Żałoba w bibliotece

Są książki, które robią wielkie wrażenie, które jakoś trafiają w sam środek tego, co czytelnik w sobie nosi, z czym się boryka, czego się obawia lub co go zachwyca. Są książki, które porywają nas za dziecka i trzymają latami. Są książki, które sprawiają że chce się więcej – i sięga się po następne rzeczy autora, zbiera, porównuje, smakuje. Biblioteka rośnie. Rośnie też ta specjalna więź na odległość, więź wiernego czytelnika z autorem, niepisany pakt lojalności, obietnicy przeżyć i wzruszeń.

Kiedy po raz pierwszy znalazłam się w Londynie, moi przyjaciele zrobili specjalnie z tej okazji jednoosobową grę miejską śladami Neverwhere. Szłam tropem Richarda po Londynie Ponad i odnajdowałam miejsca, które miały niepowtarzalną magię w książce. Nie weszłam oczywiście na dach katedry Św. Pawła, ale patrzyłam na nią z dołu. Byłam na Belfaście, choć w dzień i w deszczu nie było tam tylu osobliwości na na nocnym jarmarku. Za każdym razem, gdy wysiadałam przy stacji metra Angel, musiałam się uśmiechnąć – może z czasem pojawiły się nowe skojarzenia, ale pierwotne zostały. Tak samo zawsze mnie bawi i lekko straszy przystanek przy Seven Sisters. Pierwsza wizyta w Londynie to była podróż śladami magicznej książki, bo książki tak nam robią: tworzą mapy miejsc, które istnieją podwójnie – gdzieś we współczesnej metropolii i równolegle w historii, która wydarzyła się nigdy i nigdzie, ale jakoś była dla mnie ważna.

To nawet nie była najlepsza czy najważniejsza jego książka, ale chyba pierwsza. Najważniejsze dla mnie zawsze było opowiadanie Cena, bo było okrutne i pełne złych czarów, i mówiło o lojalności, która bardzo drogo przychodzi. Nie wiem, czy mu wybaczyłam, co mi zrobił w głowę tą historią, ale został Moim Autorem i zamieszkał na półkach.

Już w połowie zeszłego roku poszły pierwsze wzmianki o problemach. Wczoraj wyszedł pełny, zweryfikowany reportaż. Link do archive.net, gdyby oryginał zdjęto. Uprzedzając, jeśli kogoś jeszcze ominęło: lektura bardzo ciężka. Trudno się po niej pozbierać, opisy przemocy, okrucieństwa i brutalności.

To nie pierwszy raz, kiedy popularny, uznany artysta okazuje się nie być tym, kogo w nim widzieliśmy. Nie powinno szokować aż tak. Z drugiej strony, taki Polański nigdy nie pozował na feministę i nie pisał o prawach kobiet. Marion Bradley poza pisaniem nie robiła w mojej rzeczywistości zbyt wiele, więc news o niej nie zrobił mi wyrwy w głowie. Gaiman był inny, bo nie tylko tworzył światy, ale też naprawiał nasz. Był ambasadorem UNHCR!

Jest pokusa by zatkać uszy, zasłonić oczy i mówić, że ale przecież te piękne książki, ale te wszystkie filmy na podstawie, ale te całe światy.

Wszystkie te cuda kreacji nie mają znaczenia w ocenie tego, co się stało ze Scarlett i innymi kobietami w jego otoczeniu.

Dlatego dziś w mojej bibliotece jest żałoba. Mój autor okazał się gwałcicielem. Okazał się przemocowcem, który wykorzystał osoby słabsze i zależne od siebie. Używał szantażu, wstrzymywał wypłatę kobiecie, która mu się próbowała wyrwać, wiedząc, że bez tych środków nie da rady się uwolnić od niego. Nie da się tych historii obronić. Nie da się ocalić sentymentu do autora, gdy idzie za nim szereg skrzywdzonych, wykorzystanych i brutalnie potraktowanych kobiet. To dobry artykuł, bo pokazuje uczciwie ich sytuację. To prawda w tym artykule jest straszna.

