na wykończeniu, więc kopnęłam się do miasta.
A centrum, poza deptakiem, wymarłe i puste. Główna ulica, dawniej Czerwonej Armii, obecnie Święty Marcin wygląda jak miasteczko na Dzikim Zachodzie, takie opuszczone. Szaroburo, ludzi mało i tak jakoś chyłkiem przemykają.
Przepełzłam, bo mnie natchnęło, że coraz mniej czasu do ślubu, a ja torebki nie mam. A umyśliłam sobie koralową kopertówkę. W pierwszym sklepie pan podsunął mi jedną kopertówkę i nie wykazał mną żadnego zainteresowania, aczkolwiek na kolorach się znał. Niestety, kopertówka była lakierowana, a ja mam buty matowe.
Podziękowałam.
W drugim sklepie przesympatyczna pani doradzała mi z zaparciem, wtykając granatową torebkę i tłumacząc, że kopertówki niemodne, że buty nie muszą być koloru torebki, że mam se wiotką szyjkę szalikiem koralowym owinąć, że mam se kupić korale koralowe, że...
Ojapierdolę. Miła, ale mam swoją wizję. A żem Strzelcówna, to moda modą, ale image ma być moje...
W Kupcu Poznańskim ogólnie dupa.
W trzecim sklepie pani skierowała mnie do Kupca...
W czwartym sklepie pani ponarzekała na zdziczenie obyczajów, że kopertówek nie ma, bo niemodne, bo te młode to tylko z takimi wielkimi torbami latają, co to słonia można w nich zmieścić, nawet do teatru z takimi torbami, a ogólnie to ona idzie z torbami, bo ludzie wszystko w Internecie kupują (sklep vis a vis mojej Alma Mater, był tam jeszcze jak ja na studia chodziłam).
Pasaż Różowy - kiedyś kwitnący, teraz jak speluna i nic tam nie ma.
I tak, Kochany Pamiętniczku, dziewiątka nadjechała, więc wskoczyłam, bo na liczniku nabiło mi już 5,5 km...
W Heimacie, w piątym sklepie pani miała koralowy, ale worek wielki ze złotymi okuciami. Kolejny wykład na temat tego, że jak nie mam wieczorowej kiecki ąę bułkę przez bibułkę (nie mam, bo nie ta figura), to taki worek pasuje, a potem mogę z nim zapinkalać na co dzień. Ano, mogę, ale nie będę, bom nietorebkowa.
W piątym sklepie zrozpaczona gotowa byłam kupić to
bo i koralowe, i granatowe, ale biel mi nie pasowała, bo sukienka ma beżowe mazaje, a nie białe.
W szóstym sklepie nic koralowego nie było.
I dobrze.
Bo zjadłam obiadek, przespałam się, wyciągnęłam ze szafy sukienkę, żeby sprawdzić, czy się w nią mieszczę (jeszcze mieszczę), buty (piją, ale chyba roznoszę, jak nie, dam do szewca do rozciągnięcia, są wygodne, a ja urosłam) i... torebkę.
Kopertówkę.
Jest hmm... niby czerwona, ale ma wstawki koralowe i wątpię, by na ślubie ktoś padał mi do nóżek, by sprawdzić, czy ust mych korale, tfuuuuuj, korale mych butów są identyczne, jak moja kopertówka. Tym bardziej, że z "naszej" strony będą sami fajni ludzie, którzy lubią mnie nawet w dresowych, wyciągniętych porach (Ty byś w worku po pyrach łaziła, mawiał mój Eks z pogardą), więc nie sądzę, żeby odcienie moich butów i kopertówki robiły im jakąkolwiek różnicę. A "tamtą" rodzinę mam... z szacunkiem, co komu do domu, jak chaupka nie jego?
I tym pięknym sposobem około stówki mam w kieszeni i nie muszę więcej latać po sklepach i szukać kopertówki.
Tralalalalala...
A wioska smutna jakaś i szara, nie wiem, czy to ta pogoda, czy cuś.
Ulice puste, a przecież zawsze tętniły życiem. Nawet studentów gdzieś wymiotło, a przecież to okolice sesji i powinno być tłoczno wszędzie...
Na dowód
Na Pólwiejskiej w tym roku trochę drzewek, ale... ludzi mało jak na deptak w centrum...
I brzózka w doniczce smętna...
... a Romeo wypatrując Julii....
... umiera z tęsknoty...
... i nawet pieścichłopy jakieś wyblakłe w tym roku są...
... smutne... zmarznięte...
No a na chodniku uczą nas, jak iść prostą drogą...
... a ja jestem, proszę pana, na zakręcie, moje lewo to jest pańskie prawo...
... i czułam się jak ta ptaszyna, szara, bezbarwna, zakamuflowana...
W środę wracam do pracy.
Jutro ogarnę tę kuwetę i zakupy zrobię, a potem muszę się wziąć i za siebie, i za skanowanie fotek dla Inżyniera, bo to ostatni dzwonek już.
I tak się nam Kochany Pamiętniczku, ten niesłychanie zimny kwiecień powoli kończy.
Tęsknię za My Shadow...
czwartek, 28 kwietnia 2016
środa, 27 kwietnia 2016
Myślałam
dziś rano, budząc się, że nie żyję.
Bo zasada jest taka, jeśli budzisz się i nic cię nie boli - to umarłeś.
Ale sceneria ta sama.
Słoneczko właśnie wstawało jak co dzień.
Zabaweczki leżały pod ręką.
Pomyślałam więc, że w zasadzie nic się nie zmieniło.
Zgięłam jedną nóżkę. Tę mniej bolącą. Nic.
Zgięłam drugą nóżkę, tę inwalidkę i lekuchno poczułam, że jednak nóżkę mam.
Znaczy się, cały pogrzeb na nic, żyję.
Potem Baran, który zaspał, z opóźnieniem zabrał mnie do Paryża, a jednak :) Jak co dzień :P Oj, jak ja to lubię, zawsze robi mi dzień, szkoda, że tylko co dwa tygodnie, ale nie można mieć wszystkiego, co nie?
Wieczorem zmieniłam pościel na taką, co mi jej już nie żal, więc nie przejmowałam się, że maść mi coś wybrudzi. Jak się nie spierze, nie będę płakała :D
Spalam jak mały diabełek :)
I ponieważ wisi nade mną tylko pszenica, nie jest źle...
Ale wiosny dalej nie ma, zatem w ramach poprawiania sobie humoru pójdę zobaczyć, czy ogrodnik ma jakieś fajne kwiatki :)
Have a nice day, jako i ja mam :D
Bo zasada jest taka, jeśli budzisz się i nic cię nie boli - to umarłeś.
Ale sceneria ta sama.
Słoneczko właśnie wstawało jak co dzień.
Zabaweczki leżały pod ręką.
Pomyślałam więc, że w zasadzie nic się nie zmieniło.
Zgięłam jedną nóżkę. Tę mniej bolącą. Nic.
Zgięłam drugą nóżkę, tę inwalidkę i lekuchno poczułam, że jednak nóżkę mam.
Znaczy się, cały pogrzeb na nic, żyję.
Potem Baran, który zaspał, z opóźnieniem zabrał mnie do Paryża, a jednak :) Jak co dzień :P Oj, jak ja to lubię, zawsze robi mi dzień, szkoda, że tylko co dwa tygodnie, ale nie można mieć wszystkiego, co nie?
Wieczorem zmieniłam pościel na taką, co mi jej już nie żal, więc nie przejmowałam się, że maść mi coś wybrudzi. Jak się nie spierze, nie będę płakała :D
Spalam jak mały diabełek :)
I ponieważ wisi nade mną tylko pszenica, nie jest źle...
Ale wiosny dalej nie ma, zatem w ramach poprawiania sobie humoru pójdę zobaczyć, czy ogrodnik ma jakieś fajne kwiatki :)
Have a nice day, jako i ja mam :D
wtorek, 26 kwietnia 2016
Działo się
aż nadto.
Kierownik Budowy z dziewczynami w sobotę wleciał, nawet godne wino przytachali, ale czeka na lepsze czasy. Nie wiem, czy moje kłopoty ze stawami to nie jest czasem dna, więc zero alkoholu. Poza tym, szparagi wygrywają :)
Bywa.
W niedzielę plackiem przeleżałam, bo...
No właśnie, przyznać się, której się czary pomerdały, bo coraz więcej amatorek zabiera się do dzieła i potem wychodzi jak wychodzi - zamiast porządnej wiosny mamy bylejaką zimę. Na całe szczęście w mojej wiosce to białe gówno nie pada, ale ziąb taki, że nawet mi zimno.
W poniedziałek kopnęłam się w tę tłustą kubańską dupę i popitoliłam.
Bo czas najwyższy na pitolenie.
Nie odliczyłam jak co roku baterii, raz że znalazłam tylko dwie faktury, dwa, nie jestem pewna, czy jako emerytka wciąż jestem inwalidką, a potem machnęłam ręką na szukanie faktur... i...
