Mimochodem

Ami konczy turnus kolonijny. Mówiła mi dzisiaj ze żałuje ze to już koniec bo tak naprawdę dopiero się rozkręciła. Tęskni jednak za domem, za Antosia, dopytywała się jak wyglada jej pokój, czy coś się zmieniło. I choć cudowne są takie wyjazdy i choć bardzo chce żeby Ami pokochała Polskę i spędziła tam cudowne lato, to chyba już wszyscy jesteśmy gotowi żeby wrócili do domu.

Hub zawital  nareszcie do portu, chociaż nie obyło się bez niespodzianek. Zadzwonil dzisiaj  i od niechcenia napomnknal ze właśnie wrócił z Holandii gdzie przebiegł sobie kolejny półmaraton. No tak bo przecież nie ma w tym nic nadzwyczajnego ze między zwiedzaniem a spotkaniami biznesowymi wyskakuje się na maratony. Śmieje się ze Hub jak Forrest Gump uderza w pogon za kazda biegającą grupa. No ale szczerze mówiąc to podziwiam go bardzo. Za odwagę, za brak oporów, za ciekawość świata i niestrudzenie. Ze ciagle gna do przodu, ze wynajduje sobie coraz to nowe wyzwania, realizuje plany i marzenia. I ciagle ma niedosyt.

 

Letni letarg…

Probuje jak moge nadrobic troche bloga. Nie mialam jakos ostatnio weny do pisania, choc dzialo sie sporo. A moze wcale nie dzialo sie nic takiego waznego? Jakims takim dziwnym zbiegiem okolicznosci, moze swiadomie, a moze nie, zrobilam sobie wakacje od zycia socjalno-towarzyskiego. Ot po prostu wyciszylam sie troche, nie zabiegalam, nie nalegalam, nie organizowalam. A, ze wiekszosc znajomych wyjechala, a ci ktorzy zostali zajeli sie swoimi sprawami, to i zycie towarzyskie sie o mnie nie upominalo. I wlasnie jak wcisnelam "pauze", uswiadomilam sobie na ile jestem sprawca mojego wlasnego zamieszania i jak przyzwyczailam ludzi dookola, ze to JA zawsze cos inicjuje, organizuje, zapraszam.  Nie jestem w stanie ocenic czy dobrze mi z tym czy zle. Napewno inaczej. Generalnie lubie ludzi, lubie spotkania towarzyskie, lubie wyjscia, ciekawe rozmowy, nowe doswiadczenia. Ale w pewnym momencie zrobilo sie tego nagle tak duzo, tak jakos zycie wirowalo jak w obledzie, jakos tak "glosno sie zrobilo ze wszystkich stron, ze w calym tym zabieganiu nie slyszalam juz wlasnych mysli…. i  postanowilam sie wylaczyc;). Ale jestem, zyje, funkcjonuje, pracuje, matkuje, sprzatam, przestawiam, ustawiam, koordynuje… czyli chyba wszystko OK. Przy okazji przeczytalam kilka dobrych ksiazek, obejrzalam kilkanascie dobrych filmow, wysprzatalam wszystkie szafy i spedzilam przecudowny czas z moja Antonka. Od niepamietnych czasow spedzilam mnostwo czasu w domu. Bywaly takie soboty czy niedziele, ze nosa nawet nie wysciubilam.

No ale powoli wynurzam sie na powierzchnie. Przyjazd dziewczyn z Polski troszke wybudzil mnie z letniego letargu i postawil na nogi. Zaczynam juz planowac nasze wakacje w Azji a w duszy zaczyna coraz jasniej blyszczec swiatelko podniecenia zwiazane z powrotem Huba i Ami, juz za tydzien.

