Taka miłość w sam raz

W kazdej gazecie dzisiaj artykuly o wakacjach, milosci, wakacyjnej milosci… o kobietach zdradzanych, o kobietach niechcianych, o kobietach zakochanych…Chyba kazdy byl kiedys w jednej (lub wszystkich) z tych kategorii. Co to jest milosc idealna? Czy jest osiagalna? Czy rzeczywiscie szukamy idealu? A moze zadawalamy sie czym kolwiek… cos na zasadzie "jest jaki jest ale jest"… lub "lepszy rydz niz nic"….Czesto w pedzie za idealem nie dostrzegamy, ze milosc jest blisko, ze ocieramy sie o nia lokciami kazdego dnia. To tylko niektore z tez wielu artykulow na jakie sie dzisiaj natknelam. W sumie kazdy problem warty przemyslenia i osobnego wpisu… Moze kiedys zaczne pisac o milosci… na razie musze zajac sie sprawamy bardziej przyziemnymi.

Tak mi sie tez przypomniala taka piosenka Bajora… wiedzialam, ze bardzo mi sie podobala i wiedzialam, ze bylo cos o milosci i miecie i pieprzu… i znalazlam… okazalo sie ze slowa napisala A. Ozga… Porozkoszujcie sie i wy:

Taka miłość w sam raz

Ona trwała nie długo, nie krótko
Dla miłości najlepszy to czas
Niosła tyle radości co smutku
I wszystkiego w niej było w sam raz
Tyle ile potrzeba słodyczy
Przy czym wcale nie było jej brak
Krzty goryczy, co jakby nie liczyć
Nadawało wytworny jej smak

Trochę chmur, trochę słońca
Coś z początku, coś z końca
Trochę pieprzu, ciut mięty
Część dróg prostych, część krętych
Ciut poezji, ciut prozy
Trochę plew, trochę ziarna
Taka miłość, taka miłość
W sam raz, idealna

Była taka dokładnie jak trzeba
Miała zalet tak wiele jak wad
Tyle piekła w niej było co nieba
Taka miłość w sam raz, akurat
Chyba zgodzisz się ze mną, kochana
To rzecz pewna, jak dwa razy dwa
Nasza miłość jest raczej udana
Zażywajmy więc póki się da

Trochę chmur, trochę słońca
Coś z początku, coś z końca
Trochę pieprzu, ciut mięty
Część dróg prostych, część krętych
Ciut poezji, ciut prozy
Trochę plew, trochę ziarna
Taka miłość, taka miłość
W sam raz, idealna

Choć nie zawsze nam miłość
Swe uroki odkrywa
Jednak jakby nie było
Jest po prostu prawdziwa

Trochę chmur, trochę słońca
Coś z początku, coś z końca
Trochę pieprzu, ciut mięty
Część dróg prostych, część krętych
Ciut poezji, ciut prozy
Trochę plew, trochę ziarna
Taka miłość, taka miłość
W sam raz, idealna

Michał Bajor - Miłość idealna A tu mozna tej piosenki posluchac w wykonaniu Michala Bajora. 

Z WUJKIEM MIKIEM…

Mike nie przestaje nas rozpieszczac. Super kolacja z drogim winem dla nas, ekstarwaganckie suknie dla Amelii… taki naprawde dobry wujek z Ameryki:)…Tak powaznie to chyba udalo nam sie go namowic na przyjazd do Chin. Spodobal mu sie tez pomysl uczenia w Chinach. Jak do tej pory wiekszosc wyjazdow odbywalismy razem wiec nie widze powodu, zeby teraz bylo inaczej… chociaz im czlowiek starszy tym trudniej mu sie zdecydowac na jakies wyjazdowe szalenstwo…wiem po sobie. Wspominalismy nasze stare dobre czasy w Holandii. Nie zapomne jak wszyscy studenci w naszej klasie kupili sobie rowery… a Mike podjezdza samochodem…klasa holenderskiego znudzila mu sie po miesiacu… a po dwoch rzucil szkole i zaczal podrozowac…Tym starym fiatem przemierzylismy tysiace kilometrow. Dojechalismy nawet do Polski. To nic, ze w tym samochodzie brakowalo niemalze wszystkiego a akumulator wysiadal co 100 km. To nic, ze holenderskie tablice rejestracyjne i ciemnoskory kierowca namietnie przyciagaly policje w Niemczech, Czechach i Polsce. To nic, ze Mike obrazil sie na nas jak musielismy “zalatwic sprawe” z Polskimi Policjantami…. Chyba sie bal, ze nas zaaresztuja. Bylo wesolo, bylo ciekawie… Przezylismy wspolnie mnostwo wspanialych chwil. Przynajmniej pozostaly wspomnienia…

NAJWYZSZY CZAS…

Najwyzszy czas zebym przeszla do porzadku dziennego nad zlosliwymi komentarzami i  przestala odpierac "blotno-belkotne" ataki w moja strone. Nie bede sie przekomarzala z jakimis tchorzami co naprawde nie maja pojecia o co chodzi. W mojej nomenklaturze to sie nazywa "pieniactwo", a z tym nie ma sensu walczyc. FINITO!

