Goracy Kubel…

Jak na prawdziwe wczasy przystalo i nam trafil sie jeden dzien deszczowy. No, dzien, to moze za duzo powiedziane. Lalo niezle caly ranek. Zanim jednak wygrzebalismy sie z pokoju po deszczu nie bylo sladu. No moze z wyjatkiem mokrych lezakow….
Nic to w zasadzie nie zmienilo w rozkladzie naszego dnia. Basen-kawa-basen-lody-plaza… pozniej spacer i zwiedzanie okolicznych resorts… niektore naprawde “wypasione”. Z ciekawosci sprawdzilismy ceny…$250/dobe. Niezle.
Wieczorem decydujemy sie na chinska kolacje. Ale nie zwykly ryz czy kluchy, ale prawdziwa fiesta: “hot pot”, czyli goracy garnek…lub kubel, jak kto woli, ale nie mylic z goracym kubkiem:). Zabawa polega na tym, ze przynosza goracy garnek z wywarem (do wyboru) a do tego mnostwo dodatkow: owoce morza, mieso, warzywa, grzyby. Taka chinska wersja “raclette”. Tylko, ze zdrowsza bo wszystko gotowane. Wrzuca sie wiec te dodatki na gotujacy wywar i gotuje sobie … pozniej polewa sosem, posypuje jakas trawka i zajada. Calkiem smaczne, a przy tym swietna zabawa, jak widac ponizej:

Nadal wypoczywamy

Kolejny dzien blogiego nicnierobienia. Czytam polskie magazyny, ksiazki, bawie sie z Amelcia… jednym slowem milo spedzam czas. Pogoda jest super. Podobno rano padalo, ale sladu po deszczu nie ma. W ostatniej chwili zjawiamy sie na sniadaniu. Zartujemy, ze “Ruscy” juz nam wszystko zjedli. Jako, ze jest pozno i wszystkie miejsca zajete dosiada sie do nas jedna z tych “Chinsko-Rosyjskich” par. Ona moze ze 25 on grubo po 50. Coz, “milosc” nie wybiera…. Wybiera za to na pewno facet. Widac, ze ma kase. Zaczyna konwersacje. Okazuje sie, ze jest businessmanem z Los Angeles… nie smialam zapytac czy dziewcze tez mieszka w L.A. Nie chcialam jej zawstydzac. Dziewcze prawie wcale sie nie odzywa. “Pan” za to opowiada niemalze historie swojego zycia, prywatnego i  zawodowego. Ciekawie gada. Poleca nam Bangkok na zakupy, Hongkong na jeszcze wieksze zakupy i komentuje, ze Gucci to naprawde swietna firma….Dziewcze niesmialo spoglada na nas, probuje sie usmiechac, zagaduje do Amelki. Skrzetnie podaje swojemu “partnerowi”, a to sol, a to wykalaczki. Wpatrzona w niego jak w obrazek. Ciekawi mnie jej historia. Jak poznala tego “Honcho”? Czy jej placi? Czy wroci z nim do USA? Ah, za bardzo jestem ciekawska.

Po poludniu jedziemy do miasteczka Sanya. Mamy dwie godziny na obchod miasta. Ostrzegano nas, ze za wiele tam nie ma. To prawda. Jedna ulica z pamiatkami dla turystow, kilka supermarketow, jakies sklepiki i ladna promenada nad oceanem… to tyle. Reszta sie buduje. Nowoczesne osiedla, wiezowce, jakies parki… wszystko w trakcie budowy. W takim upale dziekujemy Bogu, ze nie musimy tu byc dluzej. Z ulga wracamy do hotelu i natychmiast rezygnujemy z pomyslu wycieczki po wyspie. Za goraco i dla nas i dla malej.
Wieczorem szybka kolacja w hotelowej restauracji. Mielismy isc jeszcze na kawe i lody… ale Amelcia juz spiaca, marudzaca…. Wracamy do pokoju. Za chwile dzwoni moj szef i znajomy z pracy. Nie smiem mu powiedziec w jakich warunkach ja tu pracuje… zzielenieja z zazdrosci, ze mnie tu palmy zagladaja do komputera, a lazurowa woda laskocze stopy. Gadamy chwile, tak naprawde testujemy skype… nie za bardzo ich slysze… moje odpowiedzi nie pasuja do ich pytan…. Smiejemy sie z tego i konczymy konwersacje. Grunt to byc w kontakcie. Amelcia spi, Hub spi… ja mam nareszcie troche czasu zeby cos napisac, uporzadkowac zdjecia. Jeszcze nie moge dojsc do porozumienia z moim nowym komputerem. Wszystko jest tu inne. I nienawidze Windows Vista… nic do tego nie pasuje i nie mozna sciagnac zadnego programu. Wszystko zablokowane, zastrzezone… w imie “security”. Brrrr!!!

