Oj szalala, szalala;)

Wszystkiemu winna hulajnoga. Albo recznik. Albo i to i to…… W piatkowe popludnie Ami umowila sie z kolezankami na osiedlowym basenie. Porwala hulajnoge, przerzucila recznik przez ramie i pognala co sil w nogach na basen. Za chwile jednak wrocila z placzem, rozbitym kolanem,  zakrwawiona broda i bolaca reka. Okazalo sie, ze recznik zaplatal sie w kola hulajnogi i Ami wyladowala na chodniku:(. Reka bolala, ale nie wygladala tragicznie. Oblozylismy lodem, altacetem, zabandazowalismy i Ami poszla spac. Nastepnego dnia, reka troche ja bolala, ale nie az tak zeby wzbudzic moje podejrzenia. Wyruszylysmy wiec z domu i skrzetnie realizowalysmy kolejne punkty szczelnie wypelnionego dnia: test z chinskiego, polska szkola, etc. Ami skarzyla sie co jakis czas na reke, ale tez skarzyla sie na kolano i brode.

Gdy jednak po poludniu reka zaczela coraz bardziej puchnac i juz nie wygladala zbyt dobrze, a Ami nie mogla ruszyc palcami, wiedzialam, ze cos sie swieci. Zabralam dziadziusia dla towarzystwa i na otarcie lez i pojechalismy do  dyzurnej przychodni. Jedno spojrzenie personelu i juz wiedzielismy, ze mamy do czynienia ze zlamaniem. Przeswietlenie tylko to potwierdzilo. Diagnoza: pekniecie obu kosci nad nadgarstkiem:(. Nastepny punkt programu: gips. Zagipsowali Ami po sama pache, choc, jako, ze reka byla dosyc spuchnieta, gorna czesc pozostala otwarta. Z przychodni wyszlismy wiec z reka w gipsie, recepta na silne leki przeciwbolowe i skierowaniem do ortopedy:(. Ot taka rozrywka na sobotni wieczor…

Bynajmniej nie do smiechu bylo babciom, ktore zostaly w domu. Informowalismy je na biezaco o “stanie pacjentki”;), a jak wrocilismy do domu zastalismy je obydwie przy stole z zapuchnietymi od placzu oczami. Nie wiedzialam, czy najpierw pocieszac Ami czy babcie;). Mialy jednak troche racji uzalajac sie nad Ami, bo moment nadwyraz nieodpowiedni sobie reka wybrala na zlamanie. Od poniedzialku mialy zaczac sie treningi i zawody plywackie, Ami dopiero co zostala obmierzona na okolicznosc strojow/T-shirtow, etc. druzynowych, a tu kariera zawodowej plywaczki wlasnie sie zakonczyla. Bynajmniej na ten sezon. Nie wspomne, ze za miesiac Ami leci do Polski, gdzie tez ma zaplanowane wszelkie obozy, pol-kolonie, etc. I juz oczyma wyobrazni szukalam znajomego ortopedy, ktory zajac by sie mial zdjeciem gipsu.

Wtorkowa wizyta u ortopedy przyniosla jednak garsc dobrych wiesci. Prawdziwym szczesciem w nieszczesciu jest to, ze zlamanie nie jest najtragiczniejsze. Choc pekniete sa obie kosci, pekniete sa w miejscu gdzie latwo mozna je unieruchomic ( a nie np. w nadgarstku) co powinno przyspieszyc gojenie. Ortopeda zapewnil, ze do Polski Ami poleci juz bez gipsu, a tylko z tymaczsowa opaska. Ku naszej uciesze, zalozyl tez Ami krotszy gips, tak do lokcia, co znacznie poprawilo mobilnosc i sprawnosc Amelki. Na oslode, pielegniarka pozwolila wybrac Ami kolor gipsu. I tak oto wyladowalismy z modnym w tym sezonie blekitem:) (eh… zmyslam oczywiscie). Humor nam sie troche poprawil i choc reka w gipsie w srodku lata to zaden “fun”, moglo byc naprawde o wiele gorzej.

IMG_4924

Open House

Raz w roku dzieci w szkołach mają tzw. Open House – czyli spotkanie, na którym dzieciaki prezentują czego się nauczyły, jak wygląda ich typowy dzień w szkole, nad jakimi projektami pracują, etc. Właśnie wróciliśmy z takiego spotkania szkolnego u Ami. Amelia z dumy pękała prezentując mi swoją klasę, przykładowe prace, projekty nad którymi tak ciężko pracują. Najciekawszą częścią programu był test specjalnie przygotowany dla rodzicow w stylu: “Are you smarter than a 3rd grader?”, czyli czy jesteśmy mądrzejsi od trzecioklasistów. Niesamowite jakich rzeczy uczą się nasze dzieci: co to jest onomatopeja, jakies statystyki o planetach, dosyć zaawansowana matematyka, rodzaje inwestycji, prawo popytu i podaży, etc., Dość powiedzieć, że test oblałam z kretesem.  Na 8 pytań odpowiedziałam tylko na 3. Wyłożyłam się na onomatopei właśnie i nie wiedziałam nic na temat bohaterów książek, które właśnie czytają. Amelia z dumą czerwonym długopisem nakreśliła mi wielkie F. Musiałam trochę się zbuntować   i ruskim targiem wynegocjowałam słabe D – czyli jakąś tróję;).

