Tymczasem na wakacjach….

Mysiowe wywczasy tymczasem mijaja dzien za dniem, atrakcja za atrakcja, parki rozrywki, baseny, wyjazdy, bawialnie, place zabaw i mnostwo innych cudownosci. Za nami pol-kolonie, jak zwykle ciekawe, swietnie zorganizowane i pelne atrakcji, wycieczek, zabaw, konkursow. Ami jakies tam nawet prezenty, dyplomy i medale dostala, w tym specjalna paczke od burmistrza – z tytulu bycia “przybyszem z innej planety”;). Burmistrz gratulowal, ze dziecko mieszkajace za granica tak dobrze mowi po polsku. Dziadek z dumy pekal, a Ami najbardziej byla podobno zainteresowana co tam w tej torbie od Burmistrza jest;).

Rozbestwila sie Myska do tego stopnia, ze jak zdarzaja sie dni bez wyjazdu, to jej sie “nudzi” i marudzi. To cyganskie dziecko ciagle by gdzies jezdzilo, przemieszczalo sie. Najlepiej spac po ludziach, jesc u sasiadow, a do domu wpadac tylko na zmiane ubran;) Rodzinka moja kochana, jak zwykle, stanela na wysokosci zadania. Dziadkowie, ciocie, wujkowie i ich latorosle cudnie sie Ami zajmowali, wozili po okolicznych  atrakcjach, ktorych w rejonie mojej mamy (jak zreszta teraz i w calej Polsce) nie brakuje.  Moj dlug wdziecznosci rosnie kazdego lata za to jak z sercem rodzina podeszla do mojej Malej. Przyjaciolka moja, Izunia z gatunku najcudowniejszych cioc na swiecie, dziecie moje zaadoptowala na 4 dni i mnostwo atrakcji zapewnila, poswiecajac swoj wlasny czas. Sasiedzi dzielnie znosili non-stop przebywajaca u nich Ami, ktora jak stara “na kawe” przychodzila.  Cudowne uczucie wiedzac, ze mozna liczyc na wspanialych ludzi. I troche lzej mi na duszy wiedzac, ze Ami ma tyle przychylnych osob wokolo, gdy jest sama z daleka od domu i rodzicow.

Tegoroczny pobyt w Polsce dobiega powoli konca. Ami juz strasznie teskni do domu, odlicza z niecierpliwoscia dni, godziny, minuty. Ten pobyt byl dosyc dlugi i choc nie brakowalo jej zajec/wyjazdow/atrakcji, to dla takiej malej istotki 7 tygodni to jednak kawal czasu.

Nie ukrywam, ze i dla nas to zbyt dlugo. Juz skreca mnie z tesknoty, nie moge sie na nia doczekac. Brakuje mi strasznie tego zamieszania jakie Ami wprowadza w zycie domowe. Wiem, wiem, jeszcze bede nie raz narzekala;)

 Tymczasem, koncowe odliczanie uruchomione. Za 6 dni wysciskam moja Mysie-Pysie:).



Chiny 2014

Trafila mi sie w ostatniej chwili podroz sluzbowa do Chin. Ciesze sie, ze jade, ale takie zalatwianie wszystkiego w ostatniej chwili przyprawia mnie o rozstroj zaladka. Zgranie samej logistyki, ustawienie spotkan z ponad 10 osobami w dwoch roznych miastach to juz sztuka nie lada. Do tego dochodzi bilet, hotele, etc. Nie wspomne juz o malym drobiazgu takim jak wiza, przez ktora nie spalam 2 noce. Mam wize wazna do listopada, ale wiza jest w moim starym paszporcie, ktory przedziurkowali jak wyrobilam sobie nowy paszport. Gosciu z naszej agencji wizowej zawyrokowal ze z takim zestawem nie wpuszcza mnie do Chin. W nowym paszporcie powinnam miec nowa wize. Kropka. Lakoniczne stwierdzenie na stronie ambasady chinskiej ani tej informacji nie potwierdza ani nie zaprzecza –  Welcome to China;)

