poniedziałek, 29 lutego 2016

Ponoć

zima wraca. Ostrzegają na fejsbuniu, SMS, komunikaty.
Kiedyś zima przychodziła znienacka, człowiek szedł do okna i patrzył, a tam śnieg :)
A teraz uprzedzają kilka dni naprzód, człowiek lata do okna jak kot bez pęcherza, a śniegu nie ma.
I niech nie będzie.
Po co komu to białe gówno?
Wyprowadził mnie z równowagi komunikat o waloryzacji mojej emeryturki. Nie, że podwyżka nawet na piwo w Biedronce nie starczy, bo to akurat mi rybka, ale że są widełki zarobków.
Ki diabeł? W orzeczeniu napisane, że mogę zarabiać skolka ugodna, a tu, że dalej są limity. Nawet nie szukam pisma z ZUS, bo wiem, co było napisane.
Więc drążę netowo i?
Czy oni, kurde nie mogą jasno pisać, że ograniczenia obejmują rencistów i osoby na wcześniejszych, pomostowych emeryturach?
Niepotrzebnie sobie ciśnienie podniosłam, bo faktycznie, parę groszy mi brakuje do limitu.
To znaczy, nic nie brakuje, bo nie mam limitu. Ale co się podenerwowałam, to moje.
Premii też nie ma, zdaje się, że zamiast premii jest ten jubel, na który się nie piszę.
Obejdzie się psie wesele bez marcepanu.
Powoli odbijam od dna.
Metr mułu już za mną, co mnie cieszy.
Inżynier jest wspaniałym bratem, ale jego brat jest, cytuję Inżyniera: mamo, ale to jest mój brat... Imię brata Inżyniera służy też jako wytrych wśród znajomych. Mówisz je - i wszystko jasne. Każdy do mnie w te słowa: ale to jest Pierworodny :)
Pierworodny niedawno zmienił pracę, co wszystkich ucieszyło, że wyszedł z kurwidołka.
Jest cudnie, poza tym, że prawo jazdy robi już ponad 10 lat.
I że firma się sprzedała amerykańskiej firmie, co znacznie skomplikowało zabawę.
Nie jest źle, ma zagwarantowaną pracę na trzy lata od maja, bo w maju przejęcie.
Oczywiście, wszystkiego dowiaduję się od Inżyniera, tak samo jak o zmianie pracy.
Ale mniejsza z większym.
Inżynier trzyma rękę na pulsie.
W firmie Inżyniera pojawia się wakat, na który może aplikować Pierworodny.
Albowiem mimo że nie jest inżynierem, do tego stanowiska ma kwalifikacje. I aczkolwiek "mamo, ale to mój brat" jest dobrym pracownikiem. W każdym miejscu. Gdy w zawirowaniach życiowych rzucił pracę w sposób kwalifikujący do zwolnienia dyscyplinarnego (spanikowaliśmy wszyscy), jego ostatnia polska firma zaśmiała się szyderczo, że taki z niego idiota i wręczyła mu normalne wypowiedzenie, ze wszystkimi bajerami i przywilejami: bo nie zasłużył na żadną karę, takiego pracownika na rękach nosić. Wszędzie miał taką opinię, aczkolwiek to jest Pierworodny. Specyficzny. Jedyny w swoim rodzaju.
Zatem Inżynier dzwoni do brata we wtorek i nadaje, że jest fucha. Plusy: blisko miejsca zamieszkania, pensja OK. Pierworodny za 5 minut wysyła Inżynierowi CV. Pasuje.
Szafa gra. Jest wtorek.
W niedzielę rozmawiam z Inżynierem i tradycyjnie pytam, co u Pierworodnego. A ten wściekły, że życia za niego nie przeżyje, że dzwonił, ale Pierworodny dotąd nie wysłał aplikacji.
Hmm.
Biedny Inżynier.
I tak jak od lat do niczego się nie wtrącam, piszę do Synowej. A ta, że ciężko chora, sama, bo Pierworodny w pracy. Dobrze. Nieszczęśliwa. OK. Pytam o aplikację. Nie wie. Jak, kurwa, można nie wiedzieć, co robi mąż, w życiowej sprawie, w kwestii ich być albo nie być? To o czym oni rozmawiają do jasnej kurwy nędzy? Napisałam do Pierworodnego, ale wiem, że nie odpisze, bo w pracy. Za chwilę odzywa się Synowa, że już przekazała, że blablabla.
OKI, receptę na choróbsko dałam.
Po południu pisze, że zrozpaczona skorzystała i o dziwo, pomaga.
Jak kurwa ma nie pomóc, skoro sama to od lat stosuję?
Tyle że moje gadanie to rzucanie pereł przed wieprze.
Ale nic, cieszę się, że lepiej.
Wieczorkiem message, że  Pierworodny aplikację wysłał. Że nie odpisze, bo telefon ma zepsuty. Ta. Jakby kompa nie miał, ale w sumie mi to rybka. (Baran by zarechotał i rzekł: ale mamo, ale mamo :) Wszyscy znamy Pierworodnego).
Że w sobotę nie wysłał, bo się chorą opiekował.
Pierdolenie o Szopenie.
O to mam właśnie żal do Synowej. Że wie, że wyszła za faceta z głową w obłokach. Że trzeba mu jak dziecku, po polsku, po niemiecku. Jest wartościowy. Porządny. Nie zdradzi jej nigdy, to wiem na bank. To mają po swoim ojcu, są wierni. Ale Inżynier ma mój charakter, straszny. Jego musi być na wierzchu, ale jest zorganizowany i rzeczowy. A Pierworodny Piotruś Pan, jak jego ojciec. Eksa nie mogłam puścić z kasą i z dziećmi, bo wydali. Bo była po drodze: kawiarnia, lodziarnia deskorolka, sanki, klocki, cokolwiek. Byli w stanie wydać każdą kwotę. Dobrze, że samochodów nie można było od ręki kupować, bo pod domem byśmy mieli flotyllę. Nie patrzył perspektywicznie, a nawet nie żył chwilą, bo to ja też potrafię, ale... Miał fantazję. Ułańską. Pół kredytu dla młodych małżeństw wydał na szafę, komodę i jednoosobowe (sic!) łóżko, które nam się na 16 metrach kwadratowych nie mieściło :) Bo mu się spodobało. Ileż mnie kosztowało odkręcenie tej fantazji, tylko ja wiem. Za te pieniądze kupiłam: meblościankę, kanapę, dwa fotele, ławę, pralkę, odkurzacz, kuchenkę gazową, bojler i meble do kuchni. Wszystko się zmieściło na tych nędznych metrach, a i potem służyło lata całe na nowym mieszkaniu. Więc Pierworodny to wypisz wymaluj Eks. Więc nie rozumiem, jak Synowa, wiedząc jaki model bierze, bo jej to mówiłam, może go nie pilnować? Za to wylewa żale na FB, że przyjaciele są fałszywi.
Kurwa mać.
A tak nie lubię być ekonomem i nadzorcą.
Ale czasem muszę.
Pozostaje czekać.
Jak nie, będzie im ciężko.
Gdyby to był mój chłop, już dziś szukałby innej pracy i wysyłał aplikacji od cholery. Ale nad nim trzeba stać i mendzić.
A to zabiera cenny czas, który potrzebny jest na FB i gry.
Tak, siedzę na FB i gram.
Ale ja już nic nie muszę. I swoje obowiązki wykonuję.
Nic mi nie trzeba przypominać, ani mnie pilnować.
Dobra.
Oddycham głęboko, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.
Idę po piwo.
Zasłużyłam dziś :D


