Trzecia Klasa

Ostatnie moje posty jeszcze w iście wakacyjnym tonie, a tu już rok szkolny zaczął się na dobre. Tak naprawdę to już prawie pierwszy miesiąc mamy za sobą. I nareszcie (prawie) ułożyły się wszystkie grafiki i powoli zaczynamy funkcjonować jak dobrze naoliwiona maszyna. Maszyna wprawdzie szybko pędząca, wiecznie się spiesząca, stresująca korkami, ale szybciej czy później docierająca do celu.

Ami już w trzeciej klasie! Zapomnieliśmy już co to znaczy mieć w domu przedszkolaczka czy pierwszaczka. Już teraz wszystko jest na poważnie a i wymagania wyraźnie się zwiększyły.

Ami nadal kontynuuje Chińska Szkołę, gdzie nie tylko uczą się Chińskiego, ale też mają zajęcia z Angielskiego, Matematyki, Kreatywnego Myślenia, a Ami dobrała sobie jeszcze Rysunek;).

Kontunujemy rownież pianino, pływanie i tenisa. A w co drugą sobotę spotykamy sie w Polskiej Szkole. Tak więc na nudę nie narzekamy;). Chociaż muszę przyznać, że Ami, nie zapeszając, wszystko to na razie ogarnia. Sprytnie odrabia sobie pracę domową w czasie Chińskiej Szkoły, żeby w domu mieć więcej czasu wolnego, a w drodze na zajęcia poczytuje sobie ksiązki. Wyraźnie widać, że rośnie mała humanistka bo pisanie i czytanie sprawia jej wiele radości, a Matma jest “eh tam”;). Jak napisała w jednym wypracowaniu: “WF też by lubiła gdyby nie to, że w nazwie ma “Education” (Physical Education – PE), bo to zabiera cały fun;).

Wypełniamy więc kalendarze zawodami,  występami, zajęciami, koordynujemy odwożenie-przywożenie, sleepovery, kinderbale i temu podobne. I dziwimy się sami sobie, że jeszcze za tym wszystkim nadążamy. 

Dwa Swiaty

Tak ogolnie to nie moge/chce narzekac na moja prace, bo naprawde lubie to co robie. Dzisiaj jednak poczulam sie jak biedniejsza siostra mojego meza;). Jego praca zdecydowanie jest bardziej glamour, wiecej mozliwosci spotkan z ciekawymi ludzmi, wiecej podrozy. Kilka tygodniu temu wrocil z Chile, gdzie wraz ze studentami odwiedzal najwieksze firmy w  tym kraju. Jako bonus mieli wycieczke w Andy oraz spotkanie z gornikami, ktorzy przezyli katastrofe w kopalnii jakies kilka lat temu, a teraz Hollywood nakrecil o tej historii film, na ktorego premiere byli wlasnie zaproszeni studenci i moj Hub.

Na wiosne ma zaplanowane wyjazdy do Etopii, Finalndii i Estonii, a na lato, chyba uczenie w Europie.

Dzisiaj z kolei Hub mial okazje uczestniczyc w konferencji organizowanej przez Centrum Busha p.t. Global Women’s Network ( http://www.bushcenter.org/GWN2015). I donosi mi, ze przy stoliku obok na lunchu siedza pp. Bushowie. A pozniej donosi mi, ze wlasnie gawedzil w windzie z zona Tony’ego Blaira –  Charie Blair – ktora tez uczestniczyla w konferencji. Oprocz tego otarl sie o kilku ambasadorowy, kilku ministrow, kilka “First Ladies” oraz niezliczona ilosc prezesow wielkich firm.

Sama wiem, jak fajne sa takie konferencje, ile ciekawych rzeczy mozna sie dowiedziec, ilu ludzi poznac. Ciesze sie, ze ma taka mozliwosc.

Jestem tu 10 Lat!

Idąc za ciosem okrągłych rocznic, dzisiaj odnotuję, że jestem już na Bloxie i tym samym w blogoprzestrzeni równe 10 lat. Dopóki nie znajdę czasu żeby przeemigrować na jakąś bardziej nowoczesną platformę, to będę tak współegzystowała z Bloxem i psy i koty (niczemu niewinne) na nim wieszała. Liczne wady Bloxowe pomijając, wdzięczna jestem, że Blox pisanie umożliwia, a co więcej umożliwia kontakty z innymi, wspaniałymi ludźmi. Uwielbiam to blogowe okno do świata innych, lubię wiedzieć co tam ciekawego porabiają moi blogowi znajomi. Lubię jak doradzamy sobie wzajemnie w sprawach super ważnych czy super błahych. Nigdy nie sądziłam, że można tak zżyć się z innymi blogowiczami, że można zapłakać nad czyims losem czy do łez usmiać się z ludzkich perypetii –znając się tylko “wirtualnie”. Bezcenne dla mnie są też znajomości przeniesione offline i kontynuowane w realu. Choć piszę głównie dla siebie, cenię sobie ponad miarę te wszystkie blogowe znajomości. Mam nadzieję, że wystarczy mi czasu, zapału i cierpliwości żeby kontynuowac tę moją kronikę przez kolejne dziesięciolecia. 

