Looki, Looki, it’s a cookie…

Nic tak nie wprawia w dobry nastroj jak telefon z recepcji: "Jest paczka do pani…. tylko prosze szybko odebrac bo pudelko jest jeszcze cieple…." Cieple? Paczka? Do mnie?

Tak. Okazalo sie, ze Wiceprezeska, dla ktorej przygotowywalam dokumenty, z wdziecznosci, przyslala dla mnie ciastka. Cieplutkie jeszcze, pyszne. Do tego mleko w kartonikach… cieple ciasteczka i mleczko….:) Yum. Zwolalam zaraz caly dzial do kuchni i delektowalismy sie ciachami….A frajdy mielismy jak grupa przedszkolakow…Bardzo mile zakonczenie tygodnia. Jakze, rozne od zakonczenia zeszlego tygodnia, kiedy opuszczalam biuro w niepewnosci czy mnie przypadkiem nie zwolnia, bo podobno schrzanilam jakas umowe…. jak sie potem okazalo, umowe napisalam taka o jaka mnie poproszono, a przy okazji podano mi bledne informacje no i Prezes byl zly, ze mu nie taka jak trzeba umowe do podpisu podstawiono. I mial racje. Szkoda, ze wszystko wyjasnilo sie dopiero w poniedzialek…. weekend mialam "uroczy"…..

Ot, uroki pracy.

Histeria Lane

No sorry, ze ja tak ostatnio monotematycznie, ale najwazniejsze co sie teraz u nas dzieje, to wlasnie budowa domu. A dziac sie dzieje sporo… i niekoniecznie dobrych rzeczy. Pol zartem, pol serio opisywalam w poprzednim wpisie jak to okna podmieniaja, gniazdka zaklejaja… a teraz to marze zeby miec dwa rozne okna lub pogmatwane gniazdka… byle by bylo wstawic gdzie pralke i suszarke…. Bo na razie nie ma! No chalupa wielka jak stodola, a normalnej, porzadnej pralni nie ma. Wiedzielismy o tym. A jakze. Tylko nie zdawalismy sobie sprawy, ze tam gdzie miejsce wyznaczone na pralnie, tzn. miedzy garazem a kuchnia… to nasze kolumbryny sie nie zmieszcza….Nawet do glowy nam to nie przyszlo. No, a jak zmierzylismy kilka dni temu pralke i pomieszczenie to sie okazalo, ze owszem wcisniemy i pralke i suszarke… tylko drzwi sie nie otworza. No i panika. Pomyslow od razu i nam i budowlancom zrodzilo sie tysiace… tylko zaden nie rozwiazywal zasadniczego problemu, ze pralka i suszarka zajmuja zdecydowanie za duzo miejsca w malutkim pomieszczeniu, dumnie nazwanym pralnia. A mi sie jeszcze marzylo deske do prasowania tam wstawic. No naiwna. Zaczelam troche panikowac… bo co ja zrobie, gdzie bede prala i w ogole. Hub wymyslil wreszcie, ze postawimy suszarke na pralke. Pomysl nam sie spodobal. Zasugerowalismy rowniez ekipie, zeby przestawili pralke na druga sciane, gdzie obecnie znajduje sie zlew…. Byloby jeszcze lepiej. Dodam tylko, ze wszystko juz jest pieknie pomalowane, podlogi zrobione… a teraz trzeba szafki (nad zlewem) wyrywac, zlew przestawiac, rury jakies przez sufit puszczac…. strasznie to wszystko skomplikowane.

Wybuduje Tobie Dom

Czy mowilam juz, ze Piatek to moj ulubiony dzien tygodnia? Chyba, ze 100 razy;). No i dzisiaj znowu jest Piatek, za chwile zbieram sie do domu. Obiecalam sobie, ze dzisiaj zadnego siedzenia, nardabiania czy sprzatania biurka na koniec dnia. Dokoncze co musze…. i juz mnie nie ma.

Spotykamy sie ze znajomymi w parku na picnic (my) i chlapanie sie w fontannie (dzieci). Jutro tez jakies spotkanie towarzyskie, do tego wizyta u fryzjera (wyczekiwana od tygodni), cotygodniowa dawka weekendowego rozgardiaszu, troche sprzatania, troche zakupow i miejmy nadzieje, ze chwila odpoczynku. Juz naprawde zyje weekendem.