sobota, 27 lutego 2016

Poranek

wstał słoneczny, aczkolwiek mroźny.
Przeciągnęłam się w łóżeczku, Kochany Pamiętniczku, zadowolona, że nic nie muszę i w sumie cała złość na kumpelę mi przeszła. Nie to nie, jej strata. Dla mnie stratą byłoby w taki dzień tłoczenie się na targach w tłumie ludzi.
Więc potuptałam na Manhattan po chlebek i inne drobiazgi. I tak szłam i szłam w stronę słońca, aż musiałam okulary słoneczne założyć, bo łzy same mi ciekły.
I korespondowałam z Kierownikiem Budowy, który miał fazę na... chemitrails. W zaparte to śledził, zamiast cieszyć się Kradziejką i wolnym czasem. Z fotek wynikało, że Kradziejka go wyśmiewa. Mądra dziewczynka.
Wiem, wiem, znam wszystkie teorie spiskowe, ale skoro pewnych rzeczy nie mogę zmienić, to po prostu muszę z tym żyć, czyż nie?
I psuć sobie taki piękny dzień zamartwianiem się o rzeczy, na które nie mam absolutnie wpływu?
Bardziej martwi mnie sytuacja polityczna kraju, niż to, że na skutek chemitrails w poniedziałek może spaść śnieg.
Albowiem nie wiadomo, czy spadnie, a jakkolwiek zimy nienawidzę, to śnieg w marcu nie jest żadnym cudem ani katastrofą, choć pewno będę przeklinała w razie gdy...
Wparowałam do domu i tadam...


Tak mam teraz w miejscu, gdzie dotychczas był stolik, na którym teraz są półeczki. A w przedpokoju jasno i przestronnie. Na Wielkanoc dołożę jajeczka, zajączki i małe gniazdko, bo mam ozdóbki i będzie jak ta lala :) Podoba mi się ta zabawa,
A potem po raz pierwszy w tym roku chwyciłam kijki w dłoń i w sumie przelazłam dziś ponad 8 km :)
Zaraz po wyjściu z domu szczypałam się, bo

jak ostatnio tam byłam, to jeszcze tego nie było. Za to w szparze unijnej koperta na daninę diecezjalną z listem, że co łaska, bo budujemy.
Nie będę się denerwowała.
Dla mnie Boga ma się w sercu, a nie na kolejnym krzyżu. Tym bardziej że Kierownik Budowy tam był i mówił, że jak na razie stoi wielki dom i parking budują, który ma być płatny. Rybka mi to, nie mam auta. W ogóle mi rybka. Nie za moją kasę.
Nie tego chce Bóg.
A może chce, ale ja z tych głupich.
I biednych.
No to poleciałam dalej, a tam same zmiany. Ucywilizowała się moja Dębina, ludzi więcej jak na Manhattanie tym prawdziwym w godzinach szczytu, ale pięknie, jak zawsze :)


Nowe tablice postawione, żebym jeszcze miała z kim po tych fortach połazić, polazłabym, samej mi nijako jakoś.
Ale to nic.

 Bobrów nie złapałam na gorącym uczynku, ale drzewa poowijane były jakąś czarną folią, myślę, że to dla ochrony przed nimi.
 I listki piękne już...
A lodu śladowe resztki :)

I tak sobie akumulatorki podładowałam, narybek do stawów wpuszczali, kaczki się zalecały do siebie namiętnie. Idzie nowe.
Pościel na balkonie wymrożona pięknie, obiad był do odgrzania.
Żyć, nie umierać.
A juterko coś się wymyśli nowego.
Me and my Shadow udamy się jutro w nieznane.
Bez plecaczka :) 
I najwcześniej we wtorek do pracki, ale na razie luz.

piątek, 26 lutego 2016

Leżę

i obmyślam, co kupić, bo miała kumpela przyjechać, gdy wtem messenger, że eciepecie, a jedzie już od 4 lat. No nic, spokojnie odpisałam, ale nie ma opcji, że jeszcze kiedykolwiek dam się namówić na spotkanie. Niepoważna jest i tyle.
Dobrze, że napisała rano, bo zrobiłabym zakupy na dwie osoby i znów bym nie wiedziała, co robić z żarciem.
A luz i hasta maniana.
Idę ja sobie zatem z Manhattanu i zboczyłam do Galerii, bo do Biedronki mnie niosło po makaron, ale oczywiście nie było tego, którego szukałam. Po drodze odbieram message od Kierownika, z pytaniem, kiedy idziemy na Gardenię. To ja mu, że wcale.
W Galerii sunę i kogo widzą moje cudne oczęta?
Kierownika Budowy :)
Powiedział, że za pół godziny do mnie wleci.
No i dobrze.
Trwało trochę dłużej, ale wleciał.
Nie sam.
Z TADAM :)
 Obiecanym prezentem za całokształt, za to, że żyję  i inne takie tam.
Zabawił, kombinując gdzie go postawić, herbatkę wypił i poleciał :)
A ja zostałam sama jak palec i zabrałam się do pracy, najprzyjemniejszej, jaką można sobie wymarzyć.
I tak mam

 nowe półeczki na książki. Ale albo mam za dużo książek, a za mało półeczek, albo mam za małe mieszkanie.
Ale jest cudnie i jak pięknie pachnie drewnem i malowaniem :D
I jak fajnie w pokoju :)
I mam tam

I inne takie tam.
Idę się napatrzyć :)

