środa, 29 czerwca 2016

Szybko

biegną dni przed siebie, ani się nie oglądnęłam, a już środa!
W sobotę umówiłam się z dziewczynami z Auschwitz na randkę w mieście.
Z jedną z nich nie widziałam się prawie 6 lat.
Nic się nie zmieniła, a ma już 38 lat, bardzo skryta i z bardzo zawiłym życiem. Przymierza się do odlotu z Auschwitz, do czego ją od zawsze namawiałam, no ale każdy ma swoje tempo dojrzewania. Trzymam kciuki, żeby jej wyszło.
Kochane są, pamiętały o książce, o którą prosiłam (a myślałam, że zapomniały i kupiłam, choć obiecywałam sobie, że nie wydam na tę firmę ani grosza), zatem mam dwa egzemplarze. Jeden sprzedam, albo dam w prezencie komuś, jak będzie mu pasowała książka.
I jeszcze dwie inne dostałam, w tym Motyla, film nakręcony na podstawie tej książki już widziałam i płakałam jak  bóbr.
Że też takie wydawnictwo musi je wydawać, a ja nie mogę ich kupować, bo mi serce na to nie pozwala...
No nic.
Przy okazji fajnie się bawiłyśmy, bo to i Jarmark Świętojański był, i mecz ze Szwajcarią, końcówkę widziałyśmy w Brovarii na piwku. Ale cnotliwie, wróciłam do domu trzeźwa.
Tylko że...
One umieją rozmawiać tylko o Auschwitz, wszystko się wokół tego kręci, jakby nic innego w życiu się nie dało.
Ano...

 Wszyscy jesteśmy kibicami, co nie?? :)


 True story :D

 Tu jadłyśmy, więc trzeci raz w krótkim odstępie tu byłam, pora znaleźć nową knajpę :)
 I wróbelki też się pożywiają :D

 Poszły konie po zagonie. Ładnie to wygląda, podoba mi się :D

 Gorąco :)


 Lalkowy horror...









 No proszę, jaki fajny kibic :)

Moja pamiątka z Jarmarku :)

I...
... mój wierny towarzysz wieczorów...
My Shadow...

W niedzielę rano zapukał Kierownik Budowy i wyciągnęli mnie na pizzę do Bar a Boo.
Pizza dobra, choć ja nie jestem fanką, towarzystwo znakomite, Kradziejka dziecko idealne.
Skonsumowaliśmy, rozmowa była ciekawa, choć obgadywaliśmy co poniektórych znajomych, ale oj tam, oj tam.
Mieliśmy się przenieść do Ptasiego Radia na piwo fiołkowe i deser dla Mamy, bo jako karmiąca mogła się tylko oblizywać. I nieszczęsny Kierownik Budowy zleciał z ostatniego stopnia i skręcił sobie nogę tak, że ojapierdolę i wylądował na SOR...
I teraz kuruje kopytko, ale nadal jesteśmy umówieni na piwo fiołkowe...
A do dziś mi dni spokojnie płyną, leniwie, trochę czytam, trochę warzywka ogarniam, zdrowo się odżywiam, w ciasnych butach nie chodzę, serialik też niczego sobie.
I tak leci, jak krew z nosa.
Dobrze, że jeszcze trochę wolnego mam, może się zmobilizuję?
Bo nawet mi się z domu wyjść nie chce, z łóżka wstać, bo tak nieciekawie na tym świecie, Brexit, zamachy, kłótnie polsko-polskie...
Jak to się wszystko dalej potoczy?
Dziś imieniny Pawła.
I te myśli.
I zmarła Janina Paradowska, co znów uświadomiło mi, że czas leci nieubłaganie...

I tak, Kochany Pamiętniczku, jest cudnie...

