Minął styczeń. Książkowo.

W styczniu na liczniku 14 książek, całkiem dobry początek roku, muszę to przyznać. Do tego przeczytałam kilka naprawdę wyśmienitych powieści, więc zapraszam na styczniowe podsumowanie!

Minusy? Iwona Banach i Morderstwo all inclusive.

Hmm, komedia kryminalna powinna charakteryzować się dobrym humorem po lekturze, i w miarę sprawną zagadką kryminalną. Tutaj nie znalazłam ani tego, ani tego. Za dużo jest dużo sensacji żołądkowych ( nie zdziwiłabym jakby Stoperan był sponsorem strategicznym). Książka bazuje na mało śmiesznych gagach. Może jakby nie powtarzać tego samego na co drugiej stronie, to byłoby to ciekawsze i bardziej komediowe? No nic, strata czasu na całego.

Instynkt to instynkt, nie warto z nim igrać, kiedy coś mówi wam, żeby uciekać, to się po prostu ucieka, a nie zgrywa chojraka.

Minusem jest również Arbuzowy sezon, Liliany Fabisińskiej.

Sam pomysł bardzo ciekawy. Otóż romans opisany z perspektywy mężczyzny. I do tego beznadziejnie zakochanego, wręcz wykorzystywanego przez swoją ukochaną. Przyznam szczerze, że o ile pomysł opowieści o nieszczęśliwej miłości był naprawdę oryginalny, to wykonanie zdecydowanie zawiodło. Napisana jest bowiem tak, że nie daje się polubić bohaterów. Nie da się czuć złości, emocji, nadziei. A jedynie odlicza się strony do końca.
Duże rozczarowanie od tej autorki.

Czas na plusy!

Zabawa w chowanego, Soren Sveistrup.

Jeżeli podobał się Wam Kasztanowy Ludzik, to pokochacie również tę książkę. Jest tu wszystko z czego zasłynął Soren Sveistrup, czyli typowo duszny skandynawski klimat i dramat całych rodzin.
Czy morderstwo sprzed lat i współczesne zbrodnie się z sobą łączą? A jeśli tak to czym? Autor nie daje nam jasnych odpowiedzi. Ilość pobocznych wątków, może wydawać się nużąca, ale przecież zaraz, mogą stać się tymi kluczowymi. Czytając więc tę książkę, należy zachować ogromną czujność!
Soren wrócił po dobrze znaną z Kasztanowego Ludzika, parę policjantów, Naia i Hess mają ręce i głowy pełne roboty. Oczywiście nie jest to bezpośrednia kontynuacja tamtej historii, można czytać ją bez znajomości poprzednika. Ale myślę, że i tak daliście się już skusić na tę opowieść!
Sveistrup skonstruował kolejną misterną opowieść, od której nie sposób się oderwać. Czytałam ją z zapartym tchem. I ciągle mam ochotę na więcej!

Odliczam raz, odliczam dwa pewna pani miała psa.
Odliczam trzy, odliczam cztery, pies ten dziwne miał maniery.
Odliczam pięć, odliczam sześć, wcale lodów nie chciał jeść.
Odliczam siedem, odliczam osiem, wciąż o kości tylko prosił.
Odliczam dziewięć, odliczam dziesięć, kto te kości mu przyniesie?
Ty czy ja, ja czy ty? Licz od nowa raz, dwa, trzy.

Przesyłka z nieba, Sanaka Hiiragi.

„Przesyłka z nieba” to jedna z tych książek, które nie krzyczą , a mimo to trafia dokładnie tam, gdzie najbardziej boli i gdzie najbardziej potrzeba czułości. To literatura delikatna, oszczędna w słowach, ale bardzo bogata w znaczenia i właśnie dlatego tak mocno zapadła mi w pamięć.

Sanaka Hiiragi opowiada nam historię ludzi mierzących się ze stratą . Niekoniecznie tą spektakularną, ale codzienną, cichą, często niezauważaną przez otoczenie. Śmierć, żałoba, poczucie winy, niewypowiedziane „przepraszam” i „dziękuję”, wszystko to unosi się nad tą opowieścią jak delikatna mgła. Nie przytłacza, ale otula, mimo trudnego tematu.

Motyw tytułowej „przesyłki” jest niezwykle symboliczny. To nie tylko fizyczny przedmiot, ale nośnik emocji, wspomnień i spraw niedomkniętych. Autorka z ogromną wrażliwością pokazuje, że czasem to, co najważniejsze, przychodzi do nas nie wtedy, gdy jesteśmy gotowi ,ale wtedy, gdy najbardziej tego potrzebujemy.

Bardzo poruszyło mnie to, jak Hiiragi pisze o żałobie.
Nie używa patosu, nie ma tu wielkich słów, za to jest ogromne zrozumienie dla ludzkiej kruchości. Bohaterowie nie są idealni, często są zagubieni, zmęczeni, nie wiedzą, co zrobić z emocjami, które ich przerastają. I właśnie przez to są tak prawdziwi.

To książka, która przypomina, że ból nie odbiera sensu, a pamięć może być formą miłości

Po lekturze zostało we mnie poczucie spokoju i wzruszenia , takiego, które nie znika od razu po zamknięciu książki. „Przesyłka z nieba” to idealna lektura na moment, gdy potrzebujemy zatrzymać się, pobyć z własnymi myślami i pozwolić sobie na emocje.
Dla mnie była piękna, czuła i bardzo potrzebna.

Zaległa długa cisza. Zegar szafkowy tykał „tik, tak”. Nanahoshi zastanawiała się nad upływem czasu: na co dzień sobie tego nie uświadamiamy, że z każdą sekundą tracimy po trochu pozostały nam jeszcze czas życia. Nikt nie wie, kiedy przyjdzie mu przekroczyć rzekę. Wszyscy troje milczeli nad filiżankami z wystygłą już herbatą.

Sally Rooney, Intermezzo.

„Intermezzo” to najnowsza i zdecydowanie najdojrzalsza powieść Sally Rooney, autorki hitów takich jak „Normalni ludzie” czy „Rozmowy z przyjaciółmi”.

Tytułowe Intermezzo to termin szachowy oznaczający „ruch wtrącony”, czyli niespodziewane zagranie, które zmusza przeciwnika do zmiany planów. I o tym jest ta książka: o momencie w życiu, kiedy wszystko staje w miejscu i trzeba wymyślić nową strategię.

Historia skupia się na dwóch braciach, którzy są jak ogień i woda: Ten starszy to Peter, prawnik z Dublina. Charyzmatyczny, ale życiowo rozsypany. Bierze leki, za dużo pije i miota się między dwiema kobietami: swoją dawną miłością Sylvią (która po wypadku żyje w chronicznym bólu) a młodą, beztroską Naomi. Młodszy o 10 lat Ivan jest społecznie niezdarny. To szachista, introwertyk, „dziwny” w ten uroczy sposób. Wchodzi w skomplikowaną relację z dużo starszą od siebie Margaret , która próbuje pozbierać się po trudnym rozwodzie. Tłem dla ich relacji jest śmierć ich ojca. Bracia muszą, chociaż niechętnie, odnowić kontakt i przepracować swoją żałobę oraz wzajemną niechęć.
Powieść jest gęsta, pełna dialogów i wewnętrznych przemyśleń. Wciąga w świat bohaterów tak mocno, że zapomnisz o całym świecie. Jest tu dużo czułości, próby zrozumienia drugiego człowieka i akceptacji tego, że życie nie zawsze idzie zgodnie z planem.