40 miec lat to nie grzech

Czekałam cierpliwie aż Blox pozwoli mi wstawić zdjęcia, ale się wziął i zaparł i nie pozwala i nie mam dostępu do nowej wersji Bloxa, która działała świetnie…..:(. Chciałam wrzucić parę zdjęć z ostatnich podróży, wydarzeń…. ale klapa, odnotuję je więc chociaż “na sucho”.

To najpierw odnotuję, że stuknęła mi 40!!!!! Tak jak pisałam wcześniej, miałam to szczęście znaleźć się wśród starych, dobrych, sprawdzonych przyjaciół i rodziny w dniu tych okrągłych, ważnych urodzin. I świętowaliśmy “przednio”;)! Po powrocie do Dallas, również moje kochane,  Texanskie przyjaciółki nie zapomniały o uroczystości i zabrały mnie na cudowny wieczór w przesympatycznym gronie, pyszną kolację, margarity;), a całość okraszona wypasionym, “dizajnerskim” prezentem;).

Ponieważ złożyło się tak, że w naszym gronie nie ja jedna obchodzę 40-tkę w tym roku, udało nam się zoragnizować babski wypad do Cancun. Pięć bliskich mi sercu babeczek świetowalo z nami nasze okrągłe urodziny w przepięknym kurorcie w Mexico;). Nie muszę chyba dodawać, że wyjazd choć krótki (5 dni w sumie) był intensywny…. ale tylko wieczorami;)…. bo w ciągu dnia oddawałysmy sie błooooogiemu plażingowi w cieniu palm i na tle lazurowej wody. Ja osobiście mam wielką słabość do Meksyku, jego kultury, muzyki, przyrody, uroczych plaż i tego błękitu wody. A jak dodać do tego all inclusive, świetne towarzystwo i swim-up bar….. to już nic do szczęścia mi nie potrzeba;).

Myśle, że godnie i jak sie należy “obświętowałam” Czterdziechę;). Teraz czekam co się będzie zmieniało w kolejnej dekadzie mojego życia. I oby były to zmiany na lepsze. A tymczasem, za Marylka powtarzam sobie, że jedno jest życie, więc trzeba życ pełną parą i nucę sobie:

…i choćbyś miał piwa nawarzyć
i konie cyganom kraść
ile masz życia w tym życiu
wyszarpnij po garści garść!

no spróbuj, zrób pierwszy krok
rozerwij kokon i przyj!
wybór należy do ciebie
masz jedno życie – żyj!


Co sie stało z naszą klasą?