piątek, 24 czerwca 2016

Brexit

zrobił mi dzisiejszy dzień.
Rano Messenger od Inżyniera, że wyszli.
No to nadęłam się jak ropucha, ale mnie zgasił.
I Messenger od Żony Inżyniera, że może mi dać płytkę z wesela.
Się umówiłam.
Manhattan i takie tam i nagle... Messenger od Inżyniera.
Że Pierworodny wynosi się do Irlandii.
Jako że słońce napierdalało od rana, zamiast do Inżyniera, napisałam do Jego Żony.
Dosłownie.
Pojebało?
I musiałam odkręcać.
Na szczęście Dziewczyna ma poczucie humoru i jednak nie wzięła sobie tego do serca.
Spotkałyśmy się, krótko, ale treściwie.
I zamiast chaupkę ogarniać oglądałam film z wesela.
Ale chaupkę i tak ogarnęłam.
A PP (Pojebany Pierworodny) odszczeknął, że to plan B. Na co ja, bez odpowiedzi, że plan A, znaczy się obywatelstwo, tańszy. I trwoga mi w duszy zalęgła się, bo oczami wyobraźni zobaczyłam Ich Czworo w moim (tak, już moim), mieszkanku.
Nie ma takiej opcji.
Never.
Wojna to wojna, ale wojny nie ma.
Brexit to jeszcze nie wojna, tym bardziej, że Brexitu nie ma, to tylko referendum...
Ale jak mam z nim pogadać, jak nie mam jak?
Rozmowa z wariującymi dziećmi i trzeszczącym w tle TV nie jest rozmową...
Ano...
Pojebało go do reszty i nie da się ukryć, więc gdybym nie pamiętała tej polany, na której majstrowaliśmy go 13 września, zalanej słońcem i pachnącej już jesienią, skłonna bym była uwierzyć w teorię Barana, że ktoś inny go majstrował.
Tak się nieszczęśliwie składa, że majstrował ich obu jeden facet...

Chaupkę ogarnęłam, ogóraski zakisiłam, wesele zaliczyłam, nakręcone super, będę szukała płyty z wesela Pierworodnego. Wstyd, ale nie oglądnęłam jej nigdy.
"Nie mam z Tobą ładnych wspomnień..."

Inżynier zameldował się z piwkiem, zatem i ja z piwkiem (miło mieć z kim wypić), Brexit obgadaliśmy.
Dwie godziny kłapania ozorem.
Przy okazji dowiedziałam się, że nie chytrząc ze zbijaniem ceny kupił nowego forda z takimi wypasionymi opcjami, że ojapierdolę.
Bo sprzedający wycenił auto uczciwie, ale bajerów na stronie nie opisał.
A Inżynier, jako i ja, nie targuje się, bo nie umie.
Ma to po mamusi.
I tak gawędząc doszliśmy zgodnie do wniosku, że jednak Pierworodny po matce ma rozumek, ale nie tak do końca. Jest inteligentny, jak mamusia, ale postawę życiową ma tatusia.
I tu jest pies pogrzebany...
A Inżynier ma wszystko po mnie, choć urodę nie tak do końca, nie licząc tuszy :P

Małżeństwo go nie zmieniło, w sensie, że wciąż nadajemy na tych samych falach.

Więc, Kochany Pamiętniczku, nie jest źle.

Są w życiu sprawy, na które nie mamy wpływu:


Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.




Ano.
Pozostaje mi się pogodzić z decyzjami moich dzieci i żyć z tym.


Nie ma innej opcji.


A opcje do wyboru nie zawsze są takie złe :)


Chociaż niektóre rzeczy bolą jak cholera...
Jak dwie cholery...
Jak cały las...
Nie wiedziałam, że się serca tak ostudzą... Uwierzyłam, że umiera się parami. Nie wiedziałam, że się ludzie różnie budzą, jak okręty, nie te same, lecz w tej samej wciąż przystani...
Nevermind :P 

W łazience znów śmierdzi ćmikami, muszę te 2 dni przeżyć, albo i więcej, bo dopiero w poniedziałek będę mogła zgłosić w administracji, że znów cuchnie...

Juterko też chyba będzie się działo, aczkolwiek dziś nie odezwał się Kierownik Budowy, który miał baterię wymieniać.
Co ma wisieć, nie utonie...


