Samotnie

Czas plynie mi szybko. Juz ponad tydzien minal od wyjazdu Ami i Huba. Tesknie za nimi i stwierdzam, ze jednak wole cale to zamieszanie jak jestesmy razem niz teoretyczny "luz" gdy jestem sama.  Nie mialam jeszcze czasu na odpoczynek czy zlapanie oddechu. Tak jakos sie sklada, ze codziennie mam jakies zebrania, spotkania, zalatwienia i do domu wracam praktycznie po to zeby sie przespac.

Z tym wieksza przyjemnoscia mam zamiar odetchnac sobie troche w ten dlugi weekend.

Wiesci z Polski sa takie, ze wszyscy sie dobrze bawia, a od  nadmiaru atrakcji Ami po prostu wariuje i nie wie czy chce latac balonem czy chowac sie w smoczej jamie:).

W pracy jeden z gorszych tygodni. Mnostwo, mnostwo roboty, same problemy duzego kalibru…. a szef, jak na zlosc, w Europie.

Do tego alergia jakas pieronska odbiera mi radosc zycia. Gdyby nie Zyrtec, nic bym nie slyszala i pewnie nie widziala, bo oczy lzawia, z nosa leci a glowa peka.

Zdecydowanie potrzebne mi kapiele w ziolach, lampka wina i dobry film. I mam zamiar to sobie zaserwowac w ten weekend;).

Juz za pare dni, za dni pare…..

Przygotowania do wyjazdu trwaja pelna para. W weekend poganialismy troche po sklepach kompletujac prezenty, dokupujac ostatnie drobiazgi dla Ami i Huba. Ami juz spakowana, pozostaje jej tylko wybrac kilka zabawek na droge i moze ruszac na podboj swiata;). Jak na razie Ami jest bardzo podekscytowana cala podroza i cieszy sie, ze leci do Polski, do babci, do kuzynow. Mam nadzieje, ze wystarczy jej tego entuzjazmu na caly pobyt… Moja mina rzednie z kolei z dnia na dzien i na sama mysle, ze nie bede jej widziala 6 tygodni plakac mi sie chce:(. Przykro mi tez, ze nie jedziemy do Polski razem…. zawsze to byloby fajniej… no ale za pozno juz na zale i trzeba sie pocieszac tym, ze Ami bedzie miala fajne, ciekawe wakacje.

Wczoraj tutaj obchodzono ‘Dzien Matki’. Ami przygotowala kartke w przedszkolu… "I love you Mommy":) Sweet, sweet, sweet.. Jako, ze dziecie moje jest jeszcze w wieku mlodym, pomoglam jej z prezentem na dzien Matki i zakupilam sobie piekna czarna torebke Kenneth Cole’a…;) No przeciez jako matka takiej fajnej malej babeczki musze jakos elegancko sie prezentowac:). Wilk syty i owca cala…;)

Poza tym Ami zaczela sie zegnac ze swoim towarzystwem, play date goni wiec play date… piatek, poniedzialek… wozenie, przywozenie, odwiedziny, zabawy…Widze, ze jest naprawde lubiana bo ciagle ktos ja zaprasza…W piatek "towarzystwo" goscilo u nas. Dom, jak po przejsciu malego huraganu…. ale miny zadowolone i usciski wymienione i calusy… i zapewnienia, ze bedziemy BFFs (Best Friends Forever= najlepszymi przyjaciolkami do konca zycia;) slodkie sa takie 5-6 latki…;)

Koko Koko Euro Spoko?

No musze jeszcze napisac o tym Koko, Koko…i paniach spod Bilgoraja… usmiech z twarzy mi nie schodzi ile razy je widze. I w glowe zachodze jak ludowa przyspiewka o kogucie, troche przerobiona… wygrala konkurs na hymn Euro….Ta piosenke o Kogucie, ktora brzmiala prawie identycznie, spiewalismy w ramach zartu na naszych wyjazdach zagranicznych z zespolem… bo fajnie brzmiala w uszach obcokrajowcow… Moze wlasnie i dlatego ja wybrali? Czy, swoja droga, nie jest to jakis plagiat? No chyba, ze autor "Koguta" wyrazil zgode… o ile jeszcze zyje.

Koko, koko… "Jarzebianki" gdacza sobie, a cala Polska nuci… no folklor pelna para…Z calym szacunkiem do folkloru i spiewaczek… czy na pewno chcemy zeby Polska tak wlasnie sie swiatu kojarzyla? Z gdakaniem? A wydawalo mi sie, ze mamy dosyc glebokie tradycje muzyczne, wspanialych kompozytorow i zdolnych wykonawcow. Czy nie stac nas na nic wiecej niz "gdakanie"???Please.

Pojawialy sie glosy, ze milion osob sobie zazartowalo, wyslalo SMSa i tak wlasnie "Kogut" wygral konkurs na hymn Euro.