To chyba najlepsza książka Rooney. Jest w niej więcej ciepła i nadziei niż w poprzednich, mimo że temat wyjściowy, czyli żałoba po ojcu, jest smutny. Kończy się w sposób, który daje wiarę w to, że nawet z największego życiowego bałaganu da się wyjść.

Nie żebym z góry zakładał, że będziesz chciała znowu się ze mną widzieć, nie wiem. Ale bardzo cieszę się, że cię poznałem. I wiedząc tylko, że istniejesz, czuję, że moje życie będzie o wiele lepsze.

Mariana Leky, Smutki wszelkiej maści.

„Smutki wszelkiej maści” to powieść cicha, czuła i niepozorna. Ale właśnie przez to, tak bardzo poruszająca. Mariana Leky opowiada historię niewielkiej społeczności, w której codzienność splata się z lękiem, stratą i próbą oswojenia tego, co nieuchronne. To książka o smutku, ale nie przytłaczająca; raczej taka, która smutek bierze za rękę i mówi-możemy tu chwilę razem posiedzieć.

Narracja jest spokojna, fragmentaryczna, pełna drobnych scen i pozornie nieistotnych detali. Autorka nie spieszy się, daje czytelnikowi czas, by wejść w rytm życia mieszkańców kamienicy, poznać jego mieszkańców, ich dziwactwa, lęki i nadzieje. Szczególnie ważnym motywem jest strach przed śmiercią i przemijaniem, który powraca jak echo, ale nigdy nie dominuje brutalnie. Leky pisze o rzeczach trudnych z niezwykłą delikatnością i empatią.

Ogromnym atutem książki jest język, dość prosty, oszczędny, a jednocześnie poetycki. W wielu zdaniach jest więcej ciszy niż słów, a emocje wybrzmiewają między wersami. To literatura codziennych rozmów, drobnych radości i rutyny.

To nie jest powieść dla każdego momentu w życiu. Wymaga uważności, cierpliwości i gotowości na refleksję. Jeśli ktoś szuka dynamicznej akcji, może się rozczarować. Ale jeśli szuka książki, która koi, porządkuje emocje i pokazuje, że smutek jest częścią bycia człowiekiem, „Smutki wszelkiej maści” będą bardzo dobrym wyborem.

człowiek nie ma prawa używać słów zawsze” i nigdy”, póki nie dotarł do kresu życia, bo tylko z tej perspektywy wolno mu oceniać, co było zawsze, a co nigdy .

Loreth Anne White, Dziennik pokojówki.

Wpuszczasz ich do swojego domu. Dajesz im kody do alarmu, klucze do drzwi i dostęp do najbardziej intymnych zakamarków swojego życia. Są niewidzialni, przemykają cicho po korytarzach, ścierając kurze i układając poduszki. Ale czy na pewno tylko sprzątają? A może… patrzą?
Loreth Anne White w „Dzienniku pokojówki” bierze na warsztat jeden z naszych pierwotnych lęków – lęk przed utratą prywatności we własnym domu. I robi to w mistrzowskim stylu.
Kit Darling nie jest typową pokojówką. To obserwatorka. Lubi „pożyczać” sobie życie swoich pracodawców, przymierzyć drogą sukienkę, sprawdzić, jakie leki trzymają w szafce nocnej, powąchać perfumy pani domu. Jest nieszkodliwa… dopóki nie trafia do „Różanego Domu”, rezydencji idealnego małżeństwa, Jona i Daisy. Tam Kit widzi coś, czego zobaczyć nie powinna. I nagle znika…
Książka zaczyna się od trzęsienia ziemi – dosłownie i w przenośni – a potem napięcie tylko rośnie. Autorka świetnie buduje narrację, przeplatając perspektywy i czasy. Mamy tu klasyczny motyw: biedna, sprytna dziewczyna kontra bogaci, uprzywilejowani ludzie, którzy myślą, że pieniądze mogą kupić milczenie.
Siłą tej powieści jest duszna atmosfera. Czytając, czułam się trochę jak wspólniczka Kit. White doskonale pokazuje, że idealne zdjęcia na Instagramie i luksusowe wnętrza, to często tylko fasada, za którą kryją się toksyczne relacje, zdrady i dewiacje.
To nie jest typowy kryminał, gdzie tylko szukamy mordercy. To domowy thriller, w którym najważniejsze są relacje i psychologia postaci. Kit, mimo że wścibska i naruszająca granice, budzi sympatię (lub przynajmniej fascynację),a detektyw ka Mall, prowadząca śledztwo, to konkretna babka, której chce się kibicować.
, „Dziennik pokojówki” pochłonął mnie bez reszty. To idealna lektura na reset głowy, jest dynamiczna, rozdziały są krótkie i kończą się tak zwanymi cliffhangerami przez które obiecujesz sobie: „jeszcze tylko jedna strona” i nagle jest druga w nocy!
Loreth Anne White zaserwowała nam krwawy koktajl z ludzkich namiętności, zazdrości i zemsty. To solidny, rzemieślniczy thriller, który trzyma za gardło do ostatniej strony. Może nie zmienia życia, ale gwarantuje doskonałą rozrywkę i sprawia, że dwa razy zastanowicie się, zanim zostawicie kogoś obcego samego w swoim salonie.

Każdy z nas dostaje dopaminowo-adrenalinowego kopa na widok czegoś, co nie było przeznaczone dla jego oczu, prawda?

Duchy Nowego Jorku, Jim Lewis.

Zapomnijcie o Nowym Jorku z głośnych filmów akcji, o klaksonach żółtych taksówek i neonach Times Square. Nowy Jork Lewisa to miasto cieni, szeptów i powidoków. Autor zabiera nas w podróż przez trzy z pozoru odrębne historie, które łączy niewidzialna nić przeznaczenia, przypadku i… samotności.
Tytułowe „duchy”, to nie zjawy z horrorów. To wspomnienia, utracone miłości, zaprzepaszczone szanse i te wersje nas samych, którymi nigdy się nie staliśmy. To ludzie, których mijamy w metrze, nie wiedząc, że za chwilę odmienią nasze życie, albo co bardziej bolesne, miniemy się z nimi o ułamek sekundy, tracąc szansę na coś ważnego.
Książka skonstruowana jest jak misterny tryptyk. Poznajemy fotografa, który wraca do miasta po latach, by skonfrontować się z przeszłością; kobietę próbującą odnaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości; i wreszcie historię, która spina wszystko klamrą, pokazując, jak cienka granica dzieli bycie obcym od bycia bliskim.
Lewis pisze prozą gęstą, niemal fotograficzną. Każde zdanie wydaje się tu przemyślane, jakby autor malował słowem obrazy, na których najważniejsze jest to, co ukryte w cieniu. To opowieść o tym, jak miejsca pamiętają nas lepiej, niż my je pamiętamy.
To nie jest lektura na szybki, chaotyczny dzień. „Duchy Nowego Jorku” wymagają zatrzymania się, zanurzenia się w niej. To książka idealna na długi, zimowy wieczór, kiedy za oknem panuje mrok, a my mamy ochotę na odrobinę bezpiecznej melancholii. Jest w niej bowiem coś kojącego. Mimo że bohaterowie borykają się ze stratą i tęsknotą, z kart bije ciepło i zrozumienie dla ludzkiej ułomności. Lewis przypomina nam, że wszyscy jesteśmy w pewnym sensie duchami w życiach innych ludzi ,pojawiamy się i znikamy, zostawiając po sobie ślad, o którego trwałości nie mamy pojęcia.
„Duchy Nowego Jorku” to piękna, subtelna i niezwykle nastrojowa opowieść o pamięci i przypadku. Jeśli lubicie prozę Paula Austera czy filmy w klimacie ” Między Słowami”, ta książka Was zachwyci.

Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Stripped

Plan na luty

Jakby to powiedzieć, mój plan na styczeń się wywalił. A raczej powiem dosadnie, doszło do katastrofy w ruchu lądowym. Liczba moich wizyt u lekarzy przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. I jak już myślałam, że z jednym chociaż będzie dobrze, to zaraz z planszy zmiotła mnie potężna infekcja, która w swojej kataralnej formie męczy mnie już drugi tydzień. I znikąd pomocy…. Bo nawet antybiotyk nie pomógł. Taki news, nauczyłam się połykać antybiotyki i nawet taka Doksycyklina nie jest mi straszna. Chociaż strasznie niesmaczne to dziadostwo i chyba tylko sierpniowy Metronidazol był gorszy! Jak już wydawało się, że to i tak będzie ciężki miesiąc, to dostaliśmy 6 stycznia diagnozę o naszym kocie. A przecież pojechaliśmy tylko po jakiś zastrzyk na pęcherz. A tymczasem zostaliśmy powaleni na ziemię diagnozą nowotworu śledziony. Zaczęły się 3 tygodniowe przygotowania do usunięcia śledziony i guza, a jak się potem okazało, guzów, bo dziadów było dwóch. Ciężki to był tego roku początek. Dlatego też mój plan na luty, musi być kojący i łagodny.

  1. Umyj pędzle do makijażu, mam nadzieję, że to mnie zmotywuje by w końcu się nimi zająć!
  2. Spacery, długie spacery każdego weekendu. Bo w styczniu krokomierz zakurzył się całkowicie i nie miał bidak co robić.
  3. Domowe spa, ależ tęsknię za prawdziwym spa! Takim bez olejku eukaliptusowego na dobry, czytaj jakikolwiek oddech.
  4. Nauczyć się gotować nowe danie, mam ogromną chęć na gotowanie i domowe posiłki, po miesiącu na diecie pudełkowej. Aczkolwiek dodaję, w trudnym czasie to było ogromnie pomocne!
  5. Regularnie odwiedzać lokalne piekarnie, koniec z bułkami z dyskontów bo szybciej.
  6. Spokojna kawa w kawiarni, w końcu od pół roku mogę znów pić kawę!
  7. Kupić kwiaty dla samej siebie, bo zasłużyłam sobie na nie! Coś czuję, że skuszę się na całą gromadę hiacyntów.
  8. Spotkanie z przyjaciółmi- do nadrobienia po okropnym styczniu.
  9. Obejrzeć komedię romantyczną! Chociaż i tak moje styczniowe statystyki filmowo-serialowe, poszybowały w górę!
  10. Zdrowy nawyk, czyli drugie podejście do codziennej jogi. A nuż widelec się uda!

Ścieżka dźwiękowa-Belle and Sebastian – Love on the March

Kulturalne podsumowanie Roku

Czas na kulturalne podsumowanie 2025 roku.

W zeszłym roku przeczytałam 139 książek, co dało 54090 stronnic, a dziennie na czytanie poświęcam 83 minuty. Tyle statystyk, najlepsze książki 2025 roku? Wybór był ciężki, na pewno doceniam Rodzeństwo, Moi Herngren, tę książkę powinien każdy przeczytać, bez dwóch zdań. Do tego Gdzie śpiewają raki, Delii Owens. I Żądło, Paula Murray’a. Oczywiście do polecenia miałabym jeszcze wiele, wiele książek. Ale nie chcę zanudzać Was listą 40 książek, które musicie przeczytać.

Serialowo? Zdecydowanie wygrał The Pitt, to serial pod każdym względem doskonały i kompletny. Nie zdążyłam go Wam zrecenzować, a tu proszę, już muszę ogłosić go serialowym hitem ubiegłego roku. Zresztą nie tylko ja tak uważam, serial dostał najważniejsze serialowe nagrody i mam nadzieję, że zobaczy go każdy. No dobra, The Pitt to serial medyczny. Brzmi znajomo? A właśnie, że nie. Cały sezon to 15 odcinków, a dokładniej 15 godzin dyżuru na oddziale medycyny ratunkowej. Całość jest tak nakręcona, że czujemy się częścią ekipy. A za kompanów mamy brak czasu, problemy z dyrekcją i pacjentów, którzy niekoniecznie chcą czekać na swoją kolej. Lekarze łapią więc w biegu batonik proteinowy i odwiedzają kolejnych pacjentów. Muszą żegnać pacjentów, radzić sobie z własnymi lękami i niepewnościami. Naprawdę fantastyczny serial, który skupia się na ogromie odpowiedzialności, moralnych dylematach i życiu na krawędzi stresu. Aż zazdroszczę każdemu kto ma go jeszcze przed sobą! A w ogóle to obejrzałam 9 tytułów, oczywiście nie liczę powtórek powtórek Przyjaciół, czy odkrytego na Disney’u Jim wie lepiej. Ach, jak kocham ten serial! A poza tym to polecam polski serial Scheda- akcja dzieje się na Helu, czyli bardzo blisko mnie. I sam się temu dziwię, ale porwała mnie Wanda Vision, chociaż to gatunek, który rzadko kiedy wzbudza we mnie entuzjazm. Ale taki rodzaj fantastyki, kupiłam w całości i szczerze go polecam.

Filmowo szału nie było. Obejrzałam 12 nowych filmów, najlepsze z nich to Państwo Rose, Teściowie 3 i Ministranci. O tych filmach pisałam, i to całkiem niedawno, bo to filmy z końcówki roku. Zdecydowanie są warte obejrzenia.

Muzycznie? Wiadomo, najwięcej przesłuchałam piosenek Depeche Mode, ale najczęściej słuchaną przeze mnie piosenką jest Careless Whispers, Brigitte Calls Me Baby. Ta piosenka jest po prostu genialna i najlepiej mnie budziła w 2025 roku. Jeżeli jej nie słuchaliście, to koniecznie nadróbcie. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o koncertowej płycie DM i filmie M, który obejrzałam już z 4 razy. No dobrze, pierwszy raz widziałam go w kinie w 2025 roku, a potem słucham/oglądam na Netflixie. I tak, od 9 stycznia widziałam go już kilka razy 🙂

I to chyba byłoby na tyle!