Do nowego domu jezdzimy co drugi dzien, bo "wykonczeniowka" ruszyla z kopyta i zmiany sa widoczne z dnia na dzien. Teraz zaczyna sie psucie tego co juz bylo zrobione. I tak na przyklad zamalowali i zakleili (chyba) gniazdka na glosniki na jednej scianie.. No bo  byly, a teraz sciana wygladzona i pomalowana i ich nie ma….cud. Byly tez dwa takie same okna w pokoju… jak byc powinno. Byly… do wczoraj, idziemy wczoraj a tam jedno z kratkami a drugie bez…. troche glupio wygladjaa dwa rozne okna na jednej scianie.. coz, "do poprawki".

Ale za to posadzili juz drzewa, krzewy i trawe….i cale podworko nabralo zupelnie innego ksztaltu. Jakos wyglada takie wieksze.

I az sie chce za Tuwimem wykrzyczec:

"Wybuduję tobie dom zielony,
Dom zielony, bielony, brzozowy,
Do połowy winem ocieniony,
Malowany słońcem do polowy (…)".

Bieganina i….biegunka

Zaczelismy juz na powaznie rozgladac sie za meblami. Kolezanka postraszyla nas, ze na niektore meble czeka sie 2 miesiace, co zmotywowalo nas do blizszego zaznajomienia sie z asortymentem sklepow meblowych. I tak w sobote jezdzilismy od 11 do 8, do tego kilka godzin w niedziele. Biedna Amelus z nami. Pod koniec dnia w sobote ze lzami w oczach prosila mnie, mamus tylko nie jedzmy juz do "mebli"…. a ja (rowniez prawie ze lzami w oczach) odpowiadalam… jeszcze jeden.

W niedziele zas Amelkowy organizm sie chyba zbuntowal bo zareagowal na ta cala bieganine….. biegunka. Hub ogladal wiec meble, ja z Mysia zwiedzalam lazienki kazdego sklepu, do ktorego bylo nam dane wejsc.

Co do mebli, to troche jestesmy rozczarowani. Moge smialo zapomniec o tym co bym chciala. Widze, ze sprowadzi sie wszystko do wyboru "mniejszego zla", czyli dostosowaniu sie do tego co mniej wiecej jest w sklepie. Inna opcja to zamowienie z katalogu, ktore niektore sklepy oferuja, ale na to nie jestesmy chyba gotowi…. troche ciezko zamowic z katalogu meble, nawet jezeli mozna je pozniej zwrocic.

No i przyjdzie mi chyba zewaluowac moj styl. Zapomniec moge o Europejskim, prostym, nowoczesnym design. Mebelki w takim stylu zginelyby w przepastnych "sufitach" amerykanskiej suberbii…   Jezeli chodzi o rzeczy "Europejskie", to chyba bede sie musiala zadowolic jedynie dywanem, ktory znalazlam, a ktory mi sie spodobal. Tylko wiec tego fajnego, nowoczesnego, "kudlatego" dywanu nie odpuszcze… w kolorze brudnej pomaranczy lub krwistej czerwieni… a co:)-)

Babskie Gadanie

Zebralysmy sie wczoraj z kolezankami, jak to kolega okresil, na "sabat", ot tak pogadac przy sushi i winku. Fajne sa takie rozmowy, oj fajne. Wychodzic sie nie chcialo, chociaz juz byla prawie polnoc…Tematy poruszalysmy przerozne. Jako, ze wiekszosc dziewczyn wyslala dzieci i/lub mezow do Polski lub sama tez tam jedzie, analizowalysmy te nasze pobyty w Polsce. Genarlnie consensus byl taki, ze 2 tygodnie im w zupelnosci wystarcza, pozniej sie nudza, denerwuja, tesknia za "domem". Ja niestety takiego uczucia nigdy nie zaznalam. Dla mnie pobyty w Polsce kojarza mi sie z niedosytem, ciaglym bieganiem, jezdzeniem, przemieszczaniem sie z miejsca na miejsce, od domu domu, od jednej przyjaznej duszy do drugiej. Nie nudze sie nigdy…. Moglabym chyba w ten sposob spedzic cale lato… tylko nigdy nie mam calego lata, zeby je sobie w Polsce "przebalamucic". Ale rozumiem dziewczyny, ktore jada do rodzicow i z nimi spedzaja czas, czesto w miejscowosciach, w ktorych sie urodzily, ale z ktorymi nic juz nie laczy, bo mieszkaly gdzie indziej jako osoby dorosle, a i znajomi tez sie poprzenosili. Rozumiem ograniczenie "lokalowe", ktore moze powodowac spiecia. Dobrze pamietam, jak zabarykadowalam walizjami mieszkanko babci.

