Fajnie wraca sie do domku. Tym fajniej, że przynosimy ze sobą małe zawiniątko, które już na zawsze z nami zostanie. Antosia wprowadziła się do naszej sypialni, która na chwilę obecną zamieniła się w pokoik dla noworodka. Jak już opadły pierwsze emocje, rozpakowaliśmy manatki, a Antosia zajęła miejsce w łóżeczku, zaczęłam rozmyślać jak to wszystko będzie. Szczerze mówiąc nie wiedziałam od czego zacząć układać nasze nowe życie. Obiecałam dać sobie kilka dni na ogarnięcie nowego rozkładu dnia i przede wszystkim na dojście do siebie. Łatwo mi to sobie obiecać bo w domu mam pomoc w postaci teściów i Mamy. Mogłam więc sobie spać, odpoczywać i zajmować się Malutką. Nic innego mnie nie obchodziło. Piersze dni i noce to jeden zlepek czasu. Życie kręci się wokół dziecka – od karmienia do karmienia. W międzyczasie jest przewijanie, bekanie, ściąganie pokarmu. I cykl zaczyna sie od nowa. Na glębsze przemyśenia i zastanawianie się jak właśnie zmieniło się nam życie nie ma raczej czasu. Przy drugim dziecku, podejście jest też zupełnie inne. Już nie ma tej obawy czy damy rade i jak damy rade. Przecież daliśmy już raz radę, Amelia wyrosła nam na zdrową, fajną dziewczynkę, jest więc nadzieja, że i z Antosia sobie jakos poradzimy;).
Month: March 2016
Sisters
Ciekawe jakie te siostrzyczki beda mialy relacje w przyszlosci… na razie jednak Amelia totalnie stracila glowe dla mlodszej siostry. Pojawiaja sie wprawdzie momenty zazdrosci i chec zwrocenia na siebie uwagi, ale ogolnie, Ami nie moze przejsc obok Malej zeby jej nie ucalowac i poprzytulac.
Poród
Wszystko przebiegło pomyślnie. Jako, że miałam zaplanowaną cesarkę nie było zaskoczenia w stylu – wody odchodzą w środku nocy. Pojechaliśmy spokojnie rano do szpitala. Od momentu przekroczenia progu szpitala, uruchomiła się machina dobrze zorganizowanej procedury porodowej. Na początek umieścili nas w sali przedoperacyjnej. Jedna po drugiej wchodziły i przedstawiały się pielęgniarki, asystentki, lekarze. Każdy zadawał mnóstwo pytań, oglądał moją kartę, coś dopisywał. Natychmiast podłączyli mnie do aparatur mierzących tętno dziecka, moje ciśnienie, etc. Zanim sie dobrze rozpoznałam w sytuacji już byłam podłączona do kroplówki i jeszcze jakichś aparatów. Korowody personelu przewijały się przez moją salę, aż wreszcie zaproszono mnie na spacer w seksownej koszulce szpitalnej z rozcięciem z tyłu;). Całe szczęście nie wędrowaliśmy daleko, więc pewnie tylko kilka osób zdążyło zobaczyć przebłyski mojego gołego tyłka;). Celem wycieczki byla rzecz jasna sala operacyjna. Tutaj znieczulili mnie porządnie – chyba aż za bardzo bo na chwilę zrobiło mi się slabo i niedobrze. Nie miałam nawet siły się poskarżyc, że coś jest nie tak, ale chyba wyraz mojej twarzy zdradzał moje samopoczucie bo natychmiast podłączyli mi drugą kroplówkę, po której juz za chwilę poczułam się lepiej. Ciało moje podzielone zostało w tym momencie na pół: jedna połowa nieruchoma, nic nieczujaca oddzielona została zieloną kotarą od drugiej, coś tam czującej, trochę przestraszonej, trochę “przymulonej”. Dołem zajął sie mój doktorek, który do pomocy wziął sobie koleżankę po fachu oraz sztab pielęgniarek. Góra zajął sie anastezjolog, który nie wiadomo