Przytul mnie zycie.

Tuz przed wyjazdem na wakacje, podczas rutynowej wizyty u endokrynologa, doktor wyczula jakies guzki na tarczycy u Amelii. Przy Hashimoto, moze to byc normalne, ale lepiej oczywiscie sprawdzic. Wiec kolejne badania, USG, biopsja-wszedzie wyniki niejednoznaczne. Od badania do badania, od jednej konsultacji do drugiej, stanelo na tym, ze tarczyce trzeba usunac, bo to co na niej rosnie, jest spore. Spore sa rowniez niestety szanse, ze moze to byc cos zlego. Jeszcze debatowalismy czy usuwamy cala czy tylko czesc, no i oczywiscie kiedy i jak zorganizowac operacje i pobyt Meli w szpitalu, bo przeprowadzka na studia tuz tuz i tego raczej nie da sie przelozyc. Teoretycznie mozna byloby operacje przesunac na przerwe swiateczna w grudniu, ale nikt nie chce czekac 4 miesiace i rozmyslac nad tym co mu tam rosnie i czy rosnie czy nie rosnie. Amelia zdecydowala, ze ‘idze na calosc’ i zgodzila sie na operacje 20 sierpnia, 3 dni przed przeprowadzka do Austin. Na dzien dzisiejszy operacja przebiegla pomyslnie, Meli doszla do siebie niewiarygodnie szybko, rana ladnie sie goi, studentka przeprowadzona do Austin, zainstalowana w akademiku i pilnie uczeszczajaca na zajecia lekcyjne tudziez imprezy towarzyszace. To jest niesamowite po prostu, jak szybko Meli doszla do siebie. Oczywiscie, jest jeszcze troche slaba, szybko sie meczy, nie moze nic podnosic ani sie schylac, ma troche chrypke i podraznione gardlo, ale….. wszystko to tylko niewielkie niedogodnosci po dosyc powaznej, 3 godzinnej operacji i Bogu dziekuje, ze tak w miare gladko to wszystko przeszlo.

Jak juz przyjelismy na klate zle wiadomosci o guzie na tarczycy, jak juz zgodzilismy sie na ten szalony plan operacji na kilka dni przed rozpoczeciem studiow, natychmiast ustalilismy, ze sami zajmiemy sie przeprowadzka, a Amelia bedzie tylko wskazywala palcem, gdzie co postawic. Zdecydowalismy rowniez, ze przez pierwszy tydzien zostane z nia w Austin, bede pracowala z hotelu przy kampusie i pomagala Amelii na ile bedzie potrzeba, gotowala przecierane zupki i budynie, a takze bede w podblizu, gdyby nie daj Boze cos sie dzialo. Wyobrazalismy sobie najgorszy scenariusz, ze Meli lezy w lozku, nie moze jesc, nie moze chodzic. Na cale szczescie nic takiego sie nie wydarzylo. Meli robi codziennie 15,000 krokow, po olbrzymim kampusie, w 40-sto stopniowym upale, chodzi na zajecia, uczestinczy we wszystkich wydarzeniach studenckich, spotyka sie ze znajomymi. Jesc moze w miare normalnie, niepotrzebnie przytaszczylam garnki i budynie;). Powinna bardziej uwazac na siebie, nie przemeczac sie, nie wloczyc sie do poznych godzin, nie zarywac nocy, ale ja moge sobie gadac i zrzedzic, a mlodosc ma swoje prawa;). Odetchnelismy z ulga gdy przyszly wyniki histopatologiczne guza i okazalo sie, ze wszystko jest dobrze, nie ma niepokojacych zmian i dalsze leczenie nie bedzie w zasadzie potrzebne. Oczywiscie do konca zycia bedzie juz brala hormon tarczycy i inne leki wspomagajace, ale poza tym powinna funkcjonowac normalnie.

Dopiero powoli dochodze do siebie, opadaja ze mnie emocje, wychodzi stres. Mam wrazenie, ze ostatnie dni funkcjonuje na autopilocie. Nie ma gorszego uczucia dla matki, niz to kiedy dowiaduje sie o chorobie dziecka, jak zamartwia sie o prognozy, jak modli sie o pozytywny wynik. Nikt nie jest w stanie zrozumiec uginajacych sie nog i lez samych naplywajacych do oczu, gdy zabieraja dziecko na sale operacyjna, a jedyne o czym myslisz to, to jak bardzo chcialabys zabrac od niej ten bol i zamiast niej wjechac na ta sale. I to czekanie na koniec operacji, stres, nerwy, rozmowa z Hubem sie nie klei, a kiedy on musi pojechac do domu, jestem na granicy totalnego rozklejenia sie, bo wydaje mi sie, ze jakos tak to dlugo trwa. I w tym momencie, Bog zslyla mi aniola, Natalie, doktor anastazjolog, ktora pracuje w tym szpitalu, Polke i cudowna, ciepla kobiete. Wprawdzie nie usypiala Amelii, ale siedziala ze mna w poczekalni i rozmawiala, probujac mnie pocieszyc i uspokoic. Do konca zycia bede jej za to wdzieczna, bo jej cieple slowa, merytoryczne objasnienie zabiegu i ta rozmowa po polsku zadzialaly jak kojacy plaster.