Ścieża dźwiękowa- Brigitte Calls me baby- Careless Whispers

Minął grudzień. Książkowo

I czas na książkowe podsumowanie grudnia. No cóż, w grudniu przeczytałam 11 książek. Ale nie był to dobry miesiąc. Po prostu trafiłam na jakie takie książki. W większości. Przeczytałam solidny reportaż o Kajetanie Poznańskim, pewnie kojarzycie tę mroczną postać. Ale nie sposób ocenić tej książki, bo sprawa tyczy się przerażającej zbrodni. Przeczytałam, a raczej przebrnęłam przez biografię Lewandowskiego, podobno prawdziwą. Cóż, jako antyfanka polskiej kadry narodowej, liczyłam na soczyste smaczki z szatni. Nie dostałam ich, i na tym polega moje rozczarowanie, więc nie oceniam ostatecznie tego tytułu. Liczę, a nawet już wiem, że styczeń będzie dużo lepszy.

Minusy?

Szpital Filomeny, Graham Masterton. Ta książka zdecydowanie nie była dla mnie. Sięgnęłam po nią z ciekawości, licząc na mroczny klimat i niepokojącą historię osadzoną w szpitalnych realiach. Niestety, lektura szybko okazała się rozczarowaniem.Masterton stawia na dosłowność, brutalność i szokowanie czytelnika, ale dla mnie było w tym zbyt mało subtelności i sensu. Groza jest nachalna, momentami wręcz przesadzona, co zamiast budować napięcie , często wywołuje znużenie fabułą.

Temat cierpienia, choroby i granicy między życiem a śmiercią mógłby być bardzo poruszający, jednak tutaj został potraktowany powierzchownie i momentami wręcz eksploatacyjnie. Zamiast niepokoju czy refleksji, czułam głównie dyskomfort i poczucie, że brutalność zastępuje treść.

To z pewnością książka, która trafi do fanów ekstremalnego horroru i twórczości Mastertona — jeśli ktoś lubi mocne, bezkompromisowe obrazy, może znaleźć tu to, czego szuka. Dla mnie jednak zabrakło klimatu, głębi i literackiej jakości, które sprawiają, że groza zostaje z czytelnikiem na dłużej.

Jak można nienawidzić człowieka i nadal czuć się za niego odpowiedzialnym? Jak można kogoś nienawidzić i mimo to mu współczuć?

Dziewczyna, którą nigdy nie byłam, Caitlin Moran. Dorastanie w latach 90- tych. Anglia, i 16 letnia Johanna, która marzy o lepszym życiu. Tymczasem mieszka w wielodzietnej rodzinie, w nieciekawej dzielnicy, a na obiady mają do wyboru przecenione parówki, bądź białą kapustę. Johanna chce się rozwijać, marzy jej się Londyn, kariera, i wielkie perspektywy. Te zaś wiążę z muzyką i pisaniem do muzycznych gazet. Dodatkowo mamy tutaj ogrom typowego dla tej epoki- Sex, drugs and rock”roll.
Czy to światowy bestseller? Dla mnie na pewno nie. Jakiś sentyment do lat 90-tych się pojawił, ale to tyle.

Świat jest trudny, a każdy z nas jest kruchy, więc po prostu spróbuj być miły.

Plusy.

Siedem razy lato, Paige Toon. Nie każda książka potrafi tak mocno dotknąć serca. „Siedem razy lato” Paige Toon to powieść, która wzruszyła mnie do łez – subtelnie, ciepło, ale też boleśnie prawdziwie. To historia dojrzewająca razem z czytelnikiem, a emocje, jakie w sobie niesie, długo nie pozwoliły mi o niej zapomnieć.

Autorka pokazuje nam jak miłość, przyjaźń i przeznaczenie potrafią splatać się w nieoczekiwany sposób. Poznajemy bohaterów- Finn’a i Liv, którzy spotykają się co roku, latem – niby tylko na chwilę, a jednak wystarczająco długo, by w ich sercach zapisało się coś niezwykłego. To siedem lat, siedem spotkań, siedem emocjonalnych etapów życia, które składają się na opowieść o dorastaniu, o pierwszej miłości, o stracie, ale też o sile przebaczenia i drugich szansach.

Autorka ma niezwykły dar opowiadania o uczuciach i to nie tych przerysowanych, filmowych, ale prawdziwych, tych pełnych niepewności, lęku, tęsknoty. W jej historii nie ma przypadkowych słów, każde zdanie coś znaczy, każde wspomnienie zostawia ślad. Z pozoru ta lekka opowieść o letnich spotkaniach zamienia się w głęboką refleksję o tym, jak czas potrafi zmienić ludzi i jak trudno czasem pogodzić się z tym, że życie biegnie dalej, nawet jeśli my zostajemy w miejscu.

Czytając „Siedem razy lato”, czułam wszystko – radość, ciepło, nadzieję, ale też ból i tęsknotę. To książka, która wzrusza nie tylko fabułą, ale też prawdą o życiu i przemijaniu. Każdy rozdział to przypomnienie że nic nie trwa wiecznie, ale niektóre uczucia są silniejsze niż czas.

To jedna z tych historii, które zostają w sercu na długo po przeczytaniu ostatniej strony. Subtelna, dojrzała, pełna emocji i wspomnień, które pachną latem. Paige Toon stworzyła powieść o tym, jak kochać mimo wszystko. Nawet wtedy, gdy życie nie układa się tak, jak byśmy chcieli.

„Siedem razy lato” to książka, którą się przeżywa – nie tylko czyta. I choć miejscami boli, zostawia po sobie coś pięknego, wdzięczność za wszystkie spotkania, które nas ukształtowały.

Nigdy nie stracił nadziei, że mnie odzyska. Ból dzieciństwa sprawił, że nie mógł wybrać St. Agnes, ale zawsze wybierał mnie.
To ja nie wybrałam jego.

Gwiazdy na włoskim niebie, Jill Santopolo. „Gwiazdy na włoskim niebie” to naprawdę otulająca powieść. Jest ciepła, nastrojowa, pełna emocji, ale też podszyta pewną melancholią. Jill Santopolo, jak zwykle potrafi połączyć romantyczną historię z refleksją nad życiowymi wyborami, stratą i tym, co naprawdę daje szczęście.
Akcja dzieje się dwutorowo, poznajemy
współczesną historię wnuczki i przeszłość babci. Obie łączy wielka miłość i konieczność podejmowania wyborów. I te rzeczy dzieją się niezależnie od czasu, miejsca i trudnych momentów światowej historii.Historia bohaterów jest emocjonalna, poruszająca i szczera. To opowieść o miłości, która nie zawsze układa się tak, jak byśmy chcieli, o zobowiązaniach, o nadziei i o tym, że czasem, warto czekać na swoje szczęście. I nigdy nie tracić nadziei.

„Gwiazdy na włoskim niebie” czyta się lekko. To książka idealna dla tych, którzy uwielbiają romantyczne historie z nutą nostalgii.
Dla mnie to ciepła i kojąca opowieść, idealna na chłodne wieczory.

W domu kłamców, Kelsey Kox. Jeśli szukasz książki, która jest literackim odpowiednikiem „Wielkich kłamstewek”, ale z teksańskim rozmachem i drinkiem w dłoni, to debiut Kelsey Cox jest strzałem w dziesiątkę.

