Podworkowa Wieza Babel

Wychodzimy z Myska na plac zabaw prawie codziennie. Wiecej Hub niz ja, ale zawsze. Osiedle nasze jest typowe, przecietne, normalne. I na takim wlasnie zwyklym osiedlowym placu zabaw kazdego dnia spotykaja sie przedstawiciele co najmniej 10 krajow, nacji, jezykow. Amelka biega z dziecmi z Pakistanu, Indii, Chin, Japonii, Rosji, Stanow i Polski (oczywiscie) i kilku jeszcze innych krajow, ktorych juz nawet nie pamietam. Obserwujemy z zainteresowaniem jak kazdy w swoim jezyku przywoluje do porzadku rozrabiajace maluchy. Mimo, roznorodnosci jezykow, brzmi to bardzo podobnie:).

Rozmawiamy z innymi rodzicami na ogolne tematy, o dzieciach, szkolach, polityce. Zaskakujace jest jak wiele mamy wspolnego mimo, ze jestesmy rozni i pochodzimy z najbardziej odleglych zakatkow ziemi.  Dla naszych dzieci oczywiscie nie ma zadnego znaczenia kto skad pochodzi czy jaki ma kolor skory. Bawia sie ze soba ponad wszelkimi podzialami nie zwazajac na stereotypy i zaszeregowania. Chinczyk przyjazni sie z Japonka, a Pakistanczyk z Hindusem. I to jest wlasnie piekne.

11 Lat

11 lat po slubie. Warto odnotowac. Rocznicowy weekend spedzam sama. Moje "towarzystwo" wyjechalo do Ohio. Mysia swietnie sie bawi u dziadkow, a Hub podobno ciezko pracuje. Wypili za nasze zdrowie…. Oby nam sie…

Oczywisce na caly ten tydzien mam bardzo ambitne plany zwiazane z porzadkami w domu i nadrobieniem zaleglosci. Ciekawe co mi z tego wyjdzie.

Jestem Muzykantem…

Spacerowalismy sobie po parku w sobote wieczorem, usilnie koncentrujac sie na stapajacej po brzegu jeziorka Amelii, kiedy zaczepila nas uprzejma, elegancka starsza pani. Pieknym, siarczystym, rdzennym rosyjskim akcentem zapytala ile nasze dziecie ma lat. Przedstawila sie jako nauczycielka muzyki i gry na fortepianie. I zaproponowala swoje uslugi…Czy trzeba lepsza reklame?

Dziwnym zbiegiem okolicznosci rozmawialismy niedawno o lekcjach jakiegos instrumentu dla Myski. Pianino byloby niezle, bo przy okazji mozna sie troche muzyki nauczyc….czytania z nut, etc. Tylko mi sie wydaje ze jeszcze Amelus za mala. Nie wyobrazam sobie jak takie male palce naciskaja klawisze, a przede wszystkim jak ona usiedzi te 30-45 minut na lekcji….no bo biegajac nie da sie przeciez grac.

Muzyka bedzie na pewno, tylko czy to juz czas?

A Hub juz planuje gdzie pianino postawic w nowym domu;).

Idealy

"Nie dla niego wysmakowane dysputy, elegancja i styl. Jego sztuka życia to zaledwie użycie. Szybkie i byle jakie. Piwo, muza, plaża, seks. Dla bardziej wymagających jeszcze kino i Msza. I żeby się nie narobić" – w taki sposób Jan Hartman, filozof z Uniwersytetu Jagiellońskiego, charakteryzuje podejście do życia przeciętnego przedstawiciela młodego pokolenia. Jego artykuł można przeczytać na łamach "Tygodnika Powszechnego".

http://lajt.onet.pl/wiadomosci/wiadomosci/,1,4213734,wiadomosc.html

No wiem, ze do pokolenia "Okularnikow" czy "Kolumbow" to dzisiejszej mlodziezy troche brakuje, ale zeby bylo az tak zle?

A za moich czasow, to sie mialo idealy…..;) Nawet napisalismy piosenke:

My sami tacy mlodzi
Z madrosci prawd zyciowych
Czerpiemy idealy,
Ktore w epoce dziejow
Jeszcze nie stanialy (przebrzmialy?)

…To byly czasy…..A ze piosenke jeszcze pamietam to sie sama dziwie;).