Dupa.
Mam złotówkę niedopłaty. Pełna nadziei studiowałam neta, bo jak Inżynier miał 5 złotych nadpłaty, to mu US nie zwrócił, a jeszcze mnie ganiali jak łysą kobyłę, bo program te 5 zł w rubrykę wyżej wpisał, co w sumie nie zmieniało niczego. Ale nie ta rubryka, więc... Inżynier musiał mi z UK pełnomocnictwo przysłać (a zarobił tego roku zawrotną sumę 200 zł polskich z groszami), ja z duszą na ramieniu do US poszłam, dobrze, że aparaty założyłam, bo pierdzistołek miał wąsy takie, że nic nie było widać, co mówi. Z czcią i szacunkiem ja parafkę, on parafkę, nieszczęsną piątkę przeniesiono na właściwe miejsce i... Koniec bajki.
Ale nie. Muszę złotóweczkę wpłacić, i to w terminie, bo odsetki narosną i będą mnie ścigać.
Ojapierdolę.
Poszłam więc do budki wydrukować pity, bo nie opłacało mi się z tym lecieć do pracy, zresztą mam drukarkę w korytarzu, a u nas w firmie za ujawnienie zarobków, a pit ujawnia mogą z pracy wywalić. Kosztowało mnie to 2,80 :)
Potem jazda do US, a że nie mam miesięcznego, coś ok. 1,50 za bilet poszło.
Po drodze poczta, na której można zapłacić bez prowizji tę niedopłatę. Jedyna dla mojego US. Na szczęście dużej kolejki nie było, ale... Nie mam numeru konta US. Pytam panienkę z okienka, a ta na mnie z pyskiem, że obsługuje. Dupa. Gość z kolejki pokazuje mi, że numer jest na tablicy. Taaa, zawieszony prawie pod sufitem, na stół musiałabym wleźć, żeby go przepisać, a i to nie miałabym gwarancji, że dobrze :) A okulary mam OK. No nic. Poklepałam ajfonika i nr wypluł. Ale za Chiny Ludowe nie mogłam rozgryźć, gdzie tę złotówkę na formularzu wklepać, taki "mundry" był. Pani w okienku pomogła. Niech się tą moją złotówką udławią i niech muszą z niej prowizję poczcie zapłacić. A co?
W samym US kolejki nie było wielkiej, więc minutka i na rok mam spokój.
Polazłam zatem na rynek Wildecki, bo US przy nim. Szparagów zatrzęsienie, ale ceny ojapierdolę. To jeden z najdroższych rynków w mojej wiosce i jak kiedyś jeździłam tam specjalnie po zakupy, tak spasowałam. Ale szparagi piękne, cudne... Nie oparłam się.
Przed jazdą do US wpadłam na lokalną pocztę, bo czekała na mnie maść żywokostowa, którą z polecenia Demirji kupiłam.
Wpadam do domu i... Sruuu w kolanko, bo dokucza... A smarowałam dziś nie tylko końskim balsamem, ale i ketonalem, bo napieprza jak złoto. Zatem sruuu żywokostową i... Po 5 minutach czegoś mi brakowało i dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że nie czuję kolana :D Teraz już się lekuchno odzywa, ale mam cały słoik maści, którą gorąco polecam :) Wprawdzie od tygodnia piję czystek i szczeć, smaruję końskim balsamem, ale... Zioła i tak muszę pić cały miesiąc, a mam nadzieję, że ta maść to jednak nie efekt placebo :P
Może jeszcze poskaczę na Panainżynierowym weselu? :)
W międzyczasie w sobotę komputer oszalał całkowicie i znienacka.
Podróż do przeszłości trwała prawie 15 minut, bom zegar musiała ręcznie cofać od 2099 roku. Dobrze, że ten drugi rok nie mieści się w zakresie kompika, ale wynika z tego, że jego żywot jest obliczony na dłużej, niż żyje przeciętny człowiek ;)
Sikorka mi rano za siatkę wleciała, powodując u mnie atak paniki, ale jak poleciałam po aparat, znalazła dziurę, którą wlazła i wylazła. Niebiosom dzięki, panicznie boję się ptaków i na pewno nie wyszłabym na balkon i biedne badylki by poschły...
Pierwsze małosolne z soboty są już wspomnieniem :)
A w wiosce kotecka spotkałam.
Pięknego :)
I to tyle z kronikarskiego obowiązku, Kochany Pamiętniczku.
W domu pracuję, na razie podsyłają mi teksty w Wordzie, potem polecę na hurtowe wydruki. Mam 53 nadgodziny do odebrania, nie licząc tych co teraz natrzaskam, coś tam urlopu za ubiegły rok i cały urlop za bieżący. Dobrze, że Boss nie wie, bo zemdlałby, a potem mnie zamordował...
Kierownik Budowy z dziewczynami w sobotę wleciał, nawet godne wino przytachali, ale czeka na lepsze czasy. Nie wiem, czy moje kłopoty ze stawami to nie jest czasem dna, więc zero alkoholu. Poza tym, szparagi wygrywają :)
Bywa.
W niedzielę plackiem przeleżałam, bo...
No właśnie, przyznać się, której się czary pomerdały, bo coraz więcej amatorek zabiera się do dzieła i potem wychodzi jak wychodzi - zamiast porządnej wiosny mamy bylejaką zimę. Na całe szczęście w mojej wiosce to białe gówno nie pada, ale ziąb taki, że nawet mi zimno.
W poniedziałek kopnęłam się w tę tłustą kubańską dupę i popitoliłam.
Bo czas najwyższy na pitolenie.
Nie odliczyłam jak co roku baterii, raz że znalazłam tylko dwie faktury, dwa, nie jestem pewna, czy jako emerytka wciąż jestem inwalidką, a potem machnęłam ręką na szukanie faktur... i...
Dupa.
Mam złotówkę niedopłaty. Pełna nadziei studiowałam neta, bo jak Inżynier miał 5 złotych nadpłaty, to mu US nie zwrócił, a jeszcze mnie ganiali jak łysą kobyłę, bo program te 5 zł w rubrykę wyżej wpisał, co w sumie nie zmieniało niczego. Ale nie ta rubryka, więc... Inżynier musiał mi z UK pełnomocnictwo przysłać (a zarobił tego roku zawrotną sumę 200 zł polskich z groszami), ja z duszą na ramieniu do US poszłam, dobrze, że aparaty założyłam, bo pierdzistołek miał wąsy takie, że nic nie było widać, co mówi. Z czcią i szacunkiem ja parafkę, on parafkę, nieszczęsną piątkę przeniesiono na właściwe miejsce i... Koniec bajki.
Ale nie. Muszę złotóweczkę wpłacić, i to w terminie, bo odsetki narosną i będą mnie ścigać.
Ojapierdolę.
Poszłam więc do budki wydrukować pity, bo nie opłacało mi się z tym lecieć do pracy, zresztą mam drukarkę w korytarzu, a u nas w firmie za ujawnienie zarobków, a pit ujawnia mogą z pracy wywalić. Kosztowało mnie to 2,80 :)
Potem jazda do US, a że nie mam miesięcznego, coś ok. 1,50 za bilet poszło.
Po drodze poczta, na której można zapłacić bez prowizji tę niedopłatę. Jedyna dla mojego US. Na szczęście dużej kolejki nie było, ale... Nie mam numeru konta US. Pytam panienkę z okienka, a ta na mnie z pyskiem, że obsługuje. Dupa. Gość z kolejki pokazuje mi, że numer jest na tablicy. Taaa, zawieszony prawie pod sufitem, na stół musiałabym wleźć, żeby go przepisać, a i to nie miałabym gwarancji, że dobrze :) A okulary mam OK. No nic. Poklepałam ajfonika i nr wypluł. Ale za Chiny Ludowe nie mogłam rozgryźć, gdzie tę złotówkę na formularzu wklepać, taki "mundry" był. Pani w okienku pomogła. Niech się tą moją złotówką udławią i niech muszą z niej prowizję poczcie zapłacić. A co?
W samym US kolejki nie było wielkiej, więc minutka i na rok mam spokój.
Polazłam zatem na rynek Wildecki, bo US przy nim. Szparagów zatrzęsienie, ale ceny ojapierdolę. To jeden z najdroższych rynków w mojej wiosce i jak kiedyś jeździłam tam specjalnie po zakupy, tak spasowałam. Ale szparagi piękne, cudne... Nie oparłam się.
Przed jazdą do US wpadłam na lokalną pocztę, bo czekała na mnie maść żywokostowa, którą z polecenia Demirji kupiłam.