Wyobraźcie sobie najbardziej ekskluzywne przyjęcie urodzinowe w Teksasie. Sweet Sixteen, na które wydano fortunę, dekoracje, goście, uśmiechy. Ale jak to w dobrych thrillerach bywa , zanim zgasną świeczki na torcie, ktoś traci życie.
Cox świetnie odmalowuje świat bogatych ludzi, gdzie pozory są walutą ważniejszą niż dolary. To ten typ historii, gdzie wchodzisz w buty bohaterów, pijesz z nimi drogiego szampana i obserwujesz, jak ich idealne życie rozpada się kawałek po kawałku. Jest tu zazdrość, zdrada i rywalizacja macochy z byłą żoną.
Natrację prowadzi kilka osób, dzięki czemu możemy poznać ich perspektywę i ewentualne motywy.
Dani to młoda macocha, która desperacko próbuje się wpasować, i zwalczyć depresję poporodową.
Kim zaś to była żona, która walczy z nałogiem i jest matką jubilatki.
Mikayli, bardzo zazdrosna przyjaciółka Sophie. Każda z nich ma motyw. Ale czy odważyłaby się popełnić zbrodnię?
Od tej historii ciężko się oderwać. Rozdziały są krótkie, kończą się w takich momentach, że mówisz sobie „jeszcze tylko jeden” i nagle jest 23:00 i musisz iść spać. Autorka stworzyła historię idealną na relaksujący wieczór, nie jest to ciężki, brutalny kryminał, ale soczysty thriller psychologiczny pełen intryg.
„W domu kłamców” to świetnie skrojona intryga w luksusowych dekoracjach. Idealna pozycja, by oderwać się od rzeczywistości i zanurzyć w świecie, gdzie każdy uśmiech może być fałszywy.

Dorastając, zaczęłam bardziej bać się czegoś innego: tego, jak łatwo zwykły człowiek może się zmienić w potwora.

Ścieżka dźwiękowa – Bluszcz, Lamparty

Nowy Rok

Moi kochani czytelnicy, a w zasadzie przyjaciele,

U progu Nowego Roku nie będę Nam życzyć rzeczy oczywistych. Życzę Nam dużo SPOKOJU. Ale nie takiej zwykłej ciszy wokół, tylko tego wewnętrznego stanu, kiedy mimo sztormów za oknem i wichur w życiu, w środku czujemy bezpieczną przystań.

Życzę Nam CIEPŁA. Takiego, które nie zależy od pogody. Ciepła płynącego z obecności drugiego człowieka, z trzymania się za ręce, z rozmów do rana i z gorącej herbaty wypitej w ulubionym kubku, gdy świat na zewnątrz jest tak przejmująco szary.

I przede wszystkim – życzę Nam MARZEŃ, KTÓRE PORUSZAJĄ NIEBO. Niech Nasze pragnienia będą tak silne, szczere i odważne, że sprawią, iż niemożliwe stanie się możliwe. Nie bójmy się chcieć rzeczy wielkich. Nie bójmy się prosić losu o cuda. Czasem niebo potrzebuje tylko znaku, że jesteśmy gotowi na to, co dla nas szykuje.

Niech 2026 rok przyniesie Nam to, na co czekamy z zapartym tchem.

Ścieżka dźwiękowa-Daryl Hall- Meneater

Plan na styczeń

Ciężko mi uwierzyć, że za rogiem styczeń! Cytując klasyka, jak do tego doszło? Nie wiem. To co? Zaplanujmy ten miesiąc razem.

  1. Mapa marzeń, u mnie będzie to tablica na Pintereście. Będą tam moje wszystkie marzenia, plany i inspiracje na nadchodzący rok.
  2. Planowanie ogrodu, balkonu, zieleni w domu, kiedy ma się ogródek, styczeń to idealny czas na planowanie. Zresztą też warto pomyśleć, czy coś musicie dokupić na Wasz balkon. A może nowe kwiaty w domu?
  3. Codzienna medytacja, to moje postanowienie. Nawet nie będę czekać do stycznia, zacznę już teraz. Wystarczy pięć minut.
  4. Odkładać telefon daleko od łóżka. Nieco wpadłam w rytm nadmiernego scrollowania, ale dziś testowo zostawiłam telefon na dole. Przeżyłam.
  5. Napisz list do siebie, i odczytaj go 31 grudnia 2026 roku. Myślę, że to będzie list pełen miłości do samej siebie. Ja wiem, że rok temu powiedziałabym sobie- po prostu daj radę. A ja dokonałam czegoś więcej. Przeżyłam wiele trzęsień ziemi. I gdzieniegdzie mam rany, czasem blizny, ale przetrwałam. Jestem z siebie dumna.
  6. Wywołaj zdjęcia z ubiegłego roku, obiecuję, że to zrobię!
  7. Sprawić sobie kwiaty, nieważne czy będzie to mały hiacynt, duża monstera czy rustykalny bukiet. Ma być zielono, z nadzieją!
  8. Upiec domowy chleb, obiecuję to sobie od dawna, ale w końcu to zrobię. Po długiej przerwie.
  9. Porządek w przydasiach, moja szuflada wstydu istnieje na każdym piętrze. A mam ich trzy! Czas na porządki.
  10. Chodzić wcześniej spać, oj to bardzo ważne postanowienie!

Ścieżka dźwiękowa- Strachy na lachy-BTW, mamy tylko siebie

Wesołych Świąt

Zanim zasiądziemy do pięknie zastawionych stołów, zanim rozpakujemy cudowne prezenty i zanim gwar rozmów wypełni nasze domy, chciałabym zatrzymać się z Wami na jedną, małą chwilę.

W tym roku moje życzenia dla Was są nieco inne. Nie będę życzyć Wam góry prezentów ani idealnie wypolerowanych okien. Zamiast tego, chcę Wam życzyć obecności.

Życzę Wam, abyście w te Święta potrafili być po prostu tu i teraz. Nie w liście zadań na wczoraj, nie w rozległych planach na Nowy Rok, ale w zapachu choinki, w cieple kubka z zieloną herbatą, w spojrzeniu bliskiej osoby. Życzę Wam odwagi do odpuszczania – bycia wystarczającym, nawet jeśli idealny sernik nieco opadnie lub zbyt mocno się przypiecze, a na podłodze znajdzie się niejeden okruch.

Przede wszystkim jednak życzę Wam czułości dla samego siebie. Niech ten czas będzie momentem, w którym Wasz wewnętrzny krytyk ucichnie, ustępując miejsca łagodności. Pozwólcie sobie na odpoczynek, na bycie „nieidealnym”, na spokój, który płynie z akceptacji tego, co jest i na co nie mamy wpływu.

Niech w Waszych sercach zagości cisza, która koi, i radość, której tak niewiele trzeba….

„Co to są Święta? To czułość dla przeszłości, odwaga dla teraźniejszości, nadzieja dla przyszłości.”

Agnes M. Pharo

Wesołych, spokojnych i uważnych Świąt!