skąd i kiedy pojawił się, jak już znieczulona leżałam na stole. Zażartował tylko, że on naprawdę jest lekarzem a nie ciekawskim, który wstąpił z ulicy na cesarkę. Anastezjolog-Wesołek zaprosil Huba do przesunięcia się za kotarę w celu lepszego miejsca widokowego, ale Hub grzecznie z opcji oglądania moich flakow z bliska zrezygnował i zajął honorowe miejsce u moich głów. Jak już mnie obstukali i ponakłuwali i upewnili się, że nic nie czuję, zaczęło się. Pielęgniarka pilnująca mojej górnej połowy ciała, co chwile wsadzała nos za kotarę i relacjonowala mi przebieg opercji. Niewiele pamietam, ale nie trwało to długo zanim z uśmiechem oświadczyła, że teraz będzie “Baby”;). Ogłosili czas urodzenia: 12:41 i natychmiast zrobiło się poruszenie. Kilkanaście osób sprintem ruszyło do akcji odbierania Malutkiej, a po krótkiej chwili usłyszałam cichutki płacz Antosi. Płacz, na który tak bardzo czeka każda matka. Poruszenie trwało. Bieganie, ważenie, mierzenie, wykrzykiwanie wymiarow we wszelkich formatach miar i wag – funty mieszają się z gramami, a incze z centymetrami. Co chwile każdy pyta każdego o czas narodzin. W tle słyszę odliczanie narzędzi i śmiech mojego doktorka. Coś tam do mnie docierało, ale niewiele. Hub już trzyma Malutką na rękach i przytula mi ją do twarzy. Po policzkach płynęły nam łzy radości, wzruszenia, ulgi. Grupa “pediatryczna” przejęła Małą by zrobić swoje, a z glośnika w sali nagle rozległo się “Happy Birthday”. Przez chwile myślałam, że mi się to śni, ale wszyscy śmiali się i podśpiewywali, więc stwierdziłam, że to chyba naprawdę tu grają. Cała ta scena zupełnie surrealistyczna: ja z rozciętym brzuchem, płacz dziecka w tle, a z glośników sączy się kiczowate “Happy Birthday” – miało to jednak swój niepowtarzalny urok.
Doktorek triumfalnie zakończył zabieg, przybiegł w moje wezgłowia z gratulacjami i przypozował do zdjęcia z Małą. Fajnego mam gina. Spokojny, na luzie. Mamy niemalże kumpelskie relacje, co w sytuacjach stresujacych zdecydowanie pomaga. Anastezjolog-Wesołek zaczął odłączać mnie od monitorów i kroplówek w biegu dyktując notatki pielęgniarce, która wprowadzała dane do komputera. Zanim sie obejrzałam już turlali mnie na inne łóżko i wywozili do Sali po-operacyjnej. Cały zabieg zajął im nieco ponad godzinę. Wydaje mi się, że to rekordowy czas. Moja poprzednia Cesarka trwała ponad 2 godziny.
Na sali po-operacyjnej leżałam ok. 2 godziny. Cały czas jedna pielęgniarka zajmowała się mną, a druga dzieckiem. Mała cały czas była przy mnie i wszelkie badania, pomiary, pobieranie krwi, etc. odbywało się przy moim łóżku i mogłam wszystko obserwowac, a Hub mógł Malutką trzymać na rękach, co jakiś czas kładąc ją na mnie na tak ważny I zalecany “skin-to-skin contact”. Bardzo mi się to podobało.
Wreszcie przewieźli nas do mojej Sali. Tutaj znowu, jedna pielęgniarka zajmuje się mną, a druga dzieckiem. Na tym początkowym etapie jest sporo badań, pomiarów, pytań, rozmów, etc. Jako, że ja jestm nadal nieruchoma od pasa w dół, co chwile zaglądajaca do mnie pielęgniarka staje się najlepszym przyjacielem. Hub w tym czasie pojechał po rodzinkę, która niecierpliwie czekała na “sygnal”, że wszystko jest OK i że można przyjeżdżać.
