Na trasie mojej wizyty w Chinach, nie moze zabraknac Ningbo. Mojego Ningbo. Miasta, z ktorym wiaza sie cudowne wspomnienia. Spedzam tam dwa dni. Caly piatek mam spotkania sluzbowe. Razem z prawnikami z zaprzyjaznionej kancelarii i moim bylym szefem Richardem, po kolei analizujemy sprawy ktore dla mnie prowadza. Dyskutujemy, porownujemy, analizujemy, przegladamy dokumenty. Richard ma dla mnie, jak zwykle zreszta, kilka spraw swoich klientow, ktore chce ze mna omowic. Po poludniu spotykamy sie z jedna z jego klientek, ktora obecnie ma problemy prawne w Stanach i potrzebuje mojej porady. Przemila babka, typowa chinska “businesswoman”, mowi szybko, wyrzuca z siebie tysiace pytan, natychmiast oczekujac konkretnej odpowiedzi. Przegladam dokumenty i akta kilku spraw toczacych sie w roznych sadach w Stanach. Cos doradzam, komentuje, wyjasniam. Kobieta jest mi wdzieczna, szczesliwa, ze znalazl sie ktos kto jej pewne kwestie wyjasni. Katem oka widze jak Richard z zadowoleniem kiwa glowa. Swoja droga nadziwic sie nie moge, jak ludzie inwestujac miliony dolarow w Stanach nie maja pojecia o podstawowych kwestiach zwiazanych z prowadzeniem dzialalnosci, odpowiedzialnosci, wymogow formalnych prowadzenia firmy. Tym bardziej, ze jak sie okazuje w mojej rozmowie z Richardem, podstawowe wymogi nie roznia sie zbyt od prawa chinskiego. Coz, nie ona pierwsza.
Richard zaprasza mnie na drinka, ale nasza wspolna przyjaciolka Sherry czeka juz na mnie i glosno (bo do cichych i spokojnych ona nie nalezy) oznajmia, ze porywa mnie na “babski wieczor”. Moje pytanie czy Richard nie moglby do nas dolaczyc zbywa wzruszeniem ramion i stanowczym gestem reki wyraznie wskazujacym, ze Richard ma sie oddalic, a ja mam juz nie opozniac tylko wsiadac do samochodu, bo juz i tak jestesmy spoznione. Richard poslusznie sie oddala, po ojcowsku proszac mnie tylko zebym na siebie uwazala, za duzo nie pila i nie wrocila za pozno do hotelu, bo powinnam sie wyspac;). Mrugam do niego porozumiewawczo i grzecznie dziekuje mojemu szefowi za troske;).
Sherry zaplanowala caly wieczor i niezbyt byla zadowolona, ze ja juz jestem po kolacji. Skomentowala, ze jej znajomi na mnie czekali i chcieli mnie poznac. Ze wszyscy sie rozeszli, ale jednego musze koniecznie poznac, bo jest “number one in Ningbo”. Na moja zdziwiona mine, Sherry pospiesznie wyjasnia, ze jest najbogatszym czlowiekiem w Ningbo. Number One czeka na nas w swojej willi, tradycyjnie czestuje herbata i przez godzine opowiada o swoich firmach, biznesach , klientach, renowacji willi, ktorej przeznaczenie probuje odgadnac – wyglada bowiem bardziej na muzeum niz na obiekt mieszkalny. Na koniec oprowadza nas po licznych komnatach pokazujac kolekcje dziel sztuki. Udajac, ze sie na tym znam, pytam o znaczenie historyczne imbryczkow, spodkow i rzezb. Moj prawdziwy zachwyt wzbudza natomiast pokoj z obrazami i rysunkami. Drogocenne czy nie, niektore z nich sa naprawde piekne, ciekawe. Ach jak fajnie wygladalyby na mojej scianie;). Po raz kolejny uswiadamiam sobie roznice miedzy naszymi kulturami. W kulturze zachodniej takie spotkanie uznac mozna za strate czasu i bez sensu. W kulturze wschodu, tak wlasnie buduje sie relacje, formuje guanxi – wyznajac zasade, ze nigdy nie wiesz kto sie moze w zyciu przydac. Jak juz bedzie potrzeba, zawsze latwiej powolac sie na wspolnych znajomych czy wspolnie spedzony wieczor. Sherry, jako sprytna businesswoman dokladnie o tym wie i tak wlasnie prowadzi interesy w Chinach. Niejednokrotnie bylam swiadkiem podobnych spotkan jak mieszkalam w Chinach. I nikt nie uznaje tego za strate czasu.
