Sandy-NYC

Sandy narobila spustoszenia w NYC.  Powodzie, pozary, zalane metro, budynki, pozamykane tunele, mosty. Jednym slowem totalny paraliz Wielkiego Jablka. U brata powodz. Woda siegala garazu. Cale szczescie, ze oni na 2-gim pietrze, to woda ich nie dotknela. Sasiad nie byl juz takim szczesciarzem. W ciagu 20 minut woda wdarala sie do domu, zalala go doszczetnie, a sasiad zwial na dach. Z dachu, po linie z przescieradel sciagnal go moj brat i inny sasiad.

Brat z rodzina ewakuowal sie do kuzynki… cale szczescie. Wszystko dobrze sie skonczylo, ale stresu troche bylo. Zabrali ich lodka na suchy lad, a stamtad juz przechwycila ich kuzynka Gosia. Dzieki, kochana.

Pogodowo

Chlodno sie u nas zrobilo, wrecz zimno. Ale to i tak nic w porownaniu z huraganem jaki ma uderzyc we Wschodnie Wybrzeze. Obdzwonilam i SMS-owalam rodzine i znajomych w NYC i Bostonie. Wszyscy siedza w domach i czekaja… mam nadzieje, ze nic sie nie wydarzy. Zdjecia i zapowiedzi TV kreuja "Sandy" na kataklizm wszechczasow. Oby zadne z tych przepowiedni sie nie ziscily i wszyscy byli bezpieczni.

Najgorzej, ze prawie na pewno zabraknie pradu… a bez pradu, wiadomo, ani rusz. Coz, trzymam kciuki i modle sie, zeby nic sie nie wydarzylo.

Zaraz mi sie przypomina moja wyprawa do NYC w zeszlym roku, w czasie huraganu Irena. 

Dyniowo

Ami byla wczoraj na pierwszej prawdziwej wycieczce szkolnej, na farmie dyn (pumpkin patch). Przezywala to wydarzenie strasznie, doczekac sie nie mogla wyjazdu. Najbardziej fascynowala ja jazda autobusem. Z wypiekami na twarzy opowiadala nam wrazenia z wyprawy: karmienie zwierzat, przejazd "furmanka", zabawy w labiryncie kukurydzianym oraz wszelkie typowe atrakcje zwiazane z taka wyprawa. Widze, ze Ami ma strasznie wyolbrzymiona potrzebe akceptacji. Przezywa, czy pani da ja do grupy z ta czy z inna kolezanka i czy dzieci beda sie chcialy z nia bawic. Mimo, ze rok szkolny praktycznie niedawno sie zaczal, juz widze, ze z niektorymi kolezankami Ami nie moze sie rozstac. Jak juz sie rozstanie to ciagle o nich mowi, lalki nazwane sa ich imionami, i generalnie wszedzie jest pelno "kolezanek". Tak sobie mysle, ze pewnie ma to zwiazek z tym, ze jest sama, a dzieci jak wiadomo potrzebuja towarzystwa innych dzieci.

Jako, ze sezon na dynie w pelni, mam ich kilka w domu. Zastanawiam sie co z nich zrobic. Bedzie pewnie zupa z dyni, dyniowe puree, a na deser….ciasto z dyni;).

Chinski Jezykiem Propagandy

Ostatnio glosno o nauczaniu jezyka chinskiego w Amerykanskich szkolach. ABC news mialo ciekawy rerportaz na ten temat. W oryginale (po angielsku) mozna go znalezc tutaj:

http://abcnews.go.com/US/Parenting/mandarin-language-classes-mixed-reaction-chinese-institutes-motives/story?id=17485209  

No wiec Chinski cieszy sie coraz wieksza popularnoscia w Amerykanskich szkolach. Nie tylko pojawia sie coraz wiecej programow pozalekcyjnych, ale wiele szkol podstawowych i srednich oferuje Chinski jako jeden z jezykow obcych. Wiele z tych programow sponsorowanych jest przez instytucje zwiazane z rzadem chinskim, takie jak np. Confucius Institute. I tu pojawia sie problem w swiadomosci niektorych, ze moze takie wlasnie propagowanie Chinskiego i sponsorowanie go przez chinski rzad sluzy szerzeniu propagandy. Bo jak sprawdzic czego tak naprawde uczy sie Amerykanskie dzieci po chinsku? Nauczyciele i dyrektorzy szkol zapewniaja wprawdzie, ze plan zajec oraz material zatwierdzany jest przez szkoly, czy tutejsze "kuratoria". Ale prawdopodobienstwo, ze nauczyciel cos tam "przemyci" istnieje. To tyle reportaz.