Hymn Tygrysciy

Tak jak obiecalam, slowko o ksiazce, chinskim trybie wychowania i moich odczuciach. Skonczylam wlasnie czytac ksiazke prof. Amy Chua (" Battle Hymn of the Tiger Mother"), w ktorej opisuje chinski model wychowania swoich dwoch corek. Ksiazka ta wywolala wiele kontrowersji w Stanach. Krytykuje sie Chua za surowy model wychowania, za metody wychowawcze, ktore balansuja na granicy legalnosci, np. kiedy odmawia kilkuletniej corce pojscia do lazienki dopoki nie zagra prawidlowo utworu na skrzypcach lub kiedy wyrzuca do smieci na predce narysowana laurke urodzinowa, twierdzac ze dziewczynke stac na cos lepszego. Kontrowersje wzbudzaja zasady i zakazy. Dziewczynki mialy zakazane zabawy z rowiesnikami, uczestniczenie w zajeciach sportowych czy teatrzykach szkolnych. Nie mogly ogladac TV ani grac na komputerze. Musialy za to pilnie cwiczyc gre na instrumentach (kilka godzin dziennie), byc najlepsze z kazdego przedmiotu w szkole. Juz od najmlodszych lat dziewczynki mialy obowiazki domowe oraz mnostwo zajec pozalekcyjnych, glownie zwiazanych z muzyka lub jezykami obcymi. Autorka poswiecala sie dla swoich dzieci, przeznaczajac olbrzymie naklady czasowe i finansowe na ich wychowanie, wyksztalcenie muzyczne, instrumenty, prywatnych (najlepszych) instruktorow, etc. Ogolnie ksiazka jest ciekawa, chociaz po calym tym szumie w prasie spodziewalam sie chyba czegos bardziej kontrowersyjnego… w sumie to ksiazka napisana jest w postaci pamietnika, w ktorym autorka opisuje swoja droge jako matka, najpierw super ostra, stawiajaca wymagania i egzekwujaca, a pozniej, w miare jak dziewczynki rosly i buntowaly sie, matke powoli "odpuszczajaca", doceniajaca indywidualne wybory corek. Apogeum "uleglosci" nastepuje gdy matka pozwala corce na gre w tenisa (do tej pory uwazanego przez nia za bzdurny sport) i porzucenie gry na skrzypcach. Wszystko, rzecz jasna, zakonczylo sie pieknie, dziewczynki wyrosly na inteligentne mlode osoby o nieprzecietnych zdolnosciach muzycznych i nie tylko. Potrafily docenic wysilki i poswiecenia matki, pisaly do niej listy z podziekowaniami i w ogole smialy sie calego tego "ciezkiego dziecinstwa". Tak przynajmniej jest w ksiazce.

Uwazam, ze nie ma nic zlego w odrobinie dyscypliny i przypilnowaniu dzieci a takze wpojeniu im etosu pracy i obowiazkowosci. Juz od malego trzeba im mowic prawde o zyciu, ze nie ma lekko, ze trzeba sie starac, ze trzeba pracowac i byc odpowiedzialnym. Nie zgadzam sie z "Amerykanskim" modelem zakladajacym, ze dziecku trzeba wmawiac, ze jest najpiekniejsze, najmadrzejsze i wszystko co robi to "good job". Owszem, kiedy trzeba nalezy pochwalic, ale kiedy trzeba nalezy "sprowadzic do parteru". Nie przerazily mnie metody wychowawcze "Tygrysicy" w stylu, jak nie zagrasz utworu to wyrzuce ci zabawki lub nie dostaniesz kolacji. Nie wiem czy posunelabym sie do zakazu skorzystania z lazienki…. ale mysle ze troche to bylo przesadzone na potrzeby ksiazki.

Gdy mieszkalismy w Chinach, na codzien spotykalismy sie z „surowym” wychowaniem. Akurat nasze okna wychodzily na szkole i przedszkole. Codziennie rano budzila nas muzyka porannej gimnastyki, w rytm ktorej, nawet najmniejsze maluchy ustawiano w rzedzie i „trenowano”. Zaraz po lekcjach (ktore konczyly sie ok. 4-5 po poludniu, takze w soboty) cale grupy dzieci maszerowaly na angielski, instrumenty, balet lub karate. Znajoma opowiadala nam, ze jej dziecko w ramach „wieczornej rozrywki” uczy sie amerykanskiej encyklopedii na pamiec, a rodzice odpytuja ja czesto przy gosciach i pekaja z dumy, ze dziecie recytuje po angielsku slowka dla nikogo nie zrozumiale.