Na wlasne wiec ryzyko (przyplacone bezsennymi nocami a jakze) zdecydowalam sie sprobowac. Istnialo prawdopodobienstwo, ze nawet mnie do samolotu nie wpuszcza bez wizy w nowym paszporcie. Cala odprawa byla wiec dosyc stresujaca, ze stresu glupkowato zartowalam z  dosyc sztywnym pracownikiem linii lotniczych. Huba poprosilam by za szybko z lotniska nie odjezdzal bo byc moze trzeba mnie bedzie do domu z powrotem zabierac. To by dopiero byla heca: 10 osob zaangazowanych w przygotowanie podrozy, bilet (nierefundowany rzecz jasna) kupiony, hotele zarezerwowane, kierowca czeka na lotnisku w Szanghaju, a ja nie dolecialam. Nawet nie moglam sobie wyobrazic co ja bym w pracy powiedziala na taki obrot wydarzen i wlasnie o tym tak usilnie po nocach myslalam;) Przyznam szczerze ze bezsennosc na marne sie zdala, nic madrego nie wymyslilam, oprocz tego zeby pomodlic sie gorliwie i rozaniec do kosmetyczki wrzucic. Nie wiem jakie sily zaintereweniowaly, wierze ze Boskie, ale zadnych problemow nie mialam ani przy odprawie ani na miejscu w Szanghaju. Jak swojego przyjeli, czerwony dywan rozwineli I jak sie nalezy pieczatke do paszportu wbili;).

Szanghaj –  totalne déjà vu – jakbym to juz kiedys przezywala: nad miastem przechodzi tajfun, leje, grzmi, szaro, buro I ponuro – czyli mniej wiecej tak jak wygladala moja ostatnia wizyta tutaj 2 lata temu. Normalka. Jako, ze plan mam dosyc napiety nie mam za bardzo czasu rozczulac sie nad pogoda.  Rozladowuje sie w znajomym hotelu i szybko wychodze na spacer (w deszczu rzecz jasna) co by nie usnac na siedzaco i jakos przeczekac do wieczora. Wieczor nastepuje szybko, bo juz o 7:30 jestem w lozku, totalnie obezwladniona przez roznice czasu i jet leg. Za to o 5 jestem juz na nogach, zwarta i gotowa do pracy. Szkoda, ze biuro otwieraja dopiero o 8;) W pracy, jak to w pracy: spotkania, rozmowy, dyskusje. Przewijaja sie kolejne osoby, przemieszczam sie z miejsca na miejsce. Wieczorem padam ze zmeczenia. Cale szczescie, ze pogoda sie poprawia bo wilgoc w polaczeniu z upalem powoduje ze wszystko sie do czlowieka klei.

Nie jestem jeszcze w stanie zwerbalizowac moich odczuc na temat Chin. Kocham i nienawidze, chyba najelpiej oddaje moj obecny stan ducha. Denerwuje mnie opieszalosc Chinczykow, ich niedbalosc o szczegoly, podejscie jakos to bedzie albo odpowiedzi w stylu : do tej pory nam sie udawalo;). Przeszkadza mi brud, nieprzyjemne zapachy, tlum na ulicach, plucie, siorbanie i dlubanie w nosie.

A z drugiej strony rozczulam sie na widok kobiet ktore przypominaja mi Ayi, wzdycham do znajomych katow i doczekac sie juz nie moge wyjazdu do Ningbo, ktore kojarzy mi sie z ta lepsza stron Chin, z przyjaciolmi, ze znajomymi ulicami, ulubionymi miejscami i cala masa wspanialych przezyc.

Chiny sa takie wlasnie pelne sprzecznosci i sprzecznosci w czlowieku wyzwalajace. Brudne a nowoczesne, brzydkie a piekne, bylejakie a fascynujace. Jedno jest pewne, tu jest ciekawie.

 