Zagadnienie jest mi oczywiscie bliskie, bo Ami chodzi do Chinskiej szkoly (a nawet dwoch) i od kilku lat uczy sie chinskiego. Nie zauwazylam nigdy zadnej "propagandy", ale tez nigdy by mi do glowy nie przyszlo, zeby sie czegos takiego doszukiwac. Mieszkalismy w Chinach i wiem mniej wiecej jak to dziala, wiec pewnie cos by moja uwage przykulo, gdyby sie cos dzialo. Wydaje mi sie, ze jest to troche sztuczny problem, wymyslony przez rodzicow lub zwolennikow innych jezykow…Inna sprawa, ze na tym etapie na jakim jest Ami (nadal poczatkujaca), trudno "przemycic" piosenke, wierszyk czy kilka zwrotow, a co dopiero mowic jakies tam polityczne zagadnienia.

Swoja droga, sporo ostatnio nagonki na Chiny. Chinskie firmy technologiczne dzialajace w Stanach oskarza sie o szpiegostwo, Instytut Konfucjusza o wykorzystywanie lekcji Chinskiego na przemycanie "bibulki". We mnie zaraz budzi sie sceptyk i doszukuje sie motywow osob poruszajacych te tematy. Czy aby nie maja oni w tym ukrytego swojego interesu?

Coz, polityka polityka, a my, jak co wieczor, zasiadziemy dzisiaj pewnie z Ami do cwiczenia znaczkow chinskich;).

Zyciowa Mozaika

W tym tygodniu do ukladanki zycia dolozylismy dwa elementy pt. choroby. Najpierw Mysia w zeszlym tygodniu zafundowala nam "nocke wymiotow", tak srednio co godzine, cala noc. Cale szczescie, ze cokolwiek to bylo, tak szybko poszlo jak przyszlo…. W tym tygodniu, natomiast moje zatoki sie przypomnialy… zapaleniem. Odwiedzilam wiec lekarke, dostalam antybiotyk, jakies sterydy i tak sobie czlapie dzien za dniem. Prace odpuscilam sobie "az" na jeden dzien, ale i tak non stop sledzilam i odpowiadalam na emaile. Korzystajac z okazji, ze jestem w domu zrobilam obiad na 3 dni, upieklam ciasto i takie to bylo moje "chorowanie";).

A w zeszly weekend Polska Szkola organizowala "sprzedaz kielbasek" na miedzynaorodowym festiwalu. Tak wiec, caly zarzad, nauczyciele i inni chetni sprzedawali kielbaski, z buleczka, kapucha i inne dobrosci. Stalam wiec w czapce z orlem w koronie i namawialam na pysznosci kuchni polskiej. W dobrej sprawie, przeto. Caly dochod przeznaczony oczywiscie na szkole. Czego to czlowiek nie robi dla dzieciakow;).

Sympozjum

Bylam wczoraj na sluzbowym sympozjum. Caly dzien wykladow, prelekcji, warsztatow. Wszystko super dla mnie ciekawe bo dotyczy dokladnie tego co robie na codzien. Lubie takie wyjscia. Lubie otrzec sie o wielki swiat, posluchac ciekawych ludzi, dowiedziec sie, jakie tranzakcje maja miejsce, co zmienilo sie w prawie. Skrupulatnie notowalam wszelkie porady, czego unikac, nad czym sie zastanowic, co poprawic. Wielu prawnikow bylo w podobnych sytuacjach jak moja firma. Ciekawe bylo posluchac jak poradzili sobie z pewnymi problemami, na co zwrocili uwage, jak wybrneli.

