Work Life Balance;)

Tak strzege tego balansu miedzy praca a domem jak lwica. Staram sie jak najmniej w domu pracowac, zeby (i tak juz ograniczony) czas spedzic z dziecmi lub chociaz w poblizu dzieci;). I, raz lepiej, raz gorzej, ale chyba mi sie udaje. Hub niestety pracuje i w pracy i w domu i w samochodzie i w tak zwanym miedzyczasie … ale ostatnio juz mocne postanowienie poprawy sobie zarzadzil i udalo nam sie jeden weekend wykroic dla rodziny. Pol soboty spedzilismy na placu zabaw. Antoska byla w siodmym niebie, Amelia troche sie nudzila – choc biegala od hustawki do zjezdzalni. Tak juz troche wyrasta z takich atrakcji, juz coraz bardziej interesuja ja ‘nastolatkowe’ tematy, instagramy, itp. No wiec, zeby Ami zadoscuczynic za bieganie za Antoska po placu zabaw, Hub zabral ja na scianke wspinaczkowa. Pozniej wspolnie pojechalismy na nasze ulubione tajskie, a na wieczor jeszcze Ami miala kolezanki na spanie, wiec totalnie dzien pelen atrakcji. Niedziela tez w miare na luzie, kosciol, male zakupy, po poludniu przedstawienie teatru dzieciecego, w ktorym wystepuje corka znajomej, a wieczorem obiad z dziadkami. Luz, blues, sielanka;).

 

Babski Wieczor Urodzinowy.

Kochane  te moje Psiapsioly. Mimo, ze urodziny obchodzilam bedac daleko, nie zapomnialy i zaprosily na wspanialy wieczor w babskim gronie. Zjadlysmy sobie super kolacje w nowo-otwartej Meksykanskiej restuaracji Masero, a pozniej wstapilysmy jeszcze na drinka do Blue Martini, tzw. hotspota;). Cudowne sa takie wieczory, super czas spedzony na nadrabianiu zaleglosci po dlugim lecie. I nie moglysmy sie wrecz nagadc i nacieszyc ta chwila. Juz dawno sie tak nie usmialam sluchajac opowiesci z “dawnych” lat, ze szkoly, ze studiow czy w ogole z zycia. Okazuje sie, ze zycie potrafi zaskoczyc zabawnymi sytuacjami. Juz nie pamietam kiedy spedzilam sobie taki beztroski wieczor popijajac drinki i cieszac sie swoim towarzystwem. A wisienka na torcie juz byla cudowna duza “dizajnerska” torba, ktora dostalam w prezencie. Oh jak one dobrze mnie znaja i wiedza, ze co jak co, ale torebka sprawi mi najwieksza przyjemnosc;). Ciesze sie, ze mamy takie fajne grono, ktore co chwile sie jeszcze powieksza. Prawdziwa szczesciara ze mnie i czuje sie totalnie rozpieszczona;).

Kataklizmy, duze i male.

Zbiesila sie prawdziwie matka natura ostatnimi czasy i zsyla huragan za huraganem. Jeszcze Houston i okolice nie ogarnely sie po Harveym, a tu nad Floryde nadciaga Irma, a za nia Jose i Katia. Sledze pogode, czytam komunikaty, mysle o znajomych na Florydzie. Znajomi w Houston wyszli obronna reka, zadnych szkod, Bogu dziekowac. Ale zamieszanie i tak niezle, pozamykane szkoly, utrudniony dojazd do pracy, pozalewane drogi, osiedla. Czyli wniosek jest taki, ze nawet jak cie taki kataklizm osobiscie nie dotknie to i tak zycie sie komplikuje. W pracy tez o niczym innym sie nie mowi jak tylko o pogodzie i huraganach. Przez dwa dni sledzilismy z zapartym tchem Irme nadciagajaca nad Portoryko, bo kolezanka stamtad wlasnie pochodzi i cala jej rodzina tam zostala i jeszcze, jak uparte koziolki, nie chcieli sie ewakuowac. No ale, Bogu Dzieki, wiekszych szkod nie bylo, chociaz brak elektrycznosci i wody bedzie podobno odczuwalny tygodniami.

U nas po dlugim weekendzie pozostalo tylko mgliste wspomnienie… ponoc byl. Nie moge sie pochwalic zadnymi osiagnieciami z wolnego czasu, bo ani specjalnie w domu nic nie zrobilam, ani tez szczegolnie nie odpoczelam… no moze za wyjatkiem niedzielnego popoludnia spedzonego w ogrodzie botanicznym – gdzie jak zwykle cudnie i porannej kawy pitej codziennie z mezem na tarasie. Takie male rzeczy, a zaliczam je niemalze do atrakcji sezonu. Niestety bardzo malo czasu spedzamy ze soba, wiec ciesze sie z takich krotkich chwil jak dzieciak;).