Celowo nie pisze nic o naszej sytuacji. Nie chce zebyscie pomysleli, ze jestesmy jacys nienormalni i nie mozemy sie zdecydowac co chcemy. Albo, ze tacy jestesmy "grymasni", ze nic nam nie pasuje. Albo "szukamy dziury w calym" i zamiast pakowac walizy i wracac do domu i "normalnego"zycia, czekamy na cud.
Coz, to fakt, ostateczny wyrok jeszcze nie zapadl. Bilety na koniec czerwca do Cleveland wprawdzie juz mamy, ale to, ze tam pojedziemy nie oznacza, ze nie mozemy tu wrocic. A szanse sa. Na razie tylko szanse. Hub dostal dobra propozycje od uniwersytetu oraz ubiega sie o prace w Szanghaju. Jezeli, ktoras z tych rzeczy wypali, to powaznie rozwazymy pozostanie w Chinach. Tak wiem, wracamy-zostajemy-wracamy-zostajemy…tudno za nami nadazyc. Obiecuje, ze jak juz bedziemy wiedziec na sto procent to napisze. A na razie, jest jak jest, czas plynie, rozkoszukemy sie piekna pogoda, bo za chwile zaczna sie upaly i z drzeniem serca otwieramy skrzynki emailowe kazdego dnia. Moze wreszcie ktoregos dnia nadejdzie jakas wiadomosc, ktora po raz kolejny odmieni nasze, zawirowane i tak, zycie. Uczymy sie czekania.
Month: May 2008
Indeks Szczescia
Rozne sa na swiecie indeksy, gieldowy, ekonomiczny, etc. A w Chinach, jest "indeks szczescia" przy pomocy ktorego mierzy sie zadowolenie mieszkancow.W/g najnowszych wynikow indeks szczescia w Ningbo wynosi az 98.8%. Badania przeprowadzilo Centrum Badan Ekonomiczno-Spolecznych, przebadano 2200 przypadkow i wysunieta taka oto konkluzje.
Statystyczny mieszkaniec Ningbo jest bardzo zadowolony ze swojego zycia w Ningbo. 6 na 10 mieszkancow stwierdza, ze znacznie polepszylo sie ich zycie. Polowa odczula poprawe w warunkach mieszkaniowych, zarobkach i opiece spolecznej. Najlepsze jest stwierdzenie, ze "harmonia spoleczna" wynosi 99.1%. Co to znaczy, nie wiedza pewnie ani ci, ktorzy ankiete przeprowadzali, ani sami ankietowani. Wazne, ze jest harmonia…. a harmonijne srodowisko to podstawa zadowolenia spolecznego. Takie zasady narzucil przeciez sam prezydent…napisze kiedys wiecej o jego "cudownych" srodkach na uzdrowienie Chin.
I tak maca w glowie tym biednym ludziom. Biedy przeciez tu jeszcze pelno, niektorzy ludzie zyja w warunkach ponizajacych ludzkiej godnosci, ale indeks zadowolenia prawie stuprocentowy… Jeez!!!