PS W cieniu dziś było 35 stopni. Twarda ze mnie sztuka, przeżyłam :P

czwartek, 23 czerwca 2016

Me and my Shadow

idziemy sobie raźnie pod rączkę i dobrze nam, a co?
Zamknięcie lipcowego numeru przeszło w miarę bezboleśnie, aż zaczynam się bać. Boss wrócił dopiero dziś i o dziwo, na korytarzu w przelocie bąknął: wysłałem pani maila. Tak, kurwa, sikając odbieram maile. Ale przywołałam zniewalający uśmiech na ust korale i rzekłam: oczywiście, już lecę... Była za dwadzieścia dziewiąta, więc do rozpoczęcia pracy miałam jeszcze dwadzieścia minut, jak w pysk strzelił.
Włażę na emilka, a tam: Boss, i pełno Wicebossa, że ze strony tekst mu skorekcić, grubo, na czerwono, na wydruku (WTF, nie jestem od neta, więc coś mi śmierdziało), Wiceboss razy dwa, że STOP korekta, że nie korekcić Bossowego tekstu, bo będzie wlany i wlany korekcimy i inne takie tam.
Westchnęłam głęboko, pokolędowałam, rozdzieliłam zapaśników, znaczy się, będąc między młotem a kowadłem powiedziałam Wice, że Boss ważniejszy, że Worda skorekcę, a potem w ramach powtórki z rozrywki skorekcę wlany, nieważne z wordowskiej korekty czy nie, że w sumie znów nauczę się tekstów na pamięć, że jemu skorekcę na czerwono i w Wordzie (tę stronkę) i na wydruczku...
Odsikana sparzyłam miętę i siadłam do pracy i tadam...
Dziewiąta piętnaście było po obiedzie.
I potem sobie w Angry Birds pograłam.
I inne takie tam.
Zanim o 12 znów się zaczęło tango z różą w zębach.
O 14.25 opierdoliłam wszystkich robiąc spis treści, bo jak można przekręcać nazwę wiodącej w dziedzinie zainteresowań gazetki instytucji - błąd nie dla mnie, bo ja niemerytoryczna. Czytało osób dziesięć oprócz mnie.
I tylko ja, kurwa, widziałam.
I dalej nie wiem, na co była korekta ze strony: czy w dupę dostać ma dziennikarz, który to dzieło spłodził, niedbale do bólu, czy miałam pokorekcić po to, by pokazać że moja "następczyni" in spe, na razie zajmująca się Internetem jest naprawdę do czterech liter, czy też chodzi o wrobienie mnie w dodatkową robotę, na zasadzie, że mam jeszcze czas na granie (co nie jest tajemnicą). Nie ma sprawy, korekcić neta mogę, będę miała zajęcie, ale sorry Winnetou, business is business... Tego w umowie nie mam, więc nie widzę problemu. Po podwyżce, of course...
Kubeczek i resztę badziewia pomyłam, ręcznie, albowiem nikomu się nie chciało opróżnić zmywarki (mi też nie), badylki podlałam, numer z grafiku skreśliłam i podpisawszy dwa podania o urlop, w lipcu i w sierpniu, kurcgalopkiem z my Shadow poleciałam do chałupki.
W upale 30 w cieniu. A cienia po drodze nie ma za grosz, więc 80% trasy w jakichś 35 albo i więcej. Life.
Bo mi przebudowują kolejne skrzyżowanie i wracając MPK tkwię w rozgrzanym autobusie, często bez klimatyzacji około 45 minut w korku (sprawdzone) na trasie, którą na nogach pokonuję w 15 minut. A potem jeszcze 2 przesiadki i droga z pętli do domu. Nie licząc czekania na połączenie. Więc z dwojga złego wolałam się powlec na piechotę i w 50 parę minut być w domu. Inna bajka, że w charakterze upiora dziennego, ale trudno :P
Dzień Ojca dziś, a ja wspominam.
Napisałam do Pierworodnego, że mu życzę i doceniam.
Bo jest wspaniałym ojcem, mimo swojego szuszwolstwa. Bo obojgiem dzieci zajmuje się podręcznikowo, bez cienia zniechęcenia.
Bo pinkową torebkę nosił.
Bo swoje wiem.
A mój Ojciec?
Kochał mnie po swojemu, na ile mu alkohol pozwalał.
Byłam jego dumą, jak miał humor, a lał mnie i po mordzie, i jak popadnie, jak humoru nie miał.
Obwiniał mnie za wszystkie nieszczęścia tego świata, ale i gotów był wszystkie nieszczęścia tego świata spod nóg mi usunąć, jak trzeźwy był, a jak pił, to jeszcze bardziej...
Wiele rzeczy pozostanie dla mnie zagadką.
Był od Mamy młodszy o 7 lat. Mama zawsze mówiła, że nie chciała za niego wyjść.
Czasami myślę, że Ona mu imponowała, bo była kimś. A On jej serce skradł, bo był jak amant. Pół wsi się w nim kochało.
Dzieliło ich w sumie wszystko.
Podejrzewam, że połączyła ich ciąża. Nie, nie ja, bo urodziłam się podręcznikowo późno. Ale po latach dowiedziałam się, że Mama przede mną była w ciąży i poroniła. To byłoby to okienko.
Nie dowiem się już.
Z rozmów z Ciocią wiem swoje.
Że Mama była histeryczką, bo trzeba było iść i wypić.
Ano nie szła i nie piła.
A Ojciec i owszem, zdarzało mu się po wypłacie wrócić bez wypłaty.
Babcia broniła syna.
Mama była histeryczką.
To proste, nieprawdaż?
I wysyłanie mnie do knajpy po Ojca.
Trauma mojego dzieciństwa.

