niedziela, 31 stycznia 2016

Piździ

to i w domu siedzę.
Wczoraj markowałam do 2 w nocy, bo grałam, no kto bogatemu zabroni?
A dziś i tak wstałam wcześnie, bo jak w niedzielę śpię długo, to mnie głowa boli.
Z Inżynierem pogawędziłam, aczkolwiek krótko, bo nie za bardzo było o co ozór strzępić, a chłopak zalatany. Skaner wybrał i grosika dorzucił, żebym kupiła lepszy. Wszystkie artykuły, zgodnie z normą UE mają dwuletnią gwarancje, a skanery roczną. Ten, aczkolwiek droższy, ma dwuletnią, więc wychodząc z założenia, że będzie intensywnie używany, kazał kupić droższy. A że je dziecka słucham jak Wolnej Europy, tak i uczyniłam.
Kiedy będzie do odebrania w sklepie, nie wiem, ale mam nadzieję, że wkrótce.
Ziemiórki mam, latają jak głupie i topią mi się w herbacie. Już nawet nie wywalam. To pewnie z jakimś hiacyntem czy inną cebulką przywlokłam, ale przesadzanie tego i dezynfekcja ziemi nie ma sensu. Jak i przyszły, tak i pójdą :P
Napracowałam się zgłaszając losy na loterię paragonową, w tym miesiącu mało mam, ale co tam, daję Panu Bogu szansę.
Do oblatów napisałam, w sprawie wujka Mietka, zobaczę, czy odpowiedzą. Biedak nawet nie ma swojej fotki, a ja mam i fotki, i pamiątki. Inżynier mnie za to pochwalił.

http://www.swzygmunt.knc.pl/MARTYROLOGIUM/POLISHRELIGIOUS/vPOLISH/HTMs/POLISHRELIGIOUSmartyr0617.htm


 Na tablicy datę urodzenia ma źle wpisaną, ale też nawet nie wiedziałam, że ma taką tablicę, nikt się ani ze mną, ani z Ciocią nie konsultował. Nie sądzę, że Ciocia wiedziała, choć coś mi świta, że gdzieś jest jakiś numer Wieści Misyjnych ze wzmianką, ale to pewno się dowiedziała post factum.
Przez to przeglądanie tych papierzysk różne rzeczy mi się w głowie kocą, niekoniecznie wesołe, ale i nie przygnębiające, co to, to nie.
Po prostu myślę.
Jak rasowy myśliwy.
Zobaczymy, co z tego wszystkiego wyniknie.
Będą zdjęcia i przepisy, i inne cuda wianki, ale to potrwa.
Za niedługo wracam do pracy, więc i czasu będę miała mniej.

Życie, kochanie, trwa tyle, co taniec, fandango, bolero, bee bop...

sobota, 30 stycznia 2016

Sprzątanie

nie zając, nie ucieknie, a kurz niech leży i odpoczywa, co będę biedaka ścierą przepędzać. Wstawiłam sobie tylko obiad, nawet na Manhattan nie poleciałam i zanurzyłam się w przeszłości. Inżynier wprawdzie plumkał, że mi skaner kupi, ale na plumkaniu się skończyło i widzę, że będę sobie musiała sama sprawić taką zabawkę, bo ten, pożal się blog, skaner co mam do niczego się nie nadaje. Namęczyłam się, a pozapisywał mi w .pdf, co na bloga się nie nadaje.
Ale troszkę ogarnęłam i tadam, małpą nie będę, się podzielę.
Na pierwszy ogień życzenie Zmorki ;)
Będę dawkowała, a że pączki w czwartek będą obowiązkowe, to proszę :) 1f w przepisie to 1 funt.


A może ktoś się skusi na tort?

Kartka dla mojej Mamy



Tego zdjęcia nigdy nie widziałam, mam inne z tego dnia, ale tego nie znałam.

To Ciocia, mój brat i ja, u nas za stodołą.

A to mój Dziadek, Tata Mamy. Prawda, że elegancki z niego gość? Nie znałam, zmarł, jak miałam rok.

A to nie wiem kto, jakieś obce nazwisko z tyłu zdjęcia, no ale nie dziw, że za mundurem panny sznurem ;)

Świadectwo wujka Mietka z 1935 roku. Zdolny był z niego gość...
A to kilka jego listów z obozu. Mam je wszystkie przetłumaczone. Płaczę, czytając...

A to pisała moja Babcia, Mama Taty. Po śmierci mojej Mamy, gdy było wiadomo, że nie ma się nią kto zająć, a była coraz mniej sprawna, bo miała złamane biodro (i tak żyła z tym długo, zmarła mając ponad 90 lat), córka zabrała ją do siebie. Ojciec likwidował mieszkanie Babci, została mi taka kartka. Babcia pisała ją do ponadczterdziestoletniego faceta... Zawsze był dla Niej dzieckiem, najmłodszym, trzynastym... Chyba go najbardziej kochała ze wszystkich.

Ciocia, mój Brat i Pierworodny oraz Inżynier. Komunia Pierworodnego. A ja, aż łezka mi się zakręciła. Moja ukochana sukienka, black and white, na sztywnej halce. Wyrzuciłam ją w odruchu rozpaczy, jak już wiedziałam, że nigdy nie będę znów miała takiej talii :)


I nie tylko smutne akcenty są, zawsze jest jakiś kącik humoru :)

I tak, Kochany Pamiętniczku, pomęczę Inżyniera, żeby mi dobry skaner wybrał, za niedługo wlatuje, to mi podłączy :)
Będzie się działo :)
Ale taki był zamysł tego bloga - ocalić od zapomnienia chociaż małą cząstkę historii...

piątek, 29 stycznia 2016

Zagrzebałam się

znów.
Wysypały mi się stare zdjęcia.
I znalazłam kartkę wysłaną do mojej Mamy w 1942 roku, do Wronowa, wiem, że wtedy pracowała w majątku u Niemca i zawsze mówiła, że to był ludzki Niemiec, że uchronił ją przed wywózką do Niemiec, załatwiając zaświadczenie, że choruje na gruźlicę.
To w zdjęciach Cioci znalazłam.
I inne, piękne, stare, ale... nie wiem kto to, nie znam ludzi. Wiem, że większość to moja dalsza rodzina, ale to Ciocia miała z nimi kontakt, nie ja.
I kartka od chłopaków do Cioci, przepyszna :)
I inne takie tam.
I jak to wyrzucić, rzeczy już nikomu do niczego niepotrzebne, a jednak...
I zeszyt z przepisami, nie wiem, czy jeszcze przed- czy już powojenny. Cioci chyba, ma podobne pismo do Mamy, ale... z błędów wnioskuję, że Cioci. Tak, cholera ze mnie, wszędzie korekcę.
Przepisy przepyszne, wypróbuje, tyle, że piec nie będę, bo dla kogo?
I kartkę od Sikory do Pierworodnego znalazłam i inne zabawki.
Myślę, że powinnam zacząć to ogarniać i rozglądnąć się za muzeum, izbą pamięci, za kimś, kto to weźmie.
Bo szkoda tak do śmieci.


Tylko życie pędzi coraz prędzej...

