W styczniu na liczniku 14 książek, całkiem dobry początek roku, muszę to przyznać. Do tego przeczytałam kilka naprawdę wyśmienitych powieści, więc zapraszam na styczniowe podsumowanie!
Minusy? Iwona Banach i Morderstwo all inclusive.
Hmm, komedia kryminalna powinna charakteryzować się dobrym humorem po lekturze, i w miarę sprawną zagadką kryminalną. Tutaj nie znalazłam ani tego, ani tego. Za dużo jest dużo sensacji żołądkowych ( nie zdziwiłabym jakby Stoperan był sponsorem strategicznym). Książka bazuje na mało śmiesznych gagach. Może jakby nie powtarzać tego samego na co drugiej stronie, to byłoby to ciekawsze i bardziej komediowe? No nic, strata czasu na całego.
Instynkt to instynkt, nie warto z nim igrać, kiedy coś mówi wam, żeby uciekać, to się po prostu ucieka, a nie zgrywa chojraka.
Minusem jest również Arbuzowy sezon, Liliany Fabisińskiej.
Sam pomysł bardzo ciekawy. Otóż romans opisany z perspektywy mężczyzny. I do tego beznadziejnie zakochanego, wręcz wykorzystywanego przez swoją ukochaną. Przyznam szczerze, że o ile pomysł opowieści o nieszczęśliwej miłości był naprawdę oryginalny, to wykonanie zdecydowanie zawiodło. Napisana jest bowiem tak, że nie daje się polubić bohaterów. Nie da się czuć złości, emocji, nadziei. A jedynie odlicza się strony do końca.
Duże rozczarowanie od tej autorki.
Czas na plusy!
Zabawa w chowanego, Soren Sveistrup.
Jeżeli podobał się Wam Kasztanowy Ludzik, to pokochacie również tę książkę. Jest tu wszystko z czego zasłynął Soren Sveistrup, czyli typowo duszny skandynawski klimat i dramat całych rodzin.
Czy morderstwo sprzed lat i współczesne zbrodnie się z sobą łączą? A jeśli tak to czym? Autor nie daje nam jasnych odpowiedzi. Ilość pobocznych wątków, może wydawać się nużąca, ale przecież zaraz, mogą stać się tymi kluczowymi. Czytając więc tę książkę, należy zachować ogromną czujność!
Soren wrócił po dobrze znaną z Kasztanowego Ludzika, parę policjantów, Naia i Hess mają ręce i głowy pełne roboty. Oczywiście nie jest to bezpośrednia kontynuacja tamtej historii, można czytać ją bez znajomości poprzednika. Ale myślę, że i tak daliście się już skusić na tę opowieść!
Sveistrup skonstruował kolejną misterną opowieść, od której nie sposób się oderwać. Czytałam ją z zapartym tchem. I ciągle mam ochotę na więcej!
Odliczam raz, odliczam dwa pewna pani miała psa.
Odliczam trzy, odliczam cztery, pies ten dziwne miał maniery.
Odliczam pięć, odliczam sześć, wcale lodów nie chciał jeść.
Odliczam siedem, odliczam osiem, wciąż o kości tylko prosił.
Odliczam dziewięć, odliczam dziesięć, kto te kości mu przyniesie?
Ty czy ja, ja czy ty? Licz od nowa raz, dwa, trzy.
Przesyłka z nieba, Sanaka Hiiragi.
„Przesyłka z nieba” to jedna z tych książek, które nie krzyczą , a mimo to trafia dokładnie tam, gdzie najbardziej boli i gdzie najbardziej potrzeba czułości. To literatura delikatna, oszczędna w słowach, ale bardzo bogata w znaczenia i właśnie dlatego tak mocno zapadła mi w pamięć.