Miłego weekendu :)

czwartek, 25 lutego 2016

Sroka

jestem. Lubię wszystko, co miga, świeci i takie tam.
Elektroniczne, of course, bo biżuteria ma fazę niebycia.
Inżynier słuchawki sobie kupił, dyskotekowe.
Napaliłam się, jak szczerbaty na suchary, choć mówił, że to nie dla mnie.
Odkupiłam.
I tadam :)
W jeden dzień umyłam okna, wszystkie, przejechałam całą chaupkę, kwiatki przesadziłam (pora była, bo coś mi się nie podobało, okazało się, że w osłonce grzyb rośnie, bo doniczka nie sięga do końca, a woda się zastała), w kuchni źródłem zła okazała się cebula, wyglądająca OK, a po naciśnięciu ojapierdolę, a na deser poprasowałam leżące odłogiem od paru miesięcy serwetki, prześcieradła, obrusy i ściereczki do obcierania, bo to wciąż prasuję.
Wypas, bo podłączam do moich "aj' (w kompie nie mam Blutootha, tzn. mam, bo kiedyś Inżynier mi kupił, ale za Chiny Ludowe nie chce działać) i: muzyczka i radio w całej chaupce (wystarczy nadajnik położyć w odpowiednim miejscu i działa wszędzie, choć z rzadka zanika). Nie muszę nic nosić i nie plączą mi się żadne kable. Super. Szkoda tylko,  że radio dużo neta żre i na drogę się nie wyrobię, ale skoro w mieszkaniu mam bez limitu, to dlaczego nie?
Nie nadaje się na dojazdy do pracy, albowiem słuchawki nie przylegają ściśle i dźwięk wydobywa się na zewnątrz (w aparatach słyszałam filmy Inżyniera, co nie znaczy, że rozumiałam co leci, ale przeszkadzało). Jako dobrze wychowana kobieta nie będę torturowała współpasażerów "Amado mio, love me forever" czy innym starociem, choć i rapu, i hip-hopu też słucham (Inżynier mówi: mama to ma poplątane, no ale... ile dałbym by zapomnieć... ).
Ale do marszu do pracy, dlaczemu nie? Przez większość drogi jestem jedynym piechurem, a nawet jak ktoś idzie, to samochody i tak zagłuszą.
Więc jestem zadowolona, że się na to skusiłam :)
I na dokładkę błyskam.
Tadam...
Kierownik Budowy wczoraj wleciał z Przyległościami.
Gdzieś tam zdobył w ramach jakichś próbek żołądkową z figą i przytachali do mnie, bo biedak nie ma z kim pić.
Tłumaczył mi grzecznie, że pół litra na dwóch to nic, a że ja się z nim nie kłócę, uległam. Potraktowałam to jako trening przed ślubem, i faktycznie, źle nie było. Jeszcze potem dwa odcinki serialu obejrzałam i o dziwo, pamiętam, więc spoko :) A żołądkową z figą polecam.
Kradziejka trzy kupy walnęła i nikt mi nie powie, że mnie się dzieci nie boją, skoro na mój widok walą w pieluchy ;) Ale też leżała na moich rękach spokojnie, fascynowała ją moja kiecka w takie czarno-białe esy-floresy, bo oni ją stymulują jakimiś czarno-białymi książeczkami. I jak tylko zapłakała, tom do niej gadała, jak czekista z czekistą i zaśmiewaliśmy się, bo Mała w odpowiednich miejscach mojego gadania śmiała się perliście i ze zrozumieniem. Dwa miesiące ma Skubana :)
Kierownik Budowy twierdzi, że ona już mówi tata, ale sądzę, że nawet na trzeźwo lekko przesadza :)
W każdym razie wieczór był udany, zjedli pomidorówkę, której mi się za dużo ugotowało, tort daquoise też wciągnęliśmy, a do domu dotarli, bo Matka Karmiąca nawet nie powąchała żołądkowej :P
A na krzakach już

aczkolwiek pogoda już marcowo-kwietniowa, bo co kawałek zamieć śnieżna, grad, ulewa, a za chwilę szalone słońce.
Wciąż mroźnawo, ale pięknie.
I tak, Kochany Pamiętniczku, pamiętamy o trzymaniu kciuków za Pierworodnego. Do skutku. Inżynier jest wspaniałym bratem, trzeba mu to oddać, ale i Pierworodny powoli dorośleje.
Pora najwyższa.
I co ja za to mogę, że ich obu kocham?
Jednakowo.
Ehhh....

wtorek, 23 lutego 2016

Zdziwaczałam

do reszty, jak mniemam.
Ale lata samotnego życia na powrót zrobiły ze mnie starą pannę w sensie mentalnym.
Młodą matką będąc musiałam na tych metrach, na których dziś mi samej ciasno pomieścić osób sztuk cztery.
I chociaż mój szwagier lekceważąco zawsze mówił: co ona tam sprząta w tej ciupie, sam będąc w posiadaniu pałacu bez mała, uważałam, że zasada: każda rzecz ma swoje miejsce nie jest zła. Tak samo jak zasada, że każde łóżko musi być posłane, nieważne, czy to kanapa, czy piętrus. I tego się zawsze twardo trzymałam. W chlewiku (jak mawia Zmorka) w szafach mógł być kipisz, ale w tej ciasnocie musiało być miejsce dla ludzi. I było. Każdy nadprogramowy kubek był eksmitowany i takie tam. W porywach były tu dwa biurka, czyli jedno więcej niż obecnie, dodatkowo dwie maszyny do szycia ( wciąż kiblujące w garażu Kierownika Budowy) i inne takie tam. Wchodzący do domu i rzucający portfel, klucze, później zaś i telefon na stół w "dużym pokoju" ścigany był bezwzględnie. Zabawkami można było się bawić wszędzie, pod warunkiem, że potem wracały na swoje miejsce.
I tak się to kręciło.
Jedyna rzecz, która miała prawo być wszędzie, tzn. nawet w kiblu, w najmniej oczekiwanych miejscach były książki i gazety. Te miały prawo bytu wszędzie. Nigdy nie było za dużo książek, zawsze było za mało półek. I tak jest nadal :)
A teraz, po remoncie staram się utrzymać wszystko w ryzach, na zasadzie: jak najmniej szwęda się na widoku.
I każdy przyjazd .... tu wstawić odpowiednio :) burzy ten porządek. Zaczynając od rodziny Pierworodnego, które to przypadki opisywałam długo i szeroko, a którym w końcu powiedziałam: mój dom, moje zasady. Dostają "mały pokój" w dzierżawę i jakoś to działa, nie mówiąc o tym, że tam jest jakby piorun w rabarbar strzelił :) Ale taka jest cena tego, że mam te chwile z wnukami.
Piękne, aczkolwiek - tak, wiem, nie warto się tym przejmować - jak można aż taki rozpiździel robić? Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, na tych metrach jeszcze chałupnictwo robiłam różne i zawsze było w skrzyneczce, w kartoniku i takie tam.
Inżynier zmieniwszy się. Bardzo. Wie, że portfel i klucze na stole to zbrodnia niewybaczalna, ale robi te swoje shrekowe oczy i kładzie. A w chlewiku - lepiej nie mówić. Spuścić zasłonę milczenia.
Ogarniając go dziś znalazłam kubki na parapecie. Krzesło NIGDY nie było dosunięte do stołu :P
A bił się w piersi, że taki tu wyluzowany, bo kabli chować nie musi, ani orzeszków napoczętych, ani innych takich tam (ach, ten mój zamach prawie smoleński za pomocą gumki recepturki od włoszczyzny na kotecki), bo... nie ma kotecków.
Nie ma.
Ale na starą matkę można inne chytre pułapki zastawiać, co nie?
Dobra, dosyć zrzędzenia.
Tylko fakt oczywisty stwierdziłam.
Wyłazi ze mnie stara panna :)
Jedno fajne, że klepał się po brzuszku i pasa popuszczał (nie, nie dokładałam ani nie nakłaniałam siłą), mówiąc, że już dawno tak nie jadł.
Ano :) Polskie jedzenie to jest to i warto było przeżyć ten strach przy kupnie ligawy :P
Chałupka już ogarnięta, pościel poprana, jutro ma być cieplej, to mnie swędzi na mycie okien :)
Wyprawa do Wąsowa super, aczkolwiek pogoda nie za bardzo sprzyjała.
Cieszę się, że pojechałam, wyleczyło mnie to z szukania eleganckich butów. Tam co rusz schody, śliskie i z zakrętami, takie, że poważnie rozważam wesele na trzeźwo, żeby się nie wyłożyć. W każdym razie zero obcasów, bo Narzeczona, będąca w kozaczkach na niewysokim słupku kurczowo trzymała się Inżyniera i dumała, jak ona w szpilkach zejdzie. A że ma buty szyte na zamówienie, pomyślałam: czemu nie myślisz o słupku. Ale rozsądnie zamilkłam. Milczenie jest złotem :D Tym bardziej że Inżynier nie jest menem do szpilek, ale oj tam, oj tam...