czwartek, 28 stycznia 2016

Migusiem

przeleciało :)
Ani się obejrzałam, a już czwartek :D
Ale też owocnie przeleciało, nie na leniuchowaniu.
W poniedziałek stoczyłam bitwę z Niechciejem i udało mi się go wyeksmitować z mieszkania.
We wtorek pojechałam do AR, bo tradycyjnie zawiozłam zaświadczenie o zarobkach. Gdy wracałam, zaczęło się rozpogadzać i słoneczko ładnie świeciło, więc cały brud na szybach chichotał na mój widok i hołubce tańczył. Pomyślałam sobie: a niedoczekanie twoje i sruuu... Okienka pomyłam, szybciorem, wszystkie. 10 stopni było, więc nawet nie zmarzłam, a za to jak pięknie wygląda świat...
W środę miałam śrubkę w dupie, okrętową numer pięć, a ponieważ dowiedziałam się, że wężownica i scindapsus wilgoć wyciągają z mieszkania, ciekawa byłam, jak z tym jest u mnie. Bo kiedyś miałam scindapsusa podsufitowego w kuchni, teraz też mam, ale mniejszego, zmarniał przy remoncie. Wężownica za to rośnie jak las. Więc choć obiecałam sobie, że wezmę się za porządki w kuchni, zamiast tego wybrałam się do Castoramy, nie dojechałam, bo w AGD był budzik z higrometrem. Zanabyłam. Ale budzika, mimo postępowania wg instrukcji, tj. zegara i kalendarza ustawić nie umiem. (A szkoda, bo można go podświetlić, a nie mam nic w nocy, co bym widziała, która godzina i zawsze muszę macać telefon, a jak się ładuje, to problem, bo muszę w betów wyskakiwać. Ale tyle czasu zyłam bez zegara, pożyję jeszcze trochę. Nie ma problemu, jak mam wolne, bo śpię skolka ugodna, gorzej, jak do pracki trzeba.)  Nie bo nie, nie umiem. Tak jak nie umiem obsługiwać pilota :P Komputer, tablet, smartfon, dawać mi. Pilot i rzeczy na przyciski - dupa :) Poczekam, aż się jakaś ofiara u mnie pokaże i mi zegar nastawi. A na razie patrzę, jak mi się wilgotność zmienia. Jak mam zakręcony kaloryfer, to oscyluje w granicach 55% (prawidłowo jest 40-60%), jak włączę kaloryfer, spada do 45-43%. Czyli nie muszę się obawiać grzyba, co mnie niezmiernie cieszy. I bawi mnie patrzenie na to, jak się zmienia wilgotność. Jak dla mnie jest za sucho, budzę się rano "pozasychana". Jeszcze pranie muszę zrobić i zobaczyć jak to jest, jak suszę pranie. Ale na razie nie mam co prać :P
Dziś zaś odprawiłam rano listę gości Inżynierowi, odmieniając pracowicie nazwiska :) Taka mała zabawa.
A potem, kopnąwszy się mocno w tę tłustą dupę, schowałam zabawki i pogroziwszy sobie palcem, poszłam do kuchni sprzątać. Bo bajzel koncertowy już miałam w szafach, za każdym razem, jak otwierałam którąś, miałam wrażenie, że wszystko wyleci na mnie. A i wycug Kierownika swoje zrobił, bo mimo że się starali, to jednak nie wszystko wróciło na swoje miejsca i był sajgon. I tak pracowałam 4 (!) godziny, zanim doprowadziłam wszystko do ładu i składu, ale za to efekt, ojapierdolę. Pochowałam wszystko, co się szwędało na wierzchu, znalazło się miejsce dla nowych zabawek, wszystko w zasięgu ręki. A i okazało się, że zapasy mam -  nie przymierzając - wojenne. Wywaliłam tylko mąkę ważną do 2013 roku (w szczelnej puszce była, zero robali i nie zatęchła, ale bez przesadyzmu) i makaron jeszcze z epoki Inżyniera w domu, bo choć wyglądał nieźle, nie lubię świderków i kokardek, więc wywaliłam. Herbaty mam tyle, że do końca życia jej nie zużyję, tym bardziej że ostatnio piję raczej wodę z cytryną, jak herbatę. Ale nic to, zapisałam w kajeciku: urąbać rękę, która w sklepie sięgnie po herbatę, a Dom Herbaty omijać szerokim kołem. Kawy też mam po kokardkę i kucyki, a że właśnie skończyła mi się mielona, w ruch pójdzie nowa zabawka i kawa :) Baran na dokładkę, chodząc na rano, przysyła mi na dzień dobry fotki cudów baristycznych, więc nie ma mocnych, rano kawka musi być. Ogarniając kuchnię wybierałam też puste słoiki i chciałam je do komórki wynieść.  Na korytarzu smród bezdomnego, ale sobie myślę, śni mi się, albo mam guza na mózgu. Bo skąd bezdomny? Jednak załatwiłam komórkę szybciorem i posprzątałam w ramach gratisu łazienkę. W rezultacie wyniosłam wielką torbę z Ikea papierów, drugą plastiku, nie licząc śmieci i innych pozostałości. Wywaliłam też masę butelek po wódce, nie że tyle piłam, ale... zawsze chomikowaliśmy, bo Inżynier nalewki robił (wyśmienite). Uświadomiłam sobie wreszcie, że nalewek nie będzie, bo mi nie wychodzą, a Inżynier już ich robił nie będzie, bo kiedy? I zresztą kto to będzie pił? Więc wywaliłam butelki, jeśli ktoś z sąsiadów obserwował, miał niezły ubaw. Parę butelek jeszcze chyba jest w loggii w kącie :D Oj tam, oj tam, zawsze się przedstawiam, jak kupuję wódkę, więc nie jestem anonimowym alkoholikiem, tylko znanym pijakiem.
Nie wiem, czy jutro, czy na przyszły tydzień, ale ogarnę jeszcze szafę w przedpokoju, jako że walizka wciąż stoi. Pożytku z niej już nie będzie, ale jako schowek na te wszystkie kartoniki doskonale spełni swoją rolę. No i zostają pierdyliardy papierów do ogarnięcia, ale z tym będzie ciężko, jako że ja niewyrzucająca jestem, a dzieci swoich nie mają czasu ogarnąć. Kiedyś będą musiały, ale to już nie będzie moje zmartwienie.
I tak, Kochany Pamiętniczku, pracowicie zleciały mi wolne dni. Dobrze, że jeszcze trochę ich zostało. W przyszłym tygodniu mam jechać do Kierowników Budowy na obiad. Z jednej strony nie chcę im robić kłopotu, z drugiej Kierownik teraz nie pracuje, bo sezon martwy, a mają wyrzuty sumienia, że od lat się u mnie dokarmiają. Co mi tam, raz mogę jechać, tym bardziej że znów pogadam z Kradziejką, jak czekista z czekistą. A rozumiemy się doskonale.
Sikorze dzieci też rosną jak na drożdżach, a Następcy Tronu jeszcze na oczy nie widziałam, nie licząc fotek, więc pewno i tak trzeba będzie tę dupę ruszyć.
Ale najpierw pracka i znów wlatuje Inżynier.
Degustować będziemy i mam poznać resztę rodziny Dziewczyny.
Czyli na brak rozrywek nie będę narzekała, ale na brak czasu.
A ten zapierdala jak Zatopek...

Na korytarzu dalej śmierdzi. Sąsiadka mówi, że tak, że bezdomny nocował. Moje miłosierdzie do bliźniego nie sięga tak daleko, żeby wąchać te smrody. Wiem, nie po chrześcijańsku. Nie wiem, co mnie w życiu czeka. Ale wiem jedno: pazurami będę walczyć, by móc się codziennie wykąpać. Nie oceniam. Wiem jedno. Nigdy się nie poddawałam. I wiem, że jak ktoś chce, to można. Wszystko. Ale zależy, co kto wybiera. Nie jest mi lekko, jak zapieprzam rano do pracy i widzę rozbawione towarzystwo pod Biedronką, też czasem żal dupę ściska, że tak łatwiej byłoby...
A nie zawsze Matka Polka i naprzód młodzieży świata...
Pod górkę i pod wiatr.
Że łatwiej wypić, zapomnieć, nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
Ale nie ma letko, co nie, Kochany Pamiętniczku??
Jestem DDA i wiem, że nie ma letko. Ale przecież zawsze mogę gumkę w majtkach poluzować, co nie?
Poluzować? Czy nie poluzować?

