POTRAKTOWANA

Zazwyczaj nie pisze o pracy… ale tym razem bedzie wlasnie o tym. Mialam spotkanie z "Klientem". Klient jest wazny,bogaty, przysyla nam duzo roboty, poleca swoim znajomym, itp. Rozumiem. Ale, ze wszyscy dookola traktuja go jak Boga i bez mydla wlaza mu do d…, tego nie rozumiem. Na godzine przed spotkaniem, do ktorego i tak bylam w miare przygotowana dostalam email od jednego z uczestnikow spotkania, ze mam sie dobrze przygotowac, bo to spotkanie jest po to, abym zaskarbila zaufanie Klienta to bedzie nam przysylal robote, polecenia, itp. W czasie spotkania dostalam mnostwo pytan niekoniecznie zwiazanych z tematem spotkania. Byly tez pytania osobiste, w stylu ile mam lat, czy jestem mezatka, ile lat jestem w Stanach, gdzie pracowalam, gdzie chodzilam do szkoly, itp. Czulam sie jak "uczniak" na rozmowie kwalifikacyjnej o prace. A prace przeciez mam i w sumie gowno mi zalezy na jakim projekcie i dla kogo pracuje… mimo to sie denerwowalam. Troche to wszystko mi sie nie podobalo. Czulam sie traktowana jak sluzaca… mam spelniac wymagania "szanownego" Klienta, nawet te prywatne. Do tego na koniec powiedzial mi, ze juz skonczylismy i ze moge odejsc… no normalnie jak sluzba… po raz kolejny uswiadomilam sobie, ze adwokat to taka "sprzedajna dziwka", musisz zadowolic wszystkich, za to ci placa. A jak juz sa "zaspokojeni" to odesla cie z powrotem. Podobno dobrze wypadlam, bo godzine po spotkaniu dostalam emaila, ze bylam "swietna", a na zajutrz 2 nowe sprawy od owego wszechmocnego "Klienta". Opowiadalam to wszystko Hubowi…bardzo mu sie to nie podobalo. Zaraz wszedl na strone owego "Klienta" i stwierdzil…. "Gosc jest dzyndzel"… ja mu na to, "Po czym wnosisz???":)….  a Hub: "Bo wyglada jak dzyndzel"…. A jak wyglada dzyndzel, moze wiecie???