  Ta samotna para to przyszli Państwo Młodzi :)



Jak będzie pogodnie, na tym tarasie będzie ślub.
 Łoże w apartamencie dla nowożeńców.
 Kupiłabym :)
 Dałabym się na ten poderwać :D
Widok z tarasu. To LOVE to reklama targów.

Targowe różności. Chyba nie muszę pisać, że nie wzięłam aparatu...

Podobał mi się najwięcej, ale Inżynierowi ni dudu. Tak jak mój naszyjnik, com chciała pożyczyć Narzeczonej. Nagle. Bo zawsze mu się podobał. Tempora mutantur et nos mutamur in illis :D  Napisane bez wujka, mam dobrą pamięć :D





Wata cukrowa, zeżarłam. Nie oparłam się, wieki nie jadłam :P

Inżynier zapłacił, i to niemało, za cztery osoby (był z nami Ojciec Narzeczonej, ale to temat na osobną notkę, której nie będzie, on to nas podwiózł), ale za tę kasę mogliśmy jeść i pić do rozpuku.
Nie rozpukłam się, ale powiedziałam, że proszę o rybę na weselu, bo aczkolwiek wszystko było MLASK, ryba jest zawsze opcją bezpieczną i neutralną.
Będzie ryba :D
Co do reszty Państwo Młodzi mają jeszcze przed sobą długie godziny dyskusji i zastanawiania się.
I dobrze, że ja nie muszę.
Ojciec Narzeczonej napierał się, że chce siedzieć z młodymi, bo nie może przyjść z osobą towarzyszącą, jako że sytuacja w rodzinie na ostrzu noża - jesienią zmarła mu Żona, ale uważa, że już mu niewiele zostało do życia i ma parcie na szkło. Więc chciał być koło córki.
Ojapierdolę.
Na szczęście, po skonfrontowaniu sali i stołów zmienił zamiar i...
TADAM :)
Mam zamiar zaszaleć z moimi najbliższymi :) (Zainteresowani wiedzą).
Bo aczkolwiek jestem matką Pana Młodego, będzie on rozrywany i nie widzę sensu wiszenia mu na karku, na zasadzie, że to ja urodziłam bohatera.
To jego dzień, nie mój.
I nie musi mnie niańczyć :D
Mój będzie, jak wyciągnę kopyta :P 
Będzie dobrze.
W drodze powrotnej wdepnęliśmy na Nowinę, do Mamy Narzeczonej i wreszcie cyknęłam fotkę grobowcowi Kulczyka

 Abstrahując od kasy wydanej na ten pomnik, myślę, że jest mu wszystko jedno, jako i tym, którzy tam leżą pod skromniejszymi kamieniami.

Polecieliśmy jeszcze na kawę do domu Narzeczonej. Ma zajebistą Babcię, ponaddziewięćdziesięcioletnią. Zakochałam się w niej. I marzę, żeby mieć jej rozum na stare lata. To znaczy, mój rozum, żeby mi z niego nic nie uciekło.
Fascynująca kobieta. Wygląda jak Yoda, siedząc na kanapie, a ogarnia wszystko, nawet pieprzenie Ojca Narzeczonej. I umie go zgasić.
Też tak chcę :) Tego chcę dożyć, a czemu nie, ale nie chcę siedzieć jak Yoda.
Chcę zapierdalać z balkonikiem.

Inżynierostwo już na swoich śmieciach, moja chaupka ogarnięta.
Życie pędzi coraz prędzej...

poniedziałek, 22 lutego 2016

Dziecko

mi się zestarzało.
Gwałtownie, ukradkiem i znienacka.
Wraca do domu o przyzwoitej porze i nawet w stanie niewskazującym na spożycie.
Kiedyś zapewne trzeźwe wróci.
Działo się. oj działo, ale to jutro napiszę, ku pamięci, dla potomności, jak ochłonę, foteczki też będą.
Ale wszystko w swoim czasie.
To były piękne chwile, z gatunku tych zapierających dech.
Krótką mam teraz przerwę, bo w tygodniu zapowiada się Kierownik Budowy z Przyległościami, a w weekend może uda mi się ściągnąć Burzę Włosów, znajomą jeszcze z podstawówki.
A gdzie czas na skaner i na moje śledztwo?
Tym bardziej, że warzywka się odezwą i dodatek.
Życie pędzi coraz prędzej, a ja stara, na balkoniku, ledwo za nim nadążam.
To niesprawiedliwe, Kochany Pamiętniczku ;)

