O nas, o życiu, o podróżach. O wszystkim i o niczym. Baczne obserwacje otacząjacej nas rzeczywistości. Blogowe zapiski dla potomności na długie zimowe wieczory.
Nasz Charlie skonczyl rok! Juz nie jest malym szczeniaczkiem, chociaz jeszcze zdarzaja mu sie momenty szczeniackiego wariactwa. Jest taki kochany, juz nie wyobrazamy sobie zycia bez niego! Doskonale wkomponowal sie w nasza rodzinke, uwielbiamy go! Tuz przed urodzinami mial mala operacje/sterylizacje, ale prawie juz doszedl do siebie. Jak to mowia, ‘zagoilo sie jak na psie’. I sprawdza sie to co ludzie mowili o rasie Cavapoo – to sa naprawde “velcro dogs”. Przylepy prawdziwe. Charlie chodzi za nami krok w krok, jest zawsze w zasiegu reki. Jak zbieramy sie do wyjscia, jest pierwszy przy dwrziach, rozglada sie tylko co sie dzieje i reaguje szybciutko. Ewidentnie nie lubi jak sie go zostawia. Nie wiem naprawde co to bedzie jak wszyscy wrocimy do pracy. Dziewczyny urzadzily Charlisiowi prawdziwe party, z tortem, psimi ciasteczkami, balonami, itd. Odspiewalismy Happy Birthday, a Charlie oblizywal sie tylko na widok ciasteczek;). Happy Birthday Charlisiu!!! Rosnij zdrowo!!!
Maj puka do drzwi. Wierzyc sie nie chce, ze za chwile koniec roku szkolnego, kolejne wakacje przed nami. Wciagnela mnie tymczasem czarna dziura roboty a kilka waznych projektow oraz koniec roku fiskalnego w firmie funduje mi dlugie, urocze godziny przed komputerem. Robota wypluwa mnie laskawie na weekendy, zeby zlapac jakis oddech, oderwac sie od komputera i przynajmniej teoretycznie “naladowac baterie” na kolejny tydzien. Jak wyglada to w praktyce, wiedza wszystkie matki pracujace. I jezeli ktos potrafi zrelaksowac sie przy skladaniu prania lub szorowaniu prysznica, to czapki z glow. Ja w biegu probuje ogarnac dom, zrobic zakupy, pranie, nadrobic zaleglosci, zabrac dzieci na spacer czy lody i oczywiscie czasu na wszystko brakuje. Czlowiek chcialby rowniez, ba musi wrecz dla wlasnego zdrowia psychicznego, zrobic cos dla siebie: wyspac sie, obejrzec film, pospacerowac z psem, spotkac sie ze znajomymi czy w spokoju wypic kawe na tarasie. Radzimy sobie jak mozemy, probujac rzeczywiscie te weekendowe godziny rozciagnac jakby byly z gumy, dzielimy sie obowiazkami na zasadzie “ty zawieziesz ja przywioze”. A jak juz nie dajemy rady, to odpuszczamy, bo przeciez tez swiat sie nie zawali.
Ale przyznam, ze przy odrobinie planowania oraz dzieki temu, ze Texas naprawde sie otworzyl udalo nam sie zrobic troche fajnych rzeczy przez ostatnie kilka weekendow. Na chwile zapomnielismy o pandemii i poczulismy smak “normalnosci”. Bylismy na koncercie Emerald City Band w plenerze, wyszlismy na piwo na tarasie, kilka razy spotkalismy sie ze znajomymi, odswietowalismy urodziny kilku kolezanek, zrobilismy sobie sesje wsrod wlasnie kwitnacych u nas Blubonnetow (odmiana lubinu). Smialam sie, ze na tych polach lubinowych niemalze tyle bylo ludzi co na koncercie, tylko na koncercie powierzchnia wieksza i mozna sie bylo odizolowac, chocby jak my stanac sobie na samym koncu. Amelia tez z kolezankami testuje nowa normalnosc: a to zakupy, a to spotkania w kafejce czy jogurtowni, a to wspolne pieczenie ciastek. Przyznam, ze bardzo fajnie znowu spotkac sie z ludzmi z bliska, super przycupnac na piwko na tarasie obserwujac ludzi i ich radosc ze spotkania z innymi. Widac jak cale rodziny, kilka pokolen, nareszcie wynurza sie z domowego zacisza by chocby przespacerowac sie po miescie. Mimo zniesionego oficjalnie nakazu noszenia masek, sporo ludzi nadal je nosi, a wiele sklepow czy lokali wrecz wymaga masek i 6 stop odstepu oraz kontynuje procedury Covidowe, np. wejscie jednymi drzwiami, wyjscie drugimi, odgrodzone stoliki, etc.
