Niebiosa ją zapowiadały, anielskie skrzydła malując chmurami...
Darów nawiozła tyle, że myślałam, że spadnę do sąsiada i zawstydziła mnie okrutnie, bo moje skromne były, ale mniejsza z większym :)
Dostałam nawet podgrzewacze, bo wyszła z założenia, że ja nic w domu nie mam, placek przytachała i inne rzeczy...
a i na balkon dołączyły piękne doniczki ozdobne, potem się cały czas kłóciła, że mi jeszcze kwiaty kupi, ale udało mi się to jej wyperswadować i wrzosy kupiłam dziś sama :) I jeszcze jajka mi przywiozła od zielononóżek, takie z dziwnie zielonkawą skorupką, ale smaczne bardzo :)
Zabrałam niebogę do domu, obiadek jaki-taki dałam, popędziłam bacikiem i poszłyśmy na miasto. Rwała się do swojej koleżanki na skwerze na Zielonej i tam zaczęłyśmy wędrówkę po mieście. A upał straszliwy był tego dnia...
Butki zdjęła i z koleżanką czule gawędziła...
... tylko pana z teczką ominęła, bo za mokro tam było i nie chciała robić za Miss Mokrego Podkoszulka, choć warunki ma ku temu...
... ale już pieskowi nie darowała, kucnęła koło niego i wymiziała solidnie.
Wierzyć musicie na słowo, bo mam zakaz publikowania, a ja się Jej boję. Jedno zdjęcie przemyciłam i napawajcie się zawczasu, bo nie wiem, czy nie będę musiała go wywalić...
Potem pobieżyłyśmy nad Wartędo nowego, reklamowanego parku, ale nędza z bidą tam była...
Tylko na dzieci chodzące na szczudłach się pogapiłyśmy chwilkę...
... i polazłyśmy do
... a jakże, Brovarii, gdzie w chłodnym, klimatyzowanym pomieszczeniu kulturalnie wypiłyśmy po trzy piwka :)
Z Brovarii, jako że dzień jeszcze nie miał się ku końcowi, poszłyśmy do Starego Browaru. Po drodze Zmorka podrywała Starego Marycha na rowerze, opowiadając mu o swoich wyprawach rowerowych w K.
W Starym Browarze zaś na podwórku próbowała uwolnić z kadzi krasnoludka, ale niestety, nie udało jej się to.
W parku zaś szybciorem wysuszyła swoje pranie :)
Skorzystała z rozwieszonych tam w ramach jakiegoś eventu sznurków z klamerkami, ona naprawdę każdą sytuację wykorzystuje ;)
Potem ruszyłyśmy w stronę zachodzącego słońca i przy łomży miodowej pogawędziłyśmy, aż nas sen zmorzył...
Next day rozpoczęłyśmy od pożywnego śniadanka, Zmorce smakowały bardzo kolorowe pomidory od mojego pana, ale pogardziła resztą.
No i potem zaczęła mnie męczyć o ławeczki...
Pojechałyśmy zatem na plac Mickiewicza, ale niestety, Heliodor Święcicki nie okazał się tym, za kim tęskniła.
Po daremnym poszukiwaniu ławeczki z lokatorem w parku koło zamku, przywitała się z abakanami
(widać kawałek Zmorki)
i poszłyśmy na Roosevelta 5, do kultowej kamienicy Borejków :)
I znów widać kawałek Zmorki, ale miotły, uszykowane specjalnie dla nas, żebyśmy w tym upale polatać mogły, nie chciały odpalić, więc ruszyłyśmy dalej per pedes, kontemplując okoliczności przyrody.
Jeżyce, jak wiadomo, kraina dzika i niebezpieczna, nawet psy tam są rozrywane na strzępy...
... ale nam udało się przeżyć i co nieco popodziwiać :D
Piękne, secesyjne kamieniczki...
... ludzką życzliwość...
... balkony...
... poezję na murach...
... i doszłyśmy na Kościelną, gdzie rozpytawszy tubylców ruszyłyśmy w poszukiwaniu kultowej lodziarni. Przywitał nas koziołek, a potem okazało się, że jest tyle lodziarni, że ojapierdolę i że nie wiadomo, która z nich jest ta kultowa, bo wszystkie miały lody tradycyjne, naturalne i bądź tu, człowieku, mądry...
Zjadłyśmy zatem lody w Manufakturze, te smakowały mi najbardziej, a potem jeszcze po kulce w Wytwórni Lodów, siadając już na skwerku i znów kontemplując :)
Zagroda Bamberska, już wiem, gdzie jest. Kiedyś się tam wybiorę :)
Koziołek został również zmolestowany przez Zmorkę, no ale innej opcji nie było, co nie, Kochany Pamiętniczku.
Po tym lodzie Zmorka zamarzła i poszłyśmy słoneczną stroną ulicy z powrotem na Roosevelta, bo na fejsie Waterloo napisała, że na zapleczu "5" jest fajna kawiarnia, a myśmy jej nie widziały. Jako że z nas niedowiarki, polazłyśmy tam z powrotem.
Na koszu ze śmieciami też znalazłam poezję, bo moja wioska bardzo poetyczna jest ;)
i redakcja Pulsu Poznania też piękne wejście ma...Polazłyśmy na podwórko i ni widu, ni dudu kawiarenki. Akurat z samochodu wysiadał jakiś gość, więc sądząc, że to jakiś lokator parkuje, zapytałam o nią, a on, że słabo mówi po polsku... :)
Balkon Zmorka odkryła...
... i drugi..
.. a ja przyuważyłam kafejkę, ale...
... zamknięta była.
Więc mówię, chodźmy na obiad, do knajpy meksykańskiej.
I poszłyśmy, teraz już cienistą stroną ulicy, bo Zmorka odtajała, a żar dalej lał się z nieba.
Po drodze
Zmorce spodobał się sumak.
A ja znalazłam miejsce, gdzie Sikora wyznaje swoją miłość, no bo kto, jak nie ona?
I nowy pomnik...
... i niestety, zamkniętą knajpkę Behemota...
... i takie cuda niewidy. Okazało się, że knajpę otworzą za 40 minut, a Zmorka chciała li i jedynie tam. Poszłyśmy więc na Stary Rynek i klapnęłyśmy w cieniu :)
Wracając pod knajpkę zauważyłyśmy wynoszenie zwłok z sąsiedniej bramy i tak się zastanawiałam, czy ktoś się w którejś z okolicznych knajpek nie zatruł? Na śmierć...
Niestety, drzwi knajpy były głucho zamknięte i poszłyśmy szukać szczęścia gdzie indziej, bo czas naglił, Zmorka chciała koniecznie wracać tego dnia.
Wylądowałyśmy w Ludwiku do Rondla, gdzie za niewielkie pieniądze dostałyśmy zupkę, drugie i kieliszek wina.
To plus zupka plus wino za 22 zł, to chyba nie warto czasem kisić się