(nawet nie będę zaczynać, co sądzę o Amandzie Palmer po tej lekturze. Gdyby miała cień przyzwoitości, po pierwszej historii byłaby na policji, Gaiman byłby w areszcie i nie byłoby następnych ofiar. )

Wiem, że nie jestem jedyną czytelniczką, którą ten reportaż zabolał. Autorzy są ważni, ich książki nam pomagają zrozumieć świat i siebie. W tej chwili wielu z nas rozstaje się z pakietem uczuć, które nam dały jego historie. Wielu z nas przyznaje, że ciężko jest pozbyć się złudzeń i zmienić zdanie o kimś, czyja wyobraźnia zaludniła naszą.

Jeśli macie za dużo uczuć i potrzebujecie coś z nimi zrobić, są fundacje pomagające ofiarom takich ludzi, jak Gaiman:

RAINN w USA

Centrum Praw Kobiet

feminoteka

Polska powinna być egoistyczna

Piekło zamarzło, będę pouczać Bosaka, co Polska powinna robić w sprawie Białorusi z przyczyn jak najbardziej egoistycznych, narodowych i najbliższych jego własnym poglądom.

Pierwsze reakcje Polski i Europy na demonstracje po skandalicznie sfałszowanych wyborach białoruskich nie porywają. Prezydenci Polski i Litwy wydali szalenie zachowawcze i ogólnikowe oświadczenie, w którym mówią, że nieładnie bić własnych obywateli i nie dotrzymywać standardów demokracji (jeśli ktoś ma wrażenie, że to bardzo mocne słowa jak na lokatora Belwederu i reprezentanta wszechwładnie nam panującej partii, to ma dobrze skalibrowany detektor chucpy)

Zrzut ekranu 2020-08-10 o 12.58.27

screen ze strony prezydent.pl

Inni członkowie rozkosznie ironizowali: „A co, mamy wysłać czołgi na Białoruś?”- to znany anarchista i wywrotowiec, tymczasem pełniący obowiązki w Sejmie, Terlecki. Ja wiem, że oni są z partii Prawo i Sprawiedliwość, nie umyka mi orwellowski poziom tego dowcipu, natomiast wydaje się, że kombatanci stanu wojennego korzystający swojego czasu ze wsparcia RWE, darów z Zachodu i niekiedy ratujący swoje życie dzięki solidarności krajów zachodniej Europy mogliby mieć więcej wyczucia, taktu a może i współczucia i zrozumienia dla ludności próbującej zrzucić z siebie tyrana.

Ale zostawmy rząd i jego wymownych przedstawicieli, może im dyplomacja i protokół nie pozwala powiedzieć tego, co może powiedzieć polityk poza rządem?

Cóż zatem mówi zwolennik silnych państw narodowych, dumny były kandydat na prezydenta (oraz pretendent do tytułu najlepszego tancerza)?

Zrzut ekranu 2020-08-10 o 12.54.28

Rozwija swoją myśl stoicką szerzej w w Polsat News (swoją drogą, co to jest, że zawsze znajdzie się mikrofon i scena dla szerzenia poglądów ksenofobicznych, nacjonalistycznych i mizoginistycznych, a Bosak wyrasta na osobę wartą pytania o zdanie w sprawach międzynarodowych) – tu screen z wywiadu, gdzie nasz krajowy nacjonalista i minifaszysta deklaruje kunktatorskie wyczekanie:

Zrzut ekranu 2020-08-10 o 13.09.46

Otóż nawet odkładając na bok takie wartości, jakie akurat Polska ze swoją historią XX. wieku powinna mieć szczególnie na uwadze; nawet uznając, że solidarność, wsparcie, braterstwo, miłosierdzie i przyzwoitość to nie są pojęcia z języka dyplomacji międzynarodowej, Polska nie może zajmować wygodnej pozycji obserwatora i czekać, w którą stronę potencjalne powstanie na Białorusi się przewali. Takie rzeczy można robić będąc na innym kontynencie, a nie za płotem.

 

Nasi wyważeni dyplomaci, wyrafinowani stoicy zapominają nagle o tym, że Białoruś i Rosja stanowią konfederację. Od 20 lat tworzą ZBiR (jakże trafny to akronim!), obecnie nazywany jednak Państwem Związkowym Rosji i Białorusi, mający na celu doprowadzenie do integracji gospodarczej i walutowej, a w trakcie tych dwudziestu lat Rosja serdecznie oferowała Białorusi pełną unię polegającą na wchłonięciu. ZBiR ma własny parlament i pracuje obecnie nad wprowadzeniem jednolitej waluty, oczywiście rubla rosyjskiego.

