaninami, zaslaniajac w ten sposob szarosc i dziury wyrobione lzami rozstan. Przykrywamy czarne dusze plaszczami z teczy ukradzionej Alicji w krainie czarow. Stapamy po mostach uwitych z marzen w oczekiwaniu, ze uda nam sie przejsc przez rzeke zycia nie maczajac  sobie nog w brudnej, gestej od klamstw wodzie. Wkladamy rozowe okulary ludzac sie ze pomoga nam one nie zauwazyc wielkiej niekompetencji malych krasnoludkow, ktorzy, jak muchomory, wyrastaja kazedego dnia na drodze naszego zycia.

Jako, ze bajkowe stwory sa zawsze idealne, nie potrafimy dostrzec w sobie wad i kompleksow. Szukamy idealnego ksiecia z bajki, na bialym rumaku zbawiajacego swiat, zapominajac, ze samym nam do idealu sporo brakuje. Zadamy od zycia balu na zamku krola, nie zdajac sobie sprawy z tego, ze maly pantofelek raczej nie wpasuje sie na nasza, zmeczona, zaniedbana stope. Wymagamy od losu chatki z piernika, zapominajac, ze jestesmy na kolejnej diecie lub uczuleni na imbir. Nie mozna mieszac bajkowej krainy z nasza zyciowa rzeczywistoscia. Niech bajki na zawsze pozostana czyms idealnym, odleglym, nieosiagnionym. Moze i lepiej wiec ze zycie nie jest bajka.

BABY RULEZ!!!!!!!

A tytul dzisiaj przewrotny mi sie udal…no bo moze byc, ze baby gora…bo same zostalysmy w domu… jedyny samiec w tej rodzinie wyjechal w delegacje na Floryde… ciekawe czemu oni zawsze maja te delegacje w takie ciekawe miejsca. Ciekawe czemu nie stepy South Dakoty, gdzie diabel mowi dobranoc, ale Floryda w porze ‘spring break" i "girls gone wild"???

Albo, ze baby (bej-bi) gora… bo "Mysia" miala dzisiaj swoj wielki dzien. Pierwsze (no prawie) szczepienia… oj gaworzyla z pania doktor, gaworzyla, a tu nagle, jak na jej pulchnym udku nie wyladuja cztery strzykawy…. no dobra nie byly wcale takie wielkie… ale w porownaniu z "udkiem" calkie spore. Biedactwo sie rozplakalo, ja niby sie dzielnie trzymam… patrze ukradkiem na towarzyszaca nam mame… prawie placze… cale szczescie, ze lekarka zaczela zartowac, ze moze i babci zastrzyczek???? Oj, bylo przezycie, bylo.

Generalnie dzien pelen wrazen. Do tego kupe roboty… dzis juz nie mialam sie nawet czasu zastanawiac gdzie pracuje i co mnie rozprasza…tyle mi dowalili roboty…chyba szef sie ukradkiem dorwal do mojego bloga, ukradkiem nauczyl Polskiego i przeczytal moje zale na temat pracy z domu i… dowalil do pieca. Do tego stopnia, ze wymieniamy sobie emaile o 1:30 nad ranem…on mi, ze idz spac… a ja jemu, ze po co sprawdza emaile o tak nieprzyzwoitej porze…

No wlasnie lepiej juz pojde.