Na lonie natury
Matka Chinka
Im dluzej mieszkamy w Chinach, tym bardziej zaglebiam sie w stosunki miedzyludzkie, kulture, tradycje, zwyczaje. Tym razem podziele sie z wami moimo spostrzezeniami na temat relacji matka-dziecko w Chinach. O tyle jest to temat ciekawy, ze sama jestem matka, a caly ten uklad matka-dziecko jest inny od tego, do ktorego my, "Zachodniacy" jestesmy przyzwyczajeni. Mloda dziewczyna, ktora rodzi dziecko otoczona jest bliska opieka rodziny, szczegolnie rodzicow. Maja tu cala game "zabobonow", w stylu, ze kobieta po porodzie nie moze sie myc przez kilka tygodni, ze moze jesc tylko rosol lub ubierac sie tylko na czerwono. W Chinach dosyc wczesnie przechodzi sie na emeryture, i jest to normalnie, wrecz spolecznie nakazane, ze dziadkowie zajmuja sie wnukami. Rodzice dziecka maja za zadanie pracowac, zarabiac pieniadze, dorabiac sie, etc. Nie maja czasu zajmowac sie dzieckiem. Widac to wyraznie na naszym osiedlu. Nieczesto spotyka sie na spacerach rodzicow z dziecmi. Zazwyczaj sa to dziadkowie, czasem nianki. Calkiem normalne jest tuz po porodzie mlodzi rodzice wprowadzaja sie z malenstwem do swoich rodzicow, lub dziadkowie wprowadzaja sie do mlodych, w zaleznosci od sytuacji mieszkaniowej. Moze to, ze dziadkowie pomagaja w wychowywaniu dzieci nie byloby takie zle, gdyby nie to, ze dochodzi do paradoksow, ze dziecko nie zna matki, nie ma z nia zadnej wiezi. Moja znajoma opowiadala mi, ze jej dzieci, ktore od rana do wieczora przebywaja z jej mama, nie placza za mama, kiedy je cos boli, tylko wzywaja na pomoc babcie. Kolezanka, ktora pracuje w Gybmoree (rodzaj ogniska pozaszkolnego gdzie odbywaja sie zajecia dla dzieci z muzyki, plastyki, itp.) opowiadala, ze sa specjalne klasy, na ktore uczeszczaja dzieci z matkami, a glownym ich celem jest nawiazanie badz odnowienie wiezi miedzy dzieckiem a matka. Pomaga w tym psycholog i specjalne zabawy. I placi sie za to grube pieniadze.
Na Urodzinach
W sobote bylismy na urodzinach synka znajomych. Tak w zasadzie, to glowna zaproszona byla Amelcia, a "starzy" dla towarzystwa. Impreza odbyla sie w olbrzymiej sali, dzieciaki mialy wiec mnostwo miejsca do biegania. Amelcia wprawdzie pierwsza czesc zabawy przespala, ale jak sie obudzila, brykala razem z innymi dzieciakami, uganiajac sie za balonami lub, jak widac na zdjeciu ponizej, tarzala sie po podlodze z Parisem. Heimish, bohater imprezy konczyl Cztery Latka….na urodzinach zgromadzilo sie nie przesadzajac z 50 osob. Bylo wiec wesolo i gwarno. Davida i Roshni (rodzicow jubliata) znamy od poczatku naszego przyjazdu do Ningbo. Roshni wyklada na tym samym uniwersytecie co Hub, a David chodzil ze mna na Chinski. Obecnie robi MBA w Szanghaju, w domu jest wiec gosciem. Zdazyl jednak wyskoczyc na mecz pilki noznej i niefortunnie zlamal sobie reke… tuz przed terminem oddania prac… pisemnych jak na zlosc…Gdyby nie to wydarzenie moze nie dowiedzielibysmy sie, ze system operacyjny Vista ma funkcje rozpoznawania glosu (voice recognition). Jako, ze David nie moze pisac na komputerze szukal programu, ktory rozpoznawalby glos i okazalo sie, ze Vista ma taka funkcje. Jak to mowia, "potrzeba matka wynalazku".
Lazieknowa Ekipa
Juz kiedys opisywalam zmagania ekipy gazowej. Dzisiaj dla kontynuacji sagi o ekipach naprawczych napisze o "rzemieslnikach lazienkowych". W tamtym tygodniu odpadla jedna plytka ze sciany. Zawiadomilismy wlasciciela a ten przyslal ekipe. Czterech "chlopa" wparowalo do domu o 8 rano. Dwoch rozgoscilo sie w duzym pokoju przed telewizorem, rozmawiajac nieustannie
przez telefon. Usiedli sobie wygodnie na kanapie zakladajac nogi na lawe. Dwoch zamknelo sie w lazience i debatowali… Po chwili uslyszelismy huk i zobaczylismy, ze na scianie, na ktorej brakowalo jednej plytki, brakuje teraz mniej wiecej pol sciany. Spoko. Nie wspomne, ze zanim sie zorientowalam, narzedzia rozlozyli sobie na dywaniku, a swoje ciuchy w wanience do kapania Mysi. Tych dwoch z duzego pokoju wykonalo jeszcze kilka telefonow, po czym wyjasnili, ze plytki zostaly zamowione i ze byc moze beda za kilka dni. Do tego czasu, nic nie moga zrobic… wiadomo. Niechetnie zdjeli wiec nogi ze stolu, krzykneli na reszte ekipy i znikneli za drzwiami, zostawiajac nas z balaganem i zdumieniem na twarzy. Luzik.
