#Mikolaj w Coronie

Wyjatkowy czas wymaga wyjatkowych rozwiazan. Musielismy naprawde wytezyc nasza kreatywnosc zeby wymyslic cos na tegoroczne szkolne Mikolajki. Nie bylismy w stanie zorganizowac w tym roku hucznej imprezy Mikolajkowej dla naszych szkolnych dzieciakow, ale udalo nam sie chociaz w minimalnym stopniu zachowac tradycje. A, ze jestesmy w Ameryce, stosownym rozwiazaniem wydawaly sie Mikolajki w wersji “drive through”;). Wygladalo to mniej wiecej tak, ze Mikolaj z krwi i kosci stal przed szkola, na tle stosownej dekoracji, dzieciaki podjezdzaly, wysiadaly z samochodu na szybkie foto z odleglosci, odbieraly prezent ze stoliczka i wracaly do auta. Wszystko na dystans, wszystko bezdotykowo, wszystko bez jakiegokolwiek kontaktu. No moze oprocz zdjec grupowych/rodzinnych;).

Pomimo tak scislych ograniczen, dzieciaki byly zachwycone. Fajnie bylo spotkac sie z rodzicami i chociaz na odleglosc porozmawiac i zyczyc sobie Wesolych Swiat. Moja Antosia byla bardzo zadowolona. Choc miala pewne watpliwosci czy ten Mikolaj bedzie prawdziwy;)/. Watpliwosci rozwial sam Mikolaj jak zaczal z dzieciakami rozmawiac i upewniac sie, ze wszystkie byly grzeczne;). Elfy, ktore pomagaly wszystko przygotowac i kupic prezenty, spisaly sie na medal. Dzieciaki dostaly po kilka prezentow, radosci nie bylo wiec konca. Na chwilke zaswiecilo swiatelko jakiejs nadziei, ze jeszcze kiedys bedzie normalnie i ze wrocimy do huczniejszych obchodow Mikolaja.

High School? Jaki High School?

Totalnie nie jestem na to mentalnie gotowa, ale wczoraj musielismy wybrac przedmioty do Ameliowego Hajskoola;). Tak, moje male bejbi od przyszlego roku wkracza w swiat liceum. Kolejny kamien milowy, kolejny duzy rozdzial w Ameliowym zyciu. Mysle, ze rowniez w naszym. Nie jestem na to jeszcze gotowa. Mysle, ze dopiero jak ja odwioze do szkoly w sierpniu to do mnie dotrze. Doskonale jeszcze pamietam czasy mojego liceum, czasy, ktore z sentymentem wspominam. Mielismy bowiem wspaniala klase. Zgrana paczke prawdziwych przyjaciol, z ktorymi imprezowalismy na maksa, ale jak trzeba bylo rekawy zakasac i zakuwac, to wszyscy jak jeden maz zakuwali. Lepsi pomagali gorszym, ktos sie za kims wstawil, ktos przymydlil oczy wychowawczyni, zeby wagarowicza wybronic. Naprawde tworzylismy zgrana, fajna grupe przyjaciol. Dosc powiedziec, ze z wiekszoscia mam kontakt do dzis, a na “reunion” kilka lat temu pojawilo sie nas prawie 20 (z 30) osob.

Tymczasem moja Ami wkracza w ten magiczny czas liceum. Przed nia niezapomniane chwile, ale tez mnostwo ciezkiej pracy, stresu, decyzji. A na poczatek juz mielismy male starcia rodzinne przy wyborze przedmiotow. Szkola zazyczyla sobie planu 4-letniego i wstepnej wprawdzie, ale zawsze listy przedmiotow na wszystkie 4 lata. Prawdziwa ekwilibrystyka, bo musza zgadzac sie punkty, kredyty, godziny. Sa przedmioty obowiazkowe, sa tez takie do wyboru. Ale trzeba madrze wybrac, zeby i w grafiku sie zmiescilo i zeby liczylo sie do czegos tam, a najlepiej podwojnie i moze jeszcze przynioslo kredyty collegowe;). No i jeszcze fajnie byloby gdyby dany przedmiot Ami interesowal;). Dyskusjom wiec nie bylo konca. Kazde z nas mialo inna wizje Ameliowego rozkladu i przedmiotow. Hub z perspektywy tego co sie przyda w Collegu, ja z perspektywy tego co najwiecej punktow “zarobi”, a Ami z perspektywy Dyzia Marzyciela, ze Fashion Marketing to jej marzenie;). Po perturbacjach i pertraktacjach uzupelnilismy nareszcie caly grafik i Ami mogla z ulga przycisnac “submit” w systemie. Mysle, ze w miare dobrze wybralismy, taka zdrowa mieszanka kursow zaawansowanych (AP), praktycznych (MS Office) oraz takich, ktore Ami interesuja (Forensic Science czy Debate). Niestety Fashion Marketing ani Floral Design do grafiku sie nie zalapaly, Sorry Batory;).