Świadomość tej unii powinna nam uzmysłowić, że Putina tylko kaprys powstrzymuje przed udzieleniem Łukaszence zbrojnego wsparcia w tłumieniu demonstracji. A Putin już na Kremlu przetestował, że za wjazd wojskiem na tereny dawnej republiki ZSRR nic mu ze strony międzynarodowej nie grozi, tu będzie mógł powoływać się na formalnie istniejące uprawnienia do interwencji – wystarczy, że Łukaszenka go poprosi a car będzie w nastroju. Możemy mieć rosyjskie czołgi na granicy w każdej chwili, i nie sądzę, by był to dobry moment na relaks i sączenie szampana z lornetką w ręku. Z przyczyn osobistych, państwowych, własnych i egoistycznych Polska powinna ściągać oczy Europy, Ameryki i NATO na Mińsk, robić z obrony demonstrujących przeciw fałszerstwom wyborczym główny temat debat i wykrzykiwać o tym wszędzie. Jeśli nie dlatego, że sama wierzy w demokrację i wartość woli ludu czy równość czy wagę głosowania, to dlatego, że skutki machnięcia ręką na „jakieś tam kotłowania na wschodzie” mogą nam zapukać do drzwi lufą czołgu. A o ile wiem, nasz potencjał militarny pozwoli nam na konfrontację krótszą niż partia brydża.

Z tych właśnie niskich, egoistycznych pobudek Polska powinna wszędzie i namolnie bębnić o potrzebie wsparcia ludności białoruskiej, międzynarowej kontroli nad sytuacją i nieustannego przypominania, że kraje zachodu cenią demokrację bez wałków przy urnach.

I głupio mi, że o to boję się ja, a rzekomi fani silnej Polski, niezależnej i narodowej nie mają tego lęku – chyba że akurat rosyjski protektorat by im nie przeszkadzał?

Gdzie dzisiaj stoisz?

Minął czas komfortu dla osób, które nie mają zdania, uważają, że obie strony są równie podejrzane, wszyscy trochę zawinili, i owszem, osoby LGBT mają trochę trudniej, ale nie ma się co dziwić brakowi sojuszników, skoro są takie niepokorne, niecierpliwe, wulgarne i tupią.

Był czas, gdy można było ignorować uchwały gmin „wolnych od LGBT” i mówić, że to tylko brewerie nadgorliwych radnych i chodzi o wsparcie konserwatywnego modelu rodziny a nie szykany.

Był czas, gdy można było przymykać oko na wypowiedzi polityków od „LGBT to nie ludzie, to ideologia”, tłumacząc to niedyspozycją mentalną, przejęzyczeniem czy wyrwaniem z kontekstu.

Był czas, gdy można było kwitować purpuratów i książęta kościoła katolickiego plujących na „tęczową zarazę” wyrozumiałą obserwacją, że muszą być przeciw, bo to taka firma i nie mają wyboru niż iść po linii katechetycznego potępienia wszystkiego, co narusza jedynie słuszny model.

Już tego czasu nie ma.

Teraz jest czas anonimowej milicji bez blach, nazwisk i numerów identyfikacyjnych, przyduszających kolanami i łokciami nieuzbrojonych, pokojowych demonstrantów.

Teraz jest czas łapania ludzi z demonstracji i przewożenia ich na komisariaty bez podstawy prawnej zatrzymania, bez dostępu do prawnika, bez informowania o zatrzymaniu osób bliskich, za to z utrudnianiem kontaktu osobom poszukującym informacji o ZAGINIONYCH NA DEMONSTRACJI krewnych.

Teraz jest czas, gdy w sprawie o zniszczenie mienia i obrazę uczuć religijnych aparat państwowy występuje z siłą godną zbrodni wojennych, ustalając dwumiesięczny areszt i organizując zbrojne polowanie na osobę, która wychodzi się poddać bez walki, protestów i ukrywania.

Teraz jest czas, gdy Uniwersytet Warszawski – ten sam, który służył swoją eksterytorialnością jako azyl w 1968 i w stanie wojennym! –  mimo wielokrotnych wezwań ze strony swojego wykładowcy trzyma zamknięte bramy i nie pozwala demonstrantom – NIEUZBROJONYM, POKOJOWYM DEMONSTRANTOM – schronić się przed przemocą policyjnej obławy.