Znicz Olimpijski w Ningbo
Dzisiaj przebiegal przez Ningbo Znicz Olimpijski. Juz od rana panika w domu. Kolezanka zadzwonila, ze za 10 minut mam byc na dole bo przyjezdzaja po mnie i zabieraja mnie do miasta. Jako, ze nie kursowaly taksowki ani autobusy, nawet nie wybieralam sie do miasta, ale skoro trafila mi sie taka okazja, jade!!!!. Zaopatrzylysmy sie z dziewczynami w aparat z olbrzymim obiektywem, no bo przeciez trzeba bedzie robic zdjecia z odleglosci…Dojechalismy do miasta…i zanim przebrnelysmy przez dziki tlum do miejsca, ktoredy mial przebiegac znicz… juz bylo po wszystkim:(. Z daleka widzialysmy tylko pakujaca sie juz ekipe… z opisow znajomych cala rzecz wygladala nastepujaco: Najpierw jechalo kilka samochodow reklamujacych sponsorow: Coca-Cola, Samsung, etc. Pozniej biegl gosciu ze zniczem, a za nim maszerowalo wojsko. Wszystko trwalo kilka minut. Niestety nie zdazylam zrobic zdjecia i musialam je podkrasc z zaprzyjaznionej strony Helloningbo.com. Sorry, Patrick.
Niedziela poza miastem…
W niedziele pojechalismy na jedna z pobliskich wysp. Zaprosil nas tam nasz znajomy Gert, Dunczyk. Oprocz nas bylo jeszcze sporo osob. Kilka chinskich par, sasiedzi Gerta oraz para Dunczykow, ktorzy chca wspolpracowac z wladzami wyspy, ale o tym za chwile. Odwiedzilismy Meishan, wyspe, z ktorej pochodzi sasiad Gerta. Sam sasiad, gosc warty podobno 50 milionow dolarow, to czlowiek skromny. Zabral nas do domu swoich rodzicow, ktorzy sa jeszcze skromniejsi. Nikty by nie uwierzyl, ze to jego dom rodzinny i przyznam szczerze, ze najnowsze BMW, ktorym jezdzi nie pasowalo do starego, walacego sie domu na wsi, w ktorym mieszkaja jego rodzice. Pospacerowalismy troche po okolicy, po plazy, odwiedzilismy fabryke rowerkow dzieciecych, ktorej wlascicielem jest znajomy owego sasiada. Zjedlismy pyszny lunch nad samym morzem, wieczorem jeszcze pyszniejsza kolacje i dzien minal. Gwozdziem programu bylo spotkanie z pania burmistrz owej wyspy. Znajomi Dunczycy chca wspomagac biedne dzieci z tej wlasnie wyspy i dyskutowalismy na ten temat z pania burmistrz. Inicjatywa oczywiscie bardzo jej sie podobala i wyglada na to, ze wspolpraca ruszy juz wkrotce. Skandynawskie firmy znane sa z tego, ze procent swoich dochodow przeznaczaja na cele charytatywne i firma, ktorej szefem jest nasz znajomy chce wlasnie pomagac dzieciom Chinskim. Wbrew pozorom, nie jest latwo znalezc odpowiednie dzieci oraz kogos kto bedzie monitorowal cala akcje i pilnowal zeby zrobiono dobry uzytek z podarowanych pieniedzy. W tym przypadku cala akcje objela swoim "patronatem" pani burmistrz. Ja napisze o tym artykul do naszego magazynu dla obcokrajowcow w Ningbo i byc moze moja kancelaria bedzie obslugiwala ta inicjatywe od strony prawnej. Czyli wilk syty i owca cala, jezeli wszystko dobrze pojdzie.