Las Vegas

Weekend w Vegas. Weekend tylko dla doroslych. Weekend wydluzony do granic mozliwosci. Taki wypad zafundowalismy sobie z Hubem w ramach akcji “Lato w Miescie”. Jako, ze w tym roku zaszly takie okolicznosci przyrody, ze nie polecielismy do Europy, postanowilismy lato umilic sobie krotkimi wypadami. Korzystajac z okazji, ze nie mamy Ami, wybralismy sie wiec do jedynego chyba miasta, do ktorego dzieci nie powinny jezdzic – Las Vegas.
Zafundowalismy sobie fajny, 5-cio gwiazdkowy hotel tuz na “stripie”. W dzien odpoczywalismy na basenie, popoludnia spedzalismy na lazeniu, a wieczory, jak na “grzesznikow w grzesznym miescie” przystalo na hazardzie;). Hazard w naszym wydaniu to glownie “jednoreki bandyta” – czyli maszyna nie wymagajaca myslenia, ale za to wymagajaca calego sloja drobniakow. I siedzi sie tak przed taka maszyna i wrzuca, wrzuca, wrzuca. Maszyna cos zaspiewa, cos zaburczy, kolem zakreci, czasem wypluje kupon na pare grosiszow… i zabawa zaczyna sie od poczatku. I siedziesz tak sobie siedzisz godzinami, kelnerki drinki donosza, portfel chudnie, emocje rosna to opadaja i czas milo mija. Totalnie jestem w stanie zrozumiec te cale autobusy emerytow, ktorzy spedzaja swoj wolny czas do automatow ladujac swoje mizerne emeryturki. Fun, fun, fun… okazalo sie, ze ja mam bardziej dusze hazardzisty niz Hub, ktory jednak zimna krew potrafi zachowac i slowa dotrzymac. Jak skonczyl nam sie ostatni banknot na “glupoty” przenaczony to za kolnierz przytrzymal kiedy trzeba bylo i do bankomatu nie pozwlolil pobiec. Emocje w miedzczasie mi opadly i juz grac i przegrac mi sie odechcialo. Stwierdzilam, ze ciezko zarobione $30 spozytkuje na kosmetyki Inglota. Tak, Inglota, bo w jednym z tamtejszych centrow handlowych natknelismy sie na piekny salon tej naszej rodzimej marki. No to sobie zaszalalam z cieniami, szminkami i lakierami do paznokci. Nie omieszkalam (jak zwykle gdy jestem w salonie Inglota) swojej historyjki dorzucic jak to Inglota kupowalam w kiosku Ruchu w zamierzchlych czasach studenckich jak to mnie tylko bylo na Inglota stac – bo tani byl, akurat na stuendcka kieszen. Pan malujacy w Inglocie (wiadomej orientacji) z usmiechem przyklejonym do twarzy, cierpliwie historyjki wysluchal, probowal jeszcze cos wcisnac naiwnej, sentymentalnej klientce i juz odplynal na swoim przyklejonym usmiechu do kolejnej klientki, ktora choc miala problem z wymowieniem nazwy Inglot, to koszyczek miala naladowany po brzegi;).
Niby tylko 3 dni bylismy w Vegas, ale uchodzic sie zdazylismy za caly rok. Maz moj w taksowki, busy czy kolejke nie wierzy. Postawil sobie za punkt honoru codziennie kilka rundek z polnocy na poludnie “stripu” zrobic. A TO JAKIES 5 KM W JEDNA STRONE….. A ja pelzalam za nim z odciskami na palcach, potem na pietach, a na koniec juz i na podeszwach. Kolejnego dnia “najwygodniejsze” sandaly swiata co to sobie na okazje tego wyjazdu sprawilam w markowym sklepie wyladowaly na dnie walizki, a ja skorzystalam z promocji Gap-a na espadryle. Pamietacie espadryle? Ja pamietam, byly w modzie juz kilka razy podczas mojego zycia. Okazuje sie, ze znowu sa w modzie. Przynajmniej w/g Gap-a;). Modne, czy nie, moje espadrylki sprawily sie dzielnie do konca wyjazdu i zaluje tylko ze nie kupilam ich wczesniej bo kosztowaly mniej niz poprzedniego dnia wydalam na plastry, ktore notorycznie mi ze stop zjedzaly;). Hub oczami przekrecal na moje akrobacje butowe i skomentowal, ze z babami to tak zawsze.
Zdazylismy jeszcze wpasc na przecudowny jak zwykle show Cirque du Soleil – najslynniejszego cyrku swiata. Jak zwykle dech zapieraly akrobacje, wystepy, muzyka, kostiumy. Fantasticznie.
Nasz pobyt w Vegas przypadl akurat na finaly Munidalu. Wiec chodzilismy od baru do baru ogladajac kolejne finalowe mecze. Sam final Argentyna-Niemcy niezapomniany, obejrzelismy w przepieknym teatrze hotelu Wynn – ktory na czas tego meczu zamienil sie w strefe kibica;). Ach jakie emocje, gdy tlum kolektywnie wstrzymuje oddech, gdy wyrywaja sie spontaniczne okrzyki radosci czy rozczarowania. Cala ta psychologia tlumu dzialala jak najbardziej. Dalismy sie po prostu poniesc i przezywalismy kazda akcje meczu. Sercem bylam za Argentyna, bo tak mi sie ci chlopcy podobaja i ten Messi taki utalentowany, ale rozum oczywiscie podpowiadal, ze Niemcy wyjada z pucharem. I przyznac musze, ze jak najbardziej zasluzony tytul Mistrza i puchar. Dobrzy sa, skurkowancy, po prostu dobrzy.
Pobyt w Vegas jak najbardziej udany. Odetchnelismy troszeczke, odpoczelismy sie, zmienilismy sobie otoczenie – wszystko na plus. Na minus zaliczylabym jedynie nocny lot powrotny, z ladowaniem o 5 rano w Dallas, szybki prysznic i normalny dzien pracy po nieprzespanej nocy. Takie “kombinacje” juz coraz mniej mnie bawia, a cialo buntuje sie domagajac sie snu i odpoczynku.

Falowanie i Spadanie

Za nami dlugi weekend. W ostatniej chwili zmienily nam sie radykalnie plany na weekend wiec improwizowalismy na biezaco. Zamiast zwiedzania miasta z kolezanka, ktora miala nas odwiedzic, zabralismy sie za nadrabianie zaleglosci w domu. Zamiast lezenia w SPA, lezelismy przed telewizorem nalogowo ogladajac Breaking Bad [http://pl.wikipedia.org/wiki/Breaking_Bad]. Nie wiem czy ten serial jest juz w Polsce, ale goraco polecam. Bardzo ciekawy i oczywiscie (jak wiekszosc seriali) wciagajacy. Pojezdzilismy troche na rowerach i nadziwic sie nie moglismy, ze pogoda taka piekna w tym roku. Nie ma upalow, wieczorki sa chlodne, ok. 19 jest juz idealnie na rower. Uprawiamy wiec cowieczorny rowering;)

4 Lipca, jak na Amerykanskie swieto przystalo, spedzilismy grillujac z sasiadami i ogladajac pokazy fajerwerkow.

Dlugi weekend, tylko z nazwy jest dlugi, w rzeczywistosci minal jak z bata strzelil. Siedzac dzisiaj przy biurku mam wrazenie, ze w ogole od niego nie odeszlam, ze non-stop gapie sie w komputer, albo wisze na telefonie. Chyba wypalam sie powoli, bo wszystko przychodzi mi dziesiec razy wolniej. Ku zyciu trzyma mnie tylko wizja piatkowego wyjazdu do Las Vegas. Coz, falowanie i spadanie;)

Ami tymczasem rozpoczela pol-kolonie i zdala mi raport, ze pierwszy dzien byl bardzo fajny. Na moje pytanie, co robila w weekend, odpowiedziala: “robilysmy z babcia maly shopping:)”… coz angielsko-jezyczna dusza pokazuje czasem swoje rogate oblicze;). 27 dni do powrotu:).

Polmetek

Juz prawie polowa pobytu Ameli w Polsce. Oprocz kilku pierwszych dni, ktore byly ciezkie pod wzgledem przestawienia sie czasowo-klimatycznego, Ami bawi sie swietnie. Obecnie spedza czas z Dziadkami (rodzicami Huba), ktorzy tez przebywaja w PL. Z raportow jakie nam zdaja, wyglada na to, ze Amelia ma mnostwo atrakcji. Jezdza prawie codziennie na jakies fajne wycieczki po Krakowie i okolicach. Byli w Bieszczadach, Nowym Targu, byli na splywie Dunajcem, byli nad Jeziorem Zywieckim, Gorze Zor, Ojcowie…. ty tyle co pamietam. Na porzadku dziennym sa wyjscia do parku wodnego czy przejadzki dorozka na Krakowskim Rynku. I tylko muzemu w Sukiennicach, ponoc niewypal, bo Ami pod ziemia sie boi, a do tego wystawa  o Holokauscie nie przypadla jej do gustu;). Z tego tez powodu odpuscili sobie Wieliczke. Ciesze sie, ze Mysia tak fajnie sie bawi. Cudownie mi sie z nia rozmawia, jej polski jest fantastyczny, slownictwo rozwinelo sie niesamowicie. Po raz kolejny utwierdzam sie w przekonaniu, ze te wyjazdy do Polski sa swietne, Amelia uczy sie tylu nowych, innych rzeczy. Mysle, ze dobrze wplywa to na jej rozwoj.

W sobote Ami wraca do mojej Mamy, a od poniedzialu zaczyna polkolonie. Jezeli beda tak fantastyczne jak w zeszlym roku, to Amelka znowu bedzie miala mnostwo wrazen i atrakcji.

Po wielkich debatach i dyskusjach, odpuscilismy sobie jednak wyjazd na kolonie. Amelia, o ile na poczatku zachwycona byla tym pomyslem, o tyle w miare zblizajacego sie wyjazdu ogonek podkulila i stwierdzila, ze nie chce jechac. Zaluje troche, ze zmienila zdanie, ale nie chce jej na sile wysylac. Sama idea kolonii czy obozow jest swietna i mysle, ze Ami, jak juz bedzie gotowa emocjonalnie, chetnie bedzie na takie imprezy jezdzila. W tym roku jest chyba jeszcze na to niegotowa. Coz, nic na sile.