Ah, co to byla za impreza. Gdyby tylko mala wiedziala co sie wokol niej dzieje…no ale po kolei:
Przygotowania zaczelismy juz w czwartek wieczorem, potem piatek, ktory przeciagnal sie w sobote. Jeszcze o 2 nad ranem dekorowalismy pokoj balonami i nakrywalismy stoly. Wszystkim sie podobalo, wiec chyba bylo warto.



W piatek, juz o 8 rano, przylecial Mike, ktory byl chrzestnym. Nie moglismy sie nagadac, jako ze nie widzielismy sie od lipca… W nocy z piatku na sobote przyjechali Malgosia (chrzestna) i jej maz Artur. Niestety nie mogli sie za bardzo wyspac gdyz juz od samego rana zaczela sie krzatanina i ostatnie przygotowania. Zdecydowalismy, ze obiad zrobimy w domu. Chcielismy aby bylo swojsko i kameralnie. Chcielismy tez zeby bylo ladnie, smacznie i nietuzinkowo.
O 14 stawilismy sie w kosciele, gdzie wszyscy, lacznie z ksiedzem juz na nas czekali. Cala ceremonia byla piekna, troche powagi, troche luzu, ksiadz pieknie to wszytko polaczyl i poprowadzil. Amelka, w wiekszosci byla grzeczna. Na sama tylko modlitwe egzorcyzmu strasznie plakala. Uwierzylam, ze naprawde wychodzi z niej diabel… teraz nic tylko musi byc aniolkiem i nie marudzic:). Po ceremonii obowiazkowe zdjecia, pojedyncze, grupowe, itp. Kazdy chcial miec zdjecie z bohaterka tego swieta, ktora wygladala jak mala panna mloda:).

Po ceremonii koscielnej, wszyscy przyjechali do nas. Na stol wjechaly potrawy, polala sie wodka, jednym slowem, typowa polska biesiada. Bylo wesolo, mnostwo zamieszania, smiechu.. troche placzu dzieci, bieganie, czyli wszystko to co powoduje, ze takie imprezy sa swojskie i takie mile sercu. Na caly dzien, niemalze zapomnialam, ze mam dziecko. Wszyscy ja nosili, bawili, przewijali…a Amelka przygladala sie temu wszystkiemu z niedowierzaniem…chyba jej sie jednak podobalo.