czwartek, 18 lutego 2016

Kompik

mi się w środę rano zbuntował, nie miałam ani Googla, ani FB, inne strony śmigały migusiem, a te nie.
Wieczorem okazało się, że dobrze, że do banku nie wchodziłam, bo banku bym też nie miała. Pokręcone komunikaty mi się wyświetlały, że jest 1 stycznia 2006 r.
Poszłam do pracy z nadzieją, że się odkręci i błogosławiąc moje jabłuszko. Bo netbuczek nieruszany od miesiąca ruszał się jak mucha w smole i nie mogłam sprawdzić co jest grane.
W pracy całe życie z wariatami, ciąg dalszy.
Boss cyrk robił, że ojapierdolę, ale to już temat na telenowelę jest.
I zaczął padać śnieg, płatki wielkie jak płatki śniadaniowe. I nie, zima w mieście nie ma żadnego uroku. Glajda, strumienie brudnej wody i bezradność. Fontanny spod kół przejeżdżających aut, przed którymi nie ma gdzie uskoczyć i inne takie tam...
A Inżynier leciał. W tenisówkach, a jakże. Bo to jego obuwie na zimę :)
Akcja z Bossem i jego artykułem podobna do pani premier. On błędów nie robi. A jednak...
Przebrnęłam w końcu przez tę glajdę do domu, ale woda mi w butach chlupała i z rozpaczą patrzyłam na słupek rtęci.
Doczołgałam się.
Okazało się, że miodowe wróciło, więc tadam, będzie niespodziewajka dla Inżyniera.
Wybrane stronki nadal nie działają, ale Inżynier nadchodzi, więc luz i hasta maniana.
Witam dziecko słowami: jakże się cieszę, że Cię widzę, kochanie. Ale kompik się spsuł,
Inżynier tylko kapotkę zdjął i już siadł do kompika, głodny, zmarnowany, no ale matka jest uzależniona.
Ostatnio wymieniał mi baterię od zegara, ale i tak kompik włącza się, jak chce.
Więc tu agrafka nie pomoże, tu potrzebne nici, bo się gołe świci fest a fest :)
Pora myśleć o nowym kompiku, sypie się powoli.
A ponieważ zegar ustawił mi się na 1 stycznia 2006 roku, czego ślepa gapa nie zauważyłam, certyfikowane strony typu Googla i banku nie działały, bo... nie widziały certyfikatu, Po wysłuchaniu mądrego wykładu jeszcze mądrzejszego Inżyniera wiem już, jak sobie radzić :P
Dwie minuty pracy mądrego dziecka i kompik nówka nieśmigana.
I jak to się plecie, że padło akurat w dniu, kiedy dziecię me przylatywało. Anioł Stróż, ani chybi, mój Kochany Pamiętniczku :)
Jajeczniczkę z ekojajeczek dostał i nie mógł z podziwu wyjść i zachwytu, że taka ojapierdolę.
A potem pogawędziliśmy i miód na moje serce był, ale to long story :D
Rano zwlekliśmy zwłoki, on pojechał latać za swoimi sprawami, a ja do pracki.
I tadam, znów udało mi się zrobić brawo TY, jak rzekła Imbirella, choć zagryzałam zęby grając w Angry Birds i czekając na pracę. Wyszłam o 16.45, zamykając kolejny numer na amen i na kluczyk, więc tak, brawo ja.
Jako że jeszcze było jasno, przemaszerowałam lewa prawa siną dalą i wylądowałam u rzeźnika.
A tam

 przesympatyczna nowa pani poradziła mi zamiast górnej zrazowej ligawę. A że mam na stanie Inżyniera, tom jeszcze a to szyneczkę, a to kabanoski, a to metkę. A pani: ta. nie tamta, a samo tłuczenie czterech ligaw też trwało. .. Za mną stało dwóch facetów. A budka, bo to budka jest, nie żaden sklep, mała, ciasna. przeszkolna. Ten za mną, co mi w kark dyszał wyskoczył nagle za drzwi, trzasnął nimi tak, że się wygięły, dobrze, że szkło nie poszło i wrzeszcząc coś o starych kurwach poszedł w mrok, bo już się ciemno robiło. Drugi gość wzruszył ramionami, a ekspedientce powieka nie drgnęła. Powiedziałam, że gdybym wiedziała, że moje zakupy go tak rozjuszą, puściłabym go przodem. A pani, że mam prawo i pół godziny kupować. A ja, głupia cipa czułam się winna! Wtem drzwi znów się otworzyły, gość sypnął po raz kolejny kurwami, trzasnął nimi i poszedł. Na moje nieśmiałe, że może zadzwonić na policję pani spokojnie wskazała kamerkę, której jako żyję tam nie widziałam i skasowała mnie.
Wyszłam ze sklepu z dusza na ramieniu, bałam się, że gdzieś w jakiejś uliczce ten wariat mnie dorwie, ale na szczęście dotarłam do domu cała.
Dziecko wróciło nadspodziewanie szybko.
Najadło się po pępuszek, wzdychając z przeżarcia i rozkoszy.
Wstawiłam zrazy,
Pogawędzilismy, a potem każdy wziął swoje zabawki.
Jak dobrze jest pomilczeć w towarzystwie.
Załatwili formalności w urzędzie gminy, mają fajną panią, co cieszy.
Obrączki też załatwione i choć Dziewczyna Inżyniera upierała się, że za brylanciki w swojej obrączce sama zapłaci, Inżynier ustawił ją do pionu i zapłacę ja. W sumie to drobiazg, bo dzięki targom załapali się na 15% zniżki, a i z mojego złota dużo ocalało. Mam taką cichą nadzieję, że będą Jej o mnie przypominały, kiedy mnie już zabraknie :P
I za pierwszym podejściem Inżynier zamówił strój ślubny, właśnie tam, gdzie ja mu wymychałam :D
Ma się tego nosa, co nie.
A będzie miał taki :)

Nieco inna koszula, ale reszta mrau :)
I to już niedługo, Kochany Pamiętniczku...
Wdzięczna jestem losowi, że doczekałam tych chwil.
Bardzo wdzięczna.
A Włóczęgi doleciały całe i zdrowe.
Rolady też wyszły, aczkolwiek mają nieco inny smak, bo nie miałam musztardy z gorczycą, tylko musztardę lekko chrzanową :)
A teraz przede mną dwa tygodnie wolnego.
Mam akredytację na Gardenię jako dziennikarz, w perspektywie rajd, a może i dwa z Inżynierem.
Życie bywa piękne.
Jest piękne.
I jutro mogę spać jak długo zechcę...

wtorek, 16 lutego 2016

Pierś

wątłą wysuwam do orderów.
Należą mi się jak psu zupa.
Bo ojapierdolę, dopiero dziś koło 13, a przyszłam do pracy na 8 zamiast na 9 zorientowalam się, że coś jest nie tak...
Nie tak, bo kurde, zamiast mi emilków ubywać, to ich przybywało, a i stosik wydruczków niepokojąco wzrastał, zamiast maleć.
Pomyślałam zrozpaczona, Kochany Pamiętniczku, że pora już umierać, bo jak to, ja się drugi dzień z rzędu z pracką nie wyrabiam??
Ja??
Abstrahując od tego, że w międzyczasie mizerne objętościowo warzywka ogarnęłam, podkopując, obredlając i podlewając?
Stara Jędza się skończyła jako korektorka, westchnęłam i poszłam do kibelka.
W międzyczasie zaś rankiem dostałam na biurko