Plazowe Rozmyslanie…

Siedze sobie na plazy. Amelcia spi obok. Hub plywa gdzies w morzu, zmaga sie z falami. Zaraz bedzie odplyw a wtedy kiepsko sie plywa korzysta wiec z okazji. Niby czytam gazete, ale bacznie obserwuje przechodzacych obok ludzi. Wiekszosc to Rosjanie. Rosjanki owszem zadbane, odwazne, dosyc porozbierane. No, ale w koncu jestesmy na plazy, a ze w konserwatywnych Chinach, to juz inna sprawa. Ciekawy kontrast. Chinki opatulone w chusty, reczniki, niesmalo przemykaja miedzy lezakami. Wyuzdane Rosjanki smialo paraduja w skapych bikini pokazujac, nie zawsze perfekcyjne, ciala. Sa tez i mlode wlascicielki nienagannych figur. Wysokie, smukle, z plaskimi brzuchami. Zazdroszcze im tych plaskosci. Ale co tam, popijam pina colade dla poprawienia humoru.  Sa tez mlode Rosjanki ze starszymi (o wiele) Chinczykami. Ciekawe zjawisko. Kim one sa? Na pewno nie zonami. Sporo Chinczykow tutaj mowi swietnie po rosyjsku. Nas oczywiscie tez natychmiast biora za Rosjan i zagajaja… spasiba, zdrastwujtie…. No nie pogawarim…Normalnie to bym moze sie i wkurzala, ze biora nas za Ruskich. No ale jak sie ma meza wygladajacego jak, wypisz wymaluj, rosyjski prezydent, to nawet sie nie ma co na kazdym kroku tlumaczyc. Zdrastwujtie odpowiadamy i modlimy sie w duchu, zeby juz o nic wiecej nas nie pytali bo sie wyda, ze nie gawarim po ruski…

Wieczorem zespol z Kolumbii bardzo stara sie rozpalic goracymi rytmami sztywnawa troche publike. Szaleje na balkonie slyszac latynoskie przeboje. Sami znajomi: Mana, Celia Cruz…Viva Latina krzycze na cale gardlo… Wokalista spoglada do gory, macha mi…. ach z tym panem to ja bym “pospiewala” zartuje, a Hub spoglada spod oka…ale podchodzi, obejmuje…zeby bylo jasne, ze ta pani juz zajeta…Zazdrosny?! Rytmy coraz szybsze, powoli, z okolicznych restauracji wynurzaja sie goscie. Masuja brzuchy, przystaja, klaszcza… robi sie wesolo. Amelcia niespokojnie wierci sie w wozku… to znak, ze czas wracac do pokoju:).