Sanaka Hiiragi opowiada nam historię ludzi mierzących się ze stratą . Niekoniecznie tą spektakularną, ale codzienną, cichą, często niezauważaną przez otoczenie. Śmierć, żałoba, poczucie winy, niewypowiedziane „przepraszam” i „dziękuję”, wszystko to unosi się nad tą opowieścią jak delikatna mgła. Nie przytłacza, ale otula, mimo trudnego tematu.
Motyw tytułowej „przesyłki” jest niezwykle symboliczny. To nie tylko fizyczny przedmiot, ale nośnik emocji, wspomnień i spraw niedomkniętych. Autorka z ogromną wrażliwością pokazuje, że czasem to, co najważniejsze, przychodzi do nas nie wtedy, gdy jesteśmy gotowi ,ale wtedy, gdy najbardziej tego potrzebujemy.
Bardzo poruszyło mnie to, jak Hiiragi pisze o żałobie.
Nie używa patosu, nie ma tu wielkich słów, za to jest ogromne zrozumienie dla ludzkiej kruchości. Bohaterowie nie są idealni, często są zagubieni, zmęczeni, nie wiedzą, co zrobić z emocjami, które ich przerastają. I właśnie przez to są tak prawdziwi.
To książka, która przypomina, że ból nie odbiera sensu, a pamięć może być formą miłości
Po lekturze zostało we mnie poczucie spokoju i wzruszenia , takiego, które nie znika od razu po zamknięciu książki. „Przesyłka z nieba” to idealna lektura na moment, gdy potrzebujemy zatrzymać się, pobyć z własnymi myślami i pozwolić sobie na emocje.
Dla mnie była piękna, czuła i bardzo potrzebna.
Zaległa długa cisza. Zegar szafkowy tykał „tik, tak”. Nanahoshi zastanawiała się nad upływem czasu: na co dzień sobie tego nie uświadamiamy, że z każdą sekundą tracimy po trochu pozostały nam jeszcze czas życia. Nikt nie wie, kiedy przyjdzie mu przekroczyć rzekę. Wszyscy troje milczeli nad filiżankami z wystygłą już herbatą.
Sally Rooney, Intermezzo.
„Intermezzo” to najnowsza i zdecydowanie najdojrzalsza powieść Sally Rooney, autorki hitów takich jak „Normalni ludzie” czy „Rozmowy z przyjaciółmi”.
Tytułowe Intermezzo to termin szachowy oznaczający „ruch wtrącony”, czyli niespodziewane zagranie, które zmusza przeciwnika do zmiany planów. I o tym jest ta książka: o momencie w życiu, kiedy wszystko staje w miejscu i trzeba wymyślić nową strategię.
Historia skupia się na dwóch braciach, którzy są jak ogień i woda: Ten starszy to Peter, prawnik z Dublina. Charyzmatyczny, ale życiowo rozsypany. Bierze leki, za dużo pije i miota się między dwiema kobietami: swoją dawną miłością Sylvią (która po wypadku żyje w chronicznym bólu) a młodą, beztroską Naomi. Młodszy o 10 lat Ivan jest społecznie niezdarny. To szachista, introwertyk, „dziwny” w ten uroczy sposób. Wchodzi w skomplikowaną relację z dużo starszą od siebie Margaret , która próbuje pozbierać się po trudnym rozwodzie. Tłem dla ich relacji jest śmierć ich ojca. Bracia muszą, chociaż niechętnie, odnowić kontakt i przepracować swoją żałobę oraz wzajemną niechęć.
Powieść jest gęsta, pełna dialogów i wewnętrznych przemyśleń. Wciąga w świat bohaterów tak mocno, że zapomnisz o całym świecie. Jest tu dużo czułości, próby zrozumienia drugiego człowieka i akceptacji tego, że życie nie zawsze idzie zgodnie z planem.
To chyba najlepsza książka Rooney. Jest w niej więcej ciepła i nadziei niż w poprzednich, mimo że temat wyjściowy, czyli żałoba po ojcu, jest smutny. Kończy się w sposób, który daje wiarę w to, że nawet z największego życiowego bałaganu da się wyjść.