Ale i chwile, gdy szedł ze mną za rękę i opowiadał...
I później, gdy uczył mnie tańczyć. Nauczył. Tańczył bosko.
Tańcząc z nim, czułam się kochana.
Prawie tak, jakbym tańczyła z Fredem Astaire.
I inne takie tam historie...

W życiu nic nie jest proste i nic nie jest czarne i białe.
Jak mówił mi, że mam odejść, że Ex nie jest mnie wart.
Nie słuchałam.
Zerwałam z nim kontakt.
Wyszedł ode mnie z domu w tym kożuchu, a ja krzyczałam, że nie pozwolę nic złego powiedzieć na Eksa, że jak mu się zięc nie podoba, ma tu nie przychodzić...
Parę dni później już nie żył.
Zmarł gdzieś na mieście na zawał.
Ponoć był z jakąś kobietą.
I co to zmienia?
Jego żona, druga żona, a moja macocha, żyje w dobrym zdrowiu do dziś.
Ma już ponad 90 lat.
Nie przyjechała na jego pogrzeb...

Mimo wszystko, kocham Cię, Tato...
Tak po swojemu, głupio.
Wybaczyłam Ci wiele spraw, mam nadzieję, że i Ty mi wybaczysz.
Bo nie zawsze byłam bez winy... 

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Pięć minut

to człowiek i z jeżem w betoniarce wytrzyma...

Ano...

Ale nie dłużej.

Zebrało mi się i się nie odbierze, co to, to nie.

Albo ja jestem pojebana do reszty, albo świat.

Żyję, nikomu nie wadząc, ale mam dość tego, co muszę.

Muszę być matką Polką.
Muszę zrozumieć, że życie idzie naprzód.
Muszę się dostosować.
Muszę zrezygnować.
Muszę zrobić.
Muszę stać na baczność.
Nie mogę.
Mogę.
Powinnam.

A chuj.

Dręczyło mnie i pojechałam do Umarlaków 10 czerwca, co mi nieco ciśnienie spuściło, ale potem mi zaraz podniosło i to niebotycznie. Primo, że znów jakiś kretyn był na grobach. Secundo, bo E. się zawsze wykręcała, a po fakcie miała pretensje, że ja nie mam teraz czasu, napisałam jej w piątek rano, że będę i może ze mną po południu wracać. Zaczęła, że włosy, że paznokcie, że śrutututu majtki z drutu. Huknęłam i... pojechała ze mną.
I nigdy więcej koleżanek u mnie.
Nie pasujemy do siebie, absolutnie.
Na 3 dni wzięła 3 pary butów i napierała się na pójście do miasta w szpilkach, z których co rusz zlatywała. Może powinnam jej pozwolić, bo wróciłybyśmy od razu do domu, a tak przewlekła mnie przez wszystkie galerie w wiosce. No, prawie wszystkie. Do tego kupiła sobie iPada i szła, fotografując nim wszystko i wszystkich, ojapierdolę. Wygląda to tak kretyńsko, że bardziej nie może.
Nie mam lampy w łazience, nie ma się gdzie wymalować, bo tam za ciemno. Powinnam mieć lampę w łazience.
Nie mam lusterka do robienia makijażu, a to niedopuszczalne.
Nie można mieć w nocy otwartych okien, bo zawieje.
Dlaczego gotuję tak, a nie inaczej (ale jej smakowało i pytała, jak to robię, niepanierowanie schabowego w mące było dla niej odkryciem na miarę odkrycia Ameryki przez Kolumba).
Dlaczego nie kroję imbiru, tylko przepuszczam przez praskę?
Dlaczego jej program w iPadzie nie działa i co mogła przestawić?
Dlaczego...

I słuchanie cały wieczór o ludziach, których nigdy w życiu nie widziałam i nie zobaczę, a którzy chorują na:... i tu cała litania...

Odetchnęłam z ulgą, gdy odjechała, obiecałam wpaść, świadoma, że kłamię, bo nie wpadnę i nie chcę powtórki z rozrywki.
Ściana cała w czerwone placki od jej walizki.
Nie da się zmyć.