A tak, punktem kulminacyjnym mojej wizyty w Miasteczku było spotkanie klasowe po latach. Dokładnie 21 lat temu zdaliśmy maturę i rozjechaliśmy się po świecie. I cudownym trafem, a także dzięki pracy wielu ludzi udało nam się zoragnizować spotkanie klasowe. Przyjechało trochę ponad połowę klasy, co zważywszy na to, że rozsiani jesteśmy po świecie dosyć konkretnie (Stany, Norwegia, Włochy, Belgia) oraz na to, że sierpień to sezon urlopowy, daje w sumie niezły wynik.
Impreza odbyła się w superaśnym miejscu zwanym Sadybą. To takie gospodarstwo położone w środku lasu i łąk, bez dobrego dojazdu, ale za to z cudnie zachowanym rustykalnym charakterem budynków. Np. sala imprezowa to stodoła, podrasowana rzecz jasna i zaadoptowana na potrzeby wykwintnych bankietów. Każdy budynek ma swoje przeznaczenie: weranda, pokoje gościnne, kuchnia, salonik, etc. Super miejsce i idealne na takie właśnie spotkania, gdzie z dala od zgiełku miasta, w cieniu cudownych ogrodów i natury można powspominać sobie stare, dobre czasy…. A że jeszcze do tego nakarmią wspaniałym żarciem czy poczęstują własnorecznie robioną lemoniadą np. z pokrzywy…. to już tylko bonus;). Cudowne są takie spotkania. Serce bije mocniej na samo wspomnienie naszych licealnych lat. Mieliśmy fantastyczną klasę, super zgraną, wesołą, taką do “tańca i do różańca”. Potrafiliśmy się bawić, a jak trzeba było zakasać rękawy i zakuwać, to pomagaliśmy sobie wzajemnie. Normą były “tajne komplety” z matmy gdzie podciągało się “nieco zagubionych” w arkanach matematycznej wiedzy, do których to niżej podpisana również się zaliczała;). A, że byliśmy Mat-Fizem o wysokim poziomie (to akurat dzięki kilku chodzącym geniuszom matematycznym, którym nawet nauczyciele nie dawali rady) a często wyjeżdżałam z zespołem i dużo nie było mnie w szkole, to tego podciągania było sporo;). No to sobie powspominaliśmy matmę, historię, co bardziej barwnych nauczycieli czy nasze zwariowane pomysły. Na przyklad jak namówiliśmy naszą Ś.p. wychowaczynię na wyjazd do poradni przedmałżenskiej;), albo teatru, albo jak dała się nabrać, że kolega, który wagarował od tygodni jest nieobecny bo…. urodziło mu się dziecko;), albo jak dzielnie broniła nas przed innymi nauczycielami, którzy nie potrafili docenić naszej młodzieńczej kreatywności czy potrzeby urwania się z ostatniej lekcji… np. bo musimy iść na przymiarkę sukienki studniówkowej do krawcowej….;).
Każdy z obecnych miał okazję opowiedzieć o sobie, swoim życiu, co robi, gdzie mieszka, czym się zajmuje. Każdy z nas to osobna historia, odrębna opowieść. Niesamowite jest jak się układają ludzkie losy, jak czasem lądujemy na przeciwległych biegunach. Jak ci najbardziej beztroscy i szaleni, stają się nagle przykładnymi rodzicami, a spokojne, ciche myszki –  jeżdża teraz na szybkich motorach;). Przy okazji przewertowaliśmy tysiące zdjeć –  bo każdy za zadanie miał przynieść zdjęcia z tamtych czasów. Smiechu było co nie miara. Jeez –  jak ludzie sie zmieniają. 21 lat to jednak kawał czasu.
Chociaż z wieloma osobami mam dosyć bliski kontakt i zawsze spotykamy się jak jestem w PL, to na imprezie pojawiły się osoby, z którymi kiedyś byłam bardzo blisko, ale, z różnych powodów, kontakt się urwał. Prawdziwe emocje pojawiły się właśnie przy spotkaniu z tymi ludzmi.  Jak fajnie było zobaczyć ponownie koleżankę, z którą byłyśmy “papużki- nierozłączki”, a której nie widziałam przez te wszytkie lata. Tak strasznie się cieszę, że ponownie nawiązałyśmy kontakt. Mam nadzieję, że tym razem już się nie urwie.
Ciężko było zostawić przyjaciół i świetną imprezę. Ponownie poczułam się jak szalona 18-to latka, z głową pełną marzeń i planów. I ciężko taką beztroskę zostawić. Pożegnanie było iście dramatyczne, śmiałyśmy się i płakałyśmy jednocześnie…. Musiałam wracać jednak do rzeczywistości, która już stawała się okrutna bo został nam tylko jeden dzień do wylotu:(.  Pozostaną jednak wspaniałe wspomnienia i to cudne uczucie, że na drugim końcu świata są ludzie tak mi życzliwi, tacy cudowni, prawdziwi przyjaciele.


Tu gdzie serce bije mi najmocniej

Ostatnim punktem programu naszej wycieczki jest moje Miasteczko. Historia zatoczyła koło i dokładnie 40 lat później znalazlam sie w miejscu w którym się urodziłam. Hub żartował, że trzeba pomnik w centrum postawić z tej okazji;). Miałam sobie nawet zamiar zrobić zdjęcie pod szpitalem, w którym się urodziłam, ale zrezygnowałam bo jest tam teraz sanatorium przeciwgruźlicze, więc może niekoniecznie krajobraz do zdjęć;).
Moje kochane, najkochańsze przyjaciółki urządziły mi najcudwniejszą imprezę urodzinową:). Zanim jednak mogłam się o tym przekonać, musiałam pamięcią wrócić do naszych lat szalonych i rozwiązać zagadki związane z moja młodością, naszymi szaleństwami czy ważnymi wydarzeniami. W nagrodę dostałam “brylantowe kolczyki” do pasa:-),  co również wiąże się z pewną anegdotą z naszego życia licealnego;). Uff… nareszcie możemy wejść do domu, gdzie czeka na nas dalsza część imprezy,  “człowiek-orkiestra”, czyli nasz znajomy muzyk, balony, dekoracje,  prezenty, roześmiane dzieci, gwar, zamieszanie i ogólne podniecenie. Dalsza część wieczoru to wspaniała zabawa, koncert gry na pianinie utalentowanej Ali, tańce do białego rana, przepyszne jedzonko, o jagodziankach pani Basi nie wspominając;). Myślę, że najlepszym podsumowaniem jest komentarz mojej Ami, która relacjonując wydarzenia kuzynce Martusi stwierdziła: “wiesz, fajnie było, mieliśmy Sylwestra z muzyką i tańcami, a moja mama płakała…;).” Płakałam rzecz jasna ze szczęścia  i wzruszenia i rozczulałam się, że są jeszcze ludzie, dla których coś znaczę, którym chce się na głowie stanąć, żeby zrobić mi przyjemność, że zawsze chętnie mnie przyjmą, ugoszczą, rozpieszczą, nie oczekując niczego w zamian.