Nie żebym z góry zakładał, że będziesz chciała znowu się ze mną widzieć, nie wiem. Ale bardzo cieszę się, że cię poznałem. I wiedząc tylko, że istniejesz, czuję, że moje życie będzie o wiele lepsze.
Mariana Leky, Smutki wszelkiej maści.
„Smutki wszelkiej maści” to powieść cicha, czuła i niepozorna. Ale właśnie przez to, tak bardzo poruszająca. Mariana Leky opowiada historię niewielkiej społeczności, w której codzienność splata się z lękiem, stratą i próbą oswojenia tego, co nieuchronne. To książka o smutku, ale nie przytłaczająca; raczej taka, która smutek bierze za rękę i mówi-możemy tu chwilę razem posiedzieć.
Narracja jest spokojna, fragmentaryczna, pełna drobnych scen i pozornie nieistotnych detali. Autorka nie spieszy się, daje czytelnikowi czas, by wejść w rytm życia mieszkańców kamienicy, poznać jego mieszkańców, ich dziwactwa, lęki i nadzieje. Szczególnie ważnym motywem jest strach przed śmiercią i przemijaniem, który powraca jak echo, ale nigdy nie dominuje brutalnie. Leky pisze o rzeczach trudnych z niezwykłą delikatnością i empatią.
Ogromnym atutem książki jest język, dość prosty, oszczędny, a jednocześnie poetycki. W wielu zdaniach jest więcej ciszy niż słów, a emocje wybrzmiewają między wersami. To literatura codziennych rozmów, drobnych radości i rutyny.
To nie jest powieść dla każdego momentu w życiu. Wymaga uważności, cierpliwości i gotowości na refleksję. Jeśli ktoś szuka dynamicznej akcji, może się rozczarować. Ale jeśli szuka książki, która koi, porządkuje emocje i pokazuje, że smutek jest częścią bycia człowiekiem, „Smutki wszelkiej maści” będą bardzo dobrym wyborem.
człowiek nie ma prawa używać słów zawsze” i nigdy”, póki nie dotarł do kresu życia, bo tylko z tej perspektywy wolno mu oceniać, co było zawsze, a co nigdy .
Loreth Anne White, Dziennik pokojówki.
Wpuszczasz ich do swojego domu. Dajesz im kody do alarmu, klucze do drzwi i dostęp do najbardziej intymnych zakamarków swojego życia. Są niewidzialni, przemykają cicho po korytarzach, ścierając kurze i układając poduszki. Ale czy na pewno tylko sprzątają? A może… patrzą?
Loreth Anne White w „Dzienniku pokojówki” bierze na warsztat jeden z naszych pierwotnych lęków – lęk przed utratą prywatności we własnym domu. I robi to w mistrzowskim stylu.
Kit Darling nie jest typową pokojówką. To obserwatorka. Lubi „pożyczać” sobie życie swoich pracodawców, przymierzyć drogą sukienkę, sprawdzić, jakie leki trzymają w szafce nocnej, powąchać perfumy pani domu. Jest nieszkodliwa… dopóki nie trafia do „Różanego Domu”, rezydencji idealnego małżeństwa, Jona i Daisy. Tam Kit widzi coś, czego zobaczyć nie powinna. I nagle znika…
Książka zaczyna się od trzęsienia ziemi – dosłownie i w przenośni – a potem napięcie tylko rośnie. Autorka świetnie buduje narrację, przeplatając perspektywy i czasy. Mamy tu klasyczny motyw: biedna, sprytna dziewczyna kontra bogaci, uprzywilejowani ludzie, którzy myślą, że pieniądze mogą kupić milczenie.