i tak się zapchałam, dodając do tego śniadanie, że obiad został w lodówce na jutro, zatem nie muszę już nic dźwigać.
Ha!
Ale jestem tego warta.
Wróciwszy z kibelka wlazłam na serwer i OJAPIERDOLĘ.
Olśniło mnie.
Jako że nie chodzę na zebrania, bo mam je tam, gdzie słońce nie zagląda, nie wpadłam jeszcze na to, że robimy... podwójny prawie numer.
Bo ja się nie pierniczę, pracuję, jak babcia uczyła - co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, a co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro.
I tym pięknym sposobem, zamiast tradycyjnie w dwa dni ogarnąć 300 strom,  ogarniałam  520, nie licząc warzywek. Nic dziwnego, że mury rosły, a nie padały...
Zadowolona zatańczyłam hopaka z przytupem, półobrotem, kankanem i przygięciem do ziemi.
Bo jestem wielka, tralalalalalala i nic złego się nie dzieje.
Nic, poza tym, że dowalono mi roboty zgodnie z cyrografem, który podpisałam.
A że Boss jak żmija, nawet się nie zająknę o premii.
Bom szczęśliwa, że mam pracę.
To nie UK, gdzie doceniają Twoją pracę i starania, wiedzę i inne takie tam.
Ale wracając do naszych baranów, jak mówią Żabojady, wyłapuję kwiatki typu nawozów w latach 70. XIX wieku, chwila, jakie nawozy w XIX wieku oprócz obornika?? Z wkurzającego mnie, aczkolwiek i uczącego forum na FB, zawodowego, dowiedziałam się, że faktycznie jestem sprzątaczką od przecinków i ortografów, a od merytoryki wara mi, bom głupia korektorka...
No nic, co mam szkodzić koledze?
Nie poszło. I parę innych fijołków.
Siedemnasta.
Dzwonek okrętowy wzywa redakcję, bo Stara Jędza chce iść do domu, bo ogarnęła tę kuwetę, a jutro - błysk, fanfary i czerwony dywan, ląduje Inżynier.
Okazuje się, że nic z tego, bo nie ma krowich aktualności, a muszą być dziś zamknięte.
Będą.
Za pięć minut gotowe. Pięć minut, plus jedna fajka.
Dostaję gotowe o 18.32.
I mówię twardo, dwa w jednym. Jedna korekta i pocałujcie w dupę misia...
Korekcę, emilkuję, kubek do zmywarki, siusiu i...
Pani A., wydruczek...
Oj, nie trzeba.
Ale jednak wydruczek, bo lubię mieć czerwono na białym, że jestem mądra i niezastąpiona. I tak już bal dla Inżyniera poszedł się... Więc wydruczek.
OK, skoro nalegam.
Wydruczek ląduje na moim biurku.
Czytam.
Zero błędów, nawet przecinki spoczywają na swoich miejscach.
Ale coś mi nie daje spokoju.
Tytuły są OK.
Podpisy pod fotki też.
Więc co do jasnej??
TADAM.
Czytało 5 redaktorów, plus Boss.
A jakże.
Notatka na 5 wierszy. Że pani premier powołała nowego GIW.
No co rusz powołują teraz nowych.
Nie ma ortografów, literówek, przecinków, ale nie mogę tych dwóch stron oddać.
I nagle - BOMBA.
Premier Ewa Kopacz,
Po 11 godzinach pracy i wielu redaktorach to ja zauważyłam, że się nam premier nie zgadza.
Będę dziś spokojnie spała, chociaż Inżynier jutro będzie musiał zadowolić się jajecznicą, bo cboć u rzeźnika mieli zrazową górną jak marzenie, nie klepali jej już, a i ja nie miałam ochoty na sterczenie przy garach do nocy.
Tak to jest, Kochany Pamiętniczku, jak się starą matkę zostawia, to się jedzonka nie dostaje.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Z pozdrowieniami dla lecących na Kubę, co nie będą ze mną mieli kontaktu.
Tylu lądowań, ilu startów.
I Kuba wyspa jak wulkan gorąca, ale nie macie Internetu :D
Bawcie się jednak dobrze i pozdrówcie ode mnie okolice, w które nigdy nie zawitam :)



poniedziałek, 15 lutego 2016

Soft porno

miało być, ale w praniu okazało się, że wyszło very very hard porno.
Takie porno, że ojapierdolę.
W jedenastej godzinie czytania non stop z przerwą na WC, zaparzenie trzech herbat, bo nawet śniadanie i odgrzany obiad skonsumowałam pracując, spostrzegłam, że zostałam tylko ja i sprzątaczki. Więc rzuciłam tę robotę i poszłam w siną dal, lewa, prawa, w siną dal. Państwo pojechali samochodami, a ja musiałam dowlec się do przystanku i trzy razy przesiąść, a potem znów na pieszo, bo raz, że siąpiło niemile, a dwa, jak wiadomo, cnota cnotą, ale kart i telefonu żal. A że Inżynier ma wpaść, tom tachała toboły z żywnością eko. Bo kocham Huncwota i nakarmić chcę. Gdzie on tam w tych zagranicach tak poje, jak tu??
Niech wie, co stracił, rzucając starą, biedną, nieszczęśliwą matkę na pastwę okrutnego losu...
Wróć, weź niepierdol.
Zła jesteś, że przyleci i będzie się wałęsał, no ale - usprawiedliwiony.
Ponoć będą zaproszenia rozwozić tradycyjnie po rodzinie, nie licząc wizyty w urzędzie gminy, orkiestry, tych od zdjątek, degustacji i innych cudów wianków. Błogo mi, że już nigdy za mąż nie wyjdę.
Ojapierdolę.
Mam nadzieję, że ja moje zaproszenie dostanę z łapy do papy, bo jakoś tak wyszło, że...
No nic.
Zajęta będę tym moim porno, mam nadzieję, że w tym miesiącu z very very hard wylądujemy na sofcie.
Czasami mam ochotę na zrobienie awantury stulecia, ale po co?
Nie zmienię tego, co jest, a pensja za kilka dni wypruwania sobie rękawów i lasowania mózgu nie jest zła.
Tylko czasem przesadzają, jak nierasowi ogrodnicy, ale jest na to sposób.
Udaję, że nie kumam czaczy, i nieskorekcony tekst, który dostałam na wydruku bez formy elektronicznej przedtem, korekcę na wydruku. A niech się pomęczą, nanosząc. Na drugi raz wezmą się wcześniej do roboty :P
Nie wiem, kto rekrutuje ludzi, tzn. wiem. Boss. Ale... Absolwentka polonistyki, sadząca co rusz ortografy, wybaczcie, mnie to przerasta.
I Word, i nasz program do łamania podkreśla błędy. Nie wszystkie, oczywiście.
Ale ortografy w 99%.
 I jeżeli polonistka nie widzi rzadnej (!) różnicy, to ojapierdolę.
Czasami tak myślę, jaką to będę miała radochę, siedząc na chmurce i patrząc, jak moja następczyni nie daje rady. Nie daje, bo nie dawała poprzedniczka :D No chyba że będą mieli szczęście i dostaną jeszcze większą perłę, jak ja.
Przeszklono ludzi...
Widzi ktoś coś?