Po kolejnej rundzie sushi (i wina) zeszlysmy na nasze osobiste historie. Kazda opowiadala swoje poczatki w Stanach i to jak kazda z nas inaczej realizuje sie tutaj i realizuje swoj "American Dream". Ciekawe sa takie historie. Ciekawe jest jak oczekiwania wzgledem Ameryki zmienialy sie w zaleznosci od tego kiedy sie tu przyjechalo. "Starsza" gwardia (do ktorej i ja sie zaliczam) nie miala zbyt wielkich oczekiwan, niewiele sie porownywalo, niewiele sie mialo do stracenia w Polsce. Raczej nie ogladalismy sie za siebie. Ot, tak po prostu przyjechalismy z dwiema walizkami i zostalismy. Choc powody przyjazdow byly rozne, tempo adaptacji do nowych warunkow bylo szybkie. Nie musielismy oceniac Stanow przez pryzmat "tego co sie w Polsce zostawilo", bo nie zostawilismy wiele.

"Mlodsze, jak ja to nazywam pokolenie", juz zupelnie inaczej patrzy na Stany. Jest mnostwo porownan, kontrastowania Polskiej i Amerykanskiej rzeczywistosci. I ma to sens, bo mozna nareszcie "leb w leb" porownac zycie w Stanach i w Polsce. Mozna porownac prace-bo pracuje sie na mniej wiecej podobnych stanowiskach, za mniej wiecej podobne (juz) pieniadze, mozna porownac poziom zycia, samochody, czy wozki dla dzieci. Pozostaje moze jeszcze kwestia mozliwosci rozwoju, ktore, moim zdaniem sa tutaj wieksze, roznorodnosc  opcji, czy dostep do "globalnosci".

Kolo polnocy,  wypedzone wyrzutami sumienia, ze dzieci kolezanki, ktora nas goscila, spia, a jutro trzeba przeciez wstac do pracy, wymknelysmy sie po cichutku do domu.

Do nastepnego Sabatu.

4 Lipca

Dlugi weekend za nami. Minal szybko, ale za to "tresciwie" i na wesolo. Odwiedzili nas znajomi z NYC i kolezanka z Memphis. Bylo super. Powspominalismy stare dobre czasy, nadrobilismy zaleglosci w dziedzinie "co u kogo slychac", odpoczelismy, pojezdzilismy, etc. Jednym slowem, bardzo udany weekend.

Znajomi sa z gatunku "starej gwardii", znamy sie od lat. Swego czasu wszyscy mieszkalismy w Cleveland, a pozniej drogi sie rozeszly. Ma to dobre strony, bo mozna w sumie zjechac cale Stany nie zatrzymujac sie nigdzie indziej jak tylko u znajomych. Oczywiscie mamy plan, ze kiedys taka wycieczke sobie zrobimy…

Amelia byla zachwycona, bo doszlo dodatkowe 3 osoby dorosle, ktore poswiecaly jej wiele uwagi i rozpieszczaly do granic mozliwosci: zabieraly na basen dwa razy dziennie, bawily sie klockami, pozwalaly sie czesac, przestawiac i byc uczniami w Amelkowej szkole. O rodzonej matce i ojcu Ami chwilowo zapomniala. Siedziec chciala tylko kolo cioci Anetki, a spac z ciocia Wiola… chociac w ostatniej chwili skulila dupke i przywedrowala do "mami":).

Koniecznie musimy takie spotkanie powtorzyc, bo chwile spedzone z przyjaciolmi sa po prostu bezcenne!