Sanya

Pierwsze wczasy z zyciu Amelki. I jak ubolewa moja mama nie sa one gdzies nad polskim morzem… ale na drugim koncu swiata. Jestesmy juz w Sanya. Sanya to kurort na Chinskiej wyspie Hainan. Sa tu w zasadzie same bazy wojskowe i mnostwo hoteli. Do tego piekne plaze, blekitna woda… zyc nie umierac. My rozlokowalismy sie w hotelu Crown Plaza. Hotel jest przesliczny. Stylizowany na chinsko posiada jednak cala game unowoczesnien i udogodnien. Sliczne pokoje, wielkie loze, a dla Amelki male, stylowe lozeczko. Sliczna lazienka urzadzona na wzor japonskich lazni z wielka wanna na srodku. Czysto, milo, przyjemnie… a to dopiero poczatek. Dzien zaczal sie od sniadania. Tak naprawde to nie bylismy pewni czego sie spodziewac w amerykanskim hotelu w Chinach, gdzie 90% gosci stanowia Rosjanie. Sniadanie przeszlo nasze najsmielsze oczekiwania. Jest tu w zasadzie wszystko o czym mozna sobie zamarzyc. Jest kuchnia chinska, japonskie sushi, wloskie cappuccino, francuskie rogaliki, belgijsie gofry… i wiele, wiele innych rzeczy. Mniam!!!! Skrzetnie z tej roznorodnosci skorzystalismy:). W hotelu sa piekne baseny, plaza jest tuz po przeciwnej stronie… na terenie hotelu znajduje sie tez centrum handlowe, mnostwo restauracji, kawiarni, ogrodkow, barow. Nie dziwie sie, ze hotel ten zostal wybrany jako miejsce Konkursu Miss Swiata 2007. Wlasnie pod tym katem hotel jest jeszcze upiekszany i rozbudowywany. Juz wyobrazam sobie wszystkie te “miss-ki” zbiegajace po schodach lub spacerujace po ogrodach. Idealne miejsce. Poki co miejscem tym rozkoszujemy sie my. Moze dlatego, ze nie bylam na sto procent pewna czego sie spodziewac po wczasach w Chinach, bardzo milo sie rozczarowalam i jestem po prostu zachwycona. Smialo moge powiedziec, ze ze wszystkich naszych wczasow te sa najlepsze. Na dowod kilka zdjec ponizej:

Nasz Pierwszy Tydzien w Ningbo

Nareszcie wprowadzilismy sie do naszego mieszkania. Po dwoch dniach rozpakowywania, sprzatania i organizowania mozna powiedziec, ze mieszkanie nadaje sie do zamieszkana, a my zaczynamy sie czuc jak u siebie.
Balismy sie strasznie tej Chinskiej biurokracji. Musze jednak przyznac, ze wszystko sprawnie poszlo. Fakt, ze zarowno nasz wlasciciel jak i znajomy prawnik sporo nam pomogli. Niestety bez znajomosci jezyka jest ciezko. Mieszkanie wynajelismy przez agencje nieruchomosci. Umowa oczywiscie po chinsku. Mieli tez angielska wersje, a jakze. Tylko, jak kolega przejrzal obydwie wersje to sie okazalo, ze w zaden sposob nie sa one do siebie podobne. Pozniej, agent przyznal sie naszemu koledze, ze ta angielska wersje sciagneli po prostu z internetu zeby miec co pokazac cudzoziemcom. Ot, okazuje sie, ze nie tylko Polak, ale i Chinczyk potrafi. Tak mi sie wlasnie wydaje, ze ci Chinczycy to tacy mali (doslownie i w przenosni) kombinatorzy. Dzieki interwencji naszego wlasciciela, bez problemu tez zalozyli nam telefon i internet. Najwieksza uciazliwoscia jest jak na razie woda. Ta w kranie nie nadaje sie do picia ani do gotowania. Mamy wiec wode w butlach, ktora dowoza podchmieleni osiedlowi “oblatywacze”. Dzwonisz do takiego i  10 minut i 10 juanow pozniej masz wode w domu. Nawet to niezle maja zorganizowane.  Osiedle na ktorym mieszkamy jest super. Chinczycy jak juz cos buduja to robia to z przepychem. Jak fontanny to wszedzie. Jak smoki to z marmuru. Poza tym mnostwo egzotycznej zieleni, baseny, stawiki, mostki… bardzo ladnie. Ciekawym zjawiskiem sa tez straznicy. Najpierw sa przy kazdej wejsciowej czy wjazdowej bramie. Nie wiem po co tam stoja bo szlaban otwieraja kazdemu i na kazde zawolanie. Ale stoja i miny maja takie, jakby co najmniej chronili prezydenta panstwa. Kazdy blok tez ma swoich straznikow. Nie wiem czego i kogo pilnuja bo do klatki i tak moze wejsc kazdy, nie ma zadnych zabezpieczen…. no nie liczac straznikow. Spacerujac po osiedlu nie da sie nie zauwazyc ladnych drogich samochodow. Zastanawia mnie skad ci ludzie maja pieniadze na te mieszkania, drogie samochody czy zakupy w drogich centrach handlowych. Mowi sie, ze przecietna pensja Chinczyka to $100/miesiac. A metr kwadratowy na naszym osiedlu kosztuje prawie $1000. Znajoma probowala nam to wyjasniac mowiac, ze przecietnego Chinczyka na takie rzeczy nie stac i ze np. nasze osiedle to nie jest dla zwyklych ludzi. Nie bardzo przyjmuje takie wytlumaczenie. Na naszym osiedlu mieszka pewnie kilkaset tysiecy ludzi. Takich osiedli w samym Ningbo jest pewnie ze sto, a w calych Chinach to tysiace. Czyli, ze te tysiace lub miliony ludzi to nie sa przecietni Chinczycy? No to kto tu jest przecietny? Prawda jest to, ze w tak olbrzymiej masie ludzi jest miejsce dla bogatych, ale tez pewnie na jednego bogatego przypada ze stu biednych. Ci, ktorzy sie bogaca robia to bardzo szybko. Podobno mieszkancy Ningbo wlasnie slyna z biznesowego podejscia. Ludzie zartuja, ze potrafia oni rozkrecic biznes na balkonie lub tuz za domem. Ma to sens. W Ningbo nie ma za wiele zabytkow, nie ma jako takiej historii, a jednak miasto kwitnie i  przyciaga mnostwo ludzi.

Mieszkanie

Juz od dawna mielismy “nagrane” mieszkanie w okolicy, w ktorej mieszka sporo expatow i ktora jest niedaleko od szkoly. Pojechalismy dzisiaj zobaczyc na wlasne oczy to czym zachwycalismy sie ogladajac zdjecia. Osiedle jest rzeczywiscie super, mnostwo, ale to mnostwo zieleni, baseny, fontanny, sciezki spacerowe, sklepy, silownie, itp. Samo mieszkanie jednak bardzo nas rozczarowalo. Wlasciciel reklamowal je jako luksusowe i rzeczywiscie patrzac na cene tak by sie wydawalo. Samo mieszkanie tez nie mozna powiedziec, ze kiepskie, ale do naszych standardow jeszcze daleko im brakuje. Chinski “luksus” sprowadza sie do powieszenia plazmy na scianie i mikrofalowki w kuchni. To byly glowne punkty”reklamowe”. A, ze lazienka taka sobie, ogolnie nie za czysto to juz dla nich niewazne. A dla nas owszem. Naprawde za pieniadze, ktore gosc zadal spodziwalismy sie czegos lepszego. Wstapilismy do agencji nieruchomosci zeby zobaczyc czy nie maja czegos w podobnej cenie. Chcielismy zobaczyc cos innego zeby miec porownanie. Ciekawilo nas czy to my “wymyslamy”, czy tez mozna znalezc cos lepszego. Jako, ze w agencji nikt nie mowil po angielsku, Hub wskoczyl za biurko i  sam zaczal ogladac sobie ich baze danych. Zupelnie przypadkowo “wylosowal” jakies mieszkanie i poprosil by go nam pokazano. Cala akcja nie trwala wiecej niz 15 minut. Znalazl sie wlasciciel, klucze, itp. i zobaczylismy calkiem przytulne i przede wszystkim czysciutkie mieszkanko… tyle, ze bez plazmy… ktora juz wiecie gdzie mam….Wymienilismy porozumiewawczy wzrok z Hubem. To jest to. Wszystko czego nam potrzeba. Jeszcze nastepnego dnia wrocilismy aby dokladnie obejrzec mieszkanie i negocjowac cene. W dzien mieszkanie wyglada jeszcze fajniej. Jak juz bedzie “nasze” zamieszcze jakies zdjecia. Negocjowanie ceny trwalo dosyc dlugo… nie wiem co tam Hub wyprawial, ale na koniec wlasciciel pokazal mi “lzy w oczach” i jak bardzo stracil na tym mieszkaniu… Hub oczywiscie postawil na swoim i przeforsowal nasza cene. Atrakcyjna. O wiele mniej niz mieszkanie “plazmowe”, a teraz mamy o wiele wiecej dodatkowych, rzeczy na przyklad satelite z angielskimi kanalami. Cool!