 

Nie ma już czasu na namysł, sokratesowanie, szlachetny dystans i brak zaangażowania. Teraz jest moment, by się określić, czy jest się po stronie bitych, gnojonych, przetrzymywanych bez podstawy prawnej (niekiedy bez dostępu do leków) i bez kontaktu z prawnikiem, po stronie prześladowanych przez cały potężny aparat państwa razem z policją, prokuraturą i dyspozycyjną częścią sędziów. Nie ma już miejsc neutralnych. Można być po stronie prześladowanych albo po stronie bijących. Wybieraj. Dziś.

Idź na demonstrację. Jeśli nie możesz, dokumentuj protest w swojej okolicy, rób zdjęcia, uwieczniaj działania policji – to zapobiegnie szerzeniu kłamstw. Prostuj bzdury, kłamstwa i manipulacje w sieci. Pomagaj demonstrantom: podziel się wodą, przekaż środki opatrunkowe tym, których policja pobiła. Pomagaj demonstrantom – gdy idą na protest, przypilnuj ich dzieci, wyprowadź psa, interweniuj, gdy nie wrócą. Pomagaj organizacjom, które upominają się o prawa mniejszości.

Wybierz stronę, po której stoisz. Nie ma już ziemi niczyjej dla obserwatorów.

 

Numery kont do wpłat na organizacje broniące praw osób LGBT w Polsce:

Kampania Przeciw Homofobii (KRS 0000111209) http://kph.org.pl:

5 2130 0004 2001 0344 2274 0001 (Volkswagen Bank SA)

Miłość Nie Wyklucza (KRS: 0000485267) http://mnw.org.pl/:

61 2030 0045 1110 0000 0357 3360 (Bank BGŻ BNP Paribas)

My Rodzice (KRS: 0000731072) myrodzice.org

16 1140 2004 0000 3202 7910 7971 (mBank)

 

 

W dwu zdaniach

Dla wszystkich prawych, silnych i dumnych rodaków, którzy polską historią się chlubią a dokonaniami przodków szczycą od Cedyni po Monte Cassino, bo wierzą, że w chwili próby zachowaliby się równie świetnie co powstańcy czy rycerze, i że ich byłyby drzewka w Yad Vashem; dla nich wszystkich mam smutny komunikat: jeśli chcecie wiedzieć, czy w trakcie drugiej wojny światowej ratowalibyście Żydów z getta, czy też patrzylibyście z okien z satysfakcją, jak getto warszawskie płonie – sprawdźcie, co pisaliście w sieci ostatnio o ruchu BLM, co pod swoim nazwiskiem piszecie w komentarzach o prześladowaniach osób LGBT+ w Polsce i na świecie. To jest wasz test odwagi cywilnej i człowieczeństwa, i miejmy najszczerszą i najgorętszą nadzieję, że większego za naszego życia nie będzie.

 

Zgorszenie drugiego rzędu

Zgorszenie drugiego rzędu to takie zgorszenie, gdy zgorszony sam nie deklaruje urażenia jego własnej wrażliwości, ale gorliwie zapewnia, że dana rzecz w sposób nieunikniony urazi jakichś Innych, i że z tego powodu należy tej rzeczy zaprzestać lub zaniechać. Zgorszony drugorzędowo gorliwie donosi te wszystkie okropności, których on sam nie uważa, broń Cthulhu, ale ktoś tam na pewno by tak sobie pomyślał, i że w związku z tym ów przedmiot zgorszenia jest straszny i nie powinien ujrzeć światła dziennego. Zgorszeni drugorzędowo będą zapewniać o swoich szerokich horyzontach, ale ze względu na hipotetycznych maluczkich w zasięgu wzroku domagają się stonowania dyskursu i usunięcia kontrowersyjnej treści bądź odroczenia niepokojącej (nie ich samych, rzecz jasna, ale tych nerwowszych) na nieokreśloną przyszłość.

Za każdym razem, gdy tylko w Polsce próbuje się zrobić coś, co poszerzy dyskurs i przesunie w lewo okienko Overtona w sieci pojawia się tysiąc komentatorów, gardłujących przeciwko. Czy chodzi o zliberalizowanie ustawy antyaborcyjnej, czy o wprowadzenie pełni praw osób LGBT, czy o poprawę sytuacji mniejszości etnicznych, tysiąc zatroskanych głosów woła, żeby tego nie robić teraz, żeby uwzględnić jak to urazi konserwatywny elektorat, albo jak to zaprzepaści sprawę z powodu nieodpowiedniego wykonania danej akcji.

