Delta, Lambda…

Nie moge nie wspomniec o obecnej Covidovej sytuacji w naszej okolicy. Nie wyglada zachecajaco. Przypadkow przybywa z dnia na dzien. Co chwile pojawiaja sie na horyzoncie kolejne warianty COVID-u: delta, lambda… Niedlugo zabraknie greckiego alfabetu. Kazdy kolejny wariant jest inny. Delta, na przyklad, bardzo sie roznosi. Do tego czesto choruja dzieci. Szkola ledwo sie zaczela, a juz codziennie dostajemy informacje, ze kilka osob zachorowalo. I moze 10 przypadkow na 2000 studentow to nie tragedia, ale sila razenia jest ogromna i objawy coraz bardziej powazne. Najgorsze jest rowniez to, ze zarazaja sie ludzie zaszczepieni. Wprawdzie ponoc przechodza COVID lagodniej, ale niestety okazuje sie, ze szczepionka nie uchroni przed zakazeniem. Juz mowi sie o 3 -ciej dawce, wzmacniajacej odpornosc i zwiekszajacej ilosc przeciwcial. Taka szczepionka jest juz dostepna dla osob z obnizona odpornoscia. Od wrzesnia bedzie dostepna dla wszystkich, ktorzy zaszczepili sie Pfizerem lub Moderna. Z blizszego podworka, Covid zlapala zona mojego szefa. Po tygodniu izolacji, wysokiej goraczki, kaszlu i ogolnej mizerii, wynurzyla sie wlasnie, ale nie czuje sie jeszcze dobrze. Szef ogarnia wszystko sam, a przy 4-ce dzieci jest co ogarniac. Co chwile nam przypomina zeby sie pilnowac, nie narazac, maski nosic gdzie sie da. Takie rowniez i wytyczne przyslala fabryka, ze w biurze obowiazuja maski bez wzgledu na stan zaszczepienia, no chyba, ze sami w pokoju – to wiadomo nie trzeba. Jakiekolwiek pogloski o powrocie do fabryki na jesieni, rowniez ucichly. Z tego co widze, to spokojnie do konca roku popracujemy z domu. Nawet mi to odpowiada, pojade sobie raz w tygodniu, zalatwie co trzeba osobiscie, a reszte obrabiam z domu. Nie trace czasu na dojazdy, mam okazje dzieci do szkoly wyprawic, a teraz rowniez i odebrac, bo tesciowie w Polszy. Miedzy callami i konferencjami, a to pranie jakies sobie wrzuce, a to jakas zupe ugotuje. Czasem nudno i monotonnie sie robi i ludzi mi brakuje, ale w obecnej sytuacji lepsze to niz codzienne sie narazanie.

Tak wiec obserwujemy ta korone i roznorakie jej wcielenia. Ile jeszcze to potrwa? Kiedy wrocimy do normalnego zycia? I czy w ogole?

Witaj Szkolo!

I ruszylismy pelna para z kolejnym rokiem szkolnym. Wakacje, jak zwykle, minely blyskawicznie. Udalo nam sie troche z urlopu skorzystac, kilka miejsc odwiedzic, nie narzekam, choc Amelia i tak niepocieszona, ze nie pojechala do Polski. Myslelismy, rozwazalismy, juz kanaly zostaly uruchomione, juz bilet prawie kupiony, ale w ostatniej chwili zrezygnowalismy z tego pomyslu. Po pierwsze, sytuacja kowidowa nie wyglada najlepiej. Po drugie, podroz, jak sami sie przekonalismy, jest troche trudniejsza, z testami, dodatkowymi dokumentami, potencjalnymi opoznieniami. Gdyby tak nie daj Boze, Amelia gdzies utknela na lotnisku, bo wlasnie skasowali jej lot, to bylby to nie lada stres. Kolejnym argumentem przeciw byla tez sytuacja z moja mama, ktora spadla ze schodow, potlukla sie strasznie, obojczyk zlamala w dwoch miejscach i przez 2 miesiace (wakacyjne akurat) dochodzila do siebie. I wiem jak bylaby zestresowana gdyby nie mogla nic Amelii zrobic, nawet ukochanych pierozkow. Mysle, ze Amelia nie miala zlych wakacji. Troche pojezdzilismy, sporo czasu spedzila z kolezankami, rowery, zakupy, wyjscia na pizze, etc. – w tej kwestii akurat dziecie moje jest bardzo rogarniete – potrafi sobie zorganizowac czas, a ze jest dosyc stadna, to zawsze jakies kolezanki na wspolne eskapady sie znajduja. Potrzebny jest tylko kierowca-ochotnik – mega dyspozycyjny i troche ca$$u w kieszeni;).