Wpadam do domu i... Sruuu w kolanko, bo dokucza... A smarowałam dziś nie tylko końskim balsamem, ale i ketonalem, bo napieprza jak złoto. Zatem sruuu żywokostową i... Po 5 minutach czegoś mi brakowało i dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że nie czuję kolana :D Teraz już się lekuchno odzywa, ale mam cały słoik maści, którą gorąco polecam :) Wprawdzie od tygodnia piję czystek i szczeć, smaruję końskim balsamem, ale... Zioła i tak muszę pić cały miesiąc, a mam nadzieję, że ta maść to jednak nie efekt placebo :P
Może jeszcze poskaczę na Panainżynierowym weselu? :)
W międzyczasie w sobotę komputer oszalał całkowicie i znienacka.
Podróż do przeszłości trwała prawie 15 minut, bom zegar musiała ręcznie cofać od 2099 roku. Dobrze, że ten drugi rok nie mieści się w zakresie kompika, ale wynika z tego, że jego żywot jest obliczony na dłużej, niż żyje przeciętny człowiek ;)
Sikorka mi rano za siatkę wleciała, powodując u mnie atak paniki, ale jak poleciałam po aparat, znalazła dziurę, którą wlazła i wylazła. Niebiosom dzięki, panicznie boję się ptaków i na pewno nie wyszłabym na balkon i biedne badylki by poschły...
Pierwsze małosolne z soboty są już wspomnieniem :)
A w wiosce kotecka spotkałam.
Pięknego :)
I to tyle z kronikarskiego obowiązku, Kochany Pamiętniczku.
W domu pracuję, na razie podsyłają mi teksty w Wordzie, potem polecę na hurtowe wydruki. Mam 53 nadgodziny do odebrania, nie licząc tych co teraz natrzaskam, coś tam urlopu za ubiegły rok i cały urlop za bieżący. Dobrze, że Boss nie wie, bo zemdlałby, a potem mnie zamordował...
piątek, 22 kwietnia 2016
Wszystkim
martwiącym się o moje kolanko serdecznie dziękuję za troskę, a zwłaszcza Demi, jutro napiszę o tę maść żywokostową.
Bo postanowiłam wziąć byka na rogi i...
Smarując kolanko końskim balsamem, poskakałam dziś w rytm piosenek Elvisa (ta, Elvis z piątki ma to coś, jakbyś nie wiedział) i aczkolwiek bałam się momentami, że:
- klamka się wyrwie,
- kanapa nie wytrzyma,
- parapet się zarwie,
i inne takie tam
w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie ogarnęłam okna po raz czwarty w tym roku.
Aczkolwiek co poniektórzy insynuowali, że smugi są.
Mniemam słusznie, że zazdrość przez nich przemawiała, aczkolwiek na moją cześć (na którą zasługuję całokształtem) zawsze pucują okna z różnym skutkiem :)
Nieco zwiędłe zanabylam dziś
ale za to za cenę obniżoną, a smakowały jak full wypas.
Wodę po rzeczonych wypiłam, mimo wszelkich przeciwwskazań, ale kto wariatce zabroni?
Alkoholowi się oprę. Szparagom nie potrafię.
Poczytałam sobie w przerwie między sprzątaniami artykuł w Polityce o pokoleniu baby boom, znaczy się, moi pokoleniu, dlaczego tak umiera z marszu (wczoraj Prince odszedł do lepszego świata) i cóż mam rzec?
Z mojej półki biorą, choć ja już nieco na krechę jadę.
Ale trzymam się, bo ten maj, bo chcę jeszcze z Baranem potańczyć (bo lubię, młodość mi przypomina i po Marku H. i moim Ojcu to najfajniejszy tancerz w moim życiorysie), a i Kierownik Budowy do kajecika się wpisał, słysząc, jak mnie dobiła Młoda Para (przyszła) na jego osobistym weselu... I takie tam.
Z Talijką bym chciała zatańczyć i z Papryczkiem, bo...
Najmilsze wspomnienia mam z tańców z moim Ojcem, który tańcząc z małolatą traktował ją jak kobietę swojego życia.
No, żeby nie było za ciekawie, lejąc ją po pysku publicznie za to, że tańczyła z niedoszłym mężczyzną jej życia, zamiast siedzieć w domu i robić mu kolacje, ponieważ osobista żona (druga) się na to wypięła...
Ale to już nie wróci, więc?
Kupiłam dziś.
Podoba mi się bardzo, dobrze się w tym czuję :)
Wyrastam, jak mówiłam, z t-shirtów z głupimi napisami.
Są grube i latem mi w nich gorąco, choć ponoć będzie zimne lato.
A na ścianie mam taki teatr cieni...
Bo postanowiłam wziąć byka na rogi i...
Smarując kolanko końskim balsamem, poskakałam dziś w rytm piosenek Elvisa (ta, Elvis z piątki ma to coś, jakbyś nie wiedział) i aczkolwiek bałam się momentami, że:
- klamka się wyrwie,
- kanapa nie wytrzyma,
- parapet się zarwie,
i inne takie tam
w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie ogarnęłam okna po raz czwarty w tym roku.
Aczkolwiek co poniektórzy insynuowali, że smugi są.
Mniemam słusznie, że zazdrość przez nich przemawiała, aczkolwiek na moją cześć (na którą zasługuję całokształtem) zawsze pucują okna z różnym skutkiem :)
Nieco zwiędłe zanabylam dziś
ale za to za cenę obniżoną, a smakowały jak full wypas.
Wodę po rzeczonych wypiłam, mimo wszelkich przeciwwskazań, ale kto wariatce zabroni?
Alkoholowi się oprę. Szparagom nie potrafię.
Poczytałam sobie w przerwie między sprzątaniami artykuł w Polityce o pokoleniu baby boom, znaczy się, moi pokoleniu, dlaczego tak umiera z marszu (wczoraj Prince odszedł do lepszego świata) i cóż mam rzec?
Z mojej półki biorą, choć ja już nieco na krechę jadę.
Ale trzymam się, bo ten maj, bo chcę jeszcze z Baranem potańczyć (bo lubię, młodość mi przypomina i po Marku H. i moim Ojcu to najfajniejszy tancerz w moim życiorysie), a i Kierownik Budowy do kajecika się wpisał, słysząc, jak mnie dobiła Młoda Para (przyszła) na jego osobistym weselu... I takie tam.
Z Talijką bym chciała zatańczyć i z Papryczkiem, bo...
Najmilsze wspomnienia mam z tańców z moim Ojcem, który tańcząc z małolatą traktował ją jak kobietę swojego życia.
No, żeby nie było za ciekawie, lejąc ją po pysku publicznie za to, że tańczyła z niedoszłym mężczyzną jej życia, zamiast siedzieć w domu i robić mu kolacje, ponieważ osobista żona (druga) się na to wypięła...
Ale to już nie wróci, więc?
Kupiłam dziś.
Podoba mi się bardzo, dobrze się w tym czuję :)
Wyrastam, jak mówiłam, z t-shirtów z głupimi napisami.
Są grube i latem mi w nich gorąco, choć ponoć będzie zimne lato.
A na ścianie mam taki teatr cieni...
wtorek, 19 kwietnia 2016
Poleciał
i dobrze. Raz, że odetchnęła moja wątroba, dwa, że nerwy ukoiłam.
Starzeję się. Dziwaczeję. Jeszcze nie wybucham, ale krzesło, odsunięte na środek pokoju, bo po co przysuwać do stołu, wkurza mnie.
Wiem, że to głupie, ale lubię już, po staropanieńsku, mój i tylko mój bałagan.
Jeszcze z tym walczę.
Wstałam o 3.30, bo trzeba dziecko wyprawić na samolot. Ot, taka matczyna zachciewajka, bo deklaruje, że wyprawi się sam. Wiem, że się wyprawi, ale...
Oj tam, oj tam.
Wyprawiłam.
I ponieważ wcześnie dnieje, stwierdziłam, że nie ma sensu leźć do wyrka, więc...
W tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie ogarnęłam sobotnio chaupkę, ogarnęłam siebie i do pracy poleciałam. Przepracowałam uczciwie, wróciłam do domu, zrelaksowałam się, mimo że kolano napinkala coraz lepiej... Przymierzałam się do błyskawicznego mycia okien, ale czas gonił, kolano bolało, a i słońce jechało po oknach, więc z mycia nici, bo zacieki :P
Trzy prania zrobiłam, bo tyle pralek wyszło :D No, zmieniłam też swoją pościel rano, rzutem na taśmę, ale oj tam, oj tam :P
Dziś pracowałam już spokojnie, odespawszy zaległości, mimo koszmarów o niańczeniu niemowlęcia, będącego skrzyżowaniem Inżyniera i moich już faktycznych wnuków. Nie do końca koszmar, ale... :)
Boss kolejną popisówkę odstawił na korytarzu, na widok pełznącej mnie zaczął jakieś parampampam, żeby tylko dzień dobry nie powiedzieć. A kij mu w oko, bo w dupę miałby przyjemność, postanowiłam, że będę od dzisiaj mówić mu, patrząc prosto w oczy głośno i wyraźnie: dzień dobry, Panie K.