Tajwan

Ten wyjazd do Tajwanu we czworke to byl pomysl w ostatniej chwili. Hub lecial ze studentami na swoj doroczny program wymiany. Pierwotnie miala z nim poleciec Amelia, jakby nie bylo, juz studentka;). Na tydzien przed wylotem zdecydowalismy, ze lecimy wszyscy. Zlozylo sie na to wiele czynnikow, ale najwazniejszym bylo to, zeby jeszcze wakacyjnie wspolnie spedzic troche czasu zanim kazdy z nas wpadnie w wir obowiazkow szkolno-pracowych, a Amelia wyjedzie na studia. I byla to naprawde swietna decyzja. Ciesze sie bardzo, ze tam wyladowalismy. Tajwan jest zdecydowanie niedoceniany jako kraj na wakacje. Nie ma reklam w samolotach czy TV w stylu “Malaysia truly Asia”, nie ma Tajwanu w katalogach biur podrozy, malo widzi sie organizowanych wyjazdow. A szkoda, bo moim zdaniem Tajwan jest idealny na urlop, na wyjazd rodzinny, na wyjazd solo, swietnie nadaje sie na kazda forme turystyki. Tajwan, stosunkowo mala wyspa, ma w sobie wszystko: gory, ocean, jeziora, widoki, roslinnosc, cudna nature. Ma bogata kulture Chinska, ma pyszne, przepyszne i bardzo roznorodne jedzenie, wspaniale desery, warzywa, owoce, o xiabao i innych pyzach nie wspomniajac;). Tajwan ma ciekawe miejsca, muzea, swiatynie. Wszystko bazujace rzecz jasna na tradycji Chinskiej, z jezykiem mandarynskim (choc w wariancie tradycyjnym) wlacznie. Tajwan to takie bardziej uporzadkowane Chiny. Ten sam cudowny, egzotyczny, Chinski posmak, ale w wersji troche bardziej ‘japonskiej’. Przede wszystkim Tajwan, to przemili, przekulturalni ludzie. Mnostwo mlodych, wyksztalconych Tajwanczykow, ciekawy vibe, miejscami tradycyjny, miejscami taki troche hipisowski. My tak naprawde jedynie liznelismy tych wszystkich atrakcji. Zwiedzalismy glownie Taipei i pobliskie okolice. Tubylcy radzili nam jechac na poludnie wyspy, na piekne, piaszczyste plaze, czy na zachod, gdzie mozna pochodzic po gorach, poprzebywac z natura lub wykapac sie w goracych zrodlach. Czasu zabraklo na objechanie calej wyspy, ale zdecydowanie tam wrocimy i dotrzemy do innych miast i tych wszystkich urokliwych zakatkow Tajwanu.

Tymczasem, skoncentrowalismy sie na atrakcjach Taipei. Hub i Ami zajeci byli w ciagu dnia, realizowali swoj program. Wraz ze studentami, odwiedzali firmy, instytucje i zaprzyjaznione uniwersytety. W tym czasie, my z Anto organizowalysmy sobie czas na wlasna reke: zwiedzanie, zakupy, masaze, spacery. Zazwyczaj po poludniu dolaczalysmy do grupy i wspolnie dalej poznawalismy uroki Taipei. Wieczorami, studenci porywali Meli do baru czy na dyskoteke pod golym niebem, a my odpoczywalismy na foot massage lub w hotelowym lobby przy filizance dobrej, zielonej herbaty z pobliskich wzgorz lub, jak co niektorzy, kolejnej porcji boba tea;).

Jeden dzien spedzilam ze znajoma z pracy, Tong, Chinka, ktora mieszka w Taipei. Swietnie tak zobaczyc miasto przez pryzmat lokalsa, ktory wie gdzie serwuja najlepsze pyzy, gdzie najlepszy deser mango, a gdzie najlepiej kupic pamiatki. Nagadalysmy sie za wszystkie czasy, Tong pokazala nam swoje mieszkanie w centrum miasta i kilka ciekawych miejsc.