Z kopyta ruszyla Ameliowa High School. Oprocz normalnych zajec, Amelia ma tez plywanie skoro swit. Po tygodniowych eliminacjach, zalapala sie do szkolej druzyny plywackiej – co wiaze sie z tymi wlasnie rannymi treningami. Konkurencja byla olbrzymia, Ami szczesliwa mimo, ze codziennie musi wstawac o 6 rano. Pierwszy tydzien szkoly za nami i na razie, odpukac, Ami zadowolona i z nauczycieli i z przedmiotow. Jeszcze raz powtarzam, ze boje sie tego liceum i tego glupawego wieku, co to czlowiek niekoniecznie madrascia zyciowa grzeszy i bzdury do glowy przychodza. Pocieszam sie, ze Ami ambitna i jak na swoj wiek dojrzala, wiec moze jakos to bedzie.

Antonka z dnia na dzien przepoczwarzyla sie w duza, niezalezna dziewczynke. Wraz z poczatkiem zerowki, wszystko chce robic sama. Chetnie wstaje super rano zeby pojechac do szkoly autobusem, ktory odjezdza 7:06! Generalnie wszystko jej sie podoba, ma fajna pania i jest bardzo podekscytowana kazdym dniem. Zawsze powtarzam, ze szkoly u nas sa swietnie zorganizowane i totalnie nastawione na uczniow. Nie wiem co oni tam tym dzieciom robia, jak je indoktrynuja, ale moje dzieci zawsze uwielbiaja szkole, a to co powie pani – swiete. I pewnie moznaby sie szczegolow czepiac, bo zawsze sie cos znajdzie, ale po co, skoro i dzieci zadowolone, nie marudza, chetnie do szkoly ida. W zerowce jest jeszcze sporo ‘nauki przez zabawe’, sporo ruchu na powietrzu czy na sali gimnastycznej. Przyznam, ze fajnie jest to nawet zorganizowane, dzieci sie nie nudza. Jednoczesnie juz zaczynaja pisac, czytac i liczyc.

Jeszcze klaruja sie rozklady zajec pozalekcyjnych. Amelia niechetnie wprawdzie, ale kontynuje rosyjska matematyke;) Ciagnie tez Chinski i plywanie w klubie 3 razy w tygodniu. I to jest juz maks, bo i nauki w liceum jest sporo, a bedzie tylko jeszcze coraz wiecej. Antosia bedzie chodzila na plywanie, moze gimnastyke (jak troche COVID sie uspokoi) oraz zastanawiam sie mocno czy nie zaczac juz nauki pianina, bo Antoska bardzo sie tym tematem interesuje i chetnie do pianina siada.

Hub tez zaczyna rok akademicki od ponidzialku. Straszne zamieszanie z rozpoczeciem roku, zajeciami i wytycznymi co do masek, zajec online, etc. Wszystko zmienialo sie do ostatniej chwili. Stanelo na tym, ze nauczyciele sami sobie decyduja czy chca klasy rozdzielac na pol i prowadzic zajecia dla mniejszej ilosci, a reszta online. Wiele to w sytuacji nauczyciela nie zmienia, bo musi byc codziennie na uniwerku, prowadzic zajecia na zywo, do tego streaming online oraz nagrywanie sie dla tych, ktorzy na zajecia nie przyjda (teoretycznie z powodu choroby – ale w praktyce to kto im udowodni czy sa chorzy czy nie). A nauczyciel czy ma danego dnia 20 czy 200 osob na sali i tak musi byc i sie narazac. Masek w Texasie szkoly i instytucje publiczne nie moga nakazac – takie zarzadzenie gubernatora – choc oczywiscie bardzo dyskusyjne dlaczego i czy w ogole zgodne z prawem. Szczepionki sa zalecane i szeroko dostepne, ale tez nie mozna wymagac. Podobno maja byc wymagane testy przez pierwsze 2 tygodnie – na ile to pomoze, nie wiada.