Smiac mi sie chce na sama mysl, ze "Koko" stanie sie hitem na miare "Waka, Waka" Shakiry (hymnu poprzednich Euro) i caly swiat bedzie nucil, "koko, koko, Poland spoko…". "Waka, Waka" to nasza sztandarowa piosenka Zumbowa… jak mi sie przyjdzie wyginac do "Koko", to chyba padne ze smiechu….:::))))

Testy

Zapisujac Ami do Zerowki (ktora jest poczatkiem systemu edukacyjnego tutaj i zaczyna sie od 5 lat), zgodnie z prawda, odpowiedzialam, ze w domu mowi sie po polsku. (tak, maja takie pytania). Spowodowalo to, ze Ami zostala natychmiast skierowana na testy jezykowe zeby sprawdzic czy jest na odpowiednim poziomie jezykowym, z angielskiego oczywiscie, zeby uczeszczac do zerowki. Gdyby nie byla, skierowano by ja do specjalnego programu ESL (English as a Second Language). Hub skomentowal, ze zawsze musze byc szczera do bolu, przeciez mala mowi po angielsku lepiej niz po polsku, a tak musi isc na ten test (a on ja musi zaprowadzic;). Test odbyl sie w czwartek. Ami zdala go bardzo dobrze, bo agielski, czy mi sie to podoba czy nie, jest jej pierwszym jezykiem. Chociaz w domu rzeczywiscie mowimy po polsku, jej latwiej jest odpowiadac po angielsku. W zasadzie to jest taka ciagla walka: "mow po polsku", "mow po polsku". Mowie jej ciagle, ze nie rozumiem co do mnie mowi po angielsku i to samo musi powtorzyc po polsku. I dzielnie powtarza… w tym akurat jestesmy konsekwetni…. w domu mowi sie po polsku. Ciesze sie ze Amelka mowi po polsku, chociaz widze o ile latwiej jest jej wyslowic sie po angielsku. Mysle, ze 2-miesieczny pobyt w Polsce troche jej pomoze podszlifowac jezyk.

Jako, ze sezon na testy i zakonczenia roku w pelni… Ami miala tez wczoraj test z Chinskiego. Dostala 70 punktow na 100. Ja bylam nawet zadowolona z tego wyniku, bo na tyle co ona uczeszczala na zajecia (srednio co drugie) i na tyle co z nia w domu cwiczylismy (prawie nic), to i tak dziecko sobie swietnie poradzilo, uwazam. Hub nosem krecil na "report card" i komentowal, ze za wiele jej nie nauczyli i ze moze trzeba znalezc inna szkole… Probowalam mu wytlumaczyc, ze Chinski jest bardzo trudny i wymaga systemaczynosci, a przez to ze zajecia sa w niedziele, ciagle nam cos wypadalo i Ami sporo opuscila…i nie mielismy czasu za bardzo z nia tego nadrobic. Hub nie dal sie przekonac i nadal twierdzil, ze powinni sie nauczyc troche wiecej niz tylko kolory, dni tygodnia, owoce, zwierzeta, itp. Jego rozumowanie jest takie, ze skoro tak malo materialu przerobili, dzieci powinny go znac w 100% i ze jak on cwiczyl z Ami (w niedziele rano-tuz przed egazaminem) to ona wszystko znala. Troche sie uspokoil, jak mu zwrocilam uwage, ze mogla po prostu nie chciec odpowiedziec na jakies pytanie lub nie zrozumiec pytania… wiem jak z nia jest… mogla po prostu nie miec nastroju do odpowiadania… tak czasem jest w domu… to jest 5 letnie dziecko i jej ‘attention span’ jest jeszcze bardzo krotki. Stanelo na tym, ze w przyszlym roku bedziemy bardziej pilnowac pracy domowej i obenosci na zajeciach…

Kanada z przygodami

Jestem w Kanadzie, sluzbowo. Taki krotki wypadzik i uczestnictwo w spotkaniu biznesowym, gdzie musialam "wyglosic" prezentacje na temat etyki, korupcji, przestrzegania naszego wewnetrznego regulaminu, etc. Prezentacja poszla chyba niezle, skoro po jej zakonczeniu ustawila sie do mojego (tymczasowego) pokoju kolejka. Ludzie wchodzili po kolei i zadawali ciekawe pytania, wyznajac rozniez ich male "grzeszki". Smialam sie, ze troche tak stali jak do konfesjonalu.

Tuz przed moja prezentacja, w budynku zaczelo sie dymic. Jako, ze budynek biurowy polaczony jest z hurtownia/produkcja chemikaliow, zarzadzono natychmiastowa ewakuacje. Za chwile zjawilo sie 5 wozow strazackich, karetka, 2 policje… wstrzymano ruch w calej okolicy… jednym slowem akcja zakrojona na calego. A my stalismy kilka budynkow dalej, czekajac na jakies wiadomosci. Po ponad poltorej godziny pozwolono nam wejsc do budynku. Smiali sie ze mnie, ze moja prezentacja byla "wybuchowa" wiec musieli wezwac strazakow…:)

Przy tym wszystkim drobnostka juz tylko byla "kontrola osobista", do ktorej "losowo" zostalam wybrana na lotnisku:(. Nie, nie kazali mi sie rozbierac do naga, ale "przeswietli" mnie na wylot i zrobili rewizje bagazu. Troche sie stresowalam, bo wczoraj troszke mnie ponioslo i zakupilam kilka tubek kremow, ktore w sumie przekraczaly dozwolone limity (3x100ml). Coz, w Kanadzie maja pelno kosmetykow francuskich marek, ktore w Stanach ciezko dostac.. wiec troszeczke sobie zaszalalam:). Skonczylo sie dobrze i laskawie pozwolono mi leciec dalej.

P.S. Zeby juz zakonczyc podroz z przygodami dotarlam do domu 4 godziny pozniej niz planowalam. Podobno nad Dallas szalaly burze i nie pozwolono nam ladowac. Krazylismy nad miastem 2 godziny. Po czym skonczylo nam sie paliwo i musielismy awaryjnie ladowac w Wichita Falls (100 mil od Dallas), nabrac paliwa i wrocic do Dallas. Cala ta ‘side trip’ trwala 3 godziny… Po czym jak wyladowalismy w Dallas (o 1 nad ranem) nikt o zadnych burzach nie slyszal… wprawdzie o 2 nad ranem, ale dotarlam szczesliwie do domu.