Tak jak mamusia uczyła,
Wychodząc po godzinach, a jakże, wpadłam znów na niego. Po lataniu po sklepach z Inżynierem wiem już, że to co on nosi na nogach, kosztuje więcej, niż wynosi moja miesięczna pensja. Nie, nie zazdroszczę. Żal mi gościa. Sama kupuję buty do 300 zł, ale za to mam znakomity humor i czyste sumienie. A to więcej warte, co nie?
Ketonal. Jedyne, co działa na kolano, żadne tam naprokseny i inne cuda wianki. Za Chiny Ludowe nie wiem, skąd mam resztkę tubki w lodówce, bo ma ważność do 2018, zatem kupowana niedawno. A nie pamiętam, żeby mnie coś bolało. A jest tylko na receptę. Trudno. Zamknę gazetkę i idę do lekarza. W aptece mówię, że była reklama: Basia!!! Nie Basia. Ketonal. A siksa, że jej nie pamięta. Hmmm... Nie mam TV od 10 lat, więc? Skąd w lodówce Ketonal ważny do 2018 roku? Alzheimera już mam?
Ale nie, nie pochlastam się.
Maja muszę dożyć, bo chcę z Baranem zatańczyć jeszcze raz, choć w repertuarze nie ma Pół wieku człowieku :)
A i Kierownik Budowy dziś do mnie pisał. W pierwszej chwili myślałam, że chodzi mu o trening Inżynierostwa, ale nie. Chce ze mną potrenować, bo on słaby w te klocki, a chce ze mną zatańczyć ze względu na okoliczności przyrody z jego wesela. Oj tam, oj tam, będziemy się wszyscy dobrze bawić bez treningów, bo towarzystwo znakomite... I nie taki stolik, jak Narzeczona z Inżynierem, że "oni tylko ze sobą tańczą" :)
Teraz będą tylko ze sobą tańczyć, mi to rybka.
Spotkam się z Przyjaciółmi.
Przez duże P.
O których myślałam, leząc po 9 godzinach pracy do domu...
To same drzewko z innej perspektywy...
Life is a journey, not a destination...
Wracam do siebie, wchodzę po schodach, po pięć, po dziesięć liczę uparcie...
Starzeję się. Dziwaczeję. Jeszcze nie wybucham, ale krzesło, odsunięte na środek pokoju, bo po co przysuwać do stołu, wkurza mnie.
Wiem, że to głupie, ale lubię już, po staropanieńsku, mój i tylko mój bałagan.
Jeszcze z tym walczę.
Wstałam o 3.30, bo trzeba dziecko wyprawić na samolot. Ot, taka matczyna zachciewajka, bo deklaruje, że wyprawi się sam. Wiem, że się wyprawi, ale...
Oj tam, oj tam.
Wyprawiłam.
I ponieważ wcześnie dnieje, stwierdziłam, że nie ma sensu leźć do wyrka, więc...
W tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie ogarnęłam sobotnio chaupkę, ogarnęłam siebie i do pracy poleciałam. Przepracowałam uczciwie, wróciłam do domu, zrelaksowałam się, mimo że kolano napinkala coraz lepiej... Przymierzałam się do błyskawicznego mycia okien, ale czas gonił, kolano bolało, a i słońce jechało po oknach, więc z mycia nici, bo zacieki :P
Trzy prania zrobiłam, bo tyle pralek wyszło :D No, zmieniłam też swoją pościel rano, rzutem na taśmę, ale oj tam, oj tam :P
Dziś pracowałam już spokojnie, odespawszy zaległości, mimo koszmarów o niańczeniu niemowlęcia, będącego skrzyżowaniem Inżyniera i moich już faktycznych wnuków. Nie do końca koszmar, ale... :)
Boss kolejną popisówkę odstawił na korytarzu, na widok pełznącej mnie zaczął jakieś parampampam, żeby tylko dzień dobry nie powiedzieć. A kij mu w oko, bo w dupę miałby przyjemność, postanowiłam, że będę od dzisiaj mówić mu, patrząc prosto w oczy głośno i wyraźnie: dzień dobry, Panie K.
Tak jak mamusia uczyła,
Wychodząc po godzinach, a jakże, wpadłam znów na niego. Po lataniu po sklepach z Inżynierem wiem już, że to co on nosi na nogach, kosztuje więcej, niż wynosi moja miesięczna pensja. Nie, nie zazdroszczę. Żal mi gościa. Sama kupuję buty do 300 zł, ale za to mam znakomity humor i czyste sumienie. A to więcej warte, co nie?
Ketonal. Jedyne, co działa na kolano, żadne tam naprokseny i inne cuda wianki. Za Chiny Ludowe nie wiem, skąd mam resztkę tubki w lodówce, bo ma ważność do 2018, zatem kupowana niedawno. A nie pamiętam, żeby mnie coś bolało. A jest tylko na receptę. Trudno. Zamknę gazetkę i idę do lekarza. W aptece mówię, że była reklama: Basia!!! Nie Basia. Ketonal. A siksa, że jej nie pamięta. Hmmm... Nie mam TV od 10 lat, więc? Skąd w lodówce Ketonal ważny do 2018 roku? Alzheimera już mam?
Ale nie, nie pochlastam się.
Maja muszę dożyć, bo chcę z Baranem zatańczyć jeszcze raz, choć w repertuarze nie ma Pół wieku człowieku :)
A i Kierownik Budowy dziś do mnie pisał. W pierwszej chwili myślałam, że chodzi mu o trening Inżynierostwa, ale nie. Chce ze mną potrenować, bo on słaby w te klocki, a chce ze mną zatańczyć ze względu na okoliczności przyrody z jego wesela. Oj tam, oj tam, będziemy się wszyscy dobrze bawić bez treningów, bo towarzystwo znakomite... I nie taki stolik, jak Narzeczona z Inżynierem, że "oni tylko ze sobą tańczą" :)
Teraz będą tylko ze sobą tańczyć, mi to rybka.
Spotkam się z Przyjaciółmi.
Przez duże P.
O których myślałam, leząc po 9 godzinach pracy do domu...
To same drzewko z innej perspektywy...
Life is a journey, not a destination...
Wracam do siebie, wchodzę po schodach, po pięć, po dziesięć liczę uparcie...
sobota, 16 kwietnia 2016
Migusiem
przeleciało.
A że postawiłam wszystkich na baczność, to do domu wychodziłam wcześniej. A co, mam tę moc.
Zamknęłam dodatek i warzywka.
Chwile z Inżynierem, tylko moje i bezcenne.
Nasze.
Jak zawsze.
Może już ostatnie, bo nie wiem, jak już pisałam, jak będzie wyglądało z odwiedzinami po ślubie. Zobaczymy. Ale myślę pozytywnie, Pierworodny też czasem przylatuje sam.
Nie, że mam coś do Synowych, ale...
Czasem chcę być matką, li i jedynie.
Mieć chwile nasze, rodzinne.
Nie, nie uważam, że synowa to nie rodzina. Ale na moment chcę zatrzymać-cofnąć czas i być tylko ze swoim dzieckiem.
Chore to, wiem, ale :)
Nevermind.
Po zwłoki pobieżyłam na Manhattan, bo obiecałam na niedzielę rosołek, jako że dziś wieczorem w pubie spotyka się paczka ze studiów. Bo aczkolwiek Inżynier się postarzał i sporządniał, to jednak różnie bywa. A że jest już lubczyk młody, tom go zanabyła i przed wyjściem dziecko marudziło, że choć nie jest głodne, to rosół go do grobu wpędza. Ale nie dostał, bo niedogotowany.
Okoliczności pogody cudne były od wczoraj - tu wracanie popracowe
W drodze na Manhattan kaczusie z Dębiny się szlajają...
... ale pan uciekł od pani...
wiosna szaleje.
Gorąco było, a Inżynier niecnota przepędził mnie od Browaru przez Stare Miasto cztery razy, bo lakierków szukał. I tak na moje wyszło, kupił lakierki, które przymierzył w pierwszym sklepie, do którego weszliśmy. Był tam bardzo fajny, komunikatywny, a jednocześnie znający się na rzeczy młody sprzedawca, jakże różny od znudzonych panienek snujących się w sieciówkach i butikach. Nie miałam włączonego Endomondo, ale lekko licząc, 10 km nam strzeliło :) W środku wszystkiego rozpadało się i to tak, że kupiłam parasol (schodziły jak woda), bo bałam się, że aparaty mi zamokną.
I cały czas gadka-szmatka w stylu "matka do nogi", a gęby nam się nie zamykały.
Naładowałam akumulatory.
