Nareszcie udalo nam sie odwiedzic polnocna Kalifornie i parki narodowe. Juz kilka razy sie przymierzalismy do takiej wycieczki. Ciesze sie, ze doszla do skutku. Choc nie obylo sie bez malych przygod.
Juz na poczatku, male zawirowania. Samolot, w ktorym juz siedzielismy musial zawrocic z powodu awarii. Ponoc uszkodzili mu skrzydlo przy ladowaniu bagazu. No bez skrzydla nie polecim, wysadzili wiec wycieczke i porozrzucali lud po roznych lotach. Nam trafilo sie z przesiadka w Houston, co spowodowalo, ze zamiast na 8 rano bylismy w San Francisco o 3 po poludniu. Czyli generalnie dzien w plecy, a tymczasem mielismy zaplanowane zwiedzanie miasta. Coz, robimy co mozemy, czyli zaliczamy Lombard Street – krzywa ulice, ogladamy kolorowe domy a na koniec dnia delektujemy sie autentyczna wloska kuchnia w Little Italy.
Kolejny dzien to wizyta w siedzibie Google. Hub uruchomil swoje kontakty i zalatwil nam wejscie na teren Google. O 10 rano czekal juz na nas Ashik, znajomy znajomego, ktory oprowadzil nas po glownym biurze oraz budynku Project X – czyli gdzie pracuja nad ciekawymi wynalazkami w stylu samochodu bez kierowcy czy internetu dostarczanego balonami na niezamieszkale tereny. Do Googla mozna wlasnie wejsc tlko, jezeli zna sie jakiegos pracownika, tym bardziej ucieszylismy sie z takiej okazji. Jak juz bylismy w Mountain View, nie moglismy ominac kampusu slynnego uniwersytetu Stanforda. Kampus maja przepiekny, choc rozlegly. Popoludnie spedzilismy juz w samym San Francisco. Chcielismy koniecznie zobaczyc Golden Gate Bridge – ale mgla platala nam figle i most ledwo co wynurzal sie z chmur mgly. Cpykalismy wiec zdjecia jak Japonscy turysci, w nadzieji ze uda nam sie uchwycic chocaz kawalek slynnego symbolu SF. Skutek byl taki sobie – dosc powiedziec, ze na most wrocilismy jeszcze nastepnego dnia w drodze do Sausalito, urokliwego miasteczka po drugiej stronie mostu. Po dniu pelnym wrazen, stracilismy troche czujnosc. Wbrew ostrzezeniom (obecnym wszedzie i powtarzanym na kazdym kroku) zostawilismy plecaki w samochodzie zaparkowanym na parkingu przy Ghirardelli Square – w samym centrum miasta. I pech chcial, ze nam sie do tego samochodu wlamali, wybili szybe i zabrali plecaki. Oprocz typowych turystycznych drobiazgow, na nieszczescie w plecaku byl tez iPad. Ami byla niepocieszona. Wieczor uplynal nam na skladaniu raportu policyjnego i kontakcie z wypozyczalnia. Na szczescie bez problemu wymienili nam samochod i pokryli wszelkie koszta.
Ostatniego dnia w SF przeprawilismy sie na drugi brzeg do cudownego miasteczka Saucalito, jeszcze raz pokrecilismy sie kolo mostu by uchwycic olbrzyma na zdjeciach, zwiedzilismy kampus kolejnego uniwerku, tym razem Berkley. Berkley to kompletne rozczarowanie. Kampus znajduje sie okropnej dzielnicy miasta, pelnej bezdomnych, brudnej i zaniedbanej. Zwiedzanie zakonczylismy szybciutko, bo pomni wczorajszych ekscesow, balismy sie zostawic samochod na parkingu.