sobota, 23 stycznia 2016

Dni

mi się pokićkały.
Znienacka.
Bo skończyłam pracę w czwartek i piątek jawił mi się jako sobota.
Pokulałam się na Manhattan, bo aprowizacja leżała i kwiczała. Obkupiłam, nacieszyłam słońcem, wracam do domu, a ty SMS, że moja książka jest na poczcie.
A że akurat w okolicach byłam, więc sruuu.
Oba okienka zajęte, ale ja następna, więc cud, miód i orzeszki.
Ale i jedna, i druga pani widać nie miały co robić, bo załatwiały pierdyliard pierdyliardów niewiadomoczego, a panie z okienka latały: a może jeszcze taki ręczniczek, a może jeszcze kalendarz, a może gówno w papierku... A panie oglądały, przebierały i... Ojapierdolę. Że też ludziom życia na to nie szkoda. Rozumiem panie z okienka, taki life, taka praca, ale ludzie: na poczcie płaci się rachunki, nadaje paczki i wysyła listy, odbiera przesyłki. A cała reszta to pierdolenie o Szopenie, wszystko tu drogie jak cholera. No nic. Docieram do okienka, za mną kolejka jak świński ogonek zakręcona, pokazuję pani SMS, a pani na to, że to nie ta poczta. Jak nie, jak tak, zamawiałam przesyłkę na nią, z odbiorem na poczcie, żeby nie warować na listonosza czy innego kuriera. Nie, system zapisał jako miejsce odbioru pocztę pod nr 309, a nie 382, obie mają ten sam numer kolejny. Nawet się nie indyczyłam, pogoda ładna, słonko świeci, dodatkowe 1,5 km spaceru to pikuś.
Na drugiej poczcie: hurra, jestem pierwsza w kolejce, może to dlatego, że gromów nie ciskałam? Za mną błyskawicznie formuje się kolejka, ale mam ją, mam, mam, mam.
Kupiłam Idź, postaw wartownika, choć zaklinałam się, że nie kupię, bo wydawnictwo należy do córek moich ciemiężycieli przez 10 lat. Ale książki pożądałam namiętnie, rozpaczliwie, całym sercem i jestestwem, bo to ciąg dalszy Zabić drozda, mojego odkrycia jeszcze w szczenięcych latach i potem film na DKF...
Kupiłam. Nie żałuję. Znów czytam, a naprawdę trzeba cudu, bym czytała za darmo, nie za pieniądze. I jeden błąd już znalazłam ;)
A potem z rozpaczą rozejrzałam się po mieszkaniu, bo kurz nie znikał już po omieceniu wzrokiem i mimo że miał wpaść Kierownik Budowy z Dziewczynami swojego życia, zabrałam się spokojnie za porządki. W końcu rodzina widzi człowieka w gaciach - zatem co przeszkadza, że widzi go wśród kurzu?
Kradziejka jest OJAPIERDOLĘ, a Kierownik Budowy dawał mi ją na ręce z takim namaszczeniem, że... I Skubanej, spodobało się moje gadanie, bo jak była u mnie, to nie płakała. Mam taki feler, że gadam z niemowlętami jak z dorosłymi. Nie mogę się oprzeć, to jest silniejsze ode mnie :) Więc póki się nie skupczyła (u mnie wszystkie dzieci się kupczą), było OK, a potem zaczęła się przepychanka: cycek, ulewanie, cycek, ulewanie, cycek, ulewanie. Na szczęście zdążyłam Kierownikowstwo nakarmić smoothie, rosołkiem i tortem, zanim zaczął się koncert życzeń. Gawędziliśmy też o dzieciach i aczkolwiek Kierownikowa Budowy mówi, że nie czuje się zapętlona, podziwiam współczesne wychowanie dziecka, z cycem na żądanie. Bo ponoć w mleku matki jest wszystko. Tak też twierdzono za moich młodych lat, ale zalecano podawanie dziecku herbatki między karmieniami, a nie co rusz cyc. Na zdrowy rozum biorąc: jak mi coś nie służy i mi się (pardon) odbije, to co robię? Myję zęby, piję wodę, herbatę, cokolwiek. A biedne dziecko dostaje cyca z kolejną porcją mleka i tak da capo al fine. Pod koniec musieli ją całą przebierać, bo co rusz oblewała wszystko. No ale nie znam się na wychowaniu dzieci, więc idę w kąt.
Z moich obserwacji, najrozsądniej chowane są małe Cygany, te od Sikory. Z praktyki zawodowej: małe prosięta i cielęta, karmione mlekiem matki MUSZĄ mieć dostęp do poidełek z wodą. Obligatoryjnie. Więc dlaczego dzieci nie?
Ale stronnicza jestem.
I niedobra matka, bo nie dałam z siebie wszystkiego, co mogłam.
Ano, nie zmienię tego już, i tak zostanie.
Tak się zasiedzieli, że do kolejnej babci lecieli na torpedzie, a mi się już nie chciało nic robić, więc zostałam z trzema posprzątanymi pólkami i biurkiem, ale oj ta, oj tam, kto bogatemu zabroni w bałaganie spać?
Drinka sobie zrobiłam i poszłam na zaległe seriale.
Spałam do 9, budząc się uświadomiłam sobie, że jest sobota. Więc do Galerii po Wybiórczą, do Lidla po środki piorące i południe się zrobiło. Jedzenie w mrozie na balkonie, w słoikach zamrożone, tortu jeszcze jak na wesele.
Skończyłam odkurzanie książek, zdemontowałam świąteczną wystawę, podlałam, poprałam, po raz kolejny ufarbowawszy gacie z dżinsami, ale to nic, nie zżółkną przynajmniej :)
Za oknem zamieć śnieżna, a ja z pełną lodówką, z zapasem lektur i netem mam wolne.
Czegóż więcej chcieć?
Do piątki po alkohol nawet po ślizgawicy  i przez zaspę się dostanę, jak mnie przypili.
Żyć, nie umierać.
A pranie dobrze zrobi na wilgotność. Mam tak suche mieszkanie, że... meble zaczynają mi się rozsychać.
Parę szkód się wyjaśniło, co mnie cieszy. Nie mam sklerozy i miło, że winowajcy się mnie nie bali.
A od bankomatu dostałam emilka, że przekazali sprawę do odpowiedniego działu do zbadania.
Jak dla mnie odpowiedź: pierdol, pierdol, ja posłucham.
No nic, Kochany Pamiętniczku, może rzeczywiście obadają? Szkody nie ma, sprawdzałam znów konto, złotówka więcej nie zginęła, ale to nienormalne, żeby bankomat za mnie podejmował decyzję.
Czyżby nadchodziła epoka zapowiadana w SF, że to maszyny będą rządziły?
Czas się bać, Kochany Pamiętniczku?
Bo realnie jest się już czego bać...

Znalazłam kartkę pisaną przez moją Babcię do mojegoOjca.
Popłakałam się.
Sfocę w dziennym świetle.
Oprócz kilku zdjęć i dobrych wspomnień, a także tej kartki nie zostało po Niej nic.
No, może nie tak do końca, bo jestem Jej przedłużeniem, a moje dzieci też... I moje wnuki.
Była prostą chłopką, matką trzynaściorga dzieci, wnuków już nie zliczę.
Moja babcia Katarzyna... Tak o Niej mówiliśmy, babcia Katarzyna. Nie babcia Kasia.
Była dobrą i mądrą kobietą, choć skończyła tylko cztery klasy. 

czwartek, 21 stycznia 2016

Coraz

bardziej ciulato się robi.
Wszystko na literę k pada.
A dziś zamknęłam, w bólach, aczkolwiek bez nerw i wracając do domu chciałam wypłacić 50 zł, bo... zgrzeszyłam i zamówiłam książkę :P
I co zrobił jebany bankomat?
Nie zaznaczyłam jeszcze kwoty, jaką chcę wypłacić, a on mi sruuuuu... 300 zł dał.
Dobrze, że miałam tyle na koncie.
I dobrze, że tyle mi bank zaksięgował.
Pani na czacie w banku powiedziała, że to nie ich kompetencja, że mam reklamować u właściciela bankomatu. Zareklamowałam, emilkowo of course, jako że ja niedzwoniąca.
Na razie cisza w eterze.
Ale ciulato, jakby na to nie patrzeć.
A na stronie reklamacji chcą, żeby im numer bankomatu podać.
Ta, stara baba wlezie gdzieś (gdzie?) i znajdzie numer, jedną rączką dzierżąc siatę drugą numer zapisze. Gdzie? Sobie na dupie.
Ojapierdolę.
Jedyna dobra rzecz w tym wszystkim, że jutro rano NIC NIE MUSZĘ.
Amen. 

środa, 20 stycznia 2016

Niby

miało być lepiej, a nie jest.
Parę szkód odkryłam, ostatnią przed chwilą i naprawdę nie mam pojęcia, jak mam zareagować. Trudno, kto ma miękkie serce musi mieć twardą dupę. Przeżyję.
Wczoraj ślimaczyło się do 20, w domu zlądowałam dobrze po 21, bo wiadomo, nic już nie jeździ za często. A sranie w banie było.
Dziś od rana to samo, ale udało się, o 16 poszło w pizdu, znaczy do druku. Jutro replay, znów całe życie z wariatami. No ale nie mogłam wyjść, nie spytawszy o wstępniaka, więc przeżegnałam się, ja, niewierząca i poszłam zapytać. Miałam wrażenie, że za chwilę rzuci mi się do szyi i przegryzie tętniczkę.
Pomijając już te emilki wysyłane do wszystkich, widzę, że nie jestem w złej sytuacji, bo będę miała dwa tygodnie odsapki. Ale z urlopem wypisanym po 8 godzin wg życzenia przepracowałam w tym miesiącu prawie 30 godzin ponad normę. I dlaczego mam tego tak nie liczyć, skoro kazał, to zabrał mi należny jak psu zupa urlop, będę miała więcej nadgodzin. Taki life.
Wracając z pracy dumałam o obiedzie, o porządnym obiedzie, o gotowaniu i sterczeniu w kuchni. O rosołku z wołowiny. Więc wchodzę do rzeźnika, wołowinę w Biedronce olałam, choć wyglądała nieźle. Leży przecudnej urody szponder, ale... w kilogramowym kawałku. Proszę o pół. Nie, pani nie przetnie, bo nie ma czym, a szponder ma kość. Pani i oburzona, i zdziwiona, gdy mówię, że rzeźnik powinien kroić mięso. Ona nie jest rzeźnikiem, ona jest sprzedawczynią.
Ano.
A za komuny każdy sklep rzeźnicki miał topór i panie sprawnie dzieliły woł-ciela na kawałki, przysługujące nam na kartkę.
Łza cicha zakręciła mi się w oku i zamiast szpondra kupiłam wołowinę na pieczeń. Za droga, żeby rosół na tym pichcić, prawie 50 zł za kilo. A rolnicy jojczą, że nie ma zbytu na wołowinę. Ano nie ma. Wołowiny nie kupią raczej ludzie mający kilka gąb do wyżywienia, bo za droga. A singiel z kolei nie kupi kilograma, bo na co mu to? Kąpać się miałam w tym rosole?
A od każdego kg mięsa potrącają im parę groszy na... propagowanie spożycia mięsa.
Ta, kółeczko się zamyka i ojapierdolę, wzdech.
A moja wołowinka smaży się z żurawiną, cebulką, ziołami dalmatyńskimi, cukinią, pomarańczą i czymś tam jeszcze.
A w marketach już żonkile, narcyzy, tulipany...
Wiem, wiem, daleko jeszcze, ale..
Przeżyć jutrzejszy dzień, a potem będzie jeden dzień bliżej do wiosny.
Dziś śnieg padał, ale tak nienachalnie, spokojnie. W sumie wolę taki śnieg, jak deszcz, bo deszcz zamarza.