Najwyzszy tez czas zebym zaczela pisac o dalszych naszych przygotowaniach do podrozy bo 99% czytajacych mojego bloga to ludzie nam zyczliwi i szczerze ciekawi co u nas nowego.

Tymczasem dzisiaj odwiedzilam China Town.. czyli mala Chinska dzielnice w Cleveland. Mialam sprawe w agencji turystycznej. Samo znalezienie tej agencji graniczy z cudem jako, ze agencja znajduje sie na tylach supermarketu… i nikt tu prawie nie mowi po anigielsku. Pani w agencji rozlozyla rece i zaczela krecic glowa zanim jeszcze skonczylam wyluszczac o co mi chodzi…na kolejne zapytanie czy nie moglaby pomoc nam w kupnie biletow na podroz po Chinach, pani zadzwonila do glownej siedziby, gdzie dowiedziala sie (i ja przy okazji) ze owszem moze by i mogla, ale za slona "service fee". Na to zas ja zaczelam krecic glowa i nie ugielam sie nawet gdy pani zaczela  targowac sie i obnizac cene o $5. Czy to znaczy ze nawet w agencji trzeba sie targowac? Jeez. Pani pouczyla mnie, ze bilet na jakiekolwiek przeloty po Chinach kupuje sie w Chinach, bo tak jest taniej i ostrzegla mnie zebym tam tez sie targowala… no juz sobie wyobrazam jak "jarmacze" sie z liniami lotniczymi…Generalnie rozgadala sie na temat jak to w Chinach jest konkurencja i jak to trzeba sie ze wszystkimi o wszystko targowac… Moze wiec nie byl to calkiem zmarnowany czas.

Musialam tez dzisiaj przyjechac do pracy… coz jutro zamykamy jedna z wiekszych tranzakcji i wszystko jak zwykle jest na ostatnio chwile…Troszke nogi sie pode mna ugiely jak sie o tym dowiedzialam… Teraz jednak dzieki dwom kawom, kilku colom i innym "wspomagaczom" troche ochlonelam i mam raczej wszystko pod kontrola. Wiem, wiem, kiedys mowilam, ze moja praca nie jest stresujaca… no to teraz to odwoluje… albo uscislam… nie stresuje sie dopoki nie musze podpisac dokumentu na kilka milionow… i nie ma nawet mojego szefa, zeby mnie wspomogl.. ufff… rece drza.

Mike

Jak zwykle nas zaskoczyl. Caly Mike. Zadzwonil w piatek, ze “wpadnie” w niedziele. I dodam tylko, ze nie mieszka za rogiem, tylko kilkaset mil stad. Oczywiscie cieszymy sie bardzo. W sobote zaczelismy pakowanie. Wywiezlismy troche rzeczy do rodzicow… w nadziei, ze moze firma Huba wynajmie nasz dom. W razie czego musi byc uprzatniete. Niewiarygodne ile  czlowiek gromadzi… my to jak chomiki…gromadzimy, gromadzimy, ciezko nam sie rozstac z najstarszymi nawet szpargalami. Ostatnio w talk-show Oprah byl “specjalista od odgracania(de-clutter) domow”. Smialam sie z tego, a tu sie okazuje, ze ja tez mam taki problem. Wole wszystko trzymac w pudelkach, pudeleczkach… a nuz sie kiedys przyda…. juz nie mam gdzie ich upychac. Przeprowadzki o tyle sa dobre, ze sie robi maly przesiew… i cos tam zawsze sie wyrzuci (5 workow).

W niedziele przyjechal Mike. Super. Pogadalismy, pojechalismy na spacer… Amelia troche sie na poczatku obawiala… minke taka miala zajaczka kopnietego w zadek… cos pomiedzy placzem a usmiechem… niby siedziala u Mike’a ale za mna sie ogladala. Juz ten maly rozumek cos tam wie i poznaje kto swoj, a kto obcy….

Rozczarowanie?????