Jestesmy w Ningbo

Ciezko jest przestawic sie na inny czas. Dzien pomieszany z noca. Wszystko odwrotnie. Wstajemy skoro swit, w poludnie jestesmy juz zmeczeni a o 4 padamy….Cala trojka zapada w niedzwiedzi sen. Budzimy sie po 6 godzinach… nie bardzo wiemy co sie dzieje. Cale szczescie, ze Amelka je i znowu idzie spac. Jest niesamowita. Chyba najlepiej z nas wszystkich przechodzi ta cala zmiane otoczenia i czasu.

Czas chyba wynurzyc sie z hotelowego pokoju i rozejrzec sie po miescie. Wiele sie zmienilo  od zeszlego roku. Mnostwo nowych budynkow, cale nowe osiedla, sklepy, centra handlowe…Pierwsze wrazenia raczej wiec pozytywne.  Dopiero pozniej pojawiaja sie watpliwosci. Jak to bedzie? Jak sobie poradzimy? Jak przebijemy sie przez bariere jezykowa? Jak mala sie zaklimatyzuje? Mnostwo niewiadomych. Tesknie za domem, za wygoda. Dziwnie jakos tu jest wszystko male… a moze to my rozpieszczeni i przyzwyczajeni do "wielkiej" Ameryki. Czas chyba przypomniec sobie czasy polskie, male pralki, 2 pokoje z kuchnia… a jednak czlowiek byl szczesliwy. Chiny pod wieloma wzgledami przypominaja mi Polske. W sklepach podobne produkt. Ten sam plyn do prania, te same talerze… w centrum handlowym transmisja z uroczystosci na Jasnej Gorze, w Czestochowie… Wywoluje to wszystko dziwnie mieszane uczucia… takie polsko-chinskie…

Podroz

Do Newark dolecielismy szybko i bez zadnych niespodzianek. Na sama mysl o kolejnych 15 godzinach spedzonych w samolocie z dzieckiem uginaja mi sie nogi. Jest jeszcze gorzej, gdy dowiadujemy sie, ze nie dostaniemy bassinet (lozeczka), na ktora liczylismy. No nic… mysle sobie, jakos przezyjemy. Z niecierpliwoscia czekalam na to kto usiadzie obok nas. Usiadla mloda dziewczyna, Zydowka. Zaczelismy rozmwiac, powiedzialam jej, ze sa w samolocie wolne miejsca i ze moze sie przesiasc. Dziewczyna niezbyt byla chetna, gdyz podrozowala z kuzynami, ktorzy siedzieli za nami i nie chciala sie z nimi rozstac. Zapytala jednak, czy mala bardzo marudzi w samolocie. Powiedzialam jej, ze to jest jej pierwszy raz i ze moze byc nieciekawie. Z pomoca przyszla mi stewardessa… powiedziala, ze znajdzie dla niej najlepsze mozliwe miejsce, miedzy najchudszymi pasazerami…. To ja chyba przekonalo bo na nasze szczescie mloda Zydowka przesiadla sie zostawiajac nam wolne miejsce. To nam uratowalo zycie. Amelka wyciagnela sie na siedzeniu oblozona poduchami dostarczonymi z business class i slodko spala przez wiekszosc lotu… Bogu Dzieki!!!
Teraz czekala nas przesiadka  do Ningbo. Lotnisko w Hong Kongu zrobilo na nas wspaniale wrazenie. Wszystko super zorganizowane, mnostwo mlodych ludzi, ktorzy swietnie mowia po angielsku. Zero problemow. Kontrolerki zamiast przeswietlac bagaze zaczely tanczyc taniec radosci na widok bialego pulchnego bobasa. Wyciagnely mala z wozka, zaczely sie z nia bawic. To nic, ze kolejka ludzi za nami a my spieszymy sie na samolot :).
Do Ningbo dorarlismy kolo polnocy. Potrzebowalismy dwoch taksowek zeby zaladowac caly nasz dobytek…Szczesliwie jednak dotarlismy do hotelu na uniwersyteckim kampusie. Tu raczej bez niespodzianek. Jeszcze nie czujemy, ze jestesmy w Chinach.

