#CoronaWeekendy

Nudna juz chyba bede jak napisze, ze znowu pojechalismy nad jezioro. I znowu bylo fajnie. Choc nie obylo sie bez malych przygod. Zabralismy naszego Charlisia. Jeszcze dobrze nie wyjechalismy z miasta, Charlie zwymiotowal. Nie wiemy do konca co sie stalo, bo generalnie dobrze znosi jazde samochodem. Pech chcial, ze akurat siedzial u mnie na kolanach:-). Nie obylo sie wiec bez wstapienia do najblizszego sklepu w celu nabycia srodkow czyszczacych do wyczyszczenia siebie i zwierza;). Dalej juz poszlo z gorki. Rozlozylismy sie w cieniu pod wielkimi drzewami, nawet Charlie dostal swoj playpen. Byly kapiele w jeziorze, sesja zdjeciowa oraz chwila relaksu z gazeta w reku. Dziadzius, ktory nam towarzyszyl stwierdzil, ze nareszcie czuje sie jak na emeryturze;). Ja troche tez sie tak czulam– choc znajac siebie, takie nicnierobienie podobaloby mi sie moze na kilka dni. Ale nie powiem, fajnie, tak sobie posiedziec nad jeziorem, poczytac gazete i choc na chwilke o nic sie nie martwic. I nie wiem tylko czy troche Charlisia nie przegrzalismy, bo nie chcial nam jesc i taki spiacy byl. Niby trzymalismy go w cieniu i duzo pil, ale to jednak Texanskie lato.

Z innych wiesci to wpadla wczoraj sasiadka na pogaduchy. Nie widzielismy sie dobrych kilka tygodni. Nawet troche sie dziwilam, ze ich nie widac kolo domu. Zalozylam, ze pewnie sa w swoim domu nad jeziorem. Tymczasem, jak sie okazalo, siedzieli w domu z COVID-em przez 6 tygodni. Wszyscy: dwoje doroslych+trojka dzieci, po kolei zaliczali chorobe. Najgorzej zniesli ja dorosli. Wysoka goraczka, bole miesni, okropny kaszel, okropne samopoczucie. Jednym slowem: mizerota. Ciesze sie, ze juz wszyscy zdrowi. Dzieciaki nie mogly sie soba nacieszyc.

Nad Jeziorem

Wrocilismy na nasze ulubione jezioro. Tym razem w wiekszym skladzie znajomych i na lodce. Cale szczescie, ze mamy wsrod znajomych zdolnych sternikow i kapitanow, ktorzy znaja sie na prowadzeniu lodki. Wypozyczylismy taka spora nawet, bo  na 12 osob lodz pontonowa. Moglismy dzieki temu podplynac w przecudne miejsca, na dzikie, piaszczyste plaze, a dzieciaki male i duze mogly poplywac na kole przyczepionym do lodki. Tak niepozornie ta lodka wygladala, ale jak kapitan gaz przycisnal to dzieciaki w powietrzu fruwaly na tym kole. Frajda niesamowita.

Spedzilismy sobie na tej lodce calusienki, cudowny dzien. Byly wodne atrakcje, fajna dzika plaza na wyspie na srodku jeziora. Bylo gorace slonce i zimne piwo i cudowne towarzystwo. Czego jeszcze chciec od zycia?  Dawno juz nie spedzilismy takiego fajnego, beztroskiego dnia poza domem. Uwielbiam.

img_6945

Urodzinowy Weekend

Pierwszy od niepamietnych czasow, fajny, zakrecony weekend za nami. W piatek babskie spotkanie na urodzinowym torcie u mnie. Pierwsze od wiekow…. ach jak bardzo mi brakowalo tego beztroskiego gadania, babskiej paplaniny, smiechu, zartow, zwyczajnosci. Fajne mam te dziewczynki, kochane, madre i wesole. Ciesze sie, ze sa w moim zyciu, ze mozemy razem raz na jakis czas poswietowac, a na codzien wspierac sie w zyciowych zawirowaniach. Dalismy rade nawet usiasc na patio, a balam sie, ze bedzie za goraco. Tesciowa upiekla przepyszny tort a Hub serwowal drinki. Jednym slowem cudowny wieczor!