Jeszcze o trzesieniu ziemi…
Z dnia na dzien rosnie liczba ofiar po trzesieniu ziemi. Wszedzie organizowane sa zbiorki pieniedzy dla poszkodowanych. Zbierali u mnie w pracy, Czerwony Krzyz zbiera na osiedlach, w sklepach, na ulicach. Z tego co mowia w TV Chinczycy sa bardzo szczodrzy i chetnie wspomagaja potrzebujacych. Nie wiem jakiej pomocy potrzeba zeby zaspokoic potrzeby wszystkich ktorzy stracili dach nad glowa. W/g najnowszych danych w prowincji Wenchuan jest ok. 5 milionow bezdomnych. Najnowsze dane mowia rowniez o 40 tysiacach zabitych i tysiacach rannych. Przez trzy dni w Chinach obowiazywala zalba narodowa. W Telewizji tylko reportaze z miejsca tragedii, zakaz imprez, a o 14:30 w dokladnie tydzien po tragedii swiat stanal w miejscu. Wszyscy jak jeden maz staneli, czy to na ulicy, czy w sklepie, czy w biurze i z pochylonymi glowami, przy akompaniamencie klaksonow samochodowych, oddali hold zabitym. Bylam akurat wtedy w miescie. Ciarki az mi po plecach przeszly.
Znajomy Anglik, ktory ma mieszkanie w Chengdu (stolicy prowincji Sichuan) nie chce nawet pojechac zobaczyc starty. Podobno budynek stoi, ale wszystkich ewakuowano do momentu oceny przez inspekcje czy budynek nadaje sie do zamieszkania. Inspekcja ma teraz wazniejsze rzeczy na glowie. Zreszta kto by chcial wrocic do mieszkania, ktorego fundamenty zostaly naruszone. O jakimkolwiek odszkodowaniu nie ma oczywiscie mowy. Ogolnie, wielka to tragedia dla Chin. Szkoda mi tych ludzi. Wyobrazam sobie te newinne dzieci, ktore ida do szkoly i nigdy z niej nie wracaja przywalone gruzami. To przez co przechodza rodzice, ktorzy stracili, jedyne, jak wiadomo, dziecko, jest nie do opisania. Zycie w tamtym rejonie juz chyba nigdy nie bedzie takie samo. O ile domy mozna odbudowac, o tyle pewnych strat nie da sie nigdy naprawic. I nie pomoga rzesze psychologow kierowane w rejony kleski.
Dzisiaj wieczorem w Ningbo ludzie zgromadza sie na glownym placu, zapala specjalne lampiony. Po raz kolejny zsolidaryzuja sie z poszkodowanymi, po raz kolejny oddadza hold ofiarom. Chyba nie pojde. Zbyt mnie to doluje. Od razu przypominaja mi sie wszystkie moje tragedie…
Co potrafi Mysia?
Lzy poplynely mi ze wzruszenia..
Moja 15 miesieczna Mysia potrafi bezblednie wskazac na
obrazku przedmioty, ktore nazywam jej po chinsku. Pewnie to normalne, ale dla
mnie jest malym geniuszem….:). Generalnie reaguje na wiele polecen. Lepiej na
te wydawane przez Ayi po chinsku. Coz, Ayi spedza z nia bardzo duzo czasu.
Amelcia potrafi wyrzucic smieci do kosza, przyniesc sobie kubeczek z kuchni.
Potrafi tez wgramolic sie na lozko, zejsc z lozka przodem i tylem. Ladnie
tanczy oraz obraca sie dookola… Doskonale potrafi zakomunikowac, ze czegos nie
chce. Sama widzialam jak ciaga Ayi od placu zabaw do placu zabaw, nie chcac
wracac do domu. Taka mala kobietka, troche uparta, troche zabawna…:)