Aby do czwartku, w międzyczasie coś na środę dla Inżyniera, pewno skończy się na żeberkach, bo nie ma opcji zrazów (nie widziałam dziś wołowiny, a i o tak późnej porze rozklepywacz w sklepie już nieczynny). Ale moje dziecko nie świnia, zje, co podam, buzię otrze, odsapnie i powie: ale się najadłem. Nie ma jak w domu :D 

sobota, 13 lutego 2016

Ogarnęłam

tę kuwetę.
Piwo odkryłam

 i myślałam, że zasmakuje jak "grodzisz" z sokiem, pity w klubokawiarni, ukradkiem, chyłkiem, z papierosem chowanym pod stołem, żeby można go było zadeptać od razu, gdy w drzwiach klubokawiarni znienacka stawał rodzic...
Nic z tych rzeczy. Żadnego dreszczyku, bo jak chcę, to zapalę i nikt mi nie zabroni, bo i jak? Ale po co truć się  śmierdzącym dymem za grubą kasę z własnej woli?? Nawalić się też mogę w trzy dupy i nikogo to nie obejdzie.
To się nazywa chyba dorosłość.
Albo jakoś tak.
I już nie jest modne, chociaż niektórych wciąż kręci.
Ale ab ovo.
Myślałam, że będzie jak dawniej, ale nie jest.
Są dwa światy i nas jest dwoje, do swych miejsc przypiętych jak rzepy...
Tak, ja mam więcej spokoju i kontrolę nad swoim życiem.
Ano.
Więc wciąż alone.
Zdziwko? Pourquoi? Wszak to jest mottem tego bloga.
Najgorsze są noce, gdy budzę się, słysząc łomotanie do drzwi.
Łomotanie tak realne, że siłą powstrzymuję się od wylezienia spod ciepłej kordełki i sprawdzenia, czy faktycznie ktoś łomoce do drzwi.
Nawet modlić się już nie potrafię...


Update 

Dzisiaj jmój Ojciec skończyłby 86 lat. Maładiec.
Urodził się w Czarnym Sadzie...



piątek, 12 lutego 2016

Źle

się dzieje w państwie duńskim.
Na tyle dobrze wiem, że nie tylko ja się tak czuję.
Ale nieciekawie i niemiło, i dlatego z rozkoszą zapieprzam do domu, do mojego azylu.
A szkoda, bo myślałam, że zawsze będzie OK.
I tak, Zmorka ma rację, mężczyźni są przereklamowani.
Z paroma wyjątkami, które znam osobiście, naprawdę są przereklamowani.

Taki drobiazg. Mamy listę obecności na tablicy, na drugim końcu długaśnego korytarza od mojego pokoju. Nigdy nie byłam na liście, a pracuję tam już kilka lat i nagle... jestem. W sumie odzwyczaiłam się od tego, że podpisuję listę, bo moja praca polega na wykonaniu mojej pracy, nie na siedzeniu od do, bo i tak często siedzę po godzinach, w nadgodzinach, jak trzeba to i w niedzielę o północy zrobię, o co mnie poproszą. Więc podpisuję tę listę, jak już zbłądzę w okolice, czyli różnie. Bo jak wchodzę do pracy, to odpalam kompa i jak jest robota, to nawet herbaty sobie nie robię, tylko najpierw praca. Wczoraj lało, więc pojechałam autobusem, ale i tak zmokłam jak kura. Więc sruu do pokoju i strip-tease i takie tam, z parasola się leje, a na korytarzu jakiś debil kazał jasną wykładzinę dywanową położyć, więc kurcgalopkiem,  i siad płaski, jest robota. A w pracy zwyczajowo byłam 8.30. O 9 (czyli o godzinie, kiedy pracę powinnam zaczynać) miałam już wszystko na bieżąco zrobione, zatem kibelek, kuchnia, wstawiam wodę i idę do listy. I co ja paczę?? Na liście fajka od Bossa, że niby nie byłam w pracy o 9, bo listy nie podpisałam. Nie pofatygował się sprawdzić na drugi koniec korytarza, bo lista wisi koło jego nory, tylko fajeczkę machnął. Kij mu w oko, bo w dupę miałby przyjemność. Podpisałam listę, fajeczki pod moim zygzakiem nie widać, a niech się, kurwa, przyczepi, to mam emilki wysłane przed 9! Same się nie wysłały, co nie?
I takie drobne rzeczy (nie tylko pod moim adresem) psują wszystko. Bo to nie taśma, nie akord, ludzie pracują naprawdę pozaramowo, ale gdzie tam, żadnej marchewki, tylko bat ekonoma.
Źle się zatem dzieje w królestwie...

Ale olać to.

Rankiem znalazłam w łazience, siedząc na tronie, pradziadków. Mam ich też w albumie (już wiem, że ich mam, odkąd ich odkryłam), ale najpierw muszę się dokopać do albumu.
Zakręcone to jak świński ogonek. Bo kuzyn, ten, z którym spotkałam się w Paryżu, po 50 latach niewidzenia, przysłał mi kiedyś pamiętnik, który napisała jego Mama. A że Mama napisała go po polsku, to on przetłumaczył to na francuski, bo jego i jego rodzeństwa dzieci już nie mówiły po polsku. Wydał go własnym sumptem, no i ja się załapałam. Mój francuski kulawy jest, jak cholera, ale oj tam, oj tam, bez słownika rozumiem 90%. Ale tylko jak czytam, no i nie sformułuję poprawnie zdania po francusku, chociaż jak czytam, to na polski przetłumaczę. Tak to działa. I że do świątyni dumania mnie rano pognało szybciorem, chwyciłam, co na drodze leżało i to właśnie był  ten pamiętnik :) No i co ja paczę? Zdjęcie, które znam z albumu mojej Mamy, a nie wiedziałam, kto na nim jest. A to byli rodzice Mamy tego kuzyna, a że moja Babcia i jego Mama były siostrami, tadam: znalazłam pradziadków Borowskich. Czyli moje dzieci mają już rozszyfrowanych prapradziadków, a moje wnuki praprapradziadków.
Prawda, że życie jest zaskakujące niekiedy, jak zepsuty motocykl?