Merykejki

Jak co roku o tej porze, przylecialy z Polski znajome z Mary Kay na swoje konferencje. Tradycja juz takze jest, ze przylatuja  kilka dni wczesniej i razem spedzamy sobie czas. Spedzanie czasu z moimi przyjaciolkami z MK polega na zwiedzaniu okolicznych centrow handlowych;). Dziewczyny rozkoszuja sie zakupami w Dallas, a ja z nimi. W tygodniu, gdy ja musialam pracowac, zostawialam dziewczyny w galerii tuz po jej otwarciu, a gdy chcialam zgarnac je do domu po pracy, nie byly jeszcze gotowe;). W weekend natomiast buszowalysmy wspolnie od sklepu do sklepu. Przyznam, ze uwielbiam z nimi kupowac. Nie dosc, ze swietnie znaja sie na rzeczy, chetnie doradza, zaproponuja stylizacje, a najlepiej ubralyby mnie od stop do glow – to jeszcze wprowadzaja sporo fajnego zamieszania, gdy paraduja po sklepie cztery wysokie blondyny w pieknym makijazu i butach na obcasach, przekrzykujace sie nawzajem w jakims dziwnym jezyku.  W jednym sklepie o malo nie dostalysmy wszystkie po glowie od zony, ktora odciagnac nie mogla meza, gdyz ten gapil sie jak sroka w gnat na sliczna Anie, ktora zdecydowala przeswitujaca sukienke przymierzyc na srodku sklepu. Panowie o malo nie zaczeli gwizdac, a tego wlasnie jednego wrecz zamurowalo i widac bylo, ze goraco zaluje, ze jest tu dzisiaj z zona;).

Niedziele spedzilysmy sobie za to leniwie, opalajac sie w ogrodku i popijajac Corone a pozniej juz co tam popadlo;). Antoska przechodzila z rak do rak i piala z zachwytu, ze tyle cioc poswieca jej uwage i rozpieszcza. Oderwala sie nawet od Dziadziusia, do ktorego na codzien jest przyklejona na stale jak Misiu Koala do drzewa;).

Uwielbiam moje Merykejki. Wnosza zawsze tyle pozytywnej energii w moje zycie, tyle sie mozna od nich nauczyc, tyle dowiedziec. A torba cudownych kosmetykow i codzienny “galowy” makijaz to juz prawdziwy bonus;). Czekam wiec do nastepnego lata, a caly ten entuzjazm i pozytywna energia, ktora przesiaknelam podczas ich pobytu  bedzie musiala wystarczyc na caly rok. I jak tu nie wierzyc w przeznaczenie, skoro od jednego zwyczajnego spotkania w samolocie do Dallas, narodzila sie przyjazn, ktora trwa juz 5 lat a co roku w lipcu odzywa i staje sie jeszcze mocniejsza.

Kolonisci

Kolejne dni uplywaja Ami w rytmie kolonijnego rozkladu dnia. Pierwsze dni wprawdzie nasluchalam sie jakie to niezadowolone towarzystwo bo pani telefon zabiera na noc, bo do kosciola nie chca isc, bo jedzenie jest takie sobie…. z kazdym kolejnym dniem jest coraz lepiej i sa zadowoleni. Podobaja im sie atrakcje, wycieczki. A to odwiedzaja lokalny skansen, a to laza po gorach lub jezdza na rowerze. Gdy pogoda nie dopisuje, maja zajecia w osrodku: robotki reczne, robotyka, basen a wieczorem, jak na zycie kolonijne przystalo, D-Y-S-K-O-T-E-K-A! Dziewczyny trzymaja sie razem, dodaja sobie otuchy. Amelia pokazuje mi przez skype widoki z okna i dotychczasowe zakupy i generalnie zdaje relacje z codziennych wydarzen.

Trudno uwierzyc, ze jeszcze tydzien i zakonczy sie letnia przygoda w Polsce. Niesamowicie szybko to lato minelo. Cale szczescie, ze przed nami jeszcze urlop w Azji.