Ona sama stwierdziła, że ja to się najlepiej z jej wnuczką dogaduję i jestem jej (znaczy się wnuczki) idolką. Dziewczyna kończy właśnie gimnazjum :) 

W poniedziałek musiałam do pracy, bez taryfy ulgowej, ale na szczęście jest tydzień bez Bossa, więc spokojnie zamknęłam warzywka i ekstrasa, rękawów nie wyrywając i włosów z głowy nie rwąc.
SMS, że w piątek jest zjazd klasowy z LO.
 Grzecznie odmówiłam, bo nie widziałam opcji urywania się, świeżo po urlopie, z zamykania, a poza tym - co ja tam będę robiła.
Może next time - odpisali.
I git majonez...
W piątek ów nie za bardzo chciało mi się wstać, ale pokonałam lenia...
Wylądowałam w pracy przed 9 i chwilę później nad wioską chmura się oberwała.
Ulice zamieniły się w rzeki i to rwące.
Aniele Stróżu, dziękuję :*
A potem piździło jak za carycy, ale wróciłam do domu i żadna gałąź nie spadła na ten głupi łysy łeb, choć parę spadło i narobiło rabanu w wiosce.

W sobotę wleciał Kierownik Budowy z  Haremem. Fajnie było, do momentu, gdy dowiedziałam się, że muszę:
- zdrowo się odżywiać  (podałam koktajl z jogurtu naturalnego i truskawek, smakował, a KB stwierdził, że jeszcze w tym roku truskawek nie jadł; jest koniec sezonu truskawkowego blisko; dałam bób, bób jadł raz w życiu w formie papki - ma tyle lat, co Inżynier; nie wiedział, że jest już młoda kapusta kwaszona, cały słoik surówki zabrał, ona kapusty nie lubi)... To ja, kurwa, pytam, o czym my rozmawiamy? Ona wyjść z podziwu nie mogła, że można jeść tygodniami bez mięsa i nie chodzić głodnym.
To ja, kurwa....
-  powinnam ćwiczyć, takie tam, joga nie joga, bo jakiś pan po 70 zaczął ćwiczyć i żyje. Bo Słonko ćwiczy i inni ćwiczą (byłam na tyle zajęta weselem, że nie znalazłam czasu na rozmowy o zdrowym trybie życia i dzięki niebiosom za to)... Niewiele mnie ominęło...
A ja, kurwa, jestem po sześćdziesiątce i nie mam ochoty na żadne ćwiczenia, a może nie mam ochoty żyć?
- i że mam po co żyć, bo z lekka oszczędzając mogę jeszcze cały świat zwiedzić, że mnie chętnie zabiorą tu i tam.
Doceniam, wdzięczna jestem, ale...
Nieważne, co ja będę tłumaczyła.
Oczywiście, pojadę, o ile dożyję i mnie w precelek nie zwinie, nie wyjebie w kosmos i inne takie tam... Lekarz kazał potakiwać...

A na razie, Kochany Pamiętniczku, kolejny poniedziałek minął bezboleśnie, jako że Bossa nie ma...
A mówią, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień.

No i poza tym, że parę osób milczy, że ja też milczę jak zaklęta, bo co się będę prosiła, wszak świnią nie jestem...
W sobotę idę w świat.
Z plecaczkiem.
Takie plany.

Co ma być, będzie, nieważne jak się będę odżywiała i jak bardzo będę na głowie stała...

Te pięć minut w betoniarce :) 

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Nie bój się chodzenia po morzu

Nieudanego życia

Wszystkiego najlepszego

Dokładnej sumy niedokładnych danych

Miłości nie dla ciebie

Czekania na nikogo

Przytul w ten czas nieludzki

Swe ucho do poduszki

Bo to co nas spotyka

Przychodzi
spoza nas

niedziela, 5 czerwca 2016

Jedni

kotki mają, innym zielono w głowie bez ustanku :) 

Po drodze z pracy...

Podczas zakupów...
A i pesteczkę sobie posadzą, Kochany Pamiętniczku, choć Baran straszy, że to może drzewo wyrosnąć, ale oj tam, oj tam, do Barana się je pośle i już :) Drugie w tej doniczce już kiełek puszcza, a niech rośnie na zdrowie :)
A po osiedlu tornado hulało i zrujnowało ulubioną okolicę Małej Wiedźmy :(

Mój ulubiony ogród w drodze do pracy, co rusz tam coś kwitnie na nowo...
Bratki wzięły i zdechły, takie życie...
... stokrotki takoż, a co przy tym mi nawiało płatków do mieszkania!
Ale już nowe idzie, posadzone, kwieci się, oko cieszy...
i oby jak najdłużej...