Ministranci i Państwo Rose

Dziś dwie recenzje filmów. Jeden wciąż zobaczycie w kinach, a drugi właśnie pojawił się na Disney Plus! Zapraszam, może coś przypadnie Wam do gustu 🙂

„Państwo Rose” to ten film, który bardzo, ale to bardzo chciałam zobaczyć w kinie, ale jakoś go przegapiłam. Na szczęście już pojawił się na jednej z platform filmowych, a dokładniej Disney Plus. I dziękuję za to, bo to jeden z najciekawszych i najbardziej kompletnych filmów 2025 roku. Jest dojrzały, perfekcyjnie zagrany i poprowadzony wręcz z chirurgiczną precyzją. To kino, które udowadnia, że dramat psychologiczny wciąż może być świeży, intensywny i absolutnie wciągający. Uwaga, to nie jest film, do którego zasiada się z popcornem.

Na pierwszy rzut oka historia jest prosta: mamy małżeństwo, które wydaje się spełnione, a jednak zaczyna się kruszyć. Brzmi znajomo? Scenariusz szybko udowadnia, że to nie jest kolejny film o „małżeńskich problemach”, ale raczej głęboka analiza tego, co dzieje się między dwojgiem ludzi, kiedy przestają siebie słyszeć, a zaczynają tylko siebie interpretować. Dialogi są napisane z taką naturalnością, że chwilami ma się wrażenie, jakby podsłuchiwało się prawdziwe rozmowy, pełne napięć, półprawd, niedopowiedzeń i emocjonalnych wybuchów.

Każda scena jest zagrana z taką intensywnością, że nawet cisza między bohaterami ma swoje znaczenie. Główna para tworzy duet, który działa jak idealnie zestrojony instrument , każdy gest, spojrzenie, zmiana tonu głosu ma wagę. To jest aktorstwo, które nie szuka efektu, ale prawdy. Od zawsze uwielbiałam Benedicta Cumberbatcha i Olivię Colman, to genialnie dobrana para, której nie można zastąpić innymi aktorami. Ich kreacje są wielowarstwowe, ich bohaterowie potrafią być jednocześnie sympatyczni i irytujący, skrzywdzeni i raniący, delikatni i agresywni. To właśnie sprawia, że film jest tak mocny, ogląda się ludzi, nie figury z kartonu.

Starannie przemyślany, misterny, emocjonalnie wiarygodny. Nie ma tu tanich dramatów ani łatwych zwrotów akcji, wszystko wynika z psychologii postaci i wcześniejszych wydarzeń. Świetnie zbudowane są także subtelne motywy: narastające poczucie samotności, presja społeczna, rola niewypowiedzianych oczekiwań, a także to, jak drobne, niepozorne kłamstwa zaczynają się kumulować i zmieniać dynamikę relacji.

„Państwo Rose” to film, który zmusza do myślenia, wywołuje rozmowy, porusza. Jest mądry, prawdziwy i bolesny , momentami aż niewygodny, bo zbyt dobrze pokazuje to, od czego wiele osób w życiu ucieka…. To bardzo odświeżające kino, mocno zagrane, pięknie napisane, i emocjonalnie szczere. Dla mnie absolutnie film roku.

Powiem Wam szczerze – dawno żaden polski film mnie tak nie przeczołgał emocjonalnie (w pozytywnym sensie) jak właśnie Ministranci. Jeśli myślicie, że to będzie nudne kino moralnego niepokoju albo kolejna czytanka o kościele, to jesteście w wielkim błędzie. Piotr Domalewski (ten od „Cichej Nocy”) znowu udowodnił, że potrafi diagnozować polską rzeczywistość jak nikt inny.

To, co zrobił tutaj Domalewski, to mistrzostwo świata. Film wchodzi w środowisko ministrantów, ale pokazuje je od strony, której totalnie się nie spodziewacie. To jest trochę jak „Chłopcy z ferajny”, tylko że w komżach i na polskiej prowincji. Mamy tu walkę o władzę, brutalną hierarchię, pierwsze duże (kradzione) pieniądze i zderzenie „świętości” z brudną rzeczywistością. Jest duszno, jest gęsto, a momentami tak prawdziwie, że aż niewygodnie się to ogląda.

Największy szacun dla obsady. Ci młodzi chłopcy grają tak naturalnie, jakby w ogóle nie czuli kamery. Chemia między nimi, ten specyficzny język, te spojrzenia , po prostu wszystko tu gra. Do tego świetne zdjęcia i muzyka, która idealnie podkręca tempo. Film trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Jest momentami zabawny, momentami przerażający, ale cały czas autentyczny. To rzadki przykład kina, które jest „jakieś” i o „czymś”.

Obraz daje do myślenia o dorastaniu, o presji grupy i o tym, jak łatwo stracić niewinność. Nie ma tu taniego moralizowania, jest za to kawał świetnego, męskiego kina. I tutaj Wam się do czegoś przyznam, po zapowiedziach w kinie, myślałam, że to będzie bardziej „komediowy film”, ależ się pomyliłam!

Dodatkową wartością było to, że film oglądał z nami ksiądz Jan Niedałtowski, a po seansie była dyskusja o stanie polskiego kościoła. To dodatkowa wartość dodana do biletu, i to w dodatku w gratisie. Uważam, że ksiądz Jan, powinien być dodawany do każdego biletu!

Ścieżka dźwiękowa- Metallica-Turn the page

Minął listopad. Książkowo.

Na liczniku 12 książek. Znów, jestem bardzo przewidywalna! O ile poprzednio były same plusy, to teraz mam dwa wielkie rozczarowania. I od nich zaczniemy.

Najjaśniejszy promień słońca, Lisina Coney. No cóż, gdyby ktoś szukał definicji słowa Grafomania, to zapraszam do lektury, to idealny przykład, że nie każdy może pisać. Albo raczej pisać może, ale do szuflady. Przewidywalna? Do bólu. Naiwna? I to jak. Nudna? O tak!
Nie wiem o co chodzi w tej książce, nie rozumiem zachwytów. Ja wzięłam ją przez przypadek z biblioteki, nie przeczytałam opisu, a jedynie sugerowałam się okładką. Czytałam ją w drodze w Bieszczady, czytałam mężowi fragmenty i pękaliśmy ze śmiechu. No cóż, przynajmniej kilka razy nas rozśmieszyła. Ale nie żartami, a czystą tandetą.

To moja Gracie.
Uśmiecha się szerzej, a ja idę w jej ślady.
– A to mój Sammy – szepcze.
Tak jest.
Na zawsze, bez względu na to, czym zaskoczy nas życie, możemy na siebie liczyć.

Wszystko czym jesteśmy razem, Alice Kellen. Oj, fatalna to książka. Może dla nastolatek będzie w sam raz, ale mnie zmęczyła i ogromnie znudziła. Widać wyszłam już z wieku, gdy porywy serca i niespełniona miłość to coś co mnie porusza do głębi. Historia jest dość przewidywalna, jest młodziutka ona, jest on i tysiące problemów na drodze do szczęścia. No cóż, ja się wynudziłam ogromnie. Najciekawsze, to drugi tom, a ja przeczytałam pierwszy. Czemu więc sięgnęłam po ten? Nie mam dla siebie żadnego wytłumaczenia….

Uczysz się iść na przód i przeskakiwać popełnione błędy. Uczysz się zostawiać za sobą to, co nie wnosi już niczego do twojego życia.

Dobra, czas na oczarowania.