Na fali pokowidowego odmrazania zaczelismy planowac nadchodzace wakacje. Po dlugich dyskusjach i debatach zarezerwowalismy wczasy w Meksyku dla calej naszej 6 pod koniec maja. Namowilam rowniez znajomych, takze bedzie niezla ekipa;). Mysle, ze wszystkim dobrze zrobi chwila relaksu pod palmami. Oczywiscie przerobilismy wszystkie za i przeciw, przeanalizowalismy ryzyko i mamy nadzieje, ze wszystko bedzie dobrze. Po glowie chodza nam jeszcze inne wyjazdy, pewnie Colorado, moze Utah, kilka wycieczek lokalnych nad jezioro i zatoke. Oczywiscie wszystko przy zalozeniu, ze sytuacja bedzie sie polepszac.
Drugie juz Swieta Wielkanocne w czasie pandemii. W tym roku juz troche bardziej normalne, rowniez dla nas. Szkoda tylko, ze minely tak szybko. Tak naprawde nie mialam ani czasu zeby sie porzadnie do tych Swiat przygotowac ani zeby godnie poswietowac, ale i tak bylo fajnie. Odwiedzili nas znajomi z Houston. Ciesze sie, ze mielismy okazje usiasc razem z rodzicami, Iza, Pawlem i chwile odetchnac, pogadac, posmiac sie – jak za dobrych, przedpandemicznych czasow. Fajne sa takie spotkania i choc krotkie, moglismy sie chwile soba nacieszyc. Dzieciaki, ktore znaja sie od urodzenia, tez nie mogly sie nagadac. Antonka dzielnie wciskala sie miedzy nastolatkowe sprawy, a starszyzna tylko z poblazaniem dawala jej sie wykorzystywac do kolejnej rundy w pilkarzyki czy gry w kosza.
W sobote pojechalismy do Polskiego Koscila na swiecenie pokarmow. Myslalam, ze po poludniu, na ostatna godzine, w pandemii bedzie malo ludzi. Jakiez bylo moje zaskoczenie gdy zobaczylam pelny, niemalze kosciol. Do tego niektorzy bez masek – mimo napisow na drzwiach i ciaglych upomnien ksiedza. Dobrze bylo wrocic do kosciola, chocby na chwile. Mialam okazje pomodlic sie przy grobie Pana Jezusa, ktory w tym roku piekny, symboliczny, z koronavirusem w tle. Wymowna symbolika, smiertelny wirus i Jezus Zmartwychwstaly, ktory niesie nadzieje i uzdrowienie. Wizyta w kosciele byla rowniez okazja do spotkania sie ze znajomymi, ktorych w zasadzie tylko w kosciele sie widywalo. Milo pogawedzic, nadrobic zaleglosci, pozyczyc sobie Wesolych Swiat. Niestety z regularnym chodzeniem do kosciola trzeba bedzie jeszcze poczekac. Nasz malenki kosciolek nie jest zupelnie przystosowany do przestrzegania rezimow sanitarnych, a ludzie w ogole nie stosuja sie do wytycznych.
Niedzielne sniadanie wielkanocne zamienilo sie u nas w “brunch”, a tak naprawde siedzielismy przy stole przez wiekszosc dnia. Pogoda byla przepiekna, kawke wypilismy sobie na tarasie, smakujac przy okazji bab, mazurkow, i sernikow, ktore upieklysmy na Swieta. Wyszlo tego tyle, ze jeszcze przez caly tydzien bedziemy dojadac resztki ciast, a troche nawet zamrozilam. Dzieciaki szalaly w poszukiwaniu jajek, ktore ciocia Iza ukryla dookola domu. Jak znam zycie to te jajka bedziemy jeszcze znajdowac do lipca;). Amelia stwierdzila, ze ciocia Iza robi najlepsze Egg Hunts, bo fajnie jajka chowa, a do jajek wklada$;).
