Do Pekinu dotarlismy w nocy. Mieszkamy w fajnym hotelu w centrum miasta, z dwiema osobnymi sypialniami, ale wspolnym salonem i kuchnia. Pierwszego dnia wyruszamy na wycieczke na Wielki Mur. Przez znajomych znajomych dotarlam do Wojtka, ktory mieszka w Pekinie od kilku lat. Akurat swietnie sie zlozylo, ze Wojtka odwiedzili znajomi i rodzice i wlasnie dzisiaj wybieraja sie na Simatai, ponoc najciekawszy odcinek Wielkiego Muru. Tak przynajmniej zapewnial mnie Wojtek, ktory widzial juz Wielki Mur ze wszystkich mozliwych stron. Coz, nie wspomnial jednak, ze na taka wycieczke trzeba miec mocne nerwy i absolutnie nie nadaje sie na taka eskapade male dziecko. Pierwszy odcinek "wejscia" odbywa sie na kolejce linowej. Wagoniki pamietaja krola Cwieczka, liny zardzewiale, a najlepsze jest to, ze kolejka w ogole sie nie zatrzymuje tylko trzeba do niej wskoczyc w biegu. Podzielilismy sie wiec ekwipunkiem (wozek, torby, itp.) i wskakiwalismy tak po kolei. Z dusza na ramieniu odbylam ten wjazd. Co chwile spogladalam na Mysie trzymajaca sie Huba w wagoniku obok, i przysiegalam sobie i jej, ze juz nigdy w zyciu jej tak nie naraze. Bo po co? Jak juz dojechalismy do bazy, okazalo sie, ze to dopiero poczatek wspinaczki i reszte trasy pokonuje sie po stromych skalach. Hub z tata zdecydowali sie na wejscie na sam mur. "Kobiety" zostaly w bazie. Mimo, ze na sam mur sie nie wspielam, nie spelnil on moich oczekwian. Owszem, widoki piekne, ale sama trasa niebezpieczna i ciezka do przebycia. Szkoda, ze znajomy tego nie wspomnial. Do tego wycieczka zajela nam caly dzien, bo ten odcinek Muru jest najdalej oddalony od Pekinu… jakies 2.5 godziny. Wieczorem, na pocieszenie, wyskoczylismy na Tajska kolacje, ktora wszystkim bardzo smakowala.
Nastepnego dnia, po kolei zaliczamy zabytki Pekinu: Plac Tianamen, Zakazane Miasto, swiatynie, parki i oczywiscie centra handlowe. Wybor jest wielki, ceny niezle… tylko cale to targowanie, przepychanie… juz nie na moje nerwy.
Ostatni dzien w Pekinie uplynal nam szybko. Pogoda dopisuje, Pekin jest super. Czysty, zadbany, nowoczesny. Pewnie sa tez i gorsze dzielnice, ale one sa niedostepne dla turystow, i trzeba naprawde sie starac zeby zobaczyc cos brzydkiego… nie wiem czy to wysilek przed Olimpiada, czy ogolna tendencja, ale w Pekinie zupelnie nie czuje sie Chin. Podoba mi sie. Jedziemy wiec do Swiatyni Nieba (?), Wiezy Bebnow, na Silk Market… gdzie wbrew nazwie malo jest jedwabiu, za to duzo podorbek i chinskiego kiczu. Wieczorem odlatujemy do Shenzhen. W ciagu dnia bylismy tak pochlonieci zwiedzaniem, ze nie zdazylismy zjesc obiadu. Decydujemy sie wiec na restaruacje na lotnisku. Jedzenie jest dobre, restauracja przyjemna. Hub wyglodzony ciagle zamawia dodatkowe dania. Ja sie denderwuje, bo mamy juz malo czasu do odlotu. Wkurzylam sie jednak na maxa, gdy na pol godziny przed odlotem… Hub domowil jeszcze jedna miske ryzu….byla wiec mala awantura o miske ryzu, a na samolot cale szczescie zdazylismy:::)))))
http://widget-29.slide.com/widgets/slideticker.swf