Zobaczymy, co dalej, Kochany Pamiętniczku, nie planuję, bo zapeszę.
I książkę kupiłam, tę, co obiecywałam sobie nie kupić, ale promocja była, że ojapierdolę i... Jak to tak, umierać, nie wiedząc, co dalej ze Smykiem.
Więc z bólem serca kupiłam.
Wprawdzie miałam obiecane, że dostanę, ale zauważyłam, że obietnice to się łatwo składa, a trudno dotrzymuje.
Umiesz liczyć, licz na siebie.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Blue Monday

today.
Ojapierdolę.
Jak w banku.
Przynajmniej w pracy tak było. Ledwo wysiedziałam, mając wrażenie, że żywcem mnie ktoś obdziera ze skóry.
Inżynierostwo na całe moje szczęście doleciało w całości w stęsknione ramiona kotecków, a ja mimo nieprzespanej nocy pracowałam wolnym walcem.
Przeżyłam i nasiadówkę, na której Boss o mało mnie nie uśpił monotonnym kazaniem (przypominam, nie spałam w nocy), atak dźwięków rozmów za szafą, inne takie tam. Kalendarze, takie terminarze nam rozdał. Po raz pierwszy od lat. Tylko po co? Nie będę nosiła czegoś takiego w torebce. Mój telefon ma tyle opcji, że na nic mi taki papierowy balast. Ma swoje zalety, bo zapis nie znika w czeluści kompika, ale do noszenia się nie nadaje. Starość, kurwa, starość...
Wysłałam polecony, prowadzona chyba przez anioła na pocztę, na której NIKOGO nie było i mogłam wypełnić spokojnie trzy podania na przesyłkę z potwierdzeniem odbioru.
Dwa serki kupiłam, podpuszczkowe, od kolegi, jeden z czarnuszką, drugi z orzechami.  Ruszył niedawno z produkcją, i paznokcie w domu poobgryzałam, żeby nie zeżreć ich w całości, a za dwa, ważące może pól kilo góra, zapłaciłam 20 zł. Ale - warto :)
I zgadałam się z kolegą J., przesympatycznym zresztą, zawsze miłym, który, aczkolwiek młody żonkoś, został podstępnie wyciągnięty na Targi Ślubne i ma identyczne wrażenia, jak ja. Że najfajniejsze były występy modelek w bieliźnie (Inżynier w tym temacie na focha Narzeczonej rzekł, że to, że jest na diecie nie przeszkadza w przeglądaniu menu), niezłe były te laski, tango (o, to było to i chce takiego tancerza) oraz samochody. Zaskoczony J. stwierdził, że od tej strony mnie nie znał, że nie sądził. Ano.
Dobrze się maskuję, co nie?
Stara, gruba, ma wąsa, brodę, i jeszcze się wymądrza?
Za pieniądze w cyrku pokazywać.
Nie da się.
Poznań zamknął bramy dla cyrków, jak i parę innych miast.

I jak cudnie wieczorem znów leciały płatki śniegu, wielkie, w świetle latarni wyglądały, jak zaczarowane marzenia.
Mam nadzieję, że nie zasypią wioski tak, że będę się wściekała.

Po Blue Monday może być już tylko z górki.
Ile pragnień, ile marzeń, niech się spełnią...

Targowisko

próżności, czyli Targi Ślubne wczoraj zaliczyłam. Z Endomondo łaziłam, więc wiem, że przeszliśmy 6 km, ale umęczona byłam, jakbym przeszła co najmniej 60. Zapomniałam zabrać aparatu, więc zdjęcia byle jakie z ajfona, ale też nie za bardzo można było je robić, po prostu nie dało się przebić przez tłum. A wszyscy gnali z obłędem w oczach, jakby od tego zależało ich życie. Już na samym starcie, przy wejściu dostałam chyba ze 20 ulotek jak nie więcej, rozdający stali w rządku. Wiem, że każdy chce zarobić, ale potem w domu, wysypując na stół wszystko, co mi wetknęli, westchnęłam głęboko nad drzewami, które poszły pod topór... 98% papierków poszło od razu do śmieci, bo młodzi nie byli niczym zainteresowani.
Narzeczona, jakby jej czas i siły pozwoliły, stałaby przy każdym stoisku. Oglądnęli pierdyliard obrączek, które moim zdaniem niczym się od siebie nie różniły, debatując przy tym z zacięciem godnym lepszej sprawy. A ja tylko stałam i słuchałam. Pod sam koniec tej wędrówki zdecydowali, że wezmą obrączki z jednej firmy. Wprawdzie będzie mnie to kosztowało drożej, niż tam, gdzie znalazłam, ale przynajmniej będą zadowoleni. Narzeczona nie może się do końca zdecydować, czy chce obrączkę gładką (biorą ze złota łączonego z niklem), czy z brylantami (skóra mi ścierpła), ale powiedziała, że jak dojrzeje do kamienia, to za kamień sama zapłaci. Odetchnęłam z ulgą, bo aczkolwiek nie orientuję się w cenach brylantów, wiem, że Inżynier za pierścionek z brylantem zapłacił więcej, jak ja zarabiam w dwa miesiące. Więc ojapierdolę. Dzięki temu, że mam swoje złoto i 15-procentowej zniżce z okazji zamówienia na targach nie zrujnuję się, a obrączki będą warte około 3 tysięcy, bez brylantów, of course. Złoto mnie nie boli, bo i tak leży i kwiczy, a robociznę przełknę bez popijania, bo w sumie na dwie raty. I tyle dobrego z tych targów, bo reszta to naprawdę masakra.
Nigdy więcej, zapisać w kajeciku, nie iść na Targi Ślubne.
Każdą sukienkę oglądała (a ma już zapłaconą i zadatkowaną), i inne cuda wianki. Nie interesowały ich tylko pojazdy, bo ślub na miejscu, w pałacu, a mnie i owszem. Bo cudnej urody były, wypasione, zabawne i zaskakujące :) Ale fotki nie wyszły :( Była też biała Warszawa garbus i serce zatrzepotało mi rozpaczliwie, bo znów młodość wróciła. Ale oj tam, oj tam :)
I tu, proszę wycieczki, parę zdjęć marnej jakości, ale zawsze...





Nie muszę chyba mówić, że były i kabriolety, i amerykańskie krążowniki szos, i volkswageny i co tam jeszcze motoryzacja wymyśliła. Do tego kwiatki, lalki, biedronki, pinki i inne róże :D

I torty - dzieła sztukie niekiedy. Inżynierowi i mi spodobał się jeden

wyglądało to, jak napisy na szkolnej tablicy. Co zamówią, nie wiem, ale koszt takiego tortu z dowozem zbliżał się niebezpiecznie do 1000 zł. Ojapierdolę...
Były też lodowe rzeźby
... pink kapał i ociekał ze wszystkiego nieomal

 ... biedne hostessy padały jak muchy

... a jeszcze większe współczucie budziły we mnie modelki, prezentujące bieliznę czy też suknie ślubne, na niebotycznych szpilkach. Schodząc do baru szły jak pajace, na uginających się nogach. I tak sobie z Inżynierem przypomnieliśmy, jak on kiedyś dorabiał na targach, wrócił do domu, a ja mu miskę z wodą przyniosłam i zimne piwko... Był wtedy wniebowzięty i ten wzdech... Do dziś go pamiętam :)
W barze za dwie małe wody mineralne i sok zaśpiewali 23 złote. Ojapierdolę. Zapisać w kajeciku: chodzić na imprezy z własnym piciem i wiktem. Jak dla mnie rozbój na prostej drodze, ale widać, że nie bywam w wielkim świecie :)
Potem jeszcze stoisko z kryształkami Swarowskiego i na moje głębokie westchnienie Inżynier nadął się i mówi: przynajmniej niedrogie to, a ja sycząco i żmijowato: ale tandetne i wsiowe. Jakby spojrzenie mogło zabijać, byłabym martwa. Wie, że chcę jej pożyczyć mój naszyjnik, ale Ona nie. Trudno. W takich kryształkach każdy wygląda jak choinka wielkanocna, nic na to nie poradzę :)
To było tak brzydkie, że aż urocze, podobnie jak tort z tyłu, udekorowany biało-czarnymi różami. Wprawdzie pani tłumaczyła, że kolor róz do wyboru, ale mi spodobały się właśnie biało-czarne, bo tak i już. I w zestawieniu z groźbami Inżyniera, że swój pokój pomaluje na czarno łącznie z szybami pasowało jak ulał ;)
Wyszliśmy z tego bajzlu, zmęczeni jak konie po westernie, a na dworze była piękna, cudna zima :) Słonko świeciło i w powietrzu tańczyły płatki śniegu, jak maleńkie baletnice, powoli, spokojnie, w rytm walca, który włączył się w mojej głowie :)

 Te białe kropki, to śnieg. Topniał, zanim ziemi dotknął. Taka zima, to ja rozumiem, taką zimę to mogłabym nawet polubić, co tam, pokochać bym ją mogła :)
Potem obiadek w Chłopskim Jadle, tradycyjnie, ja rybkę

 bo testowaliśmy knajpę do polecenia Anglikom, jak przylecą na ślub.