Noc... Deszcz ustał wiosenny... Mokrych bzów woń świeża
Dymi z sennych ogrodów... W pierś sercem bogatą
Fala nurtów tajemnych przypływem uderza.
Okwita wiosna krótka... mija... Idzie lato,
Noc czekania powagą i mgłami osnuta,
Gwiazdami lśnią wilgotne szafirów bezbrzeża
I cisza wokoło, niby w przeddzień święta;
I czuję - że najwyższa życia mego nuta
Jeszcze nie wzięta...


Ano...
Moja już dawno wzięta, ale wiersz przeuroczy i za mną chodzi.

Inżynierostwu los sprzyjał, że nie dostali sali na 28 maja, tak jak chcieli.
Dzięki temu i pogoda na ślubie była OK, i Paryż zalało dopiero jak wyjechali.

Ale Paryża żal. Choć jak Inżynier opowiadał, dużo się tam zmieniło, właśnie przez masę uchodźców...

Nie lubię zmian.

Tak wyszło.

Tydzień bez kawy, fiefiurek, Paryża i innych zabawek. Nie lubię :( 

czwartek, 2 czerwca 2016

Zmorka

obiecała przyjechać, jak oliwnik (Elaeagnus angustifolia L. - ukłon w stronę Szanowanego Ogrodnika Nadwornego, zwanego Baranem poniekąd) zakwitnie. Piszę do niej, że właśnie kwitnie, a ja w domu kwitnę, ale losy nam nie sprzyjają i niestety, Zmorka nie przyjedzie.
I znów nie upije się ze mną, a w tym dusznym, goracym powietrzu oliwnik oszalał, a i mi do szaleństwa niewiele brakuje...


Oliwnik (dwa oliwniki) to to w tle, bladozielone, a pachnie jak grzech, jak miłość, jak... marzenie...
A klomb zrobił fryzjer. Albo mu szef każe, albo sam facet ma kota na kwiatki... 
Lubię takie typy. I jeździ polskim fiatem 125 p.
Ma tylko jedną wadę.
Jest w wieku moich synów, więc nie mam żadnych szans...
Szkoda :P 
Byśmy razem badylki sadzili i byłby git majonez :D 

 Przy oliwnikach jest ławeczka, ale często tam żule siedzą, więc mnie nie kusi. Zresztą siedząc na moim balkonie też upajam się zapachem.
Tak niewiele czasem do szczęścia człowiekowi potrzeba.
Co chwila przechodzą jakieś burze i ulewy, czytam, że tu zalało, a tu zatornadziło... Na dokładkę wyjazd na K.mam zablokowany, busy mają opóźnienie i nie zmieszczę się w półtoragodzinnym okienku, więc Umarlaki złe na mnie co noc mi się śnią i opierdalają.
A w szkatule dno i nie dam rady wynająć hotelu :(
Nie popędzajcie, proszę. I tak o Was myślę.
Wiem, że Ciocia nie lubi brudnej płyty :(
Jako i okien brudnych nie lubiła, zatem dziś na jej cześć umyłam okna i ogarnęłam tę kuwetę, żeby tłukąc się po nocy czysto miała.
Jutro w ramach urlopu lecę robić ekstrasa, taki lajf :P
Więc (wiem, wiem, profesorze, nie zaczyna się zdania od więc, ale kto korektorce w Kochanym Pamiętniczku zabroni?) w sumie, niejako z radością polecę.
I ogarnęłam wszystko na tę cześć, bo w weekend chciałabym się gdzieś urwać, tylko rano zakupy na Manhattanie i  w świat, bez plecaczka.
Zobaczymy, co z tych planów wyjdzie.

Co noc mam koszmary, z każdą nocą koszmarniejsze.

Chyba zacznę pić.
Ale budzić się jak Don Draper to też niefajnie, tym bardziej że nie mam jego urody :) 

Imbirella się skusiła, ja nie...


W kąciku są czereśnie, więc widać, jakie to olbrzymy.
Bałabym się coś takiego jeść :D 
I tak leci dzień za dniem.
W tym samym corocznym cyklu.
Tylko dlaczego coraz bardziej wszystko boli?
Każda godzina, każda myśl, każde wspomnienie?