#Swiateczne Tradycje w Coronie#

Sezon swiateczny 2020 uwazam za otwarty. Juz tradycyjnie w pierwszy weekend grudnia robimy sobie zdjecia swiateczne. I bedzie to chyba jedyna tradycja swiateczna, ktorej dochowamy w tym roku. Wiadomo, czasy sa takie, ze odpadaja przedstawienia, koncerty, wystawa rzezb lodowych, wspolne dekorowanie piernikow, zakupy czy nasze doroczne Xmas Party, na ktore zapraszamy znajomych, sasiadow, ludzi z pracy. Bedziemy starac sie robic co sie da w okrojonej wersji, ale wiadomo, to nie to samo co na zywo obejrzec przepiekny koncert lub posmiac sie w gronie przyjaciol.

W tym roku namowilam znajomych Marte i Michala z dzieciakami i razem sie obfotografowalismy. A , ze Michal jest takze amatorem fotografem, zdjecia wyszly fajne i dobrej jakosci. Spedzilismy sobie przy okazji fajne popoludnie w Grapevine, ktore na okres Swiat zamienia sie w “swiateczna stolice Texasu” – tak przynajmniej glosi slogan;). W Grapevine jest rowniez slynny hotel Gaylord, do ktorego co roku zagladamy bo oferuje przepiekne dekoracje oraz mnostwo swiatecznych atrakcji w stylu wystawa rzezb lodowych, sztuczna gorka do zjezdzania na kole, zdjecia z Mikolajem, etc. W tym roku atrakcje okrojone do minimum, z niczego w sumie i tak nie skorzystalismy, ale pospacerowalismy po pieknym atrium a zdjec nacpykalismy wiecej niz Japonscy turysci;).

W tym roku nie bedzie rowniez swiatecznych kolacji czy sluzbowych lunczykow, ktore byly swietna okazja do spotkania sie z ludzmi, z ktorymi pracujemy. Nie bedzie rowniez uroczystych gal, wytwornych kolacji, prelekcji, konferencji, ktore pozwalaly na poznanie ciekawych ludzi, czasem z pierwszych stron gazet czy tez na otarcie sie o Dallasowskie “elity”.

Pandemia naprawde przewrocila nasze zycie do gory nogami, zabrala mozliwosc kontaktow z ludzmi czy budowania wspomnien z dzieciakami. Teraz musimy byc jeszcze bardziej kreatywni zeby zaoferowac sobie i dzieciom chociaz jakas namiastke swiatecznego sezonu, chocby w wersji mini.

#Indyk w Coronie#

Juz balam sie, ze tegoroczne swieto Dziekczynienia spedzimy sami. Dotarli jednak do nas znajomi z Houston. Swiezo przetestowani, z negatywnym wynikiem, zdecydowali sie na odwiedziny. Dzieki temu spedzilismy superowy dluuugi weekend. Byly wiec nocne Polakow rozmowy, leniwe poranki, krotkie wycieczki po okolicy, a nawet wyprawa do Fort Worth. Choc tam przyznam, mimo brzydkiej pogody, sporo ludzi. Do tego sporo ludzi bez masek – bo oczywiscie maski to teraz symbol polityczny, a ze lokalsi to brac Tramp(k)owa, wiadomo – nie bedzie Fauci plul nam w twarz i masek nam nakazywal. Omijalismy wiec cowboysow z daleka, podziwialismy z zaciekawieniem stare texanskie klimaty, ktore w stanie wrecz nienaruszonym zachowaly sie w Fort Worth, a Antonka odwazyla sie nawet na zdjecie z Longhornem, czyli lokalna krowa, z olbrzymimi rogami. Troche przeszkadzal nam zimny deszcz, ale i tak wycieczka sie udala.

Samo Swieto Dziekczynienia minelo spokojnie, na luzie. Zjedlismy indyka i inne dania towarzyszace, do ktorych zalapala sie nawet nasza polska tradycyjna salatka jarzynowa;). Z Ami upieklysmy Pumpkin Pie oraz sernik dyniowy. Do tego pyszna szarlotka babci Joli i juz do szczescia nie bylo nam potrzebne nic. I tylko dziadzius nam sie troche rozchorowal, wziely go jakies zatoki i glos stracil. Jest na antybiotyku i donosi, ze juz czuje sie lepiej.

Sporo czasu spedzilismy wyglupiajac sie z dzieciakami przy ping-pongu czy grach planszowych. Prym wiodla Antosia – ktora co chwile zarzadzala w jaka gre bedziemy grac. W ruch poszedl Monopol oraz Hedbandz (gra pamieciowa). Umeczona przez Antoske mlodziez wymykala sie “na rowery” i objazd osiedla z malym przystankiem w Starbucksie;).

Dzieki wizycie Izy, Pawla i Davidka, totalnie oderwalismy sie od codziennosci, od komputera, emaila i zwyklej domowej rutyny. Fajnie bylo spotkac sie po dosyc dlugim niewidzeniu, pogadac, posmiac sie, pouprawiac polityke krajowa i zagraniczna i “swiat naprawiac”, bo przeciez mamy tysiace pomyslow;).