Jestem pod wielkim wrażeniem jak dobrze zorganizowana jest szkoła Amelii. Dzień zaplanowany jest sczegółowo, dzieciaki znają rozkład dnia, wiedzą czego się spodziewać i nie buntują się, że  nauczyciele wymagają od nich ciągłej uwagi. Nauka naprawdę potrafi być ciekawa, dzieci lubią szkołę. Amelia uwielbia swoja panią, która jest dosyć wymagająca, potrafi jednak docenić i pochwalić. Podoba mi sie jak zorganizowany jest cały system nagród i kar. Czasem oczami przekręcam, że tak “po amerykańsku” dzieciaki chwalone są za najmniejsze osiągnięcia, widzę jednak, że na przykład na moje dziecko takie pochwały działają bardzo motywująco. Żeby nie było za słodko, dzieciaki są również karane. Oprócz typowych “uwag”, dywaniku u dyrektora, etc. dzieciaki za karę jedzą samotnie lunch czy pozbawiane są możliwości zabawy z kolegami w czasie przerwy. Ponoć takie kary działają cuda. Podoba mi się również, że większość materiału dzieci przyswajaja w szkole. Praca domowa to tylko utrwalenie, ćwiczenie. Widzę, że Amelia świetnie czuje się w środowisku szkolnym, ma sporo koleżanek i jest lubiana. Aż trudno uwierzyć, że w przyszłym roku będzie już w czwartej klasie!



Jay

Miałam już kiedyś zamiar napisać o Jay’u. Znajomy może trochę nieortodoksyjny. Normalnie niewiele miałabym wspólnego z 60-letnim, byłym agentem FBI z 30 letnim stażem, który teraz szefuje u nas, sztywnemu jakby nie było, działowi Compliance. Ale Jay jest super otwarty, zabawny i świetnie się dogadujemy. Ponieważ pracujemy często razem, poznaliśmy się bliżej i bardzo się lubimy. A w sobotę Jay zaprosił nas na świetną imprezę z okazji 30-tej rocznicy ślubu jego i Karen.

Szczerze mówiąc nie wiedziałam czego się spodziewać. Ku naszemu zdziwieniu, okazało się, że trafiła nam się nie lada impreza.  Jubilaci przygotwali super zabawę  w ciekawym miejscu  – destylarni gdzie produkuje się whiskey i bourbon połączonej z restauracją i pięknym patio. W ramach imprezy odbyliśmy wycieczkę po destylarni gdzie dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy na temat produkcji i sprzedaży whiskey. Nie zabrakło również różnego rodzaju alkoholu do degustacji i oceny. Sama impreza naprawdę świetna. Ponad 100 osób zjawiło się by świętować tą okrągłą rocznicę z Jay –em i jego żona. Niektórzy przejechali cały kraj by stawić się na imprezę. Jay wygłosił przecudna i wzruszającaą przemowę.  Podziękował wszystkim za przybycie, ale przede wszystkim podkreślił jakie cudowne jest jego małżeństwo, jak ważna jest dla niego rodzina i żona. Fajnie popatrzeć na ludzi, którzy przeżyli ze sobą 30 lat a nadal patrzą na siebie jak zakochani nastolatkowie i nie wstydzą się tej miłości okazać.

Ogólnie świetna impreza, która ponoć ciągnęła się do późnej nocy. My zmyliśmy się tuż przed 10, bo wiadomo dzieci, obowiązki;).



Tak źle i tak niedobrze

Generalnie, czas szybko płynie. Jak się jest na macierzyńskim czas biegnie dwa razy szybciej. Moja 10- tygodniowa przerwa nieubłagalnie dobiega końca.

Powoli mentalnie nastawiam się już na powrót do nowego, “normalnego” życia. Oczywiście targają mną sprzeczne uczucia. Lubię moją pracę, to co robię i nie wyobrażam sobie, że rzuciłabym pracę i została w domu. Takie siedzenie w domu jest fajne, ale gdzieś w głowie kołacze się poczucie winy, że nie za wiele moja osoba wnosi do naszego życia.   Z drugiej strony, szkoda mi bardzo, że zostawię Antosię, że nie będę mogła już spędzać z nią dużo czasu, że ominie mnie mnóstwo “pierwszych” uśmiechów, grymasów, słów, kroków. Wielkim, wielkim pocieszeniem, jest fakt, że zostawiam Antosię w dobrych, chyba najlepszych z możliwych, rękach – z dziadkami, a do końca czerwca jeszcze z moją mamą.

Próbując przygotować sobie “miękkie lądowanie” w pracy, pojawiłam się w biurze już w czwartek i piątek. Nie chcę żeby w poniedziałek rano zwaliła się na mnie lawina spraw, które muszą być załatwione “na wczoraj”. Potrzebuję tych kilku dni żeby zorganizować się od nowa, przejrzeć emaile, porozmawiać z szefem, koleżankami i moją asystentką, która trzyma rękę na pulsie w czasie mojej nieobecności.

Wszyscy powitali mnie miło, cieszą się że już jestem. Wiem, że cieszą się równiez z faktu, ze przybyły kolejne dwie ręce do roboty. Szef na powitanie ostentacyjnie odetchnął z ulgą, poklepał po plecach  i stwierdził, “dobrze, że już jesteś, brakowało nam cię”, po czym z szelmowskim uśmiechem wyrecytował listę nowych spraw, które dostaliśmy w czasie mojej nieobecności. Minę chyba miałam nietęgą, bo na pocieszenie dodał, że oczywiście będzie mnie wspierał i większe sprawy będziemy prowadzić razem.

Fajnie było usiąść znowu za biurkiem, przejrzeć dokumenty, pogadać z ludźmi. Ale często moje myśli krążyły jeszcze wsród naszego Antośkowego życia. Zastanawialam się co teraz robi, czy śpi, czy są na spacerze, oglądałam co chwilę zdjęcia na telefonie i tęskniłam. Na pocieszenie wyszłam wczesniej i popędziłąm wyściskać mój skarbek.