Z wypiekami na twarzy sluchalam opowiesci o ostatnich procesach, po raz kolejny zachodzac w glowe, jak wielkie korporacje (niektore) moga popelniac tak kardynalne bledy. 

Lubie tez obserwowac ludzi, jak sa ubrani, jak sie zachowuja. Generalnie wszyscy mili, elokwentni, eleganckie panie, dobrze ubrani panowie. Kazdy z prelegentow swietnie przygotowany. Niektore prezentacje przeradzaly sie w pokazy multimedialne, ze swiatlami, muzyka, etc. W korytarzu bylam swiadkiem opowiesci goscia, ktory 25 lat spedzil pracujac w Moskwie. Oczywiscie mial sporo do powiedzenia na temat korupcji, zalatwiania interesow pod stolem i picia wodki;). Ciekawie opwiadal tez chlopak z Chinskiego oddzialu kancelarii, ktora sponsorowala sympozjum. Nie owijal w bawelne, szczerze potwierdzal, ze jego rzad ma problem z egzekwowaniem praw wlasnosci intelektualnej w Chinach.

Szkoda, ze nie moglam zostac na "Cocktail Hour"…;)

Debata

Pierwsza debata prezydencka za nami. Przyznam, ze taka sobie. Nawet Obama, taki jakis ulegly i w kolko powtarzajacy te same frazesy. Mitt, musze przyznac, wypadl niezle. Bilo od niego poczucie pewnosci siebie i zdrowa dawka napastliwosci. Obama, tak  jakby bardziej unikal ciosow niz je zadawal… tak to odebralam. Pamietam ciekawsze debaty, pamietam bardziej agresywnego Obame, pamietam jego piekne przemowy, porywajace tlumy oracje… wczoraj jakis taki zmeczony, przygasniety sie wydawal…a moze juz nie chce byc prezydentem? Romney troche sie panoszyl, troche chcial byc kumplem, troche docinal… ale ogolnie byl chyba z siebie zadowolony.

Dzis tresc debaty wezma na warsztat analitycy i rozloza na czynniki pierwsze kazda odpowiedz kandydatow, przeanalizuja co prawda co grzech…

Zarejestrowalam sie do glosowania. Spelnie obywatelski obowiazek. Coraz bardziej trace nadzieje, ze cokolwiek sie zmieni dla nas. Oby nie bylo gorzej, bo wcale nie jest zle.

W pogoni za wlasnym ogonem

Nigdy nie narzekam na prace, ale dzisiaj musze. Wczorajszy dzien byl po prostu okropny

-Kalendarz wypelniony po brzegi, 5 spotkan, jedno po drugim. Do kazdego (prawie) spotkania musze sie jakos przygotowac, i z kazdego prawie przynosze kolejna fure roboty.

-Wazny email, z waznym zalacznikiem, ktory wyslalam do wszystkich naszych oddzialow….dotarl bez zalacznika, co wprowadzilo sporo zamieszania.

-Projekt o ktory poprosilam moja asystentke 2 tygodnie temu, wrocil do mnie "jak bumerang" i skonczylo sie na tym, ze musze go zrobic sama.

-Szef (chyba tez nie jest dzisiaj jego najlepszy dzien) "prosi" zebym zadzwonila natychmiast do Australii, gdzie wlasnie jest 10 w nocy… na moje wspomnienie o roznicy czasu wzrusza ramionami i wychodzi.

-Zalegam z co najmniej 3 umowami, i raczej nie zapowiada sie, ze dzisiaj je skoncze, bo ciagle jestem na "meetingach".

-Na koniec dnia conf. call z Aussi – ich glupawe komentarze i brak checi wziecia odpowiedzialnosci. Moja irytacja i nakaz, ze maja "to" zrobic DZISIAJ.

-Z pracy wyszlam po 7, zrabana, zniechecona, ale szczesliwa, ze juz sie skonczyl dzien

Jutro bedzie lepiej!!!!!