Ale rano były ciche godziny za sobotę, bo... nawalił, nie da się ukryć. Nie, że się nawalił, ale dał plamę. Wyplułam, com miała do wyplucia, ale ponieważ to Inżynier, tośmy na siebie nawrzeszczeli, ale obeszło się bez łapoczynów i jak zwykle... :) Jest OK. Kocham moje dziecko, choć wredne i paskudne jest.

Noc nieprzespana, jak zwykle, dziecię wyekspediowane, już w samolocie, tradycyjnie gacie zostawiło, a mnie czeka ciężki dzień w pracy.
I chałupka do sprzątania, bo w świetle dnia widać kurz, nieścierany od grudnia, bo w sumie kiedy miałam to zrobić? Wszystko po łebkach ogarnięte, bo wychodzę jak ciemno, wracam też po ciemku, to kurzu nie widać.
Aby do czwartku, zamknę i będzie się działo, może nawet na okna się rzucę? :)
A za trzy tygodnie powtórka z rozrywki, kolejne targi, tym razem degustacja w Wąsowie. Sam zaproponował, że mam jechać i pomóc. Więc OK. Nie będę cyrków robiła :)
I tak, Kochany Pamiętniczku, im dalej w las, tym więcej drzew, okazuje się, że niebiosom dzięki, że nie muszę się tym zajmować. Poszłabym po linii najmniejszego oporu. Że pałac ma podstawowe dekoracje? I OK, starczy. Ale nie, nie starczy... Itede, itepe :)
Każdy ma to, co lubi. Jak Inżynier opowiadał, resztki włosów uciekały mi z głupiego łba. Galopem i w podskokach :D

piątek, 15 stycznia 2016

Messenger wypluł

"Zapomniałem zabrać kluczy do polskiego domu!!"
Odpisałam: "Będziesz spał na wycieraczce".
Nie przejął się. Nie miał czym, Skubaniec, mam jeszcze zapasowe klucze, a w domu przecież na niego poczekam.
Zatliło w żołądku. Ma już swój dom, ale tu jest wciąż polski dom...
I dobrze.
Wychodzę z pracy, uliczka ciemna, nieoświetlona, więc idę uważnie. Taki głupi układ, że do świateł nie mam jak dojść, bo jest mały hotelik i samochody tam bezkarnie blokują całą szerokość chodnika, muszę schodzić na jezdnię, więc nolens volens na szagę idę na drugą stronę, gdzie chodnik nie jest zastawiony. Czekam, przejechało wszystko, więc już wysuwam nogę na jezdnię, żeby przejść i nagle jakby coś pociągnęło moją nogę do tyłu. Przed moim nosem przesuwa się nieoświetlony samochód, na pełnym gazie, granatowy, idealnie zlewający się z tłem. Jest 17 z minutami. Żołądek podchodzi mi do gardła. Inżynier nie ma kluczy i nie wszedłby do domu...
Sekundy.
Przed wyjściem z pracy, zmęczona, zamiast wyłączyć lampkę na biurku, włączyłam z powrotem komputer. Zła byłam. A może ta chwila ocaliła mi życie, bo facet naprawdę zasuwał. Może gdybym dobrze słyszała i nie miała słuchawek usłyszałabym go, ale wątpię. Machałam, ale gdzie tam, jechał na ślepo. A że to jednokierunkowa, to nikt z przeciwka mu nie mignął. A może faktycznie jakiś wariat czystej wody?
I don't know.
Sen śniłam dziś, Że weszłam do pokoju, który był taką wielką, pustą salą, pod ścianą stało tylko jedno łóżko, a w nim spał mój brat. W pokoju tym słychać było upojne, argentyńskie tango i moi rodzice tańczyli. Mój tato był mistrzem, to on mnie nauczył tanga, walca, bostona. Podbiegłam do rodziców, ale spojrzeli na mnie tak dziwnie, jakbym im przeszkadzała i dalej tańczyli upojnie. Bo to było tango...
A ja zostałam sama na środku pustego pokoju. Tak jak w życiu.
Alone.
Forever.
I zawsze mi mówiono, że jak śnią się umarli to źle.
Ale uciekłam dziś spod kół, więc może to nie jest źle? Może nie chcieli mnie jeszcze do siebie? Jeszcze?

Idąc do pracy myślałam o tych zdjęciach i Photoshopie. I migały mi te stare zdjęcia moich przodków, statecznych, zastygłych w spokojnych pozach na zawsze. I czarno-białe zdjęcia z mej młodości, piękne, teraz już subtelne, wysmakowane. Ludzie na nich normalni, owszem, odświętnie do zdjęcia ubrani, bo wtedy zdjęcie było wydarzeniem, nie tak jak dziś, trzaskane w kiblu na gorąco.
I Photoshopa nie było, ludzie więc byli piękni swoją zwyczajnością, a lata dodały piękna i patyny nawet tym, których obiektyw nie kochał. Ileż dostojeństwa jest w tej starości fotografii.
Dwa lata byłam Dziewczyną Fotografa :) I nie mam ani jednego zdjęcia zrobionego przez niego, bo tłumaczył mi, że primo po pierwsze - fotografowie są przesądni i nie robią zdjęć osobom bliskim, a primo po drugie za bardzo mnie kocha, żeby mnie znienawidzić. Bo nienawidził retuszowania, a każde zdjęcie trzeba było wyretuszować :D Więc było to coś a la Photoshop. Z epoki dinozaurów. 
I mam też dwa zdjęcia, robione tego samego dnia, w tym samym stroju, makijażu, tyle że u innych fotografów. Robiłam je na dyplom. Na jednym sama sobie się podobam, to moje ulubione zdjęcie. A na drugim wyglądam okropnie, jak nie ja. Jak kiedyś je znajdę, to wrzucę. 

Więc dziś, w epoce Photoshopa nie takie cuda wianki można zrobić.

Eagle landed...



czwartek, 14 stycznia 2016

Miśki

siedzą karnie i animrumrają, żeberka upieczone, kapustka zasmażona, sos pieczarkowy i pyzy w pogotowiu, lodówka pełna, pościel powleczona. Nie umiem inaczej, choć w sumie nawet nie za bardzo było co sprzątać, bo ogarniałam tę kuwetę w niedzielę, a cały tydzień praktycznie mnie w domu nie było. No ale nic. Jest jak jest.
Wlatuje jutro. Inżynier, bo lecą na Targi Ślubne.
Po kie licho? I don't know.
Inżynier rozum stracił do tego stopnia, że będzie miał makijaż ślubny, bo tak zarządziła Narzeczona. Facet, który zawsze się z tego nabijał, da się popaprać :) Ojapierdolę, padłam, leżę i kwiczę, ale foch był, jak to w UK obśmiałam, nadął się jak ten ropuch i prawie focha z przytupem i półobrotem strzelił, a Narzeczona mało mi oczków nie wydrapała.
Też mam mieć makijaż.
A takiego wała. Nawet rzęs nie pomaluję, bo nie. Fryzurę mam ok, co najwyżej się obetnę tydzień przed i voila :) To nie mój ślub, nie mój cyrk.
A to wszystko dlatego, że nie można się świecić na zdjęciach.
Raz, że mnie tam będzie tylko tyle, ile konieczne, dwa, robiła będę za gwiazdę betlejemską.
Kto bogatemu zabroni?
Inżynier, szalonym pacholęciem będąc, wytłukł sobie dwie górne stałe jedynki. W sobotę w południe. Tylko mój zdrowy rozsądek i upór uratował mu te zęby, bo nawet kuzyn męża z prywatną praktyką kazał nam przyjechać o... 20. Uparłam się i pojechałam do Helpu, gdzie zajęto się czule i troskliwie Mister Colgate, tak Inżyniera dzieci przezywały, bo na wszystkich zdjęciach szczerzył zęby jak głupi. I tych zębów miało nie być... Pani doktor spięła ładnie zębale plombą światłoutwardzalną, jeden już dyndał na ostatnim włosku. A biedna matka długo przecierała, miksowała i karmiła synka wariata przez rurkę.  Zęby wrosły, a jeden martwy wybielono tak, że u dentysty (innego) nikt nie zauważał, że to martwy ząb. Mateńka kochana zapłaciła za to jak za zboże, ale warto, bo Mister Colgate znów czarował uśmiechem.
I co ja paczę ostatnimi czasy?
Ząbek ciemnieje. Wiercę zatem Misterowi dziurę w brzuchu, że wybielanie. Może licówka. I co Mister? Fuka i nadyma się, że nie ma czasu.
Rzucam więc ostatniego asa i mówię, że na zdjęciach ślubnych będzie feler. Bo widać różnicę.
A ta ...., że nie powiem wprost mówi, że od tego jest Photoshop. I Inżynier potakuje.
To kurwa świecenia nie można zredukować Photoshopem, trzeba faceta malować?
Będzie charakteryzator teatralny.
Niech mnie ktoś dobije.
Dobra, nic nie mówię. Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgodzić trzeba. 