Jutro ogarnę wszystko szybciorem, bo kuwetę trzeba przygotować na wlot Inżyniera w tygodniu, a że u mnie będzie się do czwartku grzmiało i błyskało, musi być wszystko zamiecione, bo inaczej dziecko zginie i umrze z głodu.
A tego bym nie chciała.
I to tyle na razie, Kochany Pamiętniczku, ciąg dalszy niebawem nastąpi.
A w powietrzu już pachnie wiosną, z lekka, znienacka i ukradkiem :) 


wtorek, 9 lutego 2016

Codziennie

rano mijamy się mniej więcej w tym samym miejscu. Ja ze słuchawkami w uszach zapieprzam do pracy, on, utykając, powoli pcha swój wózeczek.
Spotykamy się również wtedy, gdy nie pracuję. Ja ze swoim wózeczkiem zapieprzam na Manhattan, do Lidla czy do innej Biedronki po zakupy, on dalej pracuje.
Bardzo pracowity człowiek, jak na bezrobotnego i bezdomnego.
Czasem spotykamy się w którymś z osiedlowych sklepów, ale wtedy staram się być w innym kącie, choć czasami, tak jak i on, mam w swoim koszyku ten sam napój bogów - piwo.
Nie trawię zapachu. Jego zapachu.
Wczoraj wracałam z pracy dość późno i kogo spotykam na osiedlu? Jego. A rano mijaliśmy się za torami, więc niezłą rundkę musiał przez cały dzień zrobić.
Szedł, pchając swój dziecinny wózek, z uśmiechem na twarzy. A na wózku, nawet nie chybocąc się zanadto leżała... wielka żeliwna wanna. Taka, jaką mam w swojej łazience, i która wiernie mi służy odkąd się tu wprowadziłam.
Pewnie dostał za nią w skupie niezłą kasę.
I nikt mi nie powie, że bezdomny nie pracuje równie cieżko, jak my.
Czasami nawet ciężej, bo ile musi się nalatać, nawąchać smrodu i innych takich tam, żeby zarobić na chleb i chleb w płynie...
Nie co dzień udaje się upolować wannę...

On na piwo i chleb.
A ja?
Szczęściara ze mnie.
Wracając z pracy wpadłam do do rzeźnika, a tam... zrazowa górna.


Poprosiłam trzy plastry, bo jak to, jedną roladę robić? Ubili mi pięknie, tłukac w domu tłuczkiem, żeby osiągnąć taki efekt, musiałabym spaść do sąsiada ;) Talerz jest obiadowy, nie deserowy. Ledwo się te rolady zmieściły do brytfanny, ale tak jak nie lubię wołowiny, tak ostatnio za mną chodzi i mnie męczy. I wyszło mi danie ojapierdolę. Babcine rolady (od Pszepani) się do moich nawet nie umywały, choć złe nie były. Ale moje to poezja smaku, i dusiły się li i jedynie w sosie własnym, nie dolałam ani grama wody... Smakowały na 99% jak te, co Mama robiła. No ale Mama była MISZCZEM :) A ja jestem samoukiem :)

Tak, niesprawiedliwe jest życie. Wydałam na te rolady ponad 40 zł, bo jeszcze boczku na nadzienie dokupiłam. Nie, nie odczułam tego w finansach. I wątpię, czy nawet gdybym za wannę dostała tyle, że starczyłoby na taki wyskok, kupiłabym to mięso. Jak różne są życiowe priorytety...
Koleżanka pisała, że w Intermarche zrazowa jest po ponad 80 zł za kilo. To musi być wypasiona, ale ta, po 42 jest dobra, to po co przepłacać?
Na wołowinie znam się o tyle, o ile się naumiałam w pracy na stare lata. Nie lubię wołowiny, bo lata całe sprzedawano u nas mięso ze starych krów mlecznych, a to o kant dupy potłuc i zęby na tym połamać :D

I tak sobie myślę, że nie mam już siły na pchanie wózka...
Ciągnąć, to jeszcze...
No i zabrzmiało, jak zabrzmiało.
Co ja za to mogę, Kochany Pamiętniczku, że życie porypane jest?

sobota, 6 lutego 2016

Zaszalałam

i poleżałam do 12 (wstyd), dopiero wiadomość od Inżyniera, że chce pogadać, wywaliła mnie z łóżka. No i coś mi się zaczyna we mnie nie podobać, bo zmieniają mi się przyzwyczajenia.
Ale mniejsza z większym, ile można sprzątać posprzątane?
Pogawędziwszy, oczywiście na tapecie był cały czas skaner, wzięłam się do roboty.
I ojapierdolę, to dopiero jeden karton po butach, nie skanowałam wszystkiego, wybrałam to, co moim zdaniem najfajniejsze.
Bo jeszcze muszę poczekać na Inżyniera, w sensie, gdzie mam to pchać, bo nowego dysku terabajtowego kupowała nie będę. Jak znam życie, zapcham go tymi fotkami w trymiga. I wkurza mnie Picasa, a nie wiem co z innym programem, bo chcę fotki opisywać, nie w nazwie, ale na zdjęciu. Mam taki program, ale na netbooku, a to za wolne jak na moje potrzeby.
Więc pozostaje czekać.
Dla gotujących zatem nowe przepisy :)


A ja sobie powspominam :)

Jak byłam młoda, piękna i paląca. Tu Botanik, 16 maja 1976 r. Jedyne zdjęcie z datą.


Mój brat z Pierworodnym, 1981 r.

Już na nowym mieszkaniu. Inżynier na traktorze, który z Niemiec przywiozłam. Ma tu może 2-3 lata? :) Inżynier, nie traktor.


Moje królestwo i ja, standardowo, czytająca. Obecnie widok niespotykany :) A firanka i obrus w kratkę latami wisiały. Zresztą obrusy mam do dziś. Pierworodny mówił, że mam nie zmieniać firanek, bo jak wraca ze szkoły, od razu wie, gdzie mieszka, bo nikt takich nie ma. Spłowiały w końcu okrutnie i zniknęły dopiero po remoncie. Czyli jakieś 28 lat przeżyły. Nie lubię zmian.


Taka klisza, że wyglądam jakbym miała czarne włosy. Ale nie, nie miałam :) Koc też mam do dziś. A co, służy dobrze, grzeje jak dawniej. Tyle że już w tej pozycji nie czytam od dawna...

Gwiazdka 1987 r. Udało mi się ściąć włosy, bo Ex lubił dziewczyny z długimi. Pewno dlatego wyszło jak wyszło ;)


Pierworodny fotkę nam cyknął :)

U teściowej na starym mieszkaniu jeszcze. Jak rasowa Dorotka miałam czerwone buciki, ale obcasy coś nie działały jak należy ;) I czapeczkę nosiłam, ojapierdolę...



Na kultowych lodach w Puszczykowie. Nie byłam tam już od lat kilkunastu...


Karmienie Inżyniera, nie na siłę. Nigdy nie karmiłam na siłę, ale tym razem chciał być karmiony, no to był :)

Od razu widać, że to lata 80. Z Bratem i chłopcami w nieistniejącym już Kopciuszku. Jakież tam były dobre ciasta. I każdej niedzieli po mszy zakręcona kolejka...



Dębina, roku nie pamiętam. Ale też lata 80. jeszcze. I spódniczka własnoręcznie uszyta z Burdy, tylko żakiet z paczki :)


A to moje dzieci z kolegami. Łza się w oku kręci...
Idę płakać, Kochany Pamiętniczku.