Lekcje chemii, Bonnie Garmus. Główną bohaterką jest Elizabeth Zott. Mamy lata 50. i początek lat 60. XX wieku, a Elizabeth jest genialną chemiczką, która pragnie prowadzić poważne badania naukowe. Niestety, żyje w świecie zdominowanym przez mężczyzn, gdzie jej inteligencja jest ignorowana, a jej praca regularnie sabotowana lub przywłaszczana przez kolegów. Elizabeth to postać nietuzinkowa. Jest bezkompromisowa, nie zamierza grać w społeczne gierki, by zadowolić męskie ego. Jest wybitna i świetnie to wie. Elizabeth jest do bólu racjonalna, czy to w kwestii gotowania, macierzyństwa czy pracy. Do wszystkiego podchodzi z naukową precyzją, co prowadzi do setek zabawnych sytuacji.
Przez splot ironicznych i często niesprawiedliwych wydarzeń, Elizabeth Zott – naukowiec z powołania – zostaje… gospodynią telewizyjnego programu kulinarnego „Kolacja o szóstej”.
I tu zaczyna się prawdziwa magia. Elizabeth nie zamierza uczyć gospodyń domowych jedynie „jak upiec idealne ciasto”. Traktuje swoją kuchnię jak laboratorium, a gotowanie jak chemię. W swoim programie, między odmierzaniem składników, przemyca lekcje na temat wiązań chemicznych, reakcji i… szacunku do samych siebie. Staje się nieoczekiwaną ikoną feminizmu, ucząc całe pokolenie kobiet, że ich praca w domu to też nauka, a one same zasługują na więcej.
Książka jest przezabawna. Dialogi są ostre jak brzytwa, a zderzenie naukowej powagi Elizabeth z absurdami lat 50. tworzy komizm najwyższej próby.
Garmus w mistrzowski sposób obnaża seksizm i mizoginię tamtych lat, robiąc to z lekkością i inteligencją, unikając taniego moralizatorstwa.
Na szczególną uwagę zasługuje wątek relacji Elizabeth z Calvinem Evansem – innym genialnym naukowcem – jest piękny, niekonwencjonalny i głęboko poruszający.
Ta książka ma jedne z najlepszych postaci drugoplanowych, jakie można spotkać. Na szczególną uwagę zasługuje pies o dziwacznym imieniu Szósta Trzydzieści (który ma własne, niesamowicie inteligentne rozdziały) oraz córka Elizabeth, Mad.
Ta książka niesamowicie poprawia humor i cudownie koi serce i dusze. Gdybym mogła sprawiłabym ją każdej kobiecie.

Chemia oznacza zmianę, więc to zmiana jest podstawą twojego systemu przekonań. I to dobrze, bo tego właśnie nam potrzeba: większej liczby osób, które nie chcą się godzić na status quo, które mają odwagę zmierzyć się z tym, z czym pogodzić się nie da.

Chwała Portugalii, António Lobo Antunes. Tytuł jest tutaj gorzką ironią. Nie ma tu żadnej chwały, jest tylko rozkład. Powieść przenosi nas do Angoli w przededniu i w trakcie Rewolucji Goździków (1974 r.),która położyła kres portugalskiej dyktaturze i systemowi kolonialnemu.

Śledzimy losy zamożnej portugalskiej rodziny plantatorów. Gdy wybucha rewolucja, ich uprzywilejowany świat, zbudowany na wyzysku i rasizmie, wali się w gruzy. Matka, ojciec i trójka dorosłych dzieci muszą zmierzyć się z chaosem wojny domowej, utratą majątku i koniecznością ucieczki do Lizbony – miasta, które jest dla nich obce i wrogie
Antunes pisze wielogłosowo. Narracja płynie strumieniem świadomości, przeskakuje między bohaterami bez wyraźnych ostrzeżeń. Przeszłość miesza się z teraźniejszością w jednym zdaniu.
Proza jest duszna, lepka i intensywna. Autor bombarduje czytelnika obrazami, zapachami i emocjami.
Nie ma tu rozdziałów dających odpocząć. Czytając, czujesz się uwięziony w głowach bohaterów, co potęguje uczucie klaustrofobii.
Rodzina w tej powieści to gniazdo żmij. Nie łączy ich miłość, lecz nienawiść, chciwość, kazirodcze napięcia i wzajemne pretensje.
Bohaterowie nie potrafią żyć w teraźniejszości. Są „zainfekowani” Afryką, tęsknotą za władzą, którą utracili, i traumami, których nie przepracowali.
To literatura wybitna, ale bolesna. Antunes pisze „trzewiami”. Czytając, niemal fizycznie odczuwa się upał Angoli, strach przed maczetami i zapach taniego alkoholu w lizbońskich barach.

Bo je­stem ko­bietą i ko­biety nie umie­rają jak męż­czyź­ni, bra­kuje im tego cię­żaru stra­chu w ciele, tej gę­sto­ści nie­win­no­ści i sa­mot­no­ści w ko­ściach: zmie­niają się w du­chy albo na­wet nie w du­chy, w rze­czy nie­pewne, w fos­fo­ry­zo­wa­nie krą­żące po po­koju w ge­stach i w spo­so­bie cho­dze­nia, które miały za ży­cia, marsz­czą za­słony, po­kry­wają śnie­dzią me­tal, pa­trzą na nas z ogro­du albo kuch­ni, ucze­sane i ko­ły­szące wa­chla­rzami, i wra­cają do ziemi jed­no­cze­śnie pa­trząc na nas, do grobu, w któ­rym przed kil­koma ty­go­dnia­mi czy mie­sią­cami je zło­ży­li­śmy w po­śpie­chu bez zna­cze­nia, z ja­kim wsią­ka woda.

Gdy życie zsyła hipopotama, Annette Bjergfeldt.  Jest to absolutnie najcieplejsza, najbardziej absurdalna i urocza powieść, jaką ostatnio czytałam.
To saga rodzinna, ale zapomnijcie o nudnych drzewach genealogicznych. Tutaj mamy dziadka Hannibala, który kupił hipopotama, marząc o wielkiej sztuce, babcię – rosyjską śpiewaczkę operową, która sypia z psami, i dom na wyspie Amager, który pęka w szwach od niespełnionych marzeń i wielkich nadziei.

Ta książka jest jak film Wesa Andersona przelany na papier. Jest tu realizm magiczny, ekscentryczni bohaterowie i humor, który otula jak ciepły koc. Ale pod tą warstwą dziwactw kryje się piękna opowieść o szukaniu miłości stulecia i o tym, że nawet najbardziej zepsuta rodzina może być źródłem największej siły.

Jeśli szukacie książki, która Was przytuli, rozśmieszy i pozwoli uwierzyć, że w życiowym chaosie jest metoda bierzcie w ciemno. To prawdziwy plasterek na serce.

Każda minuta gniewu to strata sześćdziesięciu sekund radości.