Z całego wachlarza znajomych gejów nie znam nikogo, kto by się malował.
Na moje jojczenie, że muszę oczy wymalować, jak gdzieś wychodzimy, chórem odpowiadają: my też.
Wynika z tego, że syn gej to byłby skarb.
I nie, nie zakopałabym go głęboko.

A to moje to się teraz metroseksualne zwie, czy jakoś tam.
Wolałam jednak prostych facetów. Krem, dezodorant, perfum OK -  o to zawsze dbałam i zawsze im kupowałam. Ale cała reszta? Jak paznokietki sobie zrobi, to padnę. Bo ja nie zrobię, bo nie lubię, choć słyszałam, że powinnam. Od Narzeczonej. Ja się swoich rąk nie wstydzę. Są stare, pomarszczone, ale są moje, nie kradły nigdy, ciężko i uczciwie nimi pracowałam. Nie lubię kremów, nie lubię tłustego, tak, są zaniedbane. Ale czyste.

Powiem jak Szaflarska... Niech się pocałuje w dupę.



wtorek, 12 stycznia 2016

Przed chwilą

pękłam z dumy. Tylko tak sobie myślę, czemu to moje mądre dziecko jest takie głupie.
A pękłam, bo...
Inżynier ostatnio zachowywał się tak, jak ja, gdy w Auschwitz pracowałam. Wciąż gadał o pracy i narzekał, bo się nie rozwija. On akurat ma taki zawód, że będzie się rozwijał do śmierci i głupi umrze. I nadarzyła mu się w zakładzie możliwość zmiany działu na taki, w którym musi się jeszcze sporo nauczyć, który da mu oddech i pozwoli się rozwijać. Zaaplikował. Wszystko szło jak z płatka, Inżynier ma markę i poważanie, haczyk był w tym, że zarabiałby kilka tysięcy rocznie mniej, co przy spłacaniu mieszkania i ślubie stanowiłoby wyrwę, ale pragnął tej zmiany. Nie mówiłam nie, bo dziecię ma głowę na karku nie od parady, przekalkulował, wyliczył i powiedział, że sobie poradzi. Poszedł na interview, poszło OK, odpowiedź miała być za dwa tygodnie (rozmowa była w ubiegły piątek). Dziś pisze, że go przyjęli, choć niby muszą jeszcze mieć rozmowy z dwoma aplikującymi, bo takie są przepisy. Przyjęli i... dostanie taką pensję, jaką miał.
Wiedziałam, że docenią jego umiejętności i pracowitość, w końcu sroce spod ogona nie wypadł, ale ja go urodziłam (nieskromnie mówiąc). A tak naprawdę to mądry i ogarnięty gość.
Więc dlaczego w życiu jest taka dupa wołowa??
Gratulacje, Synku, cieszę się Twoim szczęściem, szczycę tym, że Cię wychowałam. I że nie podcinałam Ci skrzydeł, choć Twoja nauka latania była dla mnie bolesna... Momentami bardzo.

A tak, jako że było dużo komentarzy, że teściowa to nie rodzina, myślę.
Bo dla mnie teściowa to rodzina. Bo jakże to tak: wychodzę za mąż i mówię mężowi: dla Twojej matki nie ma w naszym życiu miejsca, teraz jest nowa rodzina. A mój mąż mówi: dla Twojej matki... Kiedyś ludzie mieszkali pod jednym dachem wieloma pokoleniami. I wiem, nie zawsze była sielanka, ale jak to tak? Skreślić mnie, bo jestem teściową? Ty też będziesz kiedyś teściową. I tak to się kręci.
Moja teściowa była z "tych" teściowych. Rządziła i dzieliła. Ale cokolwiek nie chciała, a chciała zawsze coś, to była Jego mama. My - synowe i zięciowie też mówiliśmy mamo, jako że przedwojenna była i opcja po imieniu nie istniała. Dzieliła i rządziła tak, że na jej pogrzebie żadne dziecko (a miała ich sześcioro) nie przywitało się z bratem czy siostrą, stali wszyscy osobno, w grupkach.
Nieważne.
Mówię o niej wciąż: mama.
Moje złe wspomnienia zakopałam pod wielkim kamieniem, tak wielkim, że teraz nie mam siły go ruszyć.
Zachowuję dni dobre w pamięci. Aczkolwiek nie było ich wiele, jednak jakoś mnie ubogaciła.
Lekceważąc wszystko, co robiłam naprostowała moją drogę, bo zmęczona wieczną krytyką i tym, że wszystko robię źle i za mało, kopnęłam się w dupę i poszukałam sobie pracy, zamiast opiekować się dziećmi (były już na tyle dorosłe, że przy dobrej organizacji poradziliśmy sobie ze wszystkim, tylko biedny Eks musiał sobie sam herbatę i kawę robić, wobec czego prawie że wyprowadził się do mamy) i pomagac wszystkim we wszystkich rodzinnych interesach. Pracownicy poszli na urlop, a była dostawa na Ukrainę? Kto zrobi? Stara Jędza. Kwiaty mają zaległości? Stara Jędza dobra na wszystko. Robótki leża i kwiczą? Stara...
Dałam sobie szansę i wykorzystałam ją, idąc do pracy po długiej przerwie. I musiałam walczyć, bo podchodzili do mojego słuchu jak do jeża, a i nie znałam komputera wtedy, nie licząc programów pisanych "na sucho" na studiach. I to nie PC, a McIntosh od razu. Żeby kursorem trafić w cel, ciągnęłam myszkę z jednego końca stołu na drugi. I tylko cierpliwości wspaniałego Wojtka i faktowi, że całe dzieciństwo tłukłam u Ojca w biurze na maszynie do pisania, a później "nic nie robiąc" w domu dorabiałam przepisywaniem prac magisterskich, zatem klawiatura nie sprawiała mi kłopotu, oraz dwóm tygodniom pracy za darmo zawdzięczam, że jestem teraz kim jestem.
Długo byłam idolką chłopców mych, bo "mama pracuje na komputerze". Później zaś Inżynier zdetronizował mnie boleśnie, ale i tak do dziś na zdziwione miny, że jego mama tak za pan brat ze wszystkim mówi: bo matkę dobrze wychowałem ;)
Odejście chłopców z domu było dla mnie ciosem. Bolesnym, ale zawsze pocieszałam się, że to wciąż moi synowie.
I pamiętam, jak byli mali, kłócili się, u kogo mama będzie mieszkać.
Licytowali się, kto da więcej.
A ja uśmiechałam się i mówiłam: wystarczy komórka pod schodami.
Dziś okazuje się, że nawet komórki pod schodami nie będzie.
Nie dlatego, że jej nie ma, ale dlatego, że jaśnie panienka sobie tego nie życzy.
I aczkolwiek wredna jestem do szpiku kości, nigdy nie ingerowałam w to, co mają, jak ustawiają, nawet koty włażące mi na głowę zaakceptowałam bez skrzywienia, choć to nie moja bajka.
Nie chcą, nie gotuję, chcą, gotuję.
Nie proszę o nic.
Ale dla mnie ta komórka pod schodami wygląda tak, że jak mnie zaboli, jak zatęsknię, żebym mogła zapytać: mogę wpaść na tydzień?
Nie oczekuję kwiatów i czerwonego dywanu, kawy do łóżka i fanfar.
Dostosowuję się do godzin domowników we wszystkim.
Umiem się sobą zająć.
Potrzebuję rozmowy, ale potrafię milczeć.
Chciałabym czasem z kimś piwo ewentualnie tanie wino wypić.
Pośmiać się.
Przytulić na moment.
Pogłaskać i być pogłaskana.
Za wiele żądam?
Ubędzie tej dziewczynie, narzeczonej, czy żonie, że mój syn jest moim synem? Jak oglądałam Batmana, żałował, że nie może ze mną oglądnąć, bo do tego interview się szykował. Narzeczona nie lubi sf, a on lubi oglądać z kimś. Ja wolę sama, ale dlaczego nie miałabym zrobić komuś drobnej przyjemności i oglądnąć wspólnie? On nie cierpi komedii romantycznych, a ogląda z nią, bo "narzeczeni powinni oglądać razem". I OK, niech się poświęca, nie moja broszka :D
Kochamy obie tego samego mężczyznę, aczkolwiek inaczej?
Nic nie zmieni faktu, że to są moi synowie.
Że nadajemy na tych samych falach od lat i dopóki nie zmoże mnie alzheimer czy inna franca, tylko nasze będą wspomnienia, w których jesteśmy tylko my, że mamy swoje szlagworty i tajemnice. Że jest "ale mamo, ale mamo" i "matka do nogi".
Z nimi, z tymi dziewczynami mają jeszcze dużo kart do zapisania.
Parę z nich zapiszą jeszcze ze mną. I tego nic nie zmieni, aczkolwiek będzie ich już niewiele.
I kiedyś, gdy zapiszą tę ostatnią kartkę, będzie bolało.
Ich, nie mnie.
A jedno wiem - w życiu każde zło wraca. Kamieniem.
A każde dobro chlebem.
Dlatego nie rzucam kamieniami, bo za ciężkie są.
I mówienie, że synowa to nie rodzina, to nie moja bajka.
W mojej bajce synowa jest córką.
I taką bajkę opowiadam, bo aczkolwiek Sikora nie jest moją synową, jest moją córką.
A ja jestem mamcia.
I myślę, Sikoreczko, że jakbym była Twoją teściową, nie byłoby źle. Zawsze byś mnie szarymi kluchami przekupiła, co nie? :)
Żona Pierworodnego powoli zaczyna kumać czaczę. A ja zapominam (ta skleroza), co nas dzieliło, bo... Co mi to da? Jest jaka jest, ja też jestem jaka jestem, kochamy obie już nie tylko jednego mężczyznę, ale i dwoje dzieci. To co, granatami będziemy w siebie rzucać, bo synowa to nie rodzina, a teściowa to wróg? Ona ogarnia moje żale, ja jej. Ona stara się u mnie o porządek (spuśćmy zasłonę milczenia na to, jak jej wychodzi). Dostają mały pokój i bałaganić mogą skolka ugodna, byle tylko tam. A ja nie kręcę nosem na ich bałagan, bo co tam bałagan, jak Mała Wiedźma tak fajnie opowiada, jak mnie kocha? I Papryczek do mnie się kula uparcie? A że mają warunki mieszkaniowe jakie mają, że nawet komórki tam nie ma? Oby im się polepszyło, wlecę na pewno. 