Pierwsze spotkanie Amelii z siostrzyczką- bezcenne. Ami była zachwycona i zauroczona jak malutkai cudna jest Antosia. Delikatnie dotykała jej malutkich rączek i całowała maluśką główkę. Teściowie i Mama też wzruszeni i podekscytowani. Cudowne chwile i Bogu dziękuję, że mogłam dzielić je z najbliższymi.
Reszta pobytu w szpitalu przebiegła spokojnie. W kolejne dni odwiedzali nas znajomi, codziennie przychodzili dziadkowie, Hub nocowal z nami pierwsza noc, a później kursowal między pracą, domem a szpitalem próbując pogodzić tatusiowanie z przygotowaniami do wyjazdu do Etiopii za kilka dni. Ami, jako, że miala właśnie ferie, przebywała sporo ze mną w szpitalu, choc szczerze mówiac trochę się tam nudziła. Po 4 dniach wyszłysmy z Malutką do domu.
Jestem po raz kolejny pod wielkim wrażeniem obsługi w szpitalu, warunków, serdeczności personelu i całego świetnie zorganizowanego systemu opieki nad matką i dzieckiem. Większość pielęgniarek była cudowna, matczyna, chętna do pomocy o każdej porze dnia i nocy. Z Michelle, która towarzyszyła mi przez 3 dni, wiemy chyba o sobie wszystko, przegadałyśmy sporo czasu. Powrót do zdrowia napewno staje się łatwiejszy, gdy wszystko zorganizowane jest aby wszystko ci ułatwić i trochę nawet “rozpieścić”. Wszystko podane pod nos, posiłki wybierane z karty jak w najlepszej restaruacji, non-stop zmieniana pościel isprzątany pokój, spełnianie każdej zachcianki, jak budyń w środku nocy (bo nie można brać leków na pusty żołądek) czy gorąca herbata bo nagle zrobiło mi sie zimno.
Antonia Cecilia
Tyle jest do opisania, tyle do opowiedzenia, tyle emocji wiaze sie z tym wielkim wydarzeniem w naszym zyciu. Postaram sie jakos to uporzadkowac i opisac. Tymczasem zamieszczam pierwsze zdjecie naszego skarbu, malej Antosi, ktora przyszla na swiat 7-go Marca, 2016. Cale 3700 g i 50 cm szczescia i milosci:
Ostatnia Prosta
Ostatnie tygodnie ciazy minely super szybko. Cale szczescie czulam sie w miare dobrze i moglam obrabiac biezaczke w pracy i w domu. Jak to w bajkach bywa, w pracy tuz przed odejsciem fura roboty. Chcialam podgonic i zostawic sprawy w miare pokonczone lub na przyzwoitym etapie, zeby bylo latwo sie zorietowac jak ktos za mnie przejmie. A to wiadomo wiazalo sie z siedzeniem do poznych godzin czy nadrabianiem w domu. W ostatnim dniu w pracy, uprzatnelam tylko biurko, przekazalam akta kolezance, wyslalam raport do szefa i z satysfakcja zamnkelam komputer i wlaczylam zawiadomienie “out of office”.
W domu tez sporo przygotowan. Niby czlowieczek maly, niby niewiele potrzebuje, ale nagle caly pokoj zastawil sie pudlami, pudelkami, hustawkami, stoliczkami, etc. Dzieki posilkom, ktore przybyly z Polski i z Ohio, wyrobilismy sie ze wszystkim, choc wiele rzeczy robione bylo w ostatniej doslownie chwili.
Gdy przyszedl poniedzialek rano – dzien wyznaczonej cesarki, czulam sie gotowa. Wiadomo, ze emocje siegaja zenitu i cale to oczekiwanie nagle staje sie rzeczywistoscia. Jechalam do szpitala z glowa pelna pytan, jak to bedzie, jaka bedzie ta nasza wyczekana coreczka, jak potoczy sie sam zabieg, jak bede znosila rekonwalescencje, etc.