Na rynku siedziały
opalały się i czekały stęsknione na Zmorkę, no ale... :)
Szukaliśmy burgerowni, ale albo ją zlikwidowali, albo nie znaleźliśmy i w końcu wylądowaliśmy w meksykańskiej knajpie :)
Inżyniera jedzonko, moje się źle sfociło, zresztą jak wszystkie zdjęcia, nie lubię focić telefonem. Miałam zmieniaczki pieczone i grillowanego kurczaczka plus zielsko, mlask. Obsługa przemiła, a jubilatów napadał Zorro, który wpadał i krzesłami rzucał :) Płacąc rachunek zapytałam, czy mogę kartą dać napiwek, a kelnerka mówi, że owszem, i żeby tak wszyscy goście dawali napiwki. Skasowała, wyciągnęła z fartuszka pistolet i strzeliła :) Pytam, dlaczego, a ona, że straszy tych, co napiwków nie dają :)
Płaciłam, bo primo po pierwsze, Inżynier na obczyźnie zawsze za mnie płaci. Primo po drugie, bo ekstrakasa mi wleciała, przez półtora miesiąca nie płacę czynszu, właśnie mnie rozliczyli i mam sporą nadpłatę.
I lubię choć tak czasem dziecko popieścić.
Szkoda, że nie mam dosłownie nikogo w całej wiosce, z kim mogłabym tam na obiad wlecieć, a samej to jakoś nijako. Chodzę czasem sama, ale to nie jest zabawne. Wcale...
Tak więc Meksyk zaliczony tanim kosztem, teraz doczekać powrotu tej niecnoty z lumpki. Jutro już ostatki i da capo al fine...
I dowód, że nikt nie jest nieomylny, a ja sama jestem perełką. Nie, nie dlatego że nie puszczam błędów, bo puszczam, ale ortograficznego jeszcze nigdy nie puściłam w swojej karierze. A ten ortograf jest w... Wielkim słowniku ortograficznym, który korekciło ze spokojem kilkoro korektorów, nie ja jedna na kolanie i w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie :D
Poszukajcie sobie kotecka sami :) Miłej zabawy...
A że postawiłam wszystkich na baczność, to do domu wychodziłam wcześniej. A co, mam tę moc.
Zamknęłam dodatek i warzywka.
Chwile z Inżynierem, tylko moje i bezcenne.
Nasze.
Jak zawsze.
Może już ostatnie, bo nie wiem, jak już pisałam, jak będzie wyglądało z odwiedzinami po ślubie. Zobaczymy. Ale myślę pozytywnie, Pierworodny też czasem przylatuje sam.
Nie, że mam coś do Synowych, ale...
Czasem chcę być matką, li i jedynie.
Mieć chwile nasze, rodzinne.
Nie, nie uważam, że synowa to nie rodzina. Ale na moment chcę zatrzymać-cofnąć czas i być tylko ze swoim dzieckiem.
Chore to, wiem, ale :)
Nevermind.
Po zwłoki pobieżyłam na Manhattan, bo obiecałam na niedzielę rosołek, jako że dziś wieczorem w pubie spotyka się paczka ze studiów. Bo aczkolwiek Inżynier się postarzał i sporządniał, to jednak różnie bywa. A że jest już lubczyk młody, tom go zanabyła i przed wyjściem dziecko marudziło, że choć nie jest głodne, to rosół go do grobu wpędza. Ale nie dostał, bo niedogotowany.
Okoliczności pogody cudne były od wczoraj - tu wracanie popracowe
W drodze na Manhattan kaczusie z Dębiny się szlajają...
... ale pan uciekł od pani...
wiosna szaleje.
Gorąco było, a Inżynier niecnota przepędził mnie od Browaru przez Stare Miasto cztery razy, bo lakierków szukał. I tak na moje wyszło, kupił lakierki, które przymierzył w pierwszym sklepie, do którego weszliśmy. Był tam bardzo fajny, komunikatywny, a jednocześnie znający się na rzeczy młody sprzedawca, jakże różny od znudzonych panienek snujących się w sieciówkach i butikach. Nie miałam włączonego Endomondo, ale lekko licząc, 10 km nam strzeliło :) W środku wszystkiego rozpadało się i to tak, że kupiłam parasol (schodziły jak woda), bo bałam się, że aparaty mi zamokną.
I cały czas gadka-szmatka w stylu "matka do nogi", a gęby nam się nie zamykały.
Naładowałam akumulatory.
Na rynku siedziały
opalały się i czekały stęsknione na Zmorkę, no ale... :)
Szukaliśmy burgerowni, ale albo ją zlikwidowali, albo nie znaleźliśmy i w końcu wylądowaliśmy w meksykańskiej knajpie :)
Inżyniera jedzonko, moje się źle sfociło, zresztą jak wszystkie zdjęcia, nie lubię focić telefonem. Miałam zmieniaczki pieczone i grillowanego kurczaczka plus zielsko, mlask. Obsługa przemiła, a jubilatów napadał Zorro, który wpadał i krzesłami rzucał :) Płacąc rachunek zapytałam, czy mogę kartą dać napiwek, a kelnerka mówi, że owszem, i żeby tak wszyscy goście dawali napiwki. Skasowała, wyciągnęła z fartuszka pistolet i strzeliła :) Pytam, dlaczego, a ona, że straszy tych, co napiwków nie dają :)
Płaciłam, bo primo po pierwsze, Inżynier na obczyźnie zawsze za mnie płaci. Primo po drugie, bo ekstrakasa mi wleciała, przez półtora miesiąca nie płacę czynszu, właśnie mnie rozliczyli i mam sporą nadpłatę.
I lubię choć tak czasem dziecko popieścić.
Szkoda, że nie mam dosłownie nikogo w całej wiosce, z kim mogłabym tam na obiad wlecieć, a samej to jakoś nijako. Chodzę czasem sama, ale to nie jest zabawne. Wcale...
Tak więc Meksyk zaliczony tanim kosztem, teraz doczekać powrotu tej niecnoty z lumpki. Jutro już ostatki i da capo al fine...
I dowód, że nikt nie jest nieomylny, a ja sama jestem perełką. Nie, nie dlatego że nie puszczam błędów, bo puszczam, ale ortograficznego jeszcze nigdy nie puściłam w swojej karierze. A ten ortograf jest w... Wielkim słowniku ortograficznym, który korekciło ze spokojem kilkoro korektorów, nie ja jedna na kolanie i w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie :D
Poszukajcie sobie kotecka sami :) Miłej zabawy...
wtorek, 12 kwietnia 2016
Okoliczności
przyrody dzisiaj nieciekawe, padało tak rano, że pojechałam do pracy MPK. Ale ciepło jest. W pracy się przeciągnęło, nie wiem, chyba Boss pojechał im po bandzie, bo pracowali tak, że z moich 4 regulaminowych godzin zrobiło się 6, co mnie złościło, bo jutro przylatuje Inżynier i chciałam zakupy zrobić, i coś upichcić.
Ale i tak ogarnęłam tę kuwetę i choć z lekka kropiło, poszłam per pedes, i anioł stróż nade mną czuwał, bo w momencie, gdy weszłam do dom,u mżenie zamieniło się w ulewny deszcz.
Zdążyłam kupić żeberka wg zamówienia i właśnie w całym domu pachnie mięskiem, a ja słucham, jak śpiewa Andy Williams i...
Droga mnie zatkała. Szarobure tło, szare niebo, a na tym tle feeria bieli, żółci, pinku i zieleni w różnych odcieniach. Deszcz postrącał kwiaty z drzew, zresztą wiele już przekwita, więc na chodnikach śnieżne kobierce w morzu kałuż. I te zapachy, i ta zieleń, dosłownie buchająca. Widać jak rozwijają się liście, jak na filmie w zwolnionym tempie. Ta zieleń nówka nieśmigana jeszcze...
Aż boli, że tak krótko to wszystko trwa.
Ja nie chcę wiele, ciebie i zieleń...
Ano.
Ale ad rem.
Odezwała się śpijmą nocą, jak już mnie skręciło do wypęku, że przyjadą.
Że wyjadą o 10.
To sobie poszłam w tango na Manhattan, 11 i cicho.
Piszę.
A, jeszcze nie wyjechali, zwijają się powoli.
I hate.
Nienawidzę czegoś takiego.
Ale zacisnęłam zęby i wzięłam się za pichcenie, przezornie nie sprzątając, bo po co.
Koło 13 przyjechali. Do mieszkania wkroczył Teść Syna (TS), dźwigając dumnie Papryczka i rzecze mu: idź do babci.
A Papryczek, skubaniec nieskrobany, banan na buzi i hyc do mnie! Zamarłam, bo widział mnie 4. raz w życiu, a Mała Wiedźma w takiej sytuacji podnosiła wrzask wniebogłosy, tak że sąsiedzi na policję dzwonili od razu. A ten Gagatek nic, banan i buziola mi funduje.
A potem było miło i z górki, Mała Wiedźma już oswojona, więc cud, mjut i orzeszki laskowe w polewie.
