I jak tu w jednym, krótkim (chociaż nie obiecuję) wpisie przekazać wszystkie uczucia i odczucia jakie przywiozłam z Polski? Jak słowami wyrazić ogromniastą wdzieczność i radość ze spotkania z przyjaciółmi, jak podziekować za królewskie traktowanie, najcudowniejszą imprezę urodzinową czy grad niespodzianek? Jak, w kilku słowach, przekazać cudowne uczucie spotkania po latach, z niektórymi po 20 latach?
Po trzech latach zawitaliśmy rodzinnie do Polski. Ami rezydowała tam już od miesiąca, ale jak sama stwierdziła, to własnie wraz z naszym przyjazdem zaczęły się “wakacje”;). Nie bylibysmy sobą, gdybyśmy nie rozepchnęli dwóch tygodni do granic (nie)możliości i nie wcisnęli 10-ciu miast, 20-tu spotkań i 4,000 kilometrów w plan naszego pobytu.
Na dobry poczatęk zorganizowaliśmy małe spotkanie w rodzinno-przyjacielskim gronie. Przy pysznym, ślaskim jedzeniu biesiadowaliśmy do północy z najbliższą rodziną, sąsiadami i przyjaciółmi. Wdzięczni jesteśmy wszystkim za pomoc i serducho, które każdego roku niezmiennie okazują Ami podczas jej pobytu u dziadków. Ami, stworzenie o duszy Cygana, chętnie korzysta z zaproszeń na noclegi u cioci, obiady u pani sąsiadki czy przejażdżki rowerowe z wujkiem. W domu swojej przyjaciółki czuje sie jak u siebie, a sklepy z lodami potrafi wskazać z zamkniętymi oczami.
W nasz pobyt w Polsce postanowilismy wpleść również krótki, trzydniowy wypad do Pragi i Wiednia. Dołaczyli do nas znajomi z Dallas z synkiem, którzy też właśnie odwiedzają rodziców w Polsce, zabraliśmy Wandzię i Stasia, kuzynkę Martę i karawanem na dwa samochody wyruszyliśmy za sąsiednią granice. Przystanek Pierwszy: Praga. O urokach tego miasta można pisać by godzinami. Masę historii, urocze zaułki, klimatyczne uliczki, Hradczany, kościoły, zegary – wszystko piękne, ciekawe i na wyciągniecie ręki. No i nie zapominajmy o mostach. Całym, osobnym życiu kulturalnym jakie odbywa sie na mostach, pod mostami, przed mostami i w ich okolicy. Korzystaliśmy z uroków Pragi na maxa, od świtu do późnej nocy. Dzieciaki, o dziwo, sprawowały się świetnie, a małe epizody zmęczenia materiału łatwo dało się zażegnać przy pomocy lodów czy gofrów;). Z Pragi przemieścilismy się do Wiednia aby odkryć i podziwiać i jego uroki. W Wiedniu mieliśmy do dyspozycji “lokalsa” – znajomego studenta, a to, jak wiadomo zmienia charakter wycieczki z typowo turystycznego na bardziej w stylu “co lubią tubylcy”. Jan za punkt honoru przyjął sobie, że pokaże nam Wiedeń w 1.5 dnia i słowa dotrzymał. Wymęczeni na maksa, z zakwasami, odciskami i skurczami mięśni, ale zadowoleni i zachwyceni miastem dzielnie podążalismy za naszym przewodnikiem, podziwiając kolejne zamki, kościoły, muzea. Wszystko piękne, ciekawe i aż korciło, żeby wejść do środka i trochę się tym porozkoszowac, ale cóż czas gonił nas niemiłosiernie.
Gdy już znaleźliśmy się z powrotem w Polsce, przystąpiliśmy do realizacji misternie utkanego planu i dzień po dniu przemieszczaliśmy się z południa na północ, z północy na południe. Odwiedziliśmy przyjaciół we Włocławku, a że czasu jak na lekarstwo, skrzętnie wykorzystaliśmy każdą minutę i wspólnie przywitaliśmy świt ok. 4 nad ranem. Potem kilka dni w stolicy i kolejne odwiedziny znajomych, rodziny. Tak sie też zlożyło, że akurat w Warszawce obydwoje mieliśmy spotkania służbowe. Ja pojechałam do oddziału mojej firmy, gdzie miło spędziłam sobie popołudnie słuchając “co w trawie piszczy” i jak od kuchni funkcjonuje nasza firma. Hub miał, bardzo jak się okazało owocne, spotkanie na jednej z Warszawskich uczelni i wygląda na to, że dojdzie do jakiejs wymiany studenckiej a być może, że i wymiany kadry… Warszawę zdecydowanie opuszczamy zadowoleni, ale radość prawdziwa zaczyna się gdy wieczorem docieramy do przyjaciół w Zawierciu. Spędzamy sobie cudowny, beztroski weekend, cieszymy się soba, dzieciaki dokazują ale świetnie się bawią. Przy okazji zwiedzamy okolice, np. piękny zamek w Ogrodzieńcu, jeździmy na quadach a wieczorem grillujemy i gadamy, gadamy, gadamy.
Kolejny przystanek – rodzinne miasto Huba-Kraków. Pobyt w Krakowie to dla nas zawsze spotkania rodzinne, u babci, u kuzyna, a także załatwianie różnych spraw urzędowych, typu odnawianie dowodów, czy sprawy bankowe. Mimo, że wiele, bardzo wiele zmieniło się w polskich urzędach, irytujemy się troche przy okazji składania wniosków o dowody. Pani robi nam wykład na temat numerków, kolejek i papierków – Hub w tym czasie zaś bezczelnie robi zdjęcie wiszącej na ścianie “misji urzędu” – sloganiku w stylu: naszą misją jest pomoc petentom, a naszym celem ich zadowolenie. Misją pani w okienku tego dnia było zdecydowanie ‘udupienie’ petenta i pokazanie mu kto tu rządzi i kto jest mądrzejszy. Bo petent jest głupi. Z zasady. A petent, który nie wie, że w paszporcie ma nr PESEL to już zdecydowanie powód do kpin i publicznego poniżenia…. Wrrr……
Zimne piwko na rynku pozwala nam bardzo szybko zapomnieć o nieprzyjemnosciach urzędowych. A wieczorne spotkanie z dawno niewidzianymi, aczkolwiek sercu bliskimi, znajomymi zupełnie łagodzi drobne irytacje. Letni, piękny, tętniący życiem Kraków ma właśnie taką magiczną moc, jest lekiem na całe zlo życia codziennego. Bardzo chętnie zostalibyśmy sobie tutaj na dłuzej i skorzystali troche z tej magii… może nastepnym razem?
Po krótkim przystanku u rodziny w Radomiu, pognaliśmy na moje rodzime Wschodnie tereny… ale o tym już w następnym odcinku, bo przydługawo i przynudnawo się zaczyna robić;).