W wolnym czasie, zwiedzalysmy z Anto miasto. Tempo bylo zawrotne, mialysmy dosyc napiety plan, chcialysmy (no moze bardziej ja;) jak najwiecej zobaczyc, a czasu malo. Mysle, ze zaliczylysmy najwazniejsze atrakcje. Pomoglo oczywiscie to, ze moglysmy kilka razy dolaczyc do Hubowej grupy, ktora pod czujnym okiem przewodniczki Lily, realizowala plan zwiedzania miasta i okolic. Zanim zjechali sie studenci, spedzilismy sobie fajny dzien wjezdzajac kolejka linowa na widokowe wzgorze Maokong, skad zeszlismy do Zoo na spotkanie z pingwinami i misiem Panda;).

Taipei to mnostwo ciekawych miejsc, ulic, dzielnic, zabytkow, targow. Odwiedzilismy Ningxia Night Market, na ktorym sprobowalismy lokalnych przysmakow jak grilowana osmiornica czy krewetki z rozna. Pospacerowalismy po dzielnicy Xiamendi, gdzie kupilismy pamiatki i pyszna kawe. Kilka razy wracalismy do dzielnicy Datong gdzie serwuja najpyszniejsze pierozki i jeszcze pyszniejszy deser lodowy z mango. Kolejnego dnia zwiedzilysmy z Anto Memorial Chiang Kai Shek‘a, zalozyciela Tajwanu. Anto bardzo podobalo sie muzeum i otaczajace je ogrody. Upalne popoludnie bylo swietna okazja zeby skryc sie wewnatrz. Wjechalysmy wiec sobie na Taipei 101, najwyzszy wiezowiec w Tajwanie. Z ostatniego pietra rozposcieraly sie piekne widoki na cale miasto, a w podziemiach i okolicznych centrach handlowych mozna bylo odpoczac przy lunchu lub zrobic male zakupy. Na sam zachod slonca dolaczyli do nas Meli i Hub, pocpykalismy piekne zdjecia i zjedlismy pyszna kolacje w okolicznej knajpce. Dzien zakonczylismy zakupami w Top Mart, w poszukiwaniu lalek Labubu, brzydalnych stworkow, ktore, nie wiedziec czemu sa obecnie mega popularne na calym swiecie. I z tego oto powodu sa notorycznie wyprzedane. Mozna wprawdzie na ulicy kupic podroby, czyli Lafufu, za kosmiczne pieniadze, ale dalismy sobie spokoj. Kolejnego dnia, mimo padajacego deszczu, pojechalysmy z Anto zobaczyc przepiekna swiatynie Songshan Cihui, ktorej monumentalnosc i architektura zapieraja dech w piersiach. Obydwie z Antonia chodzilysmy do okola z otwartymi z wrazenia buziami. Jak juz bylysmy w tamej okolicy, zajrzalysmy rowniez do tzw. parku kreatywnego. Stary browar zaadoptowano na przestrzen kreatywna, gdzie artysci wszelkiej masci pracuja i wystawiaja swoje prace, a przy okazji mozna wypic kawke w fajnej, 9-cio pietrowej ksiegarni lub, tak jak ja, zrobic sobie okulary w sklepie optycznym;). Wieczorem dolaczylismy do Huba na kolacje i male reunion z Tajwanskimi studentami i absolwentami Hubowych programow. Wieczorem, tradycyjnie, foot massage dla relaksu. Ach, jak oni wiedza dokladnie ktore miejsca wymasowac zeby przyniesc ulge stopom, ktore wlasnie zrobily 15,000 krokow;). Jezeli juz o masazach mowa, to nie moge nie wspomniec o najcudowniejszej sesji w salonie pieknosci, pod nazwa “Wietnamski masaz glowy”, na ktory namowily nas Tajwanskie studentki. Zanim zdazylysmy zaprotestowac, juz mialysmy umowiona wizyte na ten wlasnie zabieg. Nazwa jest o tyle mylaca, ze przez ponad dwie godziny, oprocz glowy, odzywek na wlosy, mycia, splukiwania, hydromasazu glowy, masowane jest cale cialo, od stop do glow. Cala sesja konczy sie modelowaniem wlosow i wtarciem pieknie pachnacego kolagenu. Naprawde, jeden z lepszych zabiegow jakie mialam w zyciu, cudownie odprezajacy, i to dlugie, staranne masowanie glowy i mycie wlosow. Anto, Meli i ja, zgodnie stwierdzilysmy, ze byla to prawdziwa uczta dla ciala i ducha. Po masazu chcialo nam sie wprawdzie spac, ale coz, zakupy same sie nie zrobia. Wyruszylysmy wiec na miasto, gdzie spedzilysmy sobie super dzien odwiedzajac kolejne miejscowki polecone przez lokalnych znajomych. Reszte pobytu spedzilismy juz razem z grupa Huba. Pojechalismy na calodniowa wyczieczke do parku narodowego Yehliu, gdzie podziwialismy formacje skalne, slady dinozaurow i przecudne widoki wybrzeza. Nastepnie, odwiedzilismy tradycyjna wioske w gorach, Jiufen, wodospad Shifen. Dzien zakonczylismy puszczajac latarnie z zyczeniami. W/g lokalnej tradycji, zyczenia wypisane na latarniach i wypuszczone do nieba, musza sie spelnic. Z innych atrakcji, podobalo nam sie bardzo muzeum narodowe oraz fabryka ciastek ananasowych, gdzie moglismy sobie zrobic i upiec pyszne, tradycyjne ciasteczka. Do calego tego zwiedzania doliczyc trzeba kilka kolacji ze znajomymi, glownie Huba, ale rowniez i moi znajomi z Tajwanskiego oddzialu firmy zorganizowali swietna kolacje. Plan byl naprawde napiety, ale ciesze sie, ze udalo nam sie zasmakowac troszke Tajwanu. Tak jak wspominalam, pozostal spory niedosyt, wiec chetnie tu wrocimy. I cieszymy sie, ze udalo nam sie jeszcze na koniec wakacji wcisnac ten wspolny wyjazd. Pozostana cudowne wspomnienia, ktore oslodzily nam troszke stres, ktory czekal nas po powrocie.