Jak długo żyję, słyszę te zatroskane głosy, które nie mówią, że im samym przeszkadza, o nie, głosy są pełne zrozumienia, wsparcia, poparcia, tylko nie dziś i nie w ten sposób. Głosy się martwią, że to zniechęci tradycyjnych katolików, że to urazi uczucia konserwatystów, polityków, księży, nacjonalistów, rolników, lekarzy, księgarzy, nauczycieli, hodowców gołębi i zbieraczy znaczków z krajów zaczynających się na literę E – nigdy samych troskliwych. Troskliwi sami popierają, oni tylko martwią się w imieniu. Oni tylko WIEDZĄ, kto się czym zgorszy i dlatego należy za wszelką cenę daną sprawę przełożyć, aby uniknąć tego strasznego zgorszenia.

I się przekłada.

Od prawie trzydziestu lat tzw. kompromis aborcyjny zawarty między ZChN a episkopatem jest nie do ruszenia, bo nie teraz i bo się zgorszą. Od trzydziestu lat różne wersje KLD-PO-KO-Nowoczesnej, mieniące się europejskimi i postępowymi, z obawy przed zgorszeniem prawicy nie są w stanie przegłosować nawet nie równości małżeńskiej, ale nawet ogryzka pt. związki partnerskie. Zawsze to jest nie w porę, zawsze czemuś zaszkodzi, zawsze jest ryzyko zgorszenia kogoś innego, w czyim imieniu gorszący gorliwie donosi i się oburza zastępczo.

To niby liberalne, otwarte i europejskie centrum zostało tak świetnie wytresowane, że prawica w ogóle się już nie musi oburzać, ma do tego swoją posłuszną gromadkę zgorszonych drugorzędowo. Centrum wystartuje głuszyć działania ruchów lewicowych, prokobiecych i promniejszościowych zanim jeszcze episkopat wstanie od śniadania; i zaanonsuje owo centrum awansem wszystkie argumenty, które każdy biskup z osobna mógłby wymyślić, dorzuci argumenty zgorszonego kołtuna i mizogina i to wszystko w formie cytatu, bo przecież centrum samo się nie oburza, ale z troski i wrodzonej miłości bliźniego nie pozwoli temu bliźniemu wyjść z szafy, zawalczyć o prawa, obronić się przed sekowaniem, bo ten niedobry inny go skopie.

 

Oczywiście moja osobista cyniczna interpretacja jest taka, że ci wszyscy symetryści dnia wolnego, ci wszyscy centryści z łaski na pociechę gorszą się zupełnie samodzielnie i gotują z oburzenia w środku, tylko na tyle zostali ogładzeni przez bywanie w świecie, że mają poczucie, że to po prostu nie wypada pojechać na głos tekstami homofobicznymi i antyfeministycznymi czy czystym rasizmem. Stąd się bierze ta gorliwa potrzeba racjonalizacji, że „ja się nie oburzam, ale jak zareaguje Jarosław albo Kaja, tylko sobie zaszkodzicie stawiając sprawę na ostrzu noża”, to wyszukiwanie argumentów bardziej zajadłej frakcji i dowożenie gorliwie wszystkich możliwych obelg, które mogłyby paść w odpowiedzi, zanim frakcje radykalne w ogóle zdążą zareagować i się oburzyć. (Pięknie to wyszło w wątku wokół tańców na Krakowskim Przedmieściu, gdzie gros oburzonych to było tzw. umiarkowane centrum, trwożące się o reakcję konserwy prawicowej, donoszące na wyścigi dowody zgorszenia z drugiej ręki.) Zgorszenie drugiego rzędu to tylko projekcja, wypchnięcie własnego, wewnętrznego kołtuna, rasisty, seksisty czy homofoba na prawo i rozkoszne gorszenie się w jego imieniu.