Kolejny rok szkolny przed nami. Jak widac sporo nowosci, sytuacja dosyc plynna, zarzadzenia zmieniaja sie co chwile. Tymczasem przypadkow przybywa, wiec troche jest stresujaco.

Chwytam dzien. Kolejny juz rok.

Jak powstrzymac ten czas? Nie da sie. Pedzi do przodu “jakby wpadl w jakis trans”. Za mna kolejny rok zycia. Byc moze powod do swietowania, byc moze okazja aby zatrzymac sie i spojrzec do tylu, ale rowniez do przodu. A moze po prostu byc tu i teraz i ‘chwytac dzien’? W obliczu tego jak nieprzewidywalne jest zycie, jakie niespodzianki nam szykuje, wazne jest chyba, zeby cieszyc sie z tego co tu i teraz. I tego sobie wlasnie na te kolejne urodziny zycze: docenic wszystko dobro, ktorego doswiadczamy kazdego dnia. Docenic ludzi, ich dobre slowo, pamiec, pomoc, bezinteresownosc. I w tym wszystkim, w calej niepewnosci zycia codziennego aby umiec znalezc swoj rytm i gdzies, jakos sie w ten chaos wpasowac ze swoimi wartosciami i zasadami. Jak nic pasuje mi tutaj piosenka Wodeckiego (oh jak za szybko odszedl, jak mogl nam jeszcze spiewac i grac na tej swojej trabce) “Chwytaj Dzien”, w ktorej spiewal:

Chwytaj dzień, z całej siły go łap!
Chwytaj dzień, aby czuć życia smak.
Nie martw się o własny finał i klaruj wina swe!

Chwytaj dzień“.

Chwytaj Dzien – tutaj piekne wykonanie Kaya z glosem Wodeckiego w tle.

Tak wiec lapie kazdy dzien “za kark” i ciesze sie nim. Wina wprawdzie sama nie wyklaruje, ale chetnie sie za moje zdrowie napije;). Mielismy juz okazje celebracje rozpoczac. W piatek wyszlismy sobie z dzieciakami do ulubionej wloskiej knajpki i na lody. W sobote zjedlismy pyszna kolacje z tesciami. Mama, jak zwykle, stanela na wysokosci zadania i zrobila przepyszny tort truskawkowy. W sobote wzniesiemy jeszcze toast w gronie przyjaciol i bedziemy czekac co tez kolejny rok nam przyniesie.

Espania

Wrocilismy wlasnie z Hiszpanii. Wrocilismy pelni wrazen, z mieszanka emocji oraz nowych pomyslow. Chcielismy z Hubem wyskoczyc sobie na kilka dni do tego pieknego kraju, posmakowac jedzenia i tej cudownej atmosfery, tego slynnego luzu. I prawie nam sie udalo. Prawie, bo Hiszpania nadal pozostaje cudownym, pieknym krajem. Te widoki, to przepyszne jedzenie, wszechobecna muzyka i ten wlasnie luz, to podejscie do zycia i umiejetnosc z niego korzystania – to wszystko czyni Hiszpanie jedyna w swoim rodzaju. Szkoda tylko, ze ta nasza krotka wycieczka okazala sie bardzo meczaca, pelna opoznien, frustracji i nerwow na lotniskach. Na pewno wkrotce zapomne te wszystkie niedogodnosci, a w pamieci pozostana tylko przecudne widoki i smaki Hiszpanii. Na razie jednak mam “emotional jet leg” – dochodze do siebie nie tylko fizycznie (roznica czasu), ale rowniez psychicznie.