A gdzieś tam tli się żal...
Że nie wiem, czy drugi raz potrafię się przełamać, bo dla mnie nigdy zwierzę nie było cenniejsze od człowieka.
Taki nieludzki ze mnie model. I do nieba nie wejdę. Trudno. Że gdybym miała ratować z pożaru dziecko i kotecki, ratowałabym dziecko najpierw. Bo i taka dyskusja była i okazało się, że jestem okrutna i niemoralna. Przeżyłam egzorcyzmy od pisiorowej znajomej, przeżyję i to.
I jeszcze tę kurewską zimę trzeba przeżyć.
Mgły, ślizgawice.
Mróz idzie i zamiecie...
Ojapierdolę, za dużo jak na jedną Starą Jędzę :D

W pracy ojapierdolę. Nie przejmuję się, ale Boss nie jest sobą. Jest strasznie i nieprzyjemnie, Mi to rybka, bo nie ma się do czego przyczepić u mnie, jestem na czas, zawsze, po czasie wychodzę, z mojej winy nie ma opóźnień. Ale ciężka atmosfera to rzecz nieprzyjemna. I już od pół roku nie mija.
No nic.


Najpiękniejsze wspomnienia to te, które są jeszcze przed nami...
Będę w to wierzyć do końca swych dni.
I umrę szczęśliwa.

Nie zmienię zdania: zima w mieście to dno i metr błota. Zero uroku, cud jest przez moment, jak jest mróz i szadź na drzewach.
A potem syf, malaria, proza życia.
Miałam mądrą mamę, powiedziała mi wprost, że życie i małżeństwo to nie róże i noszenie na rękach, ale brudne kalesony.
Doskonała definicja.

niedziela, 10 stycznia 2016

Home

sweet home.
I tyle w temacie :)




Odrobina wiosny tej zimy, nie było opcji, żeby oprzeć się tete-a-tete :) Nie tym razem!

W piątek popiliśmy solidnie i były długie nocne rodaków rozmowy, co mnie cieszyło niezmiernie, bo wciąż nadaję z Inżynierem na tych samych falach, na które nie wskakuje - nie, nie Dziewczyna, już - Narzeczona - po prostu nie i już.
No nic. Matka jest tylko jedna.
I jak napisało Słonko w emilku - szkoda...
Ano :)
Ale życie idzie swoją szosą.
Na całe szczęście leciałam po południu, zatem alkohol wyparował, aczkolwiek jadłam tylko śniadanie. I dobrze.
Na lotnisku kupiłam sobie kanapkę, ale jej nie tknęłam. Samolot o tej porze miał tradycyjnie opóźnienie i zamartwiałam się, co ja będę pić. Niepotrzebnie, ale o tym zaraz.
Na lotnisku trafił mi się wesoły, młody Anglik, który chciał zobaczyć napis na t-shircie, bo widział tylko część. Cóż było robić, strip-tease zrobiłam, a jemu się mordka zaśmiała, bo stare pudło z hasłem; Good girls go to heaven, bad girls go to London nieczęsto chyba widzi. Ale był przemiły i oczy mu się śmiały. I zrobiło się jakoś OK :) I have a nice day wykrztusiłam z siebie.
A potem już tak wesoło nie było, takiej masakrycznej macanki nie pamiętam. No ale w świetle dzisiejszych doniesień, że jakaś starsza pani z Polski w Szwecji miała ślady materiału wybuchowego, nie neguję konieczności macania. Mnie akurat nie macali i nie patroszyli, ale też karnie wszystko wyłożyłam, buty zdjęłam, leki w woreczku i ta niewinność w oczach :) Tyle że kolejka się zatkała przez macanych i trzepanych, nie mówiąc już o patroszonych.
Lot spokojny, przede mną siedziała matka z synem, z którymi leciałam w grudniu. Bardzo niesympatyczni. I cieszyłam się, że tym razem nie siedzą koło mnie, tylko przede mną. Obok mnie siedziała pani, cały czas modląca się na różańcu i próbująca wysłać SMS. Ojapierdolę. I ryczące dziecko, ale sprawę załatwiło zdjęcie aparatów. I tetris, tak że dwie godziny przeleciały migusiem :)
Przed lądowaniem założyłam aparaty. I jako jedna z pierwszych przeszłam odprawę, zmęczona jak koń po westernie. W walizce za 600 stów bez mała (co z tego, że w promocji kupionej?) poszło kółko, cały róg jest strzaskany. Nie wiedziałam, co zrobić, potem się doczytałam na stronie, że należy wrócić do samolotu i poprosić o formularz. Śmiech na sali. Jak wrócić, skoro już przeszłam granicę? No nic, pokulałam się do bankomatu z kulawą walizką, bo na taksi nie miałam, a tam... Niespodziewajka wyrosła mi na drodze. Kierownik Budowy, bo go Żona po mnie wywaliła i kazała mu zakupy zrobić w P &P, bo obiadu jeszcze nie jedli (o 20!!!). Pomyślała tez o tym, że ja mam światło w lodówce (kobieta) i dzięki temu miałam i chleb w płynie, i chleb na śniadanie :)
Mieszkanie nówka nieśmigana.
Inżynier mówił, że mam i tak walizkę reklamować, wiec obfociłam.
A skórkowańce jedne, zabrali mi MOJE dobre walizki i z nimi latają już 10 lat!!! I nic im nie pęka i nie trzaska!!! Zażądam zwrotu MOICH walizek, niech sobie burżuje kupią inne, bo mi już w tym czasie poszły 4!!!
Wciąż przeżywam tę walizkę jak mrówka okres.
Zasnąć nie mogłam. Nie wiem, jak dziś, jak jutro wstanę do pracy.
Znów straszą gołoledzią.
Poprana. Pozakupowana, Lidl, Biedronka.
Jeść jest co.
Ciepło.
Kwiatki dychają, aczkolwiek są takie, co lekkiej reanimacji potrzebowały, ale jest OK ogólnie.

Nigdy więcej nie latam nigdzie.
Tu jest mój DOM.


W piątek wlatuje Inżynier. Na moment. Na targi ślubne. Nie wiem, po jakiego kija, Kierownik mówi, że tam nic nie ma, ale Narzeczona musi, inaczej się udusi. W ramach starego i pożyczonego proponowałam jej cacko, którego by i królowa się nie powstydziła. Stare, starsze ode mnie, delikatne, z klasą. Po namyśle odmówiła. Będą kryształki Swarowskiego.
I dobrze.
Zatem ja będę elegancka :D

Po raz kolejny myślę, że szkoda, że żaden z moich synów nie jest gejem. Wiem, zboczona jestem :D
Ale...