Kolejne kilka dni to spotkania ze znajomymi i rodziną,  całodniowy wypad do Lublina w celu… spotkań ze znajomymi, łażenie po Starówce, objadanie się cebularzem i forszmakiem, wieczorne piwko nad wodą i miłe, przypadkowe spotkania na ulicy. Sobotni poranek natomiast spędziliśmy sobie u rodziny na wsi. Cudna jest wieś latem, gdy słońce świeci (nawet za bardzo), wszytko kwitnie, na stole pyszne warzywa i owoce z ogródka cioci, a  my siedzimy sobie, gadamy, wspominamy, nadrabiamy zaległości, cieszymy się sobą. Hub miał okazję (tzn. czas) zrelaksowac sie w SPA. A tak, bo teraz SPA są wszędzie, nawet w naszym Miasteczku. Ja wolałam ten czas wykorzystać na rozmowy pod parasolem i kolejne spotkania rodzinne. Choc nadal nie bylam nasycona i chętnie zostałabym jeszcze kilka dni, by posłuchać co tam ciekawego się dzieje w naszej rodzinie, musiałam zmykac  by ogarnąć się trochę przed IMPREZA…cdn.


Tyle Szczęścia Naraz – Polska 2015

I jak tu w jednym, krótkim (chociaż nie obiecuję) wpisie przekazać wszystkie uczucia i odczucia jakie przywiozłam z Polski? Jak słowami wyrazić ogromniastą wdzieczność i radość ze spotkania z przyjaciółmi, jak podziekować za królewskie traktowanie, najcudowniejszą imprezę urodzinową czy grad niespodzianek? Jak, w kilku słowach, przekazać cudowne uczucie spotkania po latach, z niektórymi po 20 latach?

Po trzech latach zawitaliśmy rodzinnie do Polski. Ami rezydowała tam już od miesiąca, ale jak sama stwierdziła, to własnie wraz z naszym przyjazdem zaczęły się “wakacje”;). Nie bylibysmy sobą, gdybyśmy nie rozepchnęli dwóch tygodni do granic (nie)możliości i  nie wcisnęli 10-ciu miast, 20-tu spotkań i 4,000 kilometrów w plan naszego pobytu.

Na dobry poczatęk zorganizowaliśmy małe spotkanie w rodzinno-przyjacielskim gronie. Przy pysznym, ślaskim jedzeniu biesiadowaliśmy do północy z najbliższą rodziną, sąsiadami i przyjaciółmi. Wdzięczni jesteśmy wszystkim za pomoc i serducho, które każdego roku niezmiennie okazują Ami podczas jej pobytu u dziadków. Ami, stworzenie o duszy Cygana, chętnie korzysta z zaproszeń na noclegi u cioci, obiady u pani sąsiadki czy przejażdżki rowerowe z wujkiem. W domu swojej przyjaciółki czuje sie jak u siebie, a sklepy z lodami potrafi wskazać z zamkniętymi oczami.