Tak wiec Swieta za nami, chociaz na krotko udalo nam sie oderwac od pracy i codziennej krzataniny. Wazne sa dla mnie tradycje, zwyczaje, rowniez te swiateczne. Za wszelka cene je kultywuje, chce przekazac dziewczynom, ze Swieta roznia sie od zwyklej niedzieli, ze jest wymiar religijny, ale tez tradycyjny. Niektore rzeczy im sie podobaja, inne nie. Tak naprawde nie wiadomo co z tych tradycji przeniosa do swoich domow, swoich rodzin. Moze kiedys chociaz umaluja pisanki i poswieca koszyki na Wielkanoc.
Tak jak pisalam, nie dane nam bylo wyjechac nigdzie na dluzej w te ferie. W ostatniej chwili wymyslilismy, ze moze chociaz na kilka dni udaloby sie nam gdzies wyruszyc. Glownie napieral Hub, ale i ja, przyznam szczerze, chetnie wyrwalam sie z domu. Problem zawsze jest ten sam. Texas jest tak ogromny, ze tak naprawde w poblizu nie ma nic ciekawego. Trzeba jechac minimum 10 godzin zeby plaski, Teksanski krajobraz zamienil sie w cos innego. Znajomi nie raz polecali nam Santa Fe w Nowym Meksyku. Zupelnie inny krajobraz, czerwone skaly jak z Westernow oraz dosyc wysokie gory. Do tego samo miasteczko bardzo urokliwe, slynnace z kultury, galerii, muzeow. Spelnily sie tez Hubowe marzenia o nartach, bo 40 min od Santa Fe znajduje sie bardzo fajny kurort narciarski z pieknymi zjazdami. Dla kazdego znalazlo sie cos fajnego i 4 dni wypelnily sie po brzegi atrakcjami, a piekna pogoda umilila nam caly pobyt.
Pierwszy dzien spedzilismy zwiedzajac miasto. Musielismy sie rowniez troszke zaklimatyzowac i przyzwyczaic do wysokosci. Ja osobiscie nie najlepiej czuje sie w wysokich gorach gdzie tlenu malo i oddech plytki. Od czasu do czasu krecilo mi sie w glowie i bardzo chcialo sie pic, ale dalismy rade. Wyruszylismy w miasto by podziwiac zabytki i obejrzec ciekawe miejscowki polecane w przewodniku. Piekna Katedra Sw. Franciszka z Asyzu, muzeum historyczne, pomniki, ciekawe budynki. Widzielismy mnostwo ciekawych sklepikow. Przy okazji zrobilismy kilka kilometrow zwyczajnie spacerujac po miescie. Santa Fa swietnie nadaje sie do zwiedzania na piechote – co jak na warunki Amerykanskie jest ewnementem. Co chwile przysiadalismy sobie a to na lody a to na jakas przekaske, albo zwyczajnie przygladalismy sie przechodniom. Wieczorem w hotelu zrobilismy sobie wieczor Japonski przy sushi.
Drugi dzien zaplanowany byl na narty. Wyjechalismy z samego rana, by wczesnie stawic sie na stoku. Antosia byla bardzo podekscytowana, bo dla niej to byl pierwszy raz. Na poczatku troche sie bala, sporo sie przewracala, ale po kilku probnych zjazdach z asekuracja, Amelia puscila ja “na zywiol” z dosyc sporej gory i Antosia jakos utrzymala sie w pionie. Male problemy techniczne byly wprawdzie z hamowaniem, ale wszystko skonczylo sie dobrze;). Hub z Ami oddalili sie na trudniejsze zjazdy, a my z Antosia brylowalysmy na “oslej laczce”. Pod koniec dnia, Antosia swietnie sobie radzila. Mysle, ze jeszcze troche sobie pocwiczy i bedzie gotowa na trudniejsze szlaki. Dzieci to do siebie maja, ze dosyc szybko chwytaja takie umiejetnosci, a przede wszystkim sie nie boja. Ja juz nie odwazylam sie zalozyc nart. Oczami wyobrazni widzialam siebie polamana, w saniach ratowniczych znoszona z gory;). Poza tym towarzyszylam Antosi na “magic carpet” i naszej gorce. Pogoda byla znakomita, mozna powiedziec, ze nawet za cieplo. Pierwszy raz w zyciu widzialam ludzi zjezdzajacych na nartach w koszulkach na ramiaczkach. Ale doslownie tak bylo cieplo, ze spokojnie w koszulkach lub lekkich swetrach mozna bylo jezdzic. Goraco nam bylo w naszych kurtach i spodniach narciarskich, ale na pewno przydaly sie do amortyzacji upadkow;).