Juz od samego poczatku podroz zaczela sie niefortunnie. Mielismy leciec bezposrednio do Madrytu, niezbyt dlugi (8 godz) lot, wsiadamy wieczorem, jestesmy tam rano, mysle sobie, nie bedzie zle. I pewnie by nie bylo, gdyby nie to, ze lot ostatecznie skasowali (po 10 godzinach siedzenia na lotnisku, wchodzeniu i wychodzeniu z samolotu kilka razy), a nas przekierowali nastepnego dnia przez Miami – co wydluzylo podroz do 16 godzin. Przy okazji stracilismy caly dzien i w Madrycie wyladowalismy (juz zmeczeni) dokladnie dobe pozniej. Wiadomo, pokrzyzowalo nam to troche plany, ale sie nie dajemy. Hiszpania zaledwie miesiac temu oficjalnie otworzyla sie na turystow. Sporo miejsc jest jeszcze zamknietych, kto wie byc moze juz nigdy sie nie otworza. Jeszcze obowiazuja obostrzenia, maski wszedzie, social distancing, godzina policyjna, wiekszosc atrakcji trzeba rezerwowac online. Udalo nam sie przejechac pieknym Costa Blanca, zatrzymujac sie po drodze w kilku urokliwych miasteczkach. Docelowym punktem byla jednak Andalusia, Costa Tropical oraz kawalek Costa del Sol, by na koniec wyladowac w Granadzie i okolicach.

W Hiszpanii bylismy wiele razy, to nasz ulubiony kraj, gdy mieszkalismy w Europie, wlasnie tam latalismy najczesciej. Juz od dawna obiecujemy sobie, ze wlasnie do Hiszpanii przeprowadzimy sie na emeryture;).  Ale dlugo juz uplynelo od naszej ostatniej wizyty (no moze oprocz Huba bo byl tam z Meli przed pandemia), fajnie bylo wiec wrocic i niemalze na nowo odkrywac uroki poludniowej Hiszpanii. Oczywiscie jest tam wszystko: piekne morze, plaze, ale tez mnostwo historii, kultura na najwyzszym poziomie. Udalo nam sie odwiedzic kilka malych miasteczek w okolicy Granady, gdzie czas sie zatrzymal, gdzie zycie toczy sie w swoim, woooooolnym tempie. Gdzie ludzie siedza w kafejkach od rana do wieczora, gdzie rozmawiaja z sasiadami, tudziez zagaduja do turystow. Powoli leje sie sangria, powoli plynie czas, a ludzie ciesza sie z tego co maja nie zawracajac sobie glowy swiatowa polityka czy trendami na gieldach. Troche zazdroszcze im tego wolnego tempa, choc po kilku dniach przekonalam sie, ze to jednak nie dla mnie. Owszem fajnie jest zwolnic na chwile, usiasc w kafejce na plazy, powoli wypic kawe, zjesc lunch, porozmawiac z ludzmi, podziwiac widoki. Na dluzsza mete drazniloby mnie chyba takie “rozmemlanie”. Zreszta jakiekolwiek zalatwianie formalnosci w urzedzie, banku czy innej instytucji juz takie fajne nie jest. Biurokracja niesamowita, nikomu sie z niczym nie spieszy, wieczne “maniana”. Papierki, papiereczki, najprostsza czynnosc urasta do rangi problemu. Nie wspominajac juz, ze banki/urzedy otwarte sa od 9:30 do 14:15!!!! To kiedy, ja sie pytam, oni maja pracowac? Hub smial sie ze mnie, ze mysle jak typowy kapitalista, gdy komentowalam, ze jak to panstwo ma funkcjonowac i zarabiac pieniadze, jak nikomu sie nic nie chce. Restauracje na plazy (pelnej turystow dodam) otwarte od 8 wieczorem. Tzn. restauracja jest otwarta, kelnerzy i wlasciciel siedza przy stolikach i pala papierosy, ale nic nie mozna kupic. W glowie mi sie nie miesci, ze mozna tak po prostu siedziec, palic fajki i machac noga, a nie zarabiac $ na tych wyglodnialych turystach, ktorzy pewnie zjedliby i wypiliby cokolwiek, mrozonki nawet jakies – bo tych restauracji az tak duzo w okolicy nie bylo. To tylko jeden przyklad.