Coś we mnie pękło. Bo Papryczek strasznie przypomina Inżyniera z dzieciństwa. Jest taka sama przylepa, ma jego gesty (przytulaski i nadstawianie łebka do całowania), mizia się co 5 minut bez proszenia i bez łaski, i nie ma wdrukowanych żadnych zachowań niszczycielskich, nie interesują go kurzołapy, serwetki, kable, świecidełka, kwiatki, kanapy, krzesła, nic. Interesują go kulki (piłeczki), a tych mam od metra i dwie nowe mu kupiłam, zatem zajęty był kulkami, no i Mała Wiedźma od razu mu wytłumaczyła, że góra lodówki i magnesy na niej są babci i babcia łapki pourywa i łebek też, ale na dolnych drzwiczkach wszystkie magnesy są jej, ale ona się z nim podzieli - i zgodnie bawili się też magnesami, bo są w kształcie koła, a Papryczek lubi koła.
I tak minęło parę za krótkich godzin, a we mnie ten cały sopel topniał i... zaprosiłam ich po ślubie do mnie.
Sama.
Nikt mnie nie bił.
Po prostu chcę mieć trochę wnuki. Nawet jak będę musiała znów mieszkać w odrapanych ścianach. Trudno. Jak dobrze pójdzie, druga porcja Pieczywka będzie się tu zwalać, więc co ja mogę? Nic nie mogę, co nie?
A chodzi jak mała kaczuszka i dupsko mu się telepie, jak babci. I tańczą oboje, że nic, tylko do baletu ich dać. Mała Wiedźma wciąż szalona, ale to jej już tak chyba zostanie. I dobrze, coś po babci musi mieć.
jedyne co mnie martwi i przeraża, to zęby Małej Wiedźmy. Wszystkie trzonowce ma spróchniałe. Ponoć chodzą do dentysty, ale znając Pierworodnego i Synową wiem, że oni tego po prostu nie pilnują! Tragedia, bo w tym wieku! Zwróciłam grzecznie uwagę i zostałam zbyta.
W niedzielę ochrzan zebrałam za całokształt od Pana B. Że jak tak można, że blablabla...
Jak jeszcze raz mnie ochrzani, zakluczę bloga i może mnie w nos pocałować.
To, że ktoś jest szczęśliwy, nie znaczy, że inni też na siłę muszą.
I przykro mi, że zmieniłam się na tyle, że mnie nie poznaje.
Garb mi urósł. I jestem nieszczęśliwa. Na własne życzenie. A kto bogatemu zabroni?
A nawet nie mogę się wściec, bo... No właśnie. Bo się, kurde, o mnie troszczą. Bo są wspaniałe terapie, bo blablabla.
Tylko nawet jeżeli to jest prawdziwe, że te terapie są, są jeszcze bardziej niedostępne, jak te konwencjonalne, właśnie ze względów finansowych.
Więc cała ta otoczka, że "znamy rozwiązanie, zapraszamy do naszego sklepu internetowego, gdzie oferujemy cud, mjut i orzeszki, tym razem ziemne" to zwykłe pierdolenie o Szopenie.
Więc po prostu szkoda mi na to czasu. Nawet użalanie się nad sobą jest ciekawsze, jak słuchanie tych wszystkich recept i zaleceń.
Gdybym chciała to zastosować w życiu, zaorałabym się na śmierć, jedząc co 5 minut kolejny niezbędny mi do życia składnik i pijąc zalecane mikstury, wcierając jednocześnie olej, krem czy co tam jeszcze się nawinie w łysy łeb bądź zwiotczałą i suchą skórę. Nie mówiąc o tym, że na trzech etatach bym na to nie zarobiła. Kierownik Budowy swoje dorzuca, dokładając mi terapię na prostatę. Tak, prostata dokucza mi najbardziej ze wszystkiego.
A nie chcę, bo nie.
To się, kurwa, starość nazywa i dobrze, że młodzi wiedzą, że ich to czeka, cześć im i chwała. Jednak nie wiedzą, jak to jest. Jak poczują, będzie już za późno i zapewniam, że nic na to nie działa. Jeśli im się uda, będę się cieszyła. Z tej chmurki, na której wg zapewnień Zmorki, będę bujała nózią.
Nie wierzyłam, że mnie to dosięgnie, a teraz mnie przerasta. Bo moje własne ciało mnie nie słucha.
A najgorsza ta pieprzona grasica, która na wszelkie próby reaguje atakiem rechotu, a ja za Chiny Ludowe uśmiechnąć się nie mogę.
I tym optymistycznym akcentem kończę niniejszą notkę, Kochany Pamiętniczku.
Będę, jak wrócę.
Bo Inżynier.
Bo praca.
Bo deszcz.
Bo ojapierdolę.
Ale i tak ogarnęłam tę kuwetę i choć z lekka kropiło, poszłam per pedes, i anioł stróż nade mną czuwał, bo w momencie, gdy weszłam do dom,u mżenie zamieniło się w ulewny deszcz.
Zdążyłam kupić żeberka wg zamówienia i właśnie w całym domu pachnie mięskiem, a ja słucham, jak śpiewa Andy Williams i...
Droga mnie zatkała. Szarobure tło, szare niebo, a na tym tle feeria bieli, żółci, pinku i zieleni w różnych odcieniach. Deszcz postrącał kwiaty z drzew, zresztą wiele już przekwita, więc na chodnikach śnieżne kobierce w morzu kałuż. I te zapachy, i ta zieleń, dosłownie buchająca. Widać jak rozwijają się liście, jak na filmie w zwolnionym tempie. Ta zieleń nówka nieśmigana jeszcze...
Aż boli, że tak krótko to wszystko trwa.
Ja nie chcę wiele, ciebie i zieleń...
Ano.
Ale ad rem.
Odezwała się śpijmą nocą, jak już mnie skręciło do wypęku, że przyjadą.
Że wyjadą o 10.
To sobie poszłam w tango na Manhattan, 11 i cicho.
Piszę.
A, jeszcze nie wyjechali, zwijają się powoli.
I hate.
Nienawidzę czegoś takiego.
Ale zacisnęłam zęby i wzięłam się za pichcenie, przezornie nie sprzątając, bo po co.
Koło 13 przyjechali. Do mieszkania wkroczył Teść Syna (TS), dźwigając dumnie Papryczka i rzecze mu: idź do babci.
A Papryczek, skubaniec nieskrobany, banan na buzi i hyc do mnie! Zamarłam, bo widział mnie 4. raz w życiu, a Mała Wiedźma w takiej sytuacji podnosiła wrzask wniebogłosy, tak że sąsiedzi na policję dzwonili od razu. A ten Gagatek nic, banan i buziola mi funduje.
A potem było miło i z górki, Mała Wiedźma już oswojona, więc cud, mjut i orzeszki laskowe w polewie.
Coś we mnie pękło. Bo Papryczek strasznie przypomina Inżyniera z dzieciństwa. Jest taka sama przylepa, ma jego gesty (przytulaski i nadstawianie łebka do całowania), mizia się co 5 minut bez proszenia i bez łaski, i nie ma wdrukowanych żadnych zachowań niszczycielskich, nie interesują go kurzołapy, serwetki, kable, świecidełka, kwiatki, kanapy, krzesła, nic. Interesują go kulki (piłeczki), a tych mam od metra i dwie nowe mu kupiłam, zatem zajęty był kulkami, no i Mała Wiedźma od razu mu wytłumaczyła, że góra lodówki i magnesy na niej są babci i babcia łapki pourywa i łebek też, ale na dolnych drzwiczkach wszystkie magnesy są jej, ale ona się z nim podzieli - i zgodnie bawili się też magnesami, bo są w kształcie koła, a Papryczek lubi koła.
I tak minęło parę za krótkich godzin, a we mnie ten cały sopel topniał i... zaprosiłam ich po ślubie do mnie.
Sama.
Nikt mnie nie bił.
Po prostu chcę mieć trochę wnuki. Nawet jak będę musiała znów mieszkać w odrapanych ścianach. Trudno. Jak dobrze pójdzie, druga porcja Pieczywka będzie się tu zwalać, więc co ja mogę? Nic nie mogę, co nie?
A chodzi jak mała kaczuszka i dupsko mu się telepie, jak babci. I tańczą oboje, że nic, tylko do baletu ich dać. Mała Wiedźma wciąż szalona, ale to jej już tak chyba zostanie. I dobrze, coś po babci musi mieć.
jedyne co mnie martwi i przeraża, to zęby Małej Wiedźmy. Wszystkie trzonowce ma spróchniałe. Ponoć chodzą do dentysty, ale znając Pierworodnego i Synową wiem, że oni tego po prostu nie pilnują! Tragedia, bo w tym wieku! Zwróciłam grzecznie uwagę i zostałam zbyta.
W niedzielę ochrzan zebrałam za całokształt od Pana B. Że jak tak można, że blablabla...