Jedziemy do Chin

Zaczelo sie niezle.  Swiadomi ilosci bagazu, a raczej nadbagazu oraz klopotow jakie moga nas czekac przy odprawie, dosyc wczesnie wyruszylismy na lotnisko. Tak w razie czego. Rowniez w razie czego tata wzial dodatkowa torbe na tzw. zwroty. Okazalo sie jednak, ze niepotrzebnie sie martwilismy bo cala odprawa nawet poszla gladko. Juz po drugiej stronie mala zjadla, zasnela, a my odetchnelismy z ulaga przy porannej latte. Dziecko przyciaga wzrok i uwage wszystkich. Wszyscy zagladaja do wozka, pytaja o imie. Obok nas usiadla mloda dziewczyna z dzieckiem. Zaczelismy wymieniac komentarze o podrozowaniu z dziecmi, jak to znosza, co trzeba wziasc, itp. Milo nam sie rozmawialo. Za chwile dziewczyna przedstawila nas swojemu mezowi, ktory wlasnie wrocil z kawa. Okazalo sie, ze jest nim Geraldo Rivera, znany amerykanski dziennikarz…. WOW! Porozmiawialismy chwile, bylo bardzo milo. Okazalo sie, ze “mila dziewczyna” to jego zona (Piata nota bene), a mala to coreczka….Zona pochodzi z Cleveland i Geraldo odwiedzal wlasnie tesciow. Oni, podobnie jak my rowniez lecieli do Nowego Jorku. Mam nadzieje, ze to raczej dobry znak:). A wiecej o Geraldo i jego linku z Cleveland mozna przeczytac tutaj (niestety tylko po angielsku)

http://query.nytimes.com/gst/fullpage.htmlres=9905E4DF1531F933A2575BC0A9659C8B63

Chwila pozegnania

Wszystko przychodzi i odchodzi. Wszystko sie zmienia: ludzie, otoczenie. Przyplywamy, odplywamy, cumujemy, ale nigdy nie zapuszczamy kotwicy. Chwila pozegnania. W oddali tyle spotkan, ludzi, zdarzen. Po raz kolejny zostawiamy po sobie slad na wodzie. Czy przezyjemy w czyjejkolwiek pamieci? Dzien odjazdu: z jednej strony smutek pozegnania, z drugiej uporczywe pragnienie nowego.
No to kochani do widzenia, moze spotkamy sie znow? Moze nastepnym razem? Ale wtedy bedzie już inaczej. Miejmy nadzieje, ze lepiej. Nic sie  tak naprawde nie powtarza, przeszłość odplywa pod naporem nowego. Starozytni mieli racje, nie mozna wejsc dwa razy do tej samej rzeki. Niech zostana w pamieci te nocne rozmowy, salwy smiechu przy piwie i delikatny usmiech w kacikach ust. Odezwiemy sie zza oceanu.