Pelna Para

Ami wakacjuje pelna para. Po pelnej wrazen wycieczce po Europie, jezdza teraz z tatusiem po Krakowie i okolicach. Byli w Szczawnicy, kopalni srebra w Tarnowskich Gorach, jakiejs innej kopalni w Zabrzu,  po drodze odwiedzili jakies muzea, wawozy, itd. Szczerze mowiac to ledwo nadazam za tymi ich wycieczkami. Nie wspomne juz o Hubowych spotkaniach biznesowych rozsianych po calej Europie. Normalnie ciuciubabka: jestes w Krakowie? Nie w Monachium/Frankfurcie/Nicei/Amsterdamie/Dortmundzie/Heidenheim (*niepotrzebne skreslic). Ale miales byc w Krakowie… no mialem, ale wyskoczylem na spotkanie;).

Stalym punktem programu sa zawsze odwiedziny u cioci w Zawierciu. W tym roku rowniez Ami z Hubem spedzili sobie swietnie czas z naszymi kochanymi przyjaciolmi. W/g planu miala to byc krotka wizyta, wieczor/rano. Ciocia Iza nie wypuscila jednak Ami przez kolejne 2 dni, i dopiero jak nakramila, rozpiescila do granic niemozliwosci, obwiozla po okolicznych atrakcjach i obladowala worami prezentow, odwiozla pod skrzydla babci.

Babcia tymczasem niefrotunnie spadla ze schodow we wlasnym domu, potlukla sie i skrecila noge. Lekarz nakazal wprawdzie lezec z noga w gorze, ale przeciez ogorki same sie nie ukisza… ile to sie musialam nagadac, zeby siedziala na tylku (doslownie) i zapomniala o jakiejkolwiek robocie. Do konca nie ufam, ze mamuska sie dostosuje do lekarskich zalecen czy mojego gderania.

Ami juz przemiescila sie do Krakowa bo jutro wyjazd na prawdziwy oboz w prawdziwych gorach, gdzies kolo Rabki. Torby spakowane, humor dopisuje i podniecenie rosnie…. kolejne 10 dni Ami spedzi sobie nan typowych atrakcjach obozowych, ktore w dzisiejszych czasach przerastaja moja wyobraznie (parki wodne, trampoliny, parki rozrywki, rolki, rowery, robotyka, tance, itp.). Na obozie bedzie kuzynka oraz 3 dzieciakow znajomych z Dallas, wiec niezla ekipa. Ciekawa jestem wrazen i mam nadzieje, ze beda to kolejne cudownie spedzone chwile w Polsce.

Swoja droga tesknie juz za nimi i odliczam dni do powrotu.

Tour d’Europe

Ami podrozuje z tatusiem po Europie i donosi, ze jej sie bardzo podoba. Zaliczyli juz Londyn, obecnie sa w Paryzu, gdzie odhaczaja kolejne atrakcje turystyczne. Ami bardzo podobala sie wieza Eiffla i widoki z niej na cale miasto. Nie zrazila jej nawet godzinna kolejka po bilety. Dzielnie tez wytrzymuje wielogodzinne lazenie po miescie, wspomaga sie co jakis czas lodami czy jak na Paris przystalo macarons;). Ami sporo wie o Paryzu, wiedziala dokladnie co chce zobaczyc, gdzie zrobic sobie selfie – a to zasluga jednej z lalek, ktorej historia jest zwiazana z Paryzem, pieczeniem ciastek, itd. Wiec moze na cos sie te lalki przydaja;)

Londyn tez zrobil na Amelii wielkie wrazenie i choc niewiele wiedziala o samym miescie to chetnie sluchala historii poszczegolnych zabytkow. Nie obylo sie oczywiscie bez drobnych zakupow, ktorymi nie omieszkala mi sie pochwalic na Skype po kolei pokazujac nowe buty, maskotki, fatalaszki;).

Jakos tak fajnie sie ulozylo, ze Ami mnostwo zobaczy w te wakacje. Mam nadzieje, ze jest juz na tyle duza, ze zapamieta wszystkie te ciekawe miejsca, ktore odwiedzila a wspomnienia pozostana jej na lata! Czy mowilam juz za nia tesknie i chcialabym byc tam razem z nimi? Pewnie nie raz jeszcze sobie westchne;).

 

 IMG_9097s1  IMG_9104s