 

Czy jest jakaś wyszukana pointa z tej obserwacji? Bynajmniej. Feministki, osoby LGBT i mniejszości od dawna wiedzą, że mając takich „sojuszników” jak polskie centrum polityczne i ich media, nie potrzebują tak naprawdę poważnego oponenta z prawej strony. Polskie centrum gorliwie poukręca łby wszystkim postulatom poprawy sytuacji mniejszości zanim jeszcze główni przeciwnicy równouprawnienia skończą prasówkę. Oczywiście, że od trzydziestu lat jest niedobry moment na zmianę prawa aborcyjnego, na ustawy antyprzemocowe, na dopisanie homofobii do listy mowy nienawiści. Trzydzieści lat temu wszelako centrum nie wyrywało prawicowym nienawistnikom mikrofonów by uprzedzająco zakrzyczeć inicjatywy na rzecz praw kobiet czy mniejszości, dziś ich gorliwie wyręcza w argumentowaniu, dlaczego mniejszości morda w kubeł i czekać.

 

Jeśli przypadkiem czyta mnie ktoś, kto się identyfikuje jako centrum i rzetelnie obawia się i troszczy, by przedwczesne (ha, od trzydziestu lat przedwczesne) zrywy na rzecz równouprawnienia nie pogrzebały słusznej jego/jej zdaniem sprawy, mam prośbę. Otóż, drogi czytelniku/droga czytelniczko – nie przytaczaj mi wszystkich argumentów, jakie prawica/konserwa mogłaby tylko wymyślić przeciwko sprawie. Wymyśl własne sposoby, jak te argumenty zbijać. Zamiast uciszać mnie (lub wyganiać tańczące dzieciaki do domu, lub odmawiać podpisu pod projektem równości małżeńskiej „bo to nie przejdzie”, zamiast etc) pogadaj z kumplami z twojego centrowego, symetrystycznego kręgu znajomych, żeby nie wzruszali ramionami, nie hamowali piętami, a dla odmiany wsparli inicjatywy z lewej strony, bo ich bierny opór i gorszenie się w imieniu innych na razie wspiera wyłącznie zabetonowanie status quo. Jeśli naprawdę popierasz zmianę na lepsze – pomóż jej się wydarzyć.

Najchętniej jeszcze za mojego życia, żebym mogła podziękować osobiście.

 

O kończeniu zdań w porę

Jeśli jesteś, drogi czytelniku lub droga czytelniczko, jedną z tych osób, które w związku z aktualnymi wydarzeniami mają coś strasznie ważnego do powiedzenia w sieci, tu jest darmowa porada odnośnie składni w wypowiedziach publicznych.

Chcę zwrócić twoją uwagę na pułapkę w zdaniach zaczynających się od:

„Nie jestem rasist(k)ą, ale…”

„Nie jestem homofobem/homofobką, ale …”

„Jestem całym sercem za tolerancją i równouprawnieniem, ale…”

 

Wszystko, co powiesz po tym „ale” całkowicie unieważnia twoją deklarację z początku zdania. Wyrzuć „ale” i następujące po nim zdanie podrzędne, zamiast przecinka wstaw kropkę.

Teraz twoja deklaracja jest spójna i sensowna.

Jeśli uważasz, że po tej korekcie stylistycznej twoja wypowiedź straciła coś istotnego i stwierdzenie, że jesteś tolerancyjnym, otwartym i empatycznym człowiekiem nie wyraża cię w pełni – zastanów się nad sobą i jak w takim razie chcesz i powinieneś/powinnaś się nazywać.

 

Dziękuję za udział w lekcji przyzwoitej polszczyzny.

 

 

O konieczności darcia mordy

Spory w internecie nie są prowadzone po to, by przekonać oponenta. Szansa na to jest jak na trafienie w totka, matematycznie możliwa, ale nikt nie ma czasu wykonywać tych wszystkich milionów operacji, by odnieść sukces. Spory w internecie nie są też po to, by wykazać, że oponent jest głupi czy sam nie wie, co mówi (choć miło bywa patrzeć, gdy się zamota w zeznaniach).

Spędzam sporo czasu w sieci wchodząc w polemikę z rasistami, antysemitami, a ostatnio z homofobami. Są to ludzie, którzy swoją nienawiść do mniejszości sprzedają jako gorliwą religijność („to bóg mi kazał kamienować homoseksualistów, ale tak naprawdę jak piszę, że należałoby tych pedałów potopić, to mam na myśli duchową śmierć grzesznika, wysoki sądzie”)*, osobliwie pojmowany patriotyzm („lewacka zaraza, ideologia deprawująca dzieci i staruszki”)*, wierność naturze („kto to widział w przyrodzie homoseksualizm, nawet rośliny są hetero!”)* i inne racjonalizacje. Czemu uważam dyskutowanie z nimi, podważanie ich tez, kontrowanie i jałowe przytaczanie argumentów przeciwko ich wymysłom  za nie tylko warte spędzonego na nim czasu, nie tylko warte stresu, gniewu, złości i rozpaczy, jaka towarzyszy czytaniu, jak to poniżanie osób LGBT służy bogu i ojczyźnie; ale wręcz uważam ten jałowy trud za mój obowiązek?