Siłą tej powieści jest duszna atmosfera. Czytając, czułam się trochę jak wspólniczka Kit. White doskonale pokazuje, że idealne zdjęcia na Instagramie i luksusowe wnętrza, to często tylko fasada, za którą kryją się toksyczne relacje, zdrady i dewiacje.
To nie jest typowy kryminał, gdzie tylko szukamy mordercy. To domowy thriller, w którym najważniejsze są relacje i psychologia postaci. Kit, mimo że wścibska i naruszająca granice, budzi sympatię (lub przynajmniej fascynację),a detektyw ka Mall, prowadząca śledztwo, to konkretna babka, której chce się kibicować.
, „Dziennik pokojówki” pochłonął mnie bez reszty. To idealna lektura na reset głowy, jest dynamiczna, rozdziały są krótkie i kończą się tak zwanymi cliffhangerami przez które obiecujesz sobie: „jeszcze tylko jedna strona” i nagle jest druga w nocy!
Loreth Anne White zaserwowała nam krwawy koktajl z ludzkich namiętności, zazdrości i zemsty. To solidny, rzemieślniczy thriller, który trzyma za gardło do ostatniej strony. Może nie zmienia życia, ale gwarantuje doskonałą rozrywkę i sprawia, że dwa razy zastanowicie się, zanim zostawicie kogoś obcego samego w swoim salonie.
Każdy z nas dostaje dopaminowo-adrenalinowego kopa na widok czegoś, co nie było przeznaczone dla jego oczu, prawda?
Duchy Nowego Jorku, Jim Lewis.
Zapomnijcie o Nowym Jorku z głośnych filmów akcji, o klaksonach żółtych taksówek i neonach Times Square. Nowy Jork Lewisa to miasto cieni, szeptów i powidoków. Autor zabiera nas w podróż przez trzy z pozoru odrębne historie, które łączy niewidzialna nić przeznaczenia, przypadku i… samotności.
Tytułowe „duchy”, to nie zjawy z horrorów. To wspomnienia, utracone miłości, zaprzepaszczone szanse i te wersje nas samych, którymi nigdy się nie staliśmy. To ludzie, których mijamy w metrze, nie wiedząc, że za chwilę odmienią nasze życie, albo co bardziej bolesne, miniemy się z nimi o ułamek sekundy, tracąc szansę na coś ważnego.
Książka skonstruowana jest jak misterny tryptyk. Poznajemy fotografa, który wraca do miasta po latach, by skonfrontować się z przeszłością; kobietę próbującą odnaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości; i wreszcie historię, która spina wszystko klamrą, pokazując, jak cienka granica dzieli bycie obcym od bycia bliskim.
Lewis pisze prozą gęstą, niemal fotograficzną. Każde zdanie wydaje się tu przemyślane, jakby autor malował słowem obrazy, na których najważniejsze jest to, co ukryte w cieniu. To opowieść o tym, jak miejsca pamiętają nas lepiej, niż my je pamiętamy.
To nie jest lektura na szybki, chaotyczny dzień. „Duchy Nowego Jorku” wymagają zatrzymania się, zanurzenia się w niej. To książka idealna na długi, zimowy wieczór, kiedy za oknem panuje mrok, a my mamy ochotę na odrobinę bezpiecznej melancholii. Jest w niej bowiem coś kojącego. Mimo że bohaterowie borykają się ze stratą i tęsknotą, z kart bije ciepło i zrozumienie dla ludzkiej ułomności. Lewis przypomina nam, że wszyscy jesteśmy w pewnym sensie duchami w życiach innych ludzi ,pojawiamy się i znikamy, zostawiając po sobie ślad, o którego trwałości nie mamy pojęcia.
„Duchy Nowego Jorku” to piękna, subtelna i niezwykle nastrojowa opowieść o pamięci i przypadku. Jeśli lubicie prozę Paula Austera czy filmy w klimacie ” Między Słowami”, ta książka Was zachwyci.
Ścieżka dźwiękowa- Depeche Mode- Stripped







