W zwiazku z pogrzebem babci, znalazlam sie na chwile w Polsce. I gdzie sie podziala ta piekna zlota jesien, gdzie te wrzesniowe cieplutkie dni? Tym razem Polska przywitala mnie deszczem, zimnem i ogolna szarzyzna.
Wiem, ze moje smutne wrazenia z Polski zwiazane sa z tym, ze i okazja byla smutna, ale naprawde jakos tak przygnebiajaco.
I cale szczescie, ze moglam odreagowac wsrod przyjaciol, oni sie nie zmieniaja. Dziekuje wam za wielkie wsparcie.
Po drodze, zgodnie z prawem Murphiego, zagubiono mi bagaz; otarlam sie o polski Customer Service na lotnisku, skrytykowalam “laske” pani na kasie w sklepie i oczami przekrecilam na niebotyczne ceny. I w ramach protestu nie kupilam butow. Przywiozlam za to sok malinowy, budyn smietankowy i tone sliwki w czekoladzie.
Jeszcze tylko zrobilam szybkie zakupy w “galerii”, odwiedzilam babcie Huberta w Krakowie, porozmawialam z rodzina… i juz siedzialam w zatloczonym samolocie do Dallas na najmniej wygodnym z mozliwych miejscu. Wszystko jak w kalejdoskopie: ludzie, cmentarze, sklepy, lotniska.
Podekscytowana Mysia czekala na mnie na lotnisku. Nic nie jest w stanie przebic chwili gdy male lapki oplataja ci szyje, a na policzku laduje soczysty buziak:). Witamy w domu! Dobrze mi tu.