Jak jeszcze raz mnie ochrzani, zakluczę bloga i może mnie w nos pocałować.
To, że ktoś jest szczęśliwy, nie znaczy, że inni też na siłę muszą.
I przykro mi, że zmieniłam się na tyle, że mnie nie poznaje.
Garb mi urósł. I jestem nieszczęśliwa. Na własne życzenie. A kto bogatemu zabroni?
A nawet nie mogę się wściec, bo... No właśnie. Bo się, kurde, o mnie troszczą. Bo są wspaniałe terapie, bo blablabla.
Tylko nawet jeżeli to jest prawdziwe, że te terapie są, są jeszcze bardziej niedostępne, jak te konwencjonalne, właśnie ze względów finansowych.
Więc cała ta otoczka, że "znamy rozwiązanie, zapraszamy do naszego sklepu internetowego, gdzie oferujemy cud, mjut i orzeszki, tym razem ziemne" to zwykłe pierdolenie o Szopenie.
Więc po prostu szkoda mi na to czasu. Nawet użalanie się nad sobą jest ciekawsze, jak słuchanie tych wszystkich recept i zaleceń.
Gdybym chciała to zastosować w życiu, zaorałabym się na śmierć, jedząc co 5 minut kolejny niezbędny mi do życia składnik i pijąc zalecane mikstury, wcierając jednocześnie olej, krem czy co tam jeszcze się nawinie w łysy łeb bądź zwiotczałą i suchą skórę. Nie mówiąc o tym, że na trzech etatach bym na to nie zarobiła. Kierownik Budowy swoje dorzuca, dokładając mi terapię na prostatę. Tak, prostata dokucza mi najbardziej ze wszystkiego.
A nie chcę, bo nie.
To się, kurwa, starość nazywa i dobrze, że młodzi wiedzą, że ich to czeka, cześć im i chwała. Jednak nie wiedzą, jak to jest. Jak poczują, będzie już za późno i zapewniam, że nic na to nie działa. Jeśli im się uda, będę się cieszyła. Z tej chmurki, na której wg zapewnień Zmorki, będę bujała nózią.
Nie wierzyłam, że mnie to dosięgnie, a teraz mnie przerasta. Bo moje własne ciało mnie nie słucha.
A najgorsza ta pieprzona grasica, która na wszelkie próby reaguje atakiem rechotu, a ja za Chiny Ludowe uśmiechnąć się nie mogę.
I tym optymistycznym akcentem kończę niniejszą notkę, Kochany Pamiętniczku.
Będę, jak wrócę.
Bo Inżynier.
Bo praca.
Bo deszcz.
Bo ojapierdolę.
piątek, 8 kwietnia 2016
Dochodzi
dwudziesta.
Nic.
Ani SMS, ani Messengera, że jutro, w grudniu, po południu.
A zatem mam wyjebane.
Będzie normalna sobota. Znaczy się, mogę leżeć rozmemłana w barłogu z megakacem i nie widzieć dzwoniących dzwonków, co nie?
Tak miałam, jak dojeżdżałam do rodziny, stęskniona.
Fakt, nie było komórek, ale teraz są.
A w dupie wszystko mam.
Pyrkon jest, ale w tym roku nie chce mi się wlec i trzaskać fotek. Po co? Czym będą się różniły od ubiegłorocznych? I komu są do szczęścia niezbędne?
Starzeję się, powoli, ale nieubłagalnie. Nic mi się nie chce, bo w sumie po co? Skoro już nic nie zapiera tchu, nie widzę tego, co widziałam niedawno i już nigdy nie zobaczę? Najgorszy jest Facebook, chyba się z niego na wieki wieków amen wypiszę, bo co dzień mi przypomina szczęście, które BYŁO.
To, co było, nie wróci, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, a to, co jest, w żaden sposób mi się nie podoba, choć robię dobrą minę do złej gry.
Po prostu wypadłam z obiegu, a jako że nic na siłę, wszystko młotkiem, nie ma się o co zabijać :P
Zmorka męczyła mnie o to pachnące drzewo, aż zgodnie doszłyśmy do wniosku, że to o drzewo oliwne chodziło i że kwitnie w czerwcu.
Jak dobrze pójdzie, zobaczę się z nią, bo wszak ma obiecane wąchanie i upicie się.
Zapachem, of course, jako że obie jesteśmy abstynentkami.
Ona nie wiem dlaczego, a mi po prostu alkohol nie smakuje, jak i wiele innych rzeczy :P
Oprócz tatara, od course.
Tydzień pracowy skończony, dla mnie na plusie, czyste biurko i czysta poczta. Ksotka. Ksotka mnie dzisiaj urzekła i wywołała mi banana na mordzie. Bo ksotka fajna jest. Skojarzyła mi się z psotką i na moment wszystko pojaśniało. I zgasło równie szybko. I potem było spod kuł. Hmmm.... Spod kół to tylko błoto pryska, ale żeby spod kuł to się nie spodziewałam. Nie tam :) Ale były :P
Działo się będzie od poniedziałku, ale na to też mam wyjebane.
I tak liczę, że za rok będę miała czyste konto i...
Mogę spokojnie wpaść do Warty, ewentualnie wleźć pod tramwaj czy inny autobus.
Nikt już na tym nie ucierpi, a mi będzie lżej. Bo zawsze płaciłam rachunki, swoje i cudze :P
Gdzieś zniknęły chwile zapierające dech.
I czuję tylko ciężar fartucha z ołowiu.
Taki fartuch założono eksperymentalnie nastolatkom w UK, by poczuły ciężar starości.
Czuję go bez fartucha.
I moja grasica za Chiny Ludowe i demokratyczne ze mną nie współpracuje i zamiast się do mnie uśmiechać, też ma na mnie wyjebane po całości.
Ano.
Zdrowy tryb życia nie dla mnie, bo nikt wiecznie nie żyje.
Aby jeszcze ten rok do plusa.
Nie dajmy nabrać się na życia podły kant, że można więcej mieć, mieć więcej niż ten Grand...
Nic.
Ani SMS, ani Messengera, że jutro, w grudniu, po południu.
A zatem mam wyjebane.
Będzie normalna sobota. Znaczy się, mogę leżeć rozmemłana w barłogu z megakacem i nie widzieć dzwoniących dzwonków, co nie?
Tak miałam, jak dojeżdżałam do rodziny, stęskniona.
Fakt, nie było komórek, ale teraz są.
A w dupie wszystko mam.
Pyrkon jest, ale w tym roku nie chce mi się wlec i trzaskać fotek. Po co? Czym będą się różniły od ubiegłorocznych? I komu są do szczęścia niezbędne?
Starzeję się, powoli, ale nieubłagalnie. Nic mi się nie chce, bo w sumie po co? Skoro już nic nie zapiera tchu, nie widzę tego, co widziałam niedawno i już nigdy nie zobaczę? Najgorszy jest Facebook, chyba się z niego na wieki wieków amen wypiszę, bo co dzień mi przypomina szczęście, które BYŁO.
To, co było, nie wróci, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, a to, co jest, w żaden sposób mi się nie podoba, choć robię dobrą minę do złej gry.
Po prostu wypadłam z obiegu, a jako że nic na siłę, wszystko młotkiem, nie ma się o co zabijać :P
Zmorka męczyła mnie o to pachnące drzewo, aż zgodnie doszłyśmy do wniosku, że to o drzewo oliwne chodziło i że kwitnie w czerwcu.
Jak dobrze pójdzie, zobaczę się z nią, bo wszak ma obiecane wąchanie i upicie się.
Zapachem, of course, jako że obie jesteśmy abstynentkami.
Ona nie wiem dlaczego, a mi po prostu alkohol nie smakuje, jak i wiele innych rzeczy :P
Oprócz tatara, od course.
Tydzień pracowy skończony, dla mnie na plusie, czyste biurko i czysta poczta. Ksotka. Ksotka mnie dzisiaj urzekła i wywołała mi banana na mordzie. Bo ksotka fajna jest. Skojarzyła mi się z psotką i na moment wszystko pojaśniało. I zgasło równie szybko. I potem było spod kuł. Hmmm.... Spod kół to tylko błoto pryska, ale żeby spod kuł to się nie spodziewałam. Nie tam :) Ale były :P
Działo się będzie od poniedziałku, ale na to też mam wyjebane.
I tak liczę, że za rok będę miała czyste konto i...
Mogę spokojnie wpaść do Warty, ewentualnie wleźć pod tramwaj czy inny autobus.
Nikt już na tym nie ucierpi, a mi będzie lżej. Bo zawsze płaciłam rachunki, swoje i cudze :P
Gdzieś zniknęły chwile zapierające dech.
I czuję tylko ciężar fartucha z ołowiu.
Taki fartuch założono eksperymentalnie nastolatkom w UK, by poczuły ciężar starości.
Czuję go bez fartucha.