W nasz pobyt w Polsce postanowilismy wpleść również krótki, trzydniowy wypad do Pragi i Wiednia. Dołaczyli do nas znajomi z Dallas z synkiem, którzy też właśnie odwiedzają rodziców w Polsce, zabraliśmy Wandzię i Stasia, kuzynkę Martę i karawanem na dwa samochody wyruszyliśmy za sąsiednią granice. Przystanek Pierwszy: Praga. O urokach tego miasta można pisać by godzinami. Masę historii, urocze zaułki, klimatyczne uliczki, Hradczany, kościoły, zegary –  wszystko piękne, ciekawe i na wyciągniecie ręki. No i nie zapominajmy o mostach. Całym, osobnym życiu kulturalnym jakie odbywa sie na mostach, pod mostami, przed mostami i w ich okolicy. Korzystaliśmy z uroków Pragi na maxa, od świtu do późnej nocy. Dzieciaki, o dziwo, sprawowały się świetnie, a małe epizody zmęczenia materiału łatwo dało się zażegnać przy pomocy lodów czy gofrów;).  Z Pragi przemieścilismy się do Wiednia aby odkryć i podziwiać i jego uroki. W Wiedniu mieliśmy do dyspozycji “lokalsa” – znajomego studenta, a to, jak wiadomo zmienia charakter wycieczki z typowo turystycznego na bardziej w stylu “co lubią tubylcy”. Jan za punkt honoru przyjął sobie, że pokaże nam Wiedeń w 1.5 dnia i słowa dotrzymał. Wymęczeni na maksa, z zakwasami, odciskami i skurczami mięśni, ale zadowoleni i zachwyceni miastem dzielnie podążalismy za naszym przewodnikiem, podziwiając kolejne zamki, kościoły, muzea. Wszystko piękne, ciekawe i aż korciło, żeby wejść do środka i trochę się tym porozkoszowac, ale cóż czas gonił nas niemiłosiernie.

Gdy już znaleźliśmy się z powrotem w Polsce, przystąpiliśmy do realizacji misternie utkanego planu i dzień po dniu przemieszczaliśmy się z południa na północ, z północy na południe. Odwiedziliśmy przyjaciół we Włocławku, a że czasu jak na lekarstwo, skrzętnie wykorzystaliśmy każdą minutę i wspólnie przywitaliśmy świt ok. 4 nad ranem. Potem kilka dni w stolicy i kolejne odwiedziny znajomych, rodziny. Tak sie też zlożyło, że akurat w Warszawce obydwoje mieliśmy spotkania służbowe. Ja pojechałam do oddziału mojej firmy, gdzie miło spędziłam sobie popołudnie słuchając “co w trawie piszczy” i jak od kuchni funkcjonuje nasza firma. Hub miał, bardzo jak się okazało owocne, spotkanie na jednej z Warszawskich uczelni i wygląda na to, że dojdzie do jakiejs wymiany studenckiej a być może, że i wymiany kadry… Warszawę zdecydowanie opuszczamy zadowoleni, ale radość prawdziwa zaczyna się gdy wieczorem docieramy do przyjaciół w Zawierciu. Spędzamy sobie cudowny, beztroski weekend, cieszymy się soba, dzieciaki dokazują ale świetnie się bawią. Przy okazji zwiedzamy okolice, np. piękny zamek w Ogrodzieńcu, jeździmy na quadach a wieczorem grillujemy i gadamy, gadamy, gadamy.

Kolejny przystanek – rodzinne miasto Huba-Kraków. Pobyt w Krakowie to dla nas zawsze spotkania rodzinne, u babci, u kuzyna, a także załatwianie różnych spraw urzędowych, typu odnawianie dowodów, czy sprawy bankowe. Mimo, że wiele, bardzo wiele zmieniło się w polskich urzędach, irytujemy się troche przy okazji składania wniosków o dowody. Pani robi nam wykład na temat numerków, kolejek i papierków –  Hub w tym czasie zaś bezczelnie robi zdjęcie wiszącej na ścianie “misji urzędu” –  sloganiku w stylu: naszą misją jest pomoc petentom, a naszym celem ich zadowolenie. Misją pani w okienku tego dnia było zdecydowanie ‘udupienie’ petenta i pokazanie mu kto tu rządzi i kto jest mądrzejszy. Bo petent jest głupi. Z zasady. A petent, który nie wie, że w paszporcie ma nr PESEL to już zdecydowanie powód do kpin i publicznego poniżenia…. Wrrr……

 Zimne piwko na rynku pozwala nam bardzo szybko zapomnieć o nieprzyjemnosciach urzędowych. A wieczorne spotkanie z dawno niewidzianymi, aczkolwiek sercu bliskimi, znajomymi zupełnie łagodzi drobne irytacje. Letni, piękny, tętniący życiem Kraków ma właśnie taką magiczną moc, jest lekiem na całe zlo życia codziennego. Bardzo chętnie zostalibyśmy sobie tutaj na dłuzej i skorzystali troche z tej magii… może nastepnym razem?

Po krótkim przystanku u rodziny w Radomiu, pognaliśmy na moje rodzime Wschodnie tereny… ale o tym już w następnym odcinku, bo przydługawo i przynudnawo się zaczyna robić;).