Zebralysmy sie wczoraj z kolezankami, jak to kolega okresil, na "sabat", ot tak pogadac przy sushi i winku. Fajne sa takie rozmowy, oj fajne. Wychodzic sie nie chcialo, chociaz juz byla prawie polnoc…Tematy poruszalysmy przerozne. Jako, ze wiekszosc dziewczyn wyslala dzieci i/lub mezow do Polski lub sama tez tam jedzie, analizowalysmy te nasze pobyty w Polsce. Genarlnie consensus byl taki, ze 2 tygodnie im w zupelnosci wystarcza, pozniej sie nudza, denerwuja, tesknia za "domem". Ja niestety takiego uczucia nigdy nie zaznalam. Dla mnie pobyty w Polsce kojarza mi sie z niedosytem, ciaglym bieganiem, jezdzeniem, przemieszczaniem sie z miejsca na miejsce, od domu domu, od jednej przyjaznej duszy do drugiej. Nie nudze sie nigdy…. Moglabym chyba w ten sposob spedzic cale lato… tylko nigdy nie mam calego lata, zeby je sobie w Polsce "przebalamucic". Ale rozumiem dziewczyny, ktore jada do rodzicow i z nimi spedzaja czas, czesto w miejscowosciach, w ktorych sie urodzily, ale z ktorymi nic juz nie laczy, bo mieszkaly gdzie indziej jako osoby dorosle, a i znajomi tez sie poprzenosili. Rozumiem ograniczenie "lokalowe", ktore moze powodowac spiecia. Dobrze pamietam, jak zabarykadowalam walizjami mieszkanko babci.
Po kolejnej rundzie sushi (i wina) zeszlysmy na nasze osobiste historie. Kazda opowiadala swoje poczatki w Stanach i to jak kazda z nas inaczej realizuje sie tutaj i realizuje swoj "American Dream". Ciekawe sa takie historie. Ciekawe jest jak oczekiwania wzgledem Ameryki zmienialy sie w zaleznosci od tego kiedy sie tu przyjechalo. "Starsza" gwardia (do ktorej i ja sie zaliczam) nie miala zbyt wielkich oczekiwan, niewiele sie porownywalo, niewiele sie mialo do stracenia w Polsce. Raczej nie ogladalismy sie za siebie. Ot, tak po prostu przyjechalismy z dwiema walizkami i zostalismy. Choc powody przyjazdow byly rozne, tempo adaptacji do nowych warunkow bylo szybkie. Nie musielismy oceniac Stanow przez pryzmat "tego co sie w Polsce zostawilo", bo nie zostawilismy wiele.
"Mlodsze, jak ja to nazywam pokolenie", juz zupelnie inaczej patrzy na Stany. Jest mnostwo porownan, kontrastowania Polskiej i Amerykanskiej rzeczywistosci. I ma to sens, bo mozna nareszcie "leb w leb" porownac zycie w Stanach i w Polsce. Mozna porownac prace-bo pracuje sie na mniej wiecej podobnych stanowiskach, za mniej wiecej podobne (juz) pieniadze, mozna porownac poziom zycia, samochody, czy wozki dla dzieci. Pozostaje moze jeszcze kwestia mozliwosci rozwoju, ktore, moim zdaniem sa tutaj wieksze, roznorodnosc opcji, czy dostep do "globalnosci".
Kolo polnocy, wypedzone wyrzutami sumienia, ze dzieci kolezanki, ktora nas goscila, spia, a jutro trzeba przeciez wstac do pracy, wymknelysmy sie po cichutku do domu.
Do nastepnego Sabatu.