Są książki, które robią wielkie wrażenie, które jakoś trafiają w sam środek tego, co czytelnik w sobie nosi, z czym się boryka, czego się obawia lub co go zachwyca. Są książki, które porywają nas za dziecka i trzymają latami. Są książki, które sprawiają że chce się więcej – i sięga się po następne rzeczy autora, zbiera, porównuje, smakuje. Biblioteka rośnie. Rośnie też ta specjalna więź na odległość, więź wiernego czytelnika z autorem, niepisany pakt lojalności, obietnicy przeżyć i wzruszeń.
Kiedy po raz pierwszy znalazłam się w Londynie, moi przyjaciele zrobili specjalnie z tej okazji jednoosobową grę miejską śladami Neverwhere. Szłam tropem Richarda po Londynie Ponad i odnajdowałam miejsca, które miały niepowtarzalną magię w książce. Nie weszłam oczywiście na dach katedry Św. Pawła, ale patrzyłam na nią z dołu. Byłam na Belfaście, choć w dzień i w deszczu nie było tam tylu osobliwości na na nocnym jarmarku. Za każdym razem, gdy wysiadałam przy stacji metra Angel, musiałam się uśmiechnąć – może z czasem pojawiły się nowe skojarzenia, ale pierwotne zostały. Tak samo zawsze mnie bawi i lekko straszy przystanek przy Seven Sisters. Pierwsza wizyta w Londynie to była podróż śladami magicznej książki, bo książki tak nam robią: tworzą mapy miejsc, które istnieją podwójnie – gdzieś we współczesnej metropolii i równolegle w historii, która wydarzyła się nigdy i nigdzie, ale jakoś była dla mnie ważna.
To nawet nie była najlepsza czy najważniejsza jego książka, ale chyba pierwsza. Najważniejsze dla mnie zawsze było opowiadanie Cena, bo było okrutne i pełne złych czarów, i mówiło o lojalności, która bardzo drogo przychodzi. Nie wiem, czy mu wybaczyłam, co mi zrobił w głowę tą historią, ale został Moim Autorem i zamieszkał na półkach.
Już w połowie zeszłego roku poszły pierwsze wzmianki o problemach. Wczoraj wyszedł pełny, zweryfikowany reportaż. Link do archive.net, gdyby oryginał zdjęto. Uprzedzając, jeśli kogoś jeszcze ominęło: lektura bardzo ciężka. Trudno się po niej pozbierać, opisy przemocy, okrucieństwa i brutalności.
To nie pierwszy raz, kiedy popularny, uznany artysta okazuje się nie być tym, kogo w nim widzieliśmy. Nie powinno szokować aż tak. Z drugiej strony, taki Polański nigdy nie pozował na feministę i nie pisał o prawach kobiet. Marion Bradley poza pisaniem nie robiła w mojej rzeczywistości zbyt wiele, więc news o niej nie zrobił mi wyrwy w głowie. Gaiman był inny, bo nie tylko tworzył światy, ale też naprawiał nasz. Był ambasadorem UNHCR!
Jest pokusa by zatkać uszy, zasłonić oczy i mówić, że ale przecież te piękne książki, ale te wszystkie filmy na podstawie, ale te całe światy.
Wszystkie te cuda kreacji nie mają znaczenia w ocenie tego, co się stało ze Scarlett i innymi kobietami w jego otoczeniu.
Dlatego dziś w mojej bibliotece jest żałoba. Mój autor okazał się gwałcicielem. Okazał się przemocowcem, który wykorzystał osoby słabsze i zależne od siebie. Używał szantażu, wstrzymywał wypłatę kobiecie, która mu się próbowała wyrwać, wiedząc, że bez tych środków nie da rady się uwolnić od niego. Nie da się tych historii obronić. Nie da się ocalić sentymentu do autora, gdy idzie za nim szereg skrzywdzonych, wykorzystanych i brutalnie potraktowanych kobiet. To dobry artykuł, bo pokazuje uczciwie ich sytuację. To prawda w tym artykule jest straszna.
(nawet nie będę zaczynać, co sądzę o Amandzie Palmer po tej lekturze. Gdyby miała cień przyzwoitości, po pierwszej historii byłaby na policji, Gaiman byłby w areszcie i nie byłoby następnych ofiar. )
Wiem, że nie jestem jedyną czytelniczką, którą ten reportaż zabolał. Autorzy są ważni, ich książki nam pomagają zrozumieć świat i siebie. W tej chwili wielu z nas rozstaje się z pakietem uczuć, które nam dały jego historie. Wielu z nas przyznaje, że ciężko jest pozbyć się złudzeń i zmienić zdanie o kimś, czyja wyobraźnia zaludniła naszą.
Jeśli macie za dużo uczuć i potrzebujecie coś z nimi zrobić, są fundacje pomagające ofiarom takich ludzi, jak Gaiman:



(źródło: wikipedia commons)