W sobote wybralismy sie ze znajomymi, Ania i Adrianem ich dziecmi oraz dzieciakami jeszcze innych znajomych, nad jezioro Texoma, jak nazwa wskazuje – na granicy Texasu z Oklahoma;). Piekne, czyste i olbrzymie jezioro. Bardzo nam sie podobalo, a wiecie, ze ja jestem dosyc wybredna jezeli chodzi o jeziora;). Dzieciaki spedzily w wodzie caly dzien… co skonczylo sie niestety spalonymi buziami i przypieczonymi ramionami. Fajny, beztroski dzien. Dosc powiedziec, ze za tydzien wracamy nad Texome na lodke ze znajomymi. Lato powoli sie konczy, a my wlasnie nabieramy wiatru w zagle – doslownie i w przenosni- i korzystamy z urokow jeziora. Po prostu znalezlismy fajne miejscowki nad czystym jeziorem.  Po calym dniu na sloncu i w wodzie, chetnie klapnelismy jeszcze na zimne piwko u Ani i Adriana a mlodziez zadekowala sie na sleepover.

W niedziele, jedynie Hub mial jeszcze sile na 30 mil na rowerze. Reszta rozlozyla sie wygodnie na kanapie i nawet nosa nie chciala wysciubic z domu. Ale i takie dni sa potrzebne zeby troszke oddechu zlapac i odpoczac od tego wiecznego planowania.

img_6726

45

Jestem gdzies mniej wiecej na polmetku. Przynajmniej tak bym chciala pozyc jeszcze kolejne 40-45 lat. Powiedzmy sobie szczerze “mlodosc” juz za mna, ale “starosc” jeszcze mysle daleko przede mna. Juz jestem wystarczajaco dojrzala zeby spojrzec na zycie wstecz i wyciagnac wnioski z popelnionych gdzies tam po drodze bledow, ale tez docenic wszystko dobro, ktore mnie w zyciu spotkalo. Ale jeszcze jestem wystarczajaco mloda zeby cieszyc sie zyciem, smiac sie i zarywac noce. Zeby snuc marzenia o odleglych krajach, podrozach, o cudownych ludziach, ktorzy jeszcze na moich sciezkach stana.

I jak spiewal Polomski  – czy ktos jeszcze w ogole pamieta Polomskiego?;) –  mam nadzieje, ze jeszcze przede mna mnostwo szans nieodkrytych, mnostwo dobrych wieczorow. I ciekawa wciaz jestem co przyniosa nam swity, a co noce zabiora….

Jednym slowem wdzieczna jestem za wszystkie doswiadczenia ostatnich 45 lat, ciekawa co tez kolejne lata przyniosa. Tymczasem zyje tu i teraz i za Polomskim sobie urodzinowo spiewam:

Ile jeszcze przed nami dobrych wiosen, jesieni,
co przeminie z latami, co w nas samych się zmieni?
Ile szans nieodkrytych, ile dobrych wieczorów,
co przyniosą nam świty, a co noce zabiorą?
Ilu dobrych znajomych w naszym domu zagości
i na ile lat starczy naszej wielkiej miłości?

Tutaj cala piosenka: Ile jeszcze przed nami

img_6446-collage

 

 

 

 

Sierpien w Koronie

Mam nadzieje, ze sierpien, moj ulubiony miesiac, bedzie lepszy niz poprzednie. Choc, jak na razie, rozpoczal sie u mnie wizyta u dentysty i leczeniem kanalowym zeba. I lzejszym z tej okazji portfelem. Mysle, ze jestem praktyczna i nieromantyczna do bolu, skoro na urodziny sprawilam sobie wlasnie leczenie kanalowe i nowa korone;).

Tymczasem ta inna ‘rona’ konsekwetnie psuje szyki i uniemozliwia jakiekolwiek rozsadne plany wyjazdowe. Z tego co widze na wszelkich Fesjsbukach, ludzie wprawdzie lataja, jezdza, wczasuja sie, ale ja zwyczajnie sie boje. Zdjecia tlumow na plazy we Wladyslawowie obiegly juz chyba caly swiat. Czlowiek na czlowieku, jak Baltyckie sledzie, cisna sie wczasowicze, kazdy na swoim metrze kwadratowym piasku. W Stanach zreszta podobnie. Niektore plaze pozamykane,  wiec sila rzeczy pozostale pelne ludzi. A tak marzyl mi sie tydzien na plazy. Podobno luzno jest w Meksyku i Grecji. Tylko doleciec tam trzeba, pelnym ludzi samolotem… i kolko sie zamyka. Zostaja wprawdzie lasy, parki i okoliczne jeziora– ale nic nie zastapi blekitnej wody Florydy czy Cancun.

I choc ubolewamy, ze te ostatnie tygodnie wakacji trzeba spedzic na nicnierobieniu to powtarzam sobie (i innym), ze trzeba patrzec calosciowo i doeceniac co sie ma. I cieszyc sie, ze jestesmy zdrowi, choc tylu ludzi dookola choruje. I po raz kolejny czerpac radosc z malych rzeczy: wyjscia na lody, kawy z kolezanka, zabawy z psem, przeczytanej ksiazki, uslyszanej piosenki.

img_6101-collage