Nie dlatego, jakobym wierzyła w nawrócenie i przekonanie swoich rozmówców, że jednak osoba nieheteronormatywna to nie potwór, deprawacja, wyuzdanie, czysta chuć lub zagłada cywilizacji*. Nie wierzę. Nie jestem w stanie przemeblować rozmówcy klocków w głowie, które to klocki składają się na spójny obraz rzeczywistości z wrogiem do tłuczenia. Nie jestem w stanie jedną dyskusją cofnąć lat indoktrynacji religijnej i obskuranckiej hipokryzji. W tych wszystkich potwornych kopaninach nie chodzi o homofobów, rasistów czy innych ksenofobów.

Chodzi o obserwatorów.

Chodzi o tego piętnastoletniego Dominika z Bieżunia, chodzi o Milo, chodzi o rzeszę siedzących cicho nad tabletami i komórkami dzieciaków, które czytają Facebooka, Twittera, fora na portalach i zastanawiają się, co się stanie, jak powiedzą rodzicom, kolegom, nauczycielom, że są inne niż większość dzieci. Dla tych wszystkich ludzi, którzy śledzą dyskusje w internecie i czują się coraz gorzej, coraz straszniej, bo politycy, publicyści, instytucje jednogłośnie grzmią, że ten rozdarty, wystraszony nastolatek borykający się z własną odmiennością to zaraza, choroba, patologia, zagrożenie dla rodziny, miasta i kraju, coś do wywieszania na szubienicach, do kamienowania, topienia, palenia, wysłania do gazu*. Kłócę się za każdym razem, choć to bardzo dużo nerwów i stresu wypala, właśnie po to, by ten nastolatek, ten dwudziestolatek, ta dziewczyna, ta kobieta zobaczyły, że głos nienawiści nie ma monopolu. Że nie wszyscy piszący po polsku nienawidzą, życzą śmierci, kalectwa i bólu każdemu, kto nie jest hetero. Kłócę się, by te dzieciaki, ci dorośli, te nastolatki siedzące w przerażeniu w szafie, bojące się ujawnić, wiedziały, że nie wszyscy ich nienawidzą. Że są ludzie, którzy będą oponować przeciwko mowie nienawiści, przeciwko zaszczuwaniu i zastraszaniu. Że istnieje inny głos w dyskursie publicznym, niż tylko głos pogardy, głos obrzydzenia, głos wykluczenia i odrzucenia.

Piszę, żeby wiedzieli, że nie są sami.

Piszę, bo nie chcę, żeby kolejne dzieciaki powtarzały los Milo i Dominika. Piszę, bo jestem człowiekiem i to jest również moja odpowiedzialność, by choć na trochę zatrzymać wielkie młyny nienawiści, które mielą wszystko co Inne. Piszę, bo chcę dać choćby minimalną przeciwwagę, cień nadziei, powód, by i oni mieli siłę walczyć o swoje życie. By wiedzieli, że nie są z tym zalewem nienawiści zupełnie sami.

 

To pewnie dobre miejsce, by podziękować niezmordowanemu Slwstrowi, od którego ciągle się uczę wytrwałości w tej pracy.

 

PS. Autorka nie jest pozbawioną edukacji dyslektyczką, brak wielkich liter w słowach, w których P.T. publiczność przywykła je widzieć jest zamierzony i wynika z niechęci do obdarzania choćby ortograficznym szacunkiem bytów i instytucji mających uzasadniać tortury, ludobójstwo lub przemoc.

________________________________________

* wszystkie zacytowane w tekście obelgi, wymysły i potworności udało mi się przeczytać dzisiaj w różnych wątkach dyskusji na Twitterze.

