Ostatni weekend byl chyba jednym z ciekawszych w moim zyciu… ale po kolei:
W czwartek wieczorem polecialam do Nowego Jorku. Na weekend. I wrocilam……. dopiero dzisiaj. Czyli prawie po tygodniu. Przyczynila sie do tego oczywiscie Irenka. Czyli huragan, a co z tym zwiazane, zamkniete lotniska, pokasowane loty.
Ogolnie, wypad do NYC uwazam za baaaaardzo udany. W ciagu kilku dni nadrobilam kilka lat. Spotkalam sie z ludzmi, z ktorymi dawno sie nie widzialam lub nie rozmawialam. Co najpiekniejsze, podjelismy temat jak gdybysmy rozmowe zakonczyli wczoraj i dzisiaj ponownie sie spotakli zeby ja kontynuowac. Odbylo sie bez odgrzebywania starych problemow czy wymowek. Po prostu patrzymy teraz przed siebie a nie za siebie. Doceniam wielkie serce jakie mi okazali i gorace przyjecie jakie mi zgotowali.
Odwiedzilam tez kolezanke, ktora w ramach "pomocy kolezenskiej" pociagnegla mi buzke laserem…. och jaka sie czuje piekniejsza od razu. Dzieki A.
A potem przyszla "Irena", czyli huragan. Miasto, ktore nigdy nie spi, "zdrzemnelo" sie troche. Przestaly jezdzic pociagi i autobusy, ustal gwar i bieganina. Jeszcze w zyciu nie widzialam tak pustego Manhattanu. Pozamykano mosty, a z najbardziej przybrzeznych terenow zarzadzono ewakuacje. A my, rzecz jasna, znajdowalismy sie na takim terenie. No to ewakuowalismy sie. Na impreze do znajomych znajomych….;) Bylo super. Zerkalismy tylko co chwile na wiadomosci sprawdzic stan wod i predkosc wiatru. A potem wracalismy do dyskusji i drinka. I tak jakos przetrwalismy niepewnosc i huragan.
Niedziela przyniosla poprawe pogody i odkrycie, ze jednak zalalo kilka ulic. W tym "nasza". Zawinelismy wiec spodnie i w wodzie po kolanach, z walizkami na plecach, wrocilismy do domu.
Jako, ze lotniska byly zamkniete, a loty pokasowane, musialam zostac w NYC dodatkowe dwa dni. Moj niedzielny lot przesuniety zostal na srode rano. Wykorzystalam wiec ten dodatkowy czas na maxa. Kolejne spotkania ze znajomymi i rodzina, kolejne wyprawy do miasta. Wielogodzinne spacery po Manhattanie, podziwianie panoramy miasta z Rockefeller Center, przechadzki po Central Parku, drobne zakupy. Mile spedzony czas. Nie ma wiec tego zlego co by na dobre nie wyszlo.
Teraz juz jestem w Dallas, prosto z lotniska przyjechalam do pracy, gdzie po kilkudniowej nieobecnosci nie wiem w co rece najpierw wlozyc. Jade na 3 godzinach snu, kilku kawach i "energy drinks" i doczekac sie nie moge jak przyloze glowe do poduszki. Wlasnej poduszki we wlasnym domu, kolo mojej Mysi….