Jak juz zdiagnozowalam u siebie rozdwojenie jazni, teraz pozastanawiam sie troche nad stanem mojego rozumu. Czy  to moze ja jestem nienormalna, czy to swiat zwiarowal? Jeezzzz. Jak grzyby po deszczu, mnoza sie ostatnio informacje o ludziach, ktorym po wyjezdzie za granice po prostu odbilo. Przeszli taka transformacje, ze nie poznaja ich wlasne dzieci, matki, narzeczone. Nie moglam sie oprzec zeby sobie troche na ten temat  nie pospekulowac. Co jest grane? Czy te kilka “zielonych” w kieszeni powoduje, ze ludziom tak strasznie odbija palma? Czy pracujac 12 godzin dziennie na budowie, zmywaniu garow, czy koszeniu trawy Californijskie czy Nowojorskie slonce wypala zdrowy rozsadek i jakiekolwiek uczucia czy emocje? Co powoduje, ze super facet, z ktorym w Polsce “konie mozna bylo krasc”, potrafi powiedziec swoim najblizszym kumplom, ze ma ich w dupie, i ze woli pieniadze od przyjazni….  Co takiego musi sie wydarzyc, ze corka, ktora nie widziala matki od 6 lat i przyjechala na wakacje zeby sie z nia zobaczyc, wyjezdza po tygodniu z rostrojem nerwowym bo z owa matka dogadac sie nie idzie?  Czemu ciagle w gazetach mnoza sie naglowki, ze Polak wykorzystal Polaka? Czemu zaslepia nas glupia zazdrosc o wieksza stawke godzinowa, czy wiekszy dom? Czemu parkujac przed kosciolem w niedziele nienawidzimy wszystkich, ktorzy podjechali lepszym samochodem?

Ludzie!!!!!!! Co sie z wami dzieje??????  Czy Ocean dzieli nas az tak bardzo? Czy az tak bardzo sie roznimy? Czy tempo zycia i brak jakiejkolwiek spolecznej presji powoduja, ze nie musimy nic udawac i wtedy dajemy sobie pofolgowac i wyzywamy sie na najblizszych? O co chodzi? A moze to wszystko jest normalne? Moze to  mnie , w naiwnosci mojej, sie wydaje, ze wszystko powinno byc jak dawniej? Ze trzeba sobie pomagac. Ze rodzina to swietosc. Ze o przyjazn trzeba dbac, pielegnowac ja. I kto tu jest nienormalny????

Za i Przeciw

Od dawna podejrzewalam u siebie rozdwojenie jazni czy inna schizofrenie. Zmagaja sie we mnie dwie sprzeczne dusze. “Aniolek” i “Diabelek” przekomarzaja sie wzajemnie w mojej glowie, czy te Chiny to aby dobry pomysl. Jednego dnia budze sie z usmiechem na twarzy cieszac sie ze wyjezdzamy, ze czeka nas cos nowego, nieznanego. Innym razem drecza mnie koszmary, ze cos sie stalo w Chinach, ze jak ja sobie poradze, ze wszystko bedzie na mojej glowie bo Hub bedzie super-zajety…To, ze mam mieszane uczucia jest raczej normalne. Co mnie jednak zastanawia to to, ze nie moge sie zdecydowac czy wiecej jest takiego podniecenia, ciekawosci, czy wiecej zmartwien i obaw. To w zasadzie zalezy od dnia. Wyostrzyly mi sie teraz “czolki” na wszelkiego rodzaju informacje o Chinach i z Chin. Uwaznie sledze kolejne raporty o podrabianej zywnosci, niedokladnie wykonanych oponach, ktore wybuchaja czy zatrutych lekarstwach, ktore zabijaja dzieci… Ciarki mi po plecach przechodza. Z drugiej strony tlumacze sobie, ze przeciez wypadki zdarzaja sie wszedzie, ze bedziemy po prostu bardziej uwazac, ze przeciez bylam tam i widzialam jak to mniej wiecej wyglada…Wlaczyl mi sie “motorek” planowania. Lista goni liste, spis rzeczy potrzebnych, niepotrzebnych, niezbednych. Amelka-lista, szkola-lista, dom-lista, wizy, bilety, wczasy, mieszkanie, wymiary bagazu, kara za nadbagaz, nie zapomnij kremu do opalania bo w Chinach (podobno) trudno dostepny… do tego certyfikaty do ambasady, czy zdazymy na czas?…. itp, itd. Wszystko to wiruje w mojej glowie i rozsiewa cala siec watpliwosci. Walcze sama ze soba.  Z dnia na dzien jedna Edzia przekonuje druga Edzie, ktora ma racje. Ot, kobieta zmienna jest!!!