Idealne dziecko, Lucinda Berry. Bardzo lubię książki tej autorki i kolejny raz się nie zawiodłam. Historia Janie i jej adopcyjnych rodziców, jest nie tylko wciągająca, ale i przerażająca. Hannah i Christopher od lat marzą o dziecku, ale ich szanse są bliskie zeru. Planują adopcję, a decyzję tę przyśpiesza Janie. Pacjentka ich szpitala, maltretowana dziewczynka zdobywa serce Chrisa. Ale opieka nad tak zranionym dzieckiem jest wyzwaniem, które rośnie z dnia na dzień. Każdego kolejnego dnia Jennie przysparza coraz więcej problemów i realnie zagraża małżeństwu, zarówno ich związkowi, jak i fizycznie zagraża Hannah. Ale czy Christopher uwierzy, że mała Janie, zraniona dziewczynka o słodkich oczkach, może być wcielonym diabłem?
Pewnego dnia dochodzi do tragedii….
Ale resztę musicie doczytać już sami!

Nie wie się, jak to być rodzicem, dopóki nie ma się dzieci.

Kto mieszka za ścianą, Cara Hunter. Wyobraź sobie zamożną, spokojną dzielnicę Oxfordu. W jednym z domów trwa remont. Robotnicy przypadkowo przebijają ścianę do piwnicy sąsiedniego budynku i ich oczom ukazuje się scena jak z najgorszego koszmaru: wychudzona młoda kobieta i małe dziecko są zamknięci w ciemnościach. Oboje są na granicy życia i śmierci.
Dom, w którym ich znaleziono, należy do szanowanego, starszego wykładowcy akademickiego, który jednak cierpi na zaawansowaną demencję i twierdzi, że o niczym nie wiedział. Czy można mu zaufać?
Inspektor Adam Fawley staje przed najbardziej niepokojącą zagadką w swojej karierze. Kim jest ofiara? Czyje to dziecko? I co najważniejsze – jak to możliwe, że nikt niczego nie zauważył, i kto stoi za tragedią kobiety.
Hunter po mistrzowsku zbudowała atmosferę grozy. Opisy piwnicy, stan ofiar i powolne odkrywanie, co działo się w tym domu, autentycznie mrożą krew w żyłach. Czuć desperację i mrok, który krył się tuż pod stopami niczego nieświadomych sąsiadów.
Podobnie jak w pierwszej części, autorka wykorzystuje oryginalną narrację. Śledztwo poznajemy przez fragmenty przesłuchań, artykuły prasowe, posty z mediów społecznościowych i ekspertyzy policyjne. Ten format nie tylko nadaje zawrotnego tempa, ale także świetnie pokazuje, jak opinia publiczna i media wywierają presję na śledczych i jak łatwo ferują wyroki.
To nie jest prosta sprawa. To labirynt kłamstw, rodzinnych tajemnic i psychologicznych manipulacji. Hunter perfekcyjnie wodzi czytelnika za nos. Kiedy myślisz, że już wiesz, kto jest winny, autorka serwuje zwrot akcji, który zupełnie zmienia perspektywę.
W ciemności” to thriller kompletny. Ma w sobie wszystko: szokującą zbrodnię, gęstą atmosferę, genialne tempo i finał, który wgniata w fotel. To dowód na to, że Cara Hunter jest mistrzynią gatunku.

(…) istnieje dowód, dla którego bezdzietne kobiety zawsze mają koty. Chodzi o coś ciepłego, żywego, coś, co waży tyle, co niemowlak- coś, co można wziąć na ręce i trzymać jak dziecko. Kryje się w tym głęboka emocjonalna przyjemność, wybiegająca daleko poza świadomą miłość.

Nikt nie wie, że tu jesteś, Nicoletta Giampietro. „Nikt nie wie, że tu jesteś” to poruszająca opowieść osadzona w realiach II wojny światowej we Włoszech, która koncentruje się na uniwersalnych wartościach: odwadze, dorastaniu i sile przyjaźni w obliczu zła ideologii.
Akcja powieści rozpoczyna się w 1942 roku. Dwunastoletni Lorenzo, wysłany z bezpieczniejszego Trypolisu do Sieny, ma przeczekać u ciotki koniec wojny. Chłopiec, podobnie jak jego nowy przyjaciel Franco, początkowo zafascynowany jest ideologią Mussoliniego. Ich młodzieńczy, idealistyczny świat zaczyna się jednak kruszyć, gdy na ich drodze staje Daniele, żydowski chłopiec.
Gdy Niemcy zajmują Sienę i rozpoczynają deportacje żydowskich mieszkańców, Lorenzo musi dokonać dramatycznego wyboru. Decyduje się pomóc przyjacielowi, ukrywając go na strychu, ryzykując tym samym nie tylko przyjaźń z Frankiem, ale i bezpieczeństwo swojej rodziny. Jest to historia o dojrzewaniu w ekstremalnych warunkach, o zmaganiu się z propagandą i o tym, jak ludzkie serce potrafi przeciwstawić się nieludzkiemu systemowi.
Bardzo ujęło mnie to, że autorka przedstawia wojnę i Holokaust oczami dwunastolatka. Dzięki temu opowieść jest niezwykle emocjonalna, a jednocześnie pozbawiona patosu, typowego dla dorosłych. Widzimy, jak szybko i brutalnie wojna weryfikuje naiwne przekonania.
Przyjaźń to główny motor napędowy fabuły. Relacja między Lorenzo a Daniele (i w tle z Frankiem) jest pięknie ukazana jako element silniejszy niż propaganda i zagrożenie życia. Wzrusza, jak wiele jest w stanie poświęcić młody człowiek dla ratowania drugiego.
Mimo trudnej tematyki, jest to lektura niosąca pozytywne przesłanie i przypominająca o niezmiennej wartości dobra.

Życie to chaotyczna masa zamiarów, decyzji, przypadków, a w końcu także szczęścia i pecha.

Ścieżka dźwiękowa- Alexis Ffrench- Hope

Plan na grudzień

Aż sama nie wierzę, że stworzyłam plan na grudzień. Listopad minął mi raz i dwa. Ale co się dziwić, skoro ponad połowę go po prostu przespałam. Bardzo polecam tę strategię.

  1. Jarmark świąteczny, w tym roku naprawdę się na niego wybiorę. Bez wymówek!
  2. Świąteczne dekoracje rządza już w moim ogrodzie, na regale siedzi pani Elf, ale czekam by wyjąć wszystko co mam i zrobić prawdziwie magiczną atmosferę w domu.
  3. Świąteczny film, czy to będzie To właśnie miłość? Nie potwierdzam i nie zaprzeczam.
  4. Upiec ciasteczka świąteczne, mamy 4 grudnia, a u mnie zadanie już wykonane.
  5. Świeca o świątecznym zapachu, czeka w Paczkomacie, w tym roku będzie to Szyszka w miodzie.
  6. Nowe smaki herbatki, a te oczywiście dumnie prężą się w kuchni i są wyjątkowo zimowe.
  7. Dzień piżamowy, hmm, mam na niego ochotę już dziś. Z początkiem grudnia kupiłam sobie nową, zimową, cieplutką piżamę. I ona mnie wzywa!
  8. Świąteczna pomoc, czy to sąsiadom, czy obcym, albo zwierzakom. My zawsze wspieramy lokalne schronisko, bo zwierzaki też chcą mieć święta.
  9. List do Mikołaja, muszę w końcu go napisać!
  10. Świąteczne drzewko, nie mogę się doczekać, aż pojedziemy na naszą choinkową farmę i przywieziemy Zieloną Królową do naszego domu!

Ścieżka dźwiękowa- Carl Barat- Run with the boys