Kolejny dzien rowniez spedzilismy bardzo aktywnie. Z rana pojechalismy pochodzic po gorkach w okolicy Santa Fa. Maja piekne szlaki o roznej trudnosci. Wybralismy sredni, kilkugodzinny szlak dookola jeziorka. Piekna przyroda, dosyc roznorodny szlak. Czesciowo prowadzil przez lasek, trzeba sie bylo przeprawic przez mala rzeczke, pozniej totalna pustynia a na koniec troche wspinaczki pod gorke wsrod pieknych, czerwonych skal. O dziwo dzieci nie marudzily, dziarsko maszerowaly, tylko do zdjec nie chcialy pozowac i wystawialy mi jezyki;). Po poludniu zaciagnelam wszystkich do przecudownej galerii Matteucci z pieknym ogrodem pelnym rzezb (https://www.matteucci.com/). Tuz po przeciwnej stronie ulicy dziewczyny wypatrzyly slynna manufakture czekolady – Kakawa (https://kakawachocolates.com/). Wiedzielismy, ze cos jest na rzeczy gdy zobaczylismy kolejke zawijajaca sie dookola budynku. Warto bylo stac w tej kolejce, bo tak wybornej czekolady nie jedlismy w zyciu. Czekoladowy raj, doprawdy. Dziewczyny zajadaly sie lodami i brownies, a my delektowalismy sie czekoladkami z lawenda, z roza, z orzechami. Juz malutki kawalek dawal uczucie sytosci i blogosci. Niebo w gebie, naprawde. Nakarmieni, zeby nie powiedziec nafaszerowani cukrem mielismy sporo energii zeby udac sie na slynna Canyon Rd. (https://www.visitcanyonroad.com), na ktorej znajduja sie setki malych i wiekszych galerii, sklepikow, ogrodow z rzezbami, generalnie duza ilosc szeroko pojetej sztuki. Szczegolnie podobala mi sie Galeria Sztuki Rosyjskiej. Przepiekne artefakty, obrazy, rzezby, ikony ale rowniez znajome nam Matrioszki czy ceramika. Wrocily mi wspomnienia z dziecinstwa gdy takie rzeczy przywozilo sie z bylego Zwiazku Radzieckiego. Nie przywiazywalam do tego zbyt duzej wagi, a teraz oglada sie te rzeczy z prawdziwym sentymentem. Przy okazji wdalismy sie w pogawedke z przemila wlascicielka, ktora chetnie opowiadala nam historie galerii ale takze historie Santa Fe jako miasta sztuki i kolekcjonerow. Zdecydowanie zlote lata Santa Fe ma juz za soba. W latach osiemdziesiatych i dziewiedziesiatych tysiace koneserow sztuki z calego swiata odwiedzalo dorocznie Santa Fa w poszukiwaniu ciekawych eksponatow. Setki artystow mialo mozliwosc sprzedac swoje prace. Czasy oczywiscie zmienily sie w dobie internetu i technologii, ale nadal tysiace turystow, kolekcjonerow i artystow spotyka sie na slynnej Canyon Rd. by podziwiac sztuke. Moglabym tam chyba zamieszkac i codziennie odwiedzac inna galeryjke, podziwiac rzezby, obrazy, sztuke nowoczesna, tradycyjna, rekodzielo i tysiace ciekawych eksponatow. Jak nie trudno sie domyslic, moim dzieciom dosyc szybko obcowanie ze sztuka sie znudzilo i ciagnely na kolejne lody czy inne duperszwance;). Fajnie spedzilismy sobie te kilka dni w Santa Fe. Gdyby nie te upiorne 10 godzin jazdy przez niemalze pustynie, gdzie nic sie nie dzieje i jest monotonnie, chetnie wrocilabym na Canyon Rd. i do Kakawa na kolejna czekoladke;).