WEEKEND

NIEDZIELA
Niedziela byla iscie sielankowa. Kosciol. Po kosciele wpadli dlugo niewidziani znajomi…(czy nie mowilam, ze wynurzaja sie z kazdego zakatka), przyjechala tez Viola. Juz od poludnia zaczelismy imprezowac. Po poludniu Amelia miala “randke” z malym Davidem (zdjecia w poprzednim wpisie) a my okazje pospacerowac troche i spotkac sie z rodzicami Davida… Pogoda byla piekna, kawa mocna, czas szybko plynal… lubie to miejsce, lubie tych ludzi, lubie te nasze spotkania, wymiane zdan (czasem ostra). Bedzie mi tego brakowalo w Chinach. That’s for sure……

PASZPORT
Amelia dostala passport. Czekalismy na niego juz kilka miesiecy I bardzo sie cieszymy, ze juz jest bo przeciez jeszcze musimy dostac wizy… a tu czasu coraz mniej. Plan byl taki, ze jezeli passport nie przyjdzie w tym tygodniu to mialam dzwonic do gubernatora stanu… podobno moga cos przyspieszyc.. Cale szczescie nie musze.

Nastepny wiec etap: wizy. Kompletujemy papiery, zaswiadczenia, druki… badania lekarskie, etc.

NINGBO
Znajoma kancelaria w Ningbo bardzo sie ucieszyla z mojego przyjazdu. Na dzien dobry okrzykneli mnie “konsultantem” i “czescia ich zespolu” i umowili na 3 spotkania….Ciesze sie. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam tez juz znajoma w Ningbo… Francuzke. Super dziewczyna. Gadalysmy na skype. Kolezanka ma 2 dzieci (w tym 3 miesieczna coreczke) wiec rozwiala wszystkie moje watpliwosci co do mleka, lekarza, pampersow itp. Naprawde lepiej sie czuje. Wiem, ze przed nami jeszcze mnostwo niespodzianek… bo przeciez ta sa Chiny… ale moze damy sobie rade.

AFRYKA DZIKA DAWNO ODKRYTA

Maszyna przygotowan ruszyla w ruch… na razie jeszcze jestesmy na etapie przemyslen, dyskusji, robienia list, exceli, etc. Do tego spotykamy sie ze znajomymi… no bo przeciez przed wyjazdem trzeba sie ze wszystkimi zobaczyc. A wynurzaja sie z roznych zakatkow nawet znajomi, ktorych juz daaaawno nie widzielismy. I tak na przyklad w sobote wpadl kolega jeszcze ze szkoly, z zona i siostra… bylo fajnie. Znajomi sa z Rwandy…i skore, ze tak powiem, maja dosyc ciemna…. CZARNA…zeby byc bardziej precyzyjnym. Myslalam, ze Amelus sie przestraszy… a ona tak slicznie sie z nimi bawila, dala sie cioci nakarmic, poprzytulac, ponosci, powyglupiac… tylko smiala sie od ucha do ucha. My z Hubem , zgodnie z Afrykanska tradycja, zostalismy przechrzczeni na Mama Amelia i Papa Amelia…w zapomnienie poszly nasze imiona, na chrzcie przez rodzicow nadane…:).

Znajomi wlasnie wzieli slub cywilny  a teraz planuja prawdziwe wesele w Rwandzie, z rodzina i przyjaciolmi….no jakies 400 osob… na oko. Tak naprawde nie wiadomo ilu gosci przybedzie bo w Rwandzie jak w okolicy jest wesele to sie po prostu na nie “wpada”. No to przynajmniej nazbieracie prezentow… mowie. No nie za bardzo bo w wiekszosci przynosi sie jedzenie lub “wytwory” sztuki ludowej…ktore moze sa i ladne i ciekawe, ale nie od 400 osob. Wesele bedzie wiec duze, z pompa, ksiedzem, kosciolem, zarciem i tradycjami afrykanskimi. Jedna z nich sa wielodniowe debaty i dyskusje, czy wydac ta panne mloda temu mlodemu czy nie… Zabawne jest to, ze przeciez oni juz ze soba sa od kilku lat, a nawet wzieli juz slub… ale bez “targowania” podobno sie nie obedzie. Fajnie tak posluchac o tradycjach w innych krajach. Na wesele jestesmy oczywiscie zaproszeni… ale chyba Papa i Mama Amelia, ze wzgledu na corke Amelie wlasnie, do Afryki jeszcze w tym roku sie nie wybiora…..