Niech się święci

Przypomnijmy, skąd wzięły się obchody pierwszomajowe – od strajków robotniczych w Chicago w 1886, gdzie robotnicy żądali ludzkich warunków: maksymalnie ośmiogodzinnego dnia pracy, wynagrodzeń na poziomie umożliwiającym zaspokojenie potrzeb, umów o pracę dających uczciwe warunki zatrudnienia, niepozwalające na wyrzucenie z dnia na dzień bez powodu czy gwałtowną redukcję stawek. Zasadniczo robotnicy z Chicago 150 lat temu protestowali przeciwko tarczy antykryzysowej premiera Morawieckiego.
90 lat temu w pożarze szwalni Triangle Shirtwaist Factory w Nowym Jorku spłonęło 146 kobiet. Ich śmierć była do uniknięcia, wynikała z chciwości przedsiębiorstwa, które nie tylko zaniedbało profilaktykę przeciwpożarową (brak wiader z wodą, brak zabezpieczeń przed wybuchem ognia, który w takich miejscach jak szwalnie i tkalnie roznosi się błyskawicznie z uwagi na obecność pyłu bawełnianego, łatwopalnego i wybuchowego, umiejscowienie szwalni na najwyższych piętrach, do których nie sięgały drabiny straży pożarnej, zaniedbane windy i zewnętrzne schody ewakuacyjne), ale też zaryglowało drogi ewakuacyjne by ograniczyć wychodzenie pracownic na przerwy w pracy. Ten pożar wstrząsnął opinią publiczną na tyle, że nie tylko wywołał oburzenie i szum medialny, ale też zapoczątkował prawne regulowanie warunków pracy, mające na celu zapewnienie bezpieczeństwa: fizycznego, finansowego, społecznego. Stąd powstały wymogi dotyczące przestrzeni, przewiewu, temperatur, dróg ewakuacji, czasu pracy, rotacji pracowniczej – regulacje zapobiegające wyzyskowi pracowników i uprawianiu biznesu kosztem zdrowia i życia ludzi pracujących. Te regulacje, które znosi teraz tarcza antykryzysowa premiera Morawieckiego.
Mamy rzekomo najbardziej populistyczny rząd w historii. Paradoksalnie, poza okazjonalnymi świadczeniami socjalnymi na rzecz dzieci czy emerytów, ten rząd zajmuje się w trakcie kryzysu wyłącznie wygładzaniem zmarszczek na czole dużych przedsiębiorców i ocieraniem łez rekinów biznesu. Umożliwia błyskawiczne zwalnianie, pozbawianie płacy, rozregulowanie czasu pracy, wręcz skoszarowanie pracowników na terenie wskazanym przez przedsiębiorcę, delegowanie lub okrawanie wynagrodzenia, opóźnienia płatnicze (również w opłatach na rzecz ubezpieczeń społecznych) – wszystko w imię świętej gospodarki. Święta gospodarka ma przetrwać, nieważne, ile osób odda za to życie. Dosłownie – bo zarazi się w trakcie pandemii pracując bez wytchnienia, ale za to bez zabezpieczeń; lub dosłownie – bo straci pracę i wszelkie zabezpieczenie, a bezdomni bez środków na zakup jedzenia nie żyją długo. Jak święta gospodarka ma przeżyć, gdy owszem, za wszelką cenę rząd podpiera podaż i wspiera przedsiębiorców w zbożnym trudzie produkowania dóbr, których nie ma kto kupić, gdyż wywaleni na zbitą mordę pracownicy to ci sami ludzie, którym chciałoby się sprzedać te wszystkie jakże drogo, bo kosztem ich bezpieczeństwa finansowego i ubezpieczeń wyprodukowane dobra – nie wiem. Jak ma się ta operacja powieść, gdy przedsiębiorca przy wsparciu mecenatu państwowego będzie produkował, taniej, łatwiej i nie oglądając się na bezpieczeństwo i godne wynagrodzenie, a konsument będzie żarł trawę i stał w kolejkach po mąkę i olej z darów, modląc się do wszystkich bogów i demonów, by bank się wstrzymał z eksmisją – przerasta moje rozumienie ekonomii.

 

Z okazji międzynarodowego święta pracy – a tak naprawdę, z okazji święta praw pracowniczych, miłego i blaknącego w pamięci wspomnienia czasów, w których kiedyś mogliśmy żyć i przeżyć – życzę wszystkim moim czytelniczkom i czytelnikom, żeby ich najnowsza wersja tarczy antykryzysowej autorstwa naszego wspaniałego rządu nie rąbnęła na odlew.

the-haymarket-riot-explosion(źródło: wikipedia commons)