Po goracych debatach odnosnie tegorocznych wakacji, Bali wysunelo sie zdecydowanie na prowadzenie. Wprawdzie w ramach kompromisu zanim zawitalismy na Bali, odwiedzilismy rowniez Malezje, Singapur i Hong Kong, ale to Bali bylo punktem docelowym i spelnieniem moich marzen. I nie zawiodlo. Wrecz przeciwnie, przeszlo nasze najsmielsze oczekiwania, zachwycilo, przywitalo, ugoscilo jak tylko mozna najlepiej i pozegnalo pozostawiajac niedosyt i obietnice, ze jeszcze sie kiedys spotkamy.
Jestesmy juz na polmetku urlopu gdy nareszcie ladujemy na Bali. Poniewaz Bali ma tyle do zaoferowania trudno bylo nam zdecydowac sie czy wolimy plazowanie czy zwiedzanie czy bardziej interesuja nas swiatynie i architektura czy pola ryzowe i natura. W rezultacie, kroimy ten krotki pobyt na kawalki i probujemy liznac wszystkiego po trochu.
Nusa Dua
Zaczynamy od totalnego relaksu i powolnego wtapiania sie otaczajaca nas przyrode i atmosfere. Lokujemy sie w pieknej willi na terenie fajnego, zadbanego kurortu jakich wiele w Nusa Dua. Nusa Dua to przede wszystkich plaze, ocean, sporty wodne i cala ta plazowo-morska lokalna przedsiebiorczosc. Sa wiec masaze na plazy, zaplatanie warkoczykow, skutery, katamarany, parasailing lub dla mniej wymagajacych kawalek dobrze zadbanej, czystej, bialutkiej plazy z dostepem do lazurowego oceanu. W czasie gdy Hub z Amelia szaleja na skuterach i innych parasailingach, my z dziadkami i Antonka rozkoszujemy sie plaza. A pozniej zmiana. W czasie gdy my wybieramy sie na dluga wycieczka wdluz plazy do swiatyni na wzgorzu , dziadkowie stawiaja z dziecmi babki z piasku.
Wieczorami wybieramy sie na wycieczki do okolicznych miejscowosci I po prostu chloniemy Bali, ta cudowna atmosfere, zyczliwosc ludzi, pyszne jedzenie.
Ubud
Po kilkudniowym odpoczynku na plazy, pora na zwiedzanie z prawdziwego zdarzenia. Przeprowadzamy sie do Ubud – nie na darmo nazywanego kolebka kultury. Na jednym z wieczonych spacerow poznajemy Dewu, ktorego wynajmujemy na kolejne kilka dni I zwiedzamy, zwiedzamy, zwiedzamy. Podziwiamy swiatynie na klifie z przecudnym widokiem, odwiedzamy tarasy ryzowe, piekny wodospad, jemy lunch na zboczu aktywnego wulkanu. Wszystko okraszone cudowna roslinnoscia i pieknymi widokami. Niesamowita uczta dla oka.
Kolejne kilka dni spedzamy w samym Ubud, lokujemy sie fajnym hotelu w otoczeniu tropikalnego lasu. Wloczymy sie po miescie, podziwiamy ogrody, malpi gaj, targujemy sie na lokalnym targu, lazimy po sklepach, ogladamy, kupujemy i ogolnie rozkoszujemy sie atmosfera “Eat, Pray, Love”. Do pelnego szczescia brakuje mi tylko spelnienia mojego marzenia – wypozyczenia skutera i przejazdzki po polach ryzowych. Rodzina jednak staje murem i stanowczo zabrania wypozyczenia motorku, z gory zakladajac ze zlamie sobie kark lub kogos rozjade;). Na pocieszenie Hub zamawia mi i mamie masaz w cudnym spa… prawdziwa rozkosz, piekne zapachy, totalny relaks.

Nie sposob opisac Bali w kilku paragrafach. Nie sposob oddac tych widokow, zapachu, smakow lokalnej kuchni, cudownej roslinnosci, przyjaznego nastawienia ludzi I calej tej atmosfery. Balijczycy sa bardzo wyluzowani, spokojni, przyjazni. Kierowcy nie denerwuja sie w najwiekszych nawet korkach. Spokojnie sluchaja sobie radia, rozmawiaja miedzy soba, potulnie skladajac rece we wzajemnych podziekowaniach za przepuszczenie na drodze czy parkingu.

Tak jak wspomnialam, zanim dotarlismy na Bali, kilka dni spedzilismy w Kuala Lumpur i Singapurze. Sa to fajne, ciekawe miasta. Kuala Lumpur zachwyca Petronas Towers, pieknymi parkami, ogrodami, Chinatown. Singapur zas to przede wszytkim nowoczesne, super zaprojektowane (ponoc przez Polaka) miasto, gdzie wszedzie dojedzie sie metrem, a na ulicach nie znajdzie sie nawet papierka. Zdecydowanie warte zobaczenia I chcielismy pokazac te miasta rodzicom. Jezeli chodzi o mnie to moje serce zdecydowanie zostalo na Bali…. Wsrod tych ryzowych tarasow, wsrod zieleni, przyjaznych ludzi i pieknych widokow.

Ciekawe sa takie podroze. Uwielbiam ten dreszczyk emocji gdy dane nam jest odwiedzac nowe, ciekawe miejsca, poznawac ludzi, inna kulture, probowac lokalnej kuchni, eksperymentowac. I choc trzeba troche sie przemeczyc, choc dlugie godziny spedzone w samolocie do przyjemnych nie naleza, choc tempo musialo byc dostosowane do grupy, a harmonogram troszke zmodifikowany pod Antoske, to I tak byla to cudowna podroz. Przy okazji w KL spotkalismy sie z Zuzia z zaprzyjaznionego bloga (Zu in Asia), ktora pokazala nam miasto, opowiedziala mnostwo ciekawych anegdot I swietnie zaplanowala cala niedziele. W Singapurze natomiast mielismy okazje spotkac sie na szybkie piwo z Mackiem i Dorota, znajomymi jeszcze z czasow Ningbo, ktorzy po 7 latach spedzonych w Chinach przeprowadzili sie wlasnie do Singapuru.