I moja grasica za Chiny Ludowe i demokratyczne ze mną nie współpracuje i zamiast się do mnie uśmiechać, też ma na mnie wyjebane po całości.
Ano.
Zdrowy tryb życia nie dla mnie, bo nikt wiecznie nie żyje.
Aby jeszcze ten rok do plusa.
Nie dajmy nabrać się na życia podły kant, że można więcej mieć, mieć więcej niż ten Grand...
czwartek, 7 kwietnia 2016
Odchodząc
z Auschwitz dostałam zegarek. Najpierw nie chciałam go nosić, bo przypominał mi o obozie, ale potem stwierdziłam, że jest do odmierzania nowych, dobrych godzin w moim życiu. Służy mi wiernie od 6 lat...
A dziś nieszczęśliwym trafem zahaczyłam poncho o kurzołapy na półce i... poleciało wszystko, z zegarka odpadła szybka :(
A kawa z 4-procentowym mlekiem prosto od krowy wygląda tak
Kawa irish whisky...
No ale zegarek...
Szłam do pracy zrozpaczona i nawet sielskie widoki mnie nie były w stanie pocieszyć...
U nas już fiołki kwitną :)
Cała aleja kwitnących drzew, a jak pachnie, zwariować można...
W pracy pracy nie było za dużo, więc zwinęłam się i poleciałam do zegarmistrza. Pan powiedział, że nic się nie stało, że to się da naprawić. I tu zagwozdka. Prosiłam o sprawdzenie baterii, sprawdził. O wyczyszczenie zegarka - drobiazg. Wszystko chciał zrobić na poczekaniu i... za frico.
Ja rozumiem, że ma dobre serce. Ale ja za frico nie mogę, to jego czas i jego zdrowie. Znam go odkąd się tu wprowadziłam, starzeje się tak jak ja, tyle że... Widać, że groszem nie śmierdzi, zębów mu niewiele zostało.
Pewno dlatego, że wszystko za frico robi...
Powiedziałam, że odbiorę zegarek w sobotę, bo zakupy miałam i nie chciało mi się czekać, żadnej ławeczki w okolicy.
Stanęło na sobocie, a ja mam zagwozdkę. Dać 20 zł? Dla mnie to nie jest tak dużo...
Nie wiem, prześpię się ze ślimakami.
Do fryzjera wdepłam i ścięłam te nieliczne kłaki, co mi zostały na głupim łbie.
U fryzjera - nieszczęścia chodzą parami - upuściłam ajfonika. Myślałam, że na zawał zejdę. Rano zegarek, po południu ajfonik. Tak się kończy życie w trzeźwości! Na całe szczęście ajfonikowi nic się nie stało :D
A wieczorkiem podreptałam do Lidla (coraz drożej tam, niewiele kupiłam, a zostawiłam 40 zł, i nie, nie skusiłam się nawet na promocyjne piwo, zero alkoholu), a po wyjściu oszalało, zwariowało moje serce...
Nie widać za bardzo na zdjęciu, tam jest dom, o którym od dawna marzę. Wiem, że to staroć i rudera chyba już, ale... Wygląda jak mój rodzinny dom, którego już nie ma. Jak wygram w totolotka...
Tu niedawno było rżysko, teraz mamy San Francisco. Jak się tu wprowadzałam, szczere pole było i tu się kończyła moja wioska. A teraz? Sznyt, cud, mjót i orzeszki laskowe...
I nawet Rodzina500+ ma już swoją tabliczkę. Tyle, że ja się na to nie łapię, a pod nosem miałabym.
Zresztą nigdy nie łapałam się na zasiłek na dzieci, oprócz czasów za komuny. Zawsze o te 2-3 złote miałam za wysoki dochód :D
No cóż, życie...
Zła jestem jak osa, ale będę miała wyjebane.
Synowa plumkała, że chce wpaść w sobotę.
A teraz cisza w eterze. Nie wiem, czy wlecą na kawę, czy na obiad, ile sztuk i w ogóle.
I mam na to wyjebane. to tylko ja jestem taką idiotką, że zawsze dostosowuję się do ludzi, do których jadę, biorę pod uwagę ich plany i ich wymagania.
A do mnie jedzie się jak do knajpy i do hotelu - jak komu pasuje i się zasmrodzi.
Ale z tym koniec.
Na coraz więcej rzeczy mam wyjebane i dobrze.
Niech moc będzie ze mną.
Jak ktoś będzie głodny albo niezaopiekowany, life :)
Też mam swoje plany i nie widzę powodów, żeby je zmieniać.
Nigdzie już nie jeżdżę, więc nie ma problemu ze mną.
A wolność Tomku w moim domku.
Tym bardziej, że w sobotę (i dzięki niebiosom, że w sobotę!!) będą znów grzebać przy licznikach i wodomierzach...
Idę po tytkę, żeby pooddychać spokojnie.
A dziś nieszczęśliwym trafem zahaczyłam poncho o kurzołapy na półce i... poleciało wszystko, z zegarka odpadła szybka :(
A kawa z 4-procentowym mlekiem prosto od krowy wygląda tak
Kawa irish whisky...
No ale zegarek...
Szłam do pracy zrozpaczona i nawet sielskie widoki mnie nie były w stanie pocieszyć...
U nas już fiołki kwitną :)
Cała aleja kwitnących drzew, a jak pachnie, zwariować można...
W pracy pracy nie było za dużo, więc zwinęłam się i poleciałam do zegarmistrza. Pan powiedział, że nic się nie stało, że to się da naprawić. I tu zagwozdka. Prosiłam o sprawdzenie baterii, sprawdził. O wyczyszczenie zegarka - drobiazg. Wszystko chciał zrobić na poczekaniu i... za frico.
Ja rozumiem, że ma dobre serce. Ale ja za frico nie mogę, to jego czas i jego zdrowie. Znam go odkąd się tu wprowadziłam, starzeje się tak jak ja, tyle że... Widać, że groszem nie śmierdzi, zębów mu niewiele zostało.
Pewno dlatego, że wszystko za frico robi...
Powiedziałam, że odbiorę zegarek w sobotę, bo zakupy miałam i nie chciało mi się czekać, żadnej ławeczki w okolicy.
Stanęło na sobocie, a ja mam zagwozdkę. Dać 20 zł? Dla mnie to nie jest tak dużo...
Nie wiem, prześpię się ze ślimakami.
Do fryzjera wdepłam i ścięłam te nieliczne kłaki, co mi zostały na głupim łbie.
U fryzjera - nieszczęścia chodzą parami - upuściłam ajfonika. Myślałam, że na zawał zejdę. Rano zegarek, po południu ajfonik. Tak się kończy życie w trzeźwości! Na całe szczęście ajfonikowi nic się nie stało :D
A wieczorkiem podreptałam do Lidla (coraz drożej tam, niewiele kupiłam, a zostawiłam 40 zł, i nie, nie skusiłam się nawet na promocyjne piwo, zero alkoholu), a po wyjściu oszalało, zwariowało moje serce...
Nie widać za bardzo na zdjęciu, tam jest dom, o którym od dawna marzę. Wiem, że to staroć i rudera chyba już, ale... Wygląda jak mój rodzinny dom, którego już nie ma. Jak wygram w totolotka...
Tu niedawno było rżysko, teraz mamy San Francisco. Jak się tu wprowadzałam, szczere pole było i tu się kończyła moja wioska. A teraz? Sznyt, cud, mjót i orzeszki laskowe...
I nawet Rodzina500+ ma już swoją tabliczkę. Tyle, że ja się na to nie łapię, a pod nosem miałabym.
Zresztą nigdy nie łapałam się na zasiłek na dzieci, oprócz czasów za komuny. Zawsze o te 2-3 złote miałam za wysoki dochód :D
No cóż, życie...
Zła jestem jak osa, ale będę miała wyjebane.
Synowa plumkała, że chce wpaść w sobotę.
A teraz cisza w eterze. Nie wiem, czy wlecą na kawę, czy na obiad, ile sztuk i w ogóle.
I mam na to wyjebane. to tylko ja jestem taką idiotką, że zawsze dostosowuję się do ludzi, do których jadę, biorę pod uwagę ich plany i ich wymagania.
A do mnie jedzie się jak do knajpy i do hotelu - jak komu pasuje i się zasmrodzi.
Ale z tym koniec.
Na coraz więcej rzeczy mam wyjebane i dobrze.
Niech moc będzie ze mną.
Jak ktoś będzie głodny albo niezaopiekowany, life :)
Też mam swoje plany i nie widzę powodów, żeby je zmieniać.
Nigdzie już nie jeżdżę, więc nie ma problemu ze mną.
A wolność Tomku w moim domku.
Tym bardziej, że w sobotę (i dzięki niebiosom, że w sobotę!!) będą znów grzebać przy licznikach i wodomierzach...
Idę po tytkę, żeby pooddychać spokojnie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





