Kapitalizm kapitalizmem, ale my tu jestesmy na wakacjach i nie mnie Hiszpanie naprawiac i o ich profity sie martwic. My rozkoszowalismy sie kuchnia srodziemnomorska, swiezymi rybami i winem. W Madrycie zjedlismy najlepsza na swiecie paella w klimatycznej restuaracji Marina Ventura  (https://arroceriaventura.com); w Granadzie pilismy slynne Tinto de Verrano, wino z lemoniada – super orzezwiajace. W Salobrena kosztowalismy najswiezszych owocow morza, a najlepszy lunch zjedlismy w przydroznej, malej lokalnej knajpce w Velez de Benaudalla gdzie ewidentnie stolowali sie lokalsi.  W Velez wyladowalismy niemalze przypadkiem. Juz jakis czas temu przez internet (!) poznalismy fajnych Anglikow, ktorzy wlasnie w Velez maja mieszkanie i czesto tam przebywaja. Zaczelo sie od tego, ze to mieszkanie wlasnie chcielismy od nich wynajac, ale potem plany sie pozmienialy i juz nie potrzebowalismy tego lokum, ale kontakt i znajomosc pozostaly. Od slowa do slowa, zgadalismy sie, ze bedziemy w Hiszpanii w tym samym czasie i umowilismy sie na spotkanie. Po raz kolejny przekonalismy sie, jak maly jest swiat. Okazalo sie, ze nasi nowi znajomi mieszkali w Cleveland, mniej wiecej w tym samym czasie kiedy i my tam bylismy. Malo tego, Jeannine pracowala w tej samej firmie (EY) co Hub, w podobnym okresie. Mieli wiec wspolnych znajomych z pracy. Wrecz niewiarygodne jak ludzkie losy potrafia sie poplatac. Na drugim koncu swiata, jakies 20 lat pozniej spotkalismy sie z ludzmi, z ktorymi byc moze mijalismy sie na ulicach Cleveland. Kilka butelek wina potrzebne nam bylo by godnie swietowac taki splot wydarzen;). Zauroczylo nas to Velez, male, jeszcze autentyczne – daleko od komerchy – choc blisko do Granady i Malagi. I choc troche przypominalo mi Wawalnice (kto wie to wie;) – to mialo osobliwy urok. Rzeczywiscie idealna lokalizacja -15 min od plazy, godzine od stokow narciarskich. Chyba jedno z niewielu miejsc na swiecie gdzie rano mozna jezdzic na nartach a wieczorem jeszcze wykapac sie w morzu. Granada niezmiennie zachwyca historia. W kazdym zaulku slychac muzyke, ludzie tancza na ulicach, smieja sie, caluja – totalny luz i widac jak tym zyciem sie ciesza. W ekspresowym tempie zwiedzamy miasto: Alhambra – olbrzymie palace, Albaicin – zabytkowe wzgorze pelne kafejek, restauracji i marokanskich sklepikow.

Ostatni dzien spedzamy w Madrycie. Buty doslownie zdarlismy robiac 26,000 krokow, ale bylo warto. Madryt jest cudny, mozna chodzic wlasnie caly dzien i podziwiac zabytki, parki, muzea. Przy okazji przycupnac sobie w urokliwych kafejkach i obserwowac mijajacy tlum: idealna mieszanke lokalsow i turystow. Czasu wystarcza nam tylko na obejrzenie wszystkiego z zewnatrz, choc chcialoby sie na kilka godzin wylaczyc sie z codziennosci i podziwiac zbiory slynnego museum Prado czy palacu krolewskiego.

Droga powrotna rownie nerwowa. Niezliczone formy, kody, testy, potwierdzenia, autoryzacje. Przesiadka w Londynie – masakra, malo czasu, olbrzymie lotnisko i kolejki na kazdym kroku. Gdyby nie to, ze Hub wepchal sie doslownie w kolejke nigdy nie zdazylibysmy na samolot do Dallas. Glupio mi bylo strasznie i przepraszalam wszystkich jak moglam, ale inaczej sie nie dalo. Jeszcze na koniec, juz po wyladowaniu w Dallas, potrzymali nas na plycie lotniska 2 godziny, gdyz nie bylo miejsca dla naszego samolotu – I juz moglismy nareszcie odpoczac w domku, gdzie czekal na nas przepyszny obiad przygotowany przez tesciowa  stesknione lapki mniejsze, wieksze i kudlate;).