Narzeczona cztery dni (wolne od pracy)  na kanapie z Kindlem albo iPadem. I w necie. Zakupy. Książki i dla kotków, dla kotków, bo kotki biedne, mają tylko te 50 m kwadratowych i mało rozrywek. I tylko 4 drapaki mają.
Wszędzie warstwa kociej sierści. Pod klapą w kiblu kurz z piramid. Inżynier gotujący po powrocie z pracy, zmywający, koło gospodyń wiejskich z niego: śpiewa, tańczy, recytuje, daje dupy i gotuje... Ja z zakazem. Przestrzegam przepisów. I opierdolona, bo gumki od włoszczyzny położyłam na wierzchu i biedny kotek mógł połknąć i umrzeć. Fakt, nie wpadłam na to. Inżynier uratował mnie przed śmiercią przez powieszenie, którą chciałam popełnić z tego powodu. Bo chciałam zamordować biedne kotki. Gumką recepturką, taki zamach, prawie jak w Smoleńsku, co nie?
W domu mojego syna czuję się obca i niechciana. Bo Narzeczonej na każdym kroku zawadzam. Nie dorastam jej do pięt i do jej intelektu. Bo ona książki kupuje, a ja nie czytam.
Nic na to nie poradzę.
Ważne, że Inżynier jest szczęśliwy.
A ja mam swoje miejsce na ziemi, gdzie nikomu nie przeszkadzam, niezależnie od tego, ile pułapek mogących zabić biedne (potencjalnie ze mną mieszkające) kotki zastawiam.
I dobrze mi tak, że umrę z pragnienia, bo nie będzie mi miał na starość kto szklanki piwa podać.
Jeśli jeszcze będę miała na to piwo, bo pisiory kolejną ustawę szykują: zakaz pracy dla emerytów. Co popiera Narzeczona, bo staruchy blokują miejsce młodym. Takim jak ona. Wykształconym. Pracowitym. Notabene, żeby dostać pracę w zawodzie, mimo wyższego wykształcenia, musi zdać maturę angielską. Taki wymóg. Jest tam już 3 lata i... nie tknęła tematu. Za to marzy o powrocie do PL. Sęk w tym, że tu Inżynier mówi NIE dużymi literami.
I tak pierdu pierdu...

Wiem, wredna ze mnie kobieta. Jak każda teściowa.
A Sikora do mnie pisze: nie lubię już wszystkich bab, które będą chciały mi zabrać syna.
Masz rację, nie lubisz.
Bo te idealne zawsze zostawiają naszych synów, a synowie biorą takie wypłosze.
I dlatego żałuję, że nie mam syna geja.

Może w zięciem bym się lepiej dogadywała?
A może pora już do urenki?? :) Poleżałabym :D

wtorek, 5 stycznia 2016

Ileż

piękna jest w ciszy, przerywanej tylko łapoczynami i moim strofowaniem niesfornych kotków.
I jeszcze piękna niespodziewajka, bo w niedzielę, po pracowitym poranku, gdyż u Inżyniera bateria poszła


i gdyby nie dwaj dzielni pomocnicy i doradcy


to mimo powtórnej jazdy do B&Q po brakujący w zestawie klucz zostalibyśmy bez wody, jako że stara bateria wykręcona, a nowa nie chciała się zaaklimatyzować. A tu odcinanie wody jest takie, że jeden kurek odcina wodę w całym domu i to zarówno ciepłą, zimną, jak i w toalecie... Dzięki kotełkom jednak sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. Dobrze mieć tak wspaniałych pomocników.
Po południu w ramach tej niespodziewajki pojechaliśmy do S. do Pierworodnego i po raz pierwszy odkąd do nich jeździmy, była to naprawdę udana wizyta. Już na dole słyszałam radosne "bapppppcia" i w moje stęsknione ramiona wpadła Mała Wiedźminka, bez tradycyjnych fochów "nie znam tej pani". I już mnie puścić nie chciała, nadając jak nakręcona, ale nie jak pszepani :) A Papryczek na mój widok mordka w podkówkę i buuu... Dopiero po prawie godzinie, widząc, że nie zjadam jego siostry i nie zagryzam rodzicami, nieśmiało klepnął mnie w kolanko, a potem to już z górki było i nie wiedziałam, co mam najpierw robić,  grać w piłkę z przyszłą dumą polskiej reprezentacji czy słuchać gawęd mojej Wiedźminki :) I o dziwo, obiadem nas poczęstowano, więc choć za spaghetti bolognese nie szaleję, zjadłam grzecznie i pochwaliłam, bo dobre było. Filmik, uroczy z gwiazdkowego przedstawienia MW oglądnęliśmy i już pora była na pożegnanie, bo trzeba było jechać po Dziewczynę do pracy. Ale choć oczy nam się zaszkliły, nie jest źle, bo widzimy się za niedługo na ślubie Inżyniera, a czas szybko leci.
Wieczorkiem


pyszne, muszę u nas poszukać, aczkolwiek tanie nie będzie, ale warto :)

W poniedziałek zaś, rzucona jak sierota na pastwę losu, ale za to z kompikiem, nadrobiłam zaległości filmowe w ciszy i spokoju, delektując się napisami bez dźwięku, bo Inżynier ma dodupne głośniki. Kotecki grzecznie przespały cały dzień, nie licząc jednego łapoczynu, ale oj tam, oj tam, leją się, to są zdrowe.
Obiadek zrobiłam tylko dla siebie, bo oni w pracy jedzą, ale nie dziw, 13 godzin poza domem.
Dziś znów pobudka kotkowa i pominąwszy to, że Edek łachudra znów żebrał i to nachalnie o jedzonko, a mam kategoryczny zakaz podawania mu choćby okruszka ludzkiego żarełka, cisza, a ja...
Szczęśliwa.
Szczęśliwsza będę tylko po powrocie do memłona :)
Zdjątka są, oglądałam, aczkolwiek nie mam tu programu do obróbki, więc reportażyk trzasnę za jakiś tydzień, dwa, jak znajdę chwilę.
Bo prosto z samolotu do roboty ląduję.
I też pięknie :)
A za oknem mam



 i około 10 stopni, więc lato, lato, lato wszędzie, a ponoć w ojczyźnie mróz i zima zła, a i śnieg jest.
Ja to się umiem urządzić ;)

UPDATE 

Na listonosza czekałam, bo zapomniałam zabrać słuchawki, a jak wiadomo, są one częścią mnie. Chłopcy kochani mieli je wysłać. Stuk-puk, rzuciłam się do drzwi, bo Baran pisał, że musieli zapakować je tak, że nie wejdą w szparę unijną. Ale tutejszy listonosz był szybszy i go nie widziałam, za to na progu była paczka. Hmm... Bombę mi wysłali?

Słuchawki malutkie są, a tu proszę, paczka większa od kota prawie :) Kot posłużył za wykrywacz bomby (dobrze, że Dziewczyna o tym nie wie, boby mnie zamordowała), no i w środku co ja paczę?

Jako że w tym roku nie kupiłam, i tak tradycji stało się zadość i dzięki Chłopakom będę miała znów nagie męskie torsy, i to tatuowane, na ścianie :)
Też Was kocham :*
Takie numery to tylko z nimi mi wychodzą :D


niedziela, 3 stycznia 2016

Jak obiecał

to przyjechał i zabrał od Barana.
Jechaliśmy w strugach ulewnego deszczu, ale Inżynier wyrósł na dobrego kierowcę.
Ponieważ wyjechaliśmy dzień wcześniej, bo nie chciałam wracać na koniec długiego angielskiego weekendu, mamy niedzielę i dzięki temu zobaczę Małą Wiedźminkę i Papryczka. Super, bo troszkę się za nimi stęskniłam.
Poniedziałek i wtorek będę cały dzień sama, bo pracują, ale ostatnie dni spędzę z Dziewczyną. Została włączona opcja samoobsługa, bo oni jedzą w pracy, tak więc zostaję z kotami.
Inżynier przyrządził mi na kolację obiecanego hamburgera, bo obiad zjedliśmy u Barana.

Smakował, jak wygląda :) Moje dziecko to mistrz kuchni :)
Walizka została tradycyjnie zdobyta przez Aryę, a oba koty zgłupły i domagały się pieszczot tak, że pracowałam, jak czochradło w oborze :) 


Wieczorem trzeba było je z pokoiku eksmitować, żeby rozłożyć łóżko. W nocy odwiedzały mnie na zmianę, a rano zarządziły pobudkę, Arya wlazła mi na nogi, a Edek na głowę i lizać mnie zaczął. Zastanawiam się, czy mnie tak kochają, czy knują jakiś zamach i poprzegryzają mi tętniczkę.
Jest cicho, Kochany Pamiętniczku, koty śpią, Inżynier będzie baterię wymieniał, a ja sobie piszę. A w wiosce minus piętnaście i już sama nie wiem, jak wytrzymam, ale tęsknię za domem. Coraz bardziej...



piątek, 1 stycznia 2016

Stary

rok pożegnaliśmy tańcem, hulanką i swawolą, czyli tradycyjnie. Jako że przyjechali goście, pszepani trochę przyhamowała, choć twardo do północy wytrwała.
I, wiem, wiem, nieładnie, ale... Dłuższego filmu nie mogę wrzucić, a mam fantastyczny :)



A w Nowy Rok rybki dostały w prezencie film ;)
I gadaliśmy i śmiechom nie było końca....




A jutro przyjedzie Inżynier i pożegnam z bólem serca (jednak) gościnne progi...