Krytycy zarzucaja modelowi chinskiemu to, ze zabija kreatywnosc i samodzielne myslenie a promuje „slepe” wykonywanie polecen i bezgraniczna uleglosc. Podsmiewaja sie z „Tygrysic”, ze chocby  pilowaly dzieciaki do bolu, to i tak nigdy nie wyrosna z nich geniusze pokroju Gates’a, Dell’a czy Flamminga. Na otarcie tygrisich lez przychodza jednak statystyki: Azjaci kroluja w konkursach matematycznych i naukowych. Azjaci dominuja w konkursach muzycznych, a nawet w slynnych „Spelling Bee”-konkursie literowania.

P.S. Wlasnie dowiedzialam sie, ze ksiazke mozna juz nabyc w Polsce. Polski tytul: „Bojowa pieśń tygrysicy”

http://merlin.pl/Bojowa-piesn-tygrysicy_Amy-Chua/browse/product/1,872812.html#fullinfo

Ruskim Targiem

Na fronice domowym:’great success’ jak to mowil Borat. Dobilismy targu z domem. Mozemy sie go spodziewac sierpien/wrzesien. Targowalismy sie lepiej niz na chinskim bazarze…ale oplacalo sie.

Japonia

Dzis w naszych sercach i myslach jest Japonia. Trzesienie ziemi o sile 8.9 w skali Richtera, a pozniej tsunami nawiedzily ten kraj. Tysiace ludzi stracilo dach nad glowa, tysiace zginelo, a straty materialne liczone sa w miliardach.

Nasze Tokijskie biuro zamkniete. Wszyscy sa bezpieczni, chociaz nie udalo sie skontatkowac z wieloma pracownikami. Kilku stracilo domy, wielu dobytki. Ogolnie zamieszanie i chaos.

Moi japonscy znajomi tez melduja poslusznie na Facebooku, ze zyja i ze sa bezpieczni. Potwierdzaja ogolne zamieszanie, ogromne straty i przerazenie. Wszyscy boja sie, ze to jeszcze nie koniec.

Ponizej kilka zdjec z wyborczej (www.gazeta.pl) upamietniajacych ten apokaliptyczny kataklizm.

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/51,80829,9236064.html?i=7

Nie budzcie marzen ze snu…

Czasem lepiej jest po prostu marzyc. Wszystko jest piekne, wyidealizowane i takie odlegle. Jak sie marzenia zaczynaja spelniac to okazuje sie ze to czego sie chcialo (tak bardzo) jest troche przytlaczajace. W miare jak marzenie zamienia sie w rzeczywistosc, pragnienie zamienia sie w obawe.

Negocjujemy warunki umowy budowy domu z developerem. I wlasnie jak juz jestesmy prawie na finiszu, jak juz tak prawie mamy ten wymarzony dom… pojawiaja sie obawy. Czy dobrze robimy? Czy w dobrym miejscu? Czy to? Czy tamto? Rozeznanie robilismy przez ostatnie kilka miesiecy.  Danych starczyloby na niejedna prace doktorska. Tysiace mil przejechanych, dziesiatki domow obejrzanych, chyba wszystkie strony internetowe w temacie przeczytane. Do tego rozmowy z ludzmi z okolicy, ankietowanie ludzi w pracy (kto gdzie mieszka, ile zajmuje mu dojazd, jakie sa szkoly, etc.). W niedziele posunelismy sie nawet do tego, ze zapukalismy do ewnetualnych-przyszlych sasiadow, podpytac o szczegoly ktore nas interesuja. "Wywiad srodowiskowy" wypadl naprawde pomyslnie, rozwiali wiele naszych watpliwosci, a do tego okazalo sie, ze sa naprawde fajni.

Zamiast zamartwiac sie na smierc, zanuce sobie za Rynkowskim:

"Nie budźcie marzeń gdy śpią
po ciężkiej nocy.
Choć bez nich gorzkie są dni,
Jak cierpki ocet."

P.S. Mam tylko nadzieje, ze nie bede za chwile musiala spiewac innej piosenki Ryska…."Wypijmy za bledy"….:::)))