Moje 50-te. Wszystko moze sie stac.

Dogonila i mnie ta magiczna, zdemonizowana poniekad, ta przelomowa, ta, co to juz po niej tylko z gorki, i ta, za ktora juz rzekomo wszystko co najlepsze. Ona. Piecdziesiatka. Przyznam, ze jeszcze nie czuje ciezaru polwiecza. Jeszcze chyba wiecej we mnie checi do zycia niz rozczulania sie nad tym co bylo i czy jeszcze bedzie. Tak bedzie jak sobie poscielimy, zaplanujemy, wymyslimy. No moze czasem zycie te nasze plany zweryfikuje, ale wierze, ze przynajmniej do pewnego stopnia, jestesmy sternikiem wlasnego losu. I choc zycie w ostatnich tygodniach przejechalo po mnie czolgiem, o czym napisze osobno, nadal optymistycznie patrze na swiat. Bo jak spiewala Majewska, ktora uwielbiam, “poki strzela korek szampana, do wesela goi sie rana, wszystko sie moze stac“.

No wiec wierze, ze jeszcze sporo przede mna dobrego, ze jeszcze odkryje przepiekne miejsca, spotkam cudownych ludzi i przezyje chwile, dla ktorych warto zyc. Bo ciagle jeszcze czuje ten niedosyt, ta ciekawosc swiata. I nadal “ciagle mi malo zadziwienia, szelenstwa, hadwao”. Wszystko moze sie stac. I tego sobie zycze na kolejne lata i dekady. I zdrowia, zdrowia, zdrowia, bo to najwazniejsze. I choc moglabym z okazji tej okraglej rocznicy pokusic sie o jakies podsumowania, to przechodze nad tym do porzadku dziennego. No wiec oto ja, piecdziesiecioletnia, wkraczam w kolejny rok, otwarta na to co przyniesie i wdzieczna za to co mam: rodzine, przyjaciol i fajne zycie. Odmierzam swoj czas “czekaniem na niespodziewane” i wlasny swoj znacze slad gdzies tam w tej galaktyce zwanej zyciem. No wiec zmieniam kod z przodu i wierze, ze wszystko moze sie jeszcze stac.

Ponizej slowa piosenki, a tutaj link do posluchania.

Póki świat wokół słońca się kręci, Póki my z nim czule objęci
Wszystko może się stać
Póki strzela korek szampana, Do wesela goi się rana
Wszystko może się stać
Póki rybka nie spełnia trzech życzeń, I okruszek choć chętki na życie
Wszystko może się stać
Póki stawiasz swój zamek na lodzie, Póki tańczysz w dni korowodzie
Wszystko może się stać
Patrz jak słońce z dna się wspina, Na czubki drzew
Tak co dnia się świat zaczyna – Dla ciebie też!
Jeszcze będzie czas posprzątać, Wychylić tran
Ale teraz gra Dziewiąta, Ludwiku van!
Jeszcze Oda do radości, Z głuchego pnia
Jeszcze długo do wieczności, Ludwiku van!
Póki w środku jabłuszko czerwone, Co na krzyż, na ślub przekrojone
Wszystko może się stać
Póki patrzy ci w oczy ta z lustra, I nie woda, a krew w tobie pluska
Wszystko może się stać
Póki ciągle ci jeszcze za mało, Zadziwienia, szaleństwa, hadwao
Wszystko może się stać
Póki nie grzmi gdzieś z chmur paternoster, Tylko wróble świergocą na wiosnę
Wszystko może się stać, wszystko może się stać