Sherry wiekszosc czasu spedza na telefonach. Obecnie ma dwa – co i tak jest postepem, bo swego czasu miala ich cztery – i wszystkie dzwonily non-stop. Nareszcie komunikuje, ze musimy jechac dalej. Wymieniami sie wizytowkami z Number One i machamy na pozegnanie. Pytam Sherry czy mozemy wreszcie gdzies spokojnie usciasc i porozmawiac. Nie widzialysmy sie dwa lata i wiele sie zmienilo w jej zyciu. Chce sie dowiedziec szczegolow. Ladujemy wreszcie w przytulnym klubie w hotelu Shangri-La. Zamawiamy po lampce wina i rozmawiamy. Sherry snuje swoja opowiesc o rozstaniu z mezem, o sprzedazy fabryk, o tworzeniu kolejnych nowych firm. Rozmawiamy o interesach, dzieciach, modzie i serialach. Ot typowa babska rozmowa. W tle fantastyczna Latynoska solistka i jeszcze bardziej niesamowity Ukrainski pianista daja swietny koncert. Przeboj za przebojem, mam wrazenie ze spiewaja same moje ulubione piosenki, glownie latynoskie. Cudna muzyka roznosi sie po nastrojowych wnetrzach. Tlumow nie ma. Deszczowa pogoda zniechecila chyba tubylcow do lazenia po miescie. A moze takie kluby juz zbyt staroswieckie dla nowoczesnych Chinczykow? Po skonczonym koncercie, solistka przysiada sie do naszego stolika i wznosi toast “za gosci i muzyke”. “Za Muzyke”, odpowiadam. Pyta mnie skad znam tyle muzyki latynowskiej, nie wygladam jej na “swoja”. Coz mowie, jestem fanem. Uwielbiam hiszpanska muzyke i latynowskie rytmy. Od zawsze. Wymieniamy poglady na temat wielkich artystow, na samo wspomnienie mojego ulubionego Alejandro Sanz, wzdycham tylko a oczy musialy mi sie niezle zaswiecic. Sonia (juz sie znamy) szepcze cos do ucha pianiscie i odchodzi usmiechajac sie znaczaco. Do mikrofonu oznajmia, ze ma teraz niespodzianke dla nowej przyjaciolki…;) Ciarki po plecach mi przechodza gdy cudownie, najcudowniej na swiecie odspiewuje ukochane Corazon Partio…Slucham w zachwycie, spiewajac pod nosem. Ktos krzyczy brawo, ktos inny podrywa sie do tanca, atmosfera gestnieje. Jest cudnie. Towarzystwo przy stoliku obok wznosi do nas toast, Sherry wdaje sie z nimi w pogawedke. Dla mnie nie liczy sie nic, jest tylko ta piosenka i cudny glos Sonii. Muzyka milknie, w drzwiach pojawia sie asystentka Sherry gotowa zawiesc mnie do hotelu. Fajna noc, mile wspomnienia. Za to wlasnie kocham Ningbo.
Kolejny dzien spedzam z Sherry na zakupach, kawkowaniu i dlugich rozmowach. Ogladam jej nowe biuro, poznaje wspolpracownikow, lazimy po miescie. Ningbo zachwyca. Dawna okolica w ktorej mieszkalismy jest w zasadzie nie do poznania. Wokol wyrosly centra handlowe, nowe ulice, nowe bloki. Inne miasto, inna atmosfera. Dolacza do nas Richard, jemy wspolnie lunch i jedziemy na masaz stop. Juz przyzwyczailam sie, ze foot massage to forma rozrywki. Juz nie dziwi mnie, ze wspolnie w jednym pomieszczeniu z nogawkami podciagnietymi pod biodra, dajemy sie masowac, nacierac, relaksowac. Juz dawno przekonalam sie, ze Masaz stop jest tylko z nazwy, w rzeczywistosci jest to masaz calego ciala polaczony z nacieraniem olejkami, wyginaniem konczyn we wszelkie mozliwe kierunki i mile spedzonym popludniem przy owocach, przekaskach i herbacie. Siedzimy wiec sobie we trojke i dajemy sie masowac. Wspominamy dawne czasy, rozmawiamy o zyciu, ogladamy zdjecia pociech na telefonach. Sherry wygrzebuje gdzies zdjecia Ami z naszego pobytu w Ningbo. Usmiecha sie slodki bobasek. Jeez, jak ten czas leci, dopiero dzieci nam o tym przypominaja. Od Richarda dostaje plyte z fajna muzyka Chinska. Sluchamy jej wspolnie w drodze na dworzec. Tak naprawde muzyka jest zmiksowana z rytmami latynowskimi. A moze to juz w mojej glowie po wczorajszym wieczorze wszystko mi sie zmiksowalo i brzmi jak Latino;).
Super szybki pociag zabiera mnie z Ningbo, choc wcale nie mam ochoty wyjezdzac. Iles set kilometrow na godzine wysysa mnie z miejsca, gdzie czuje sie dobrze. Kilka rozdzialow ksiazki i juz jestem w Szanghaju, ktory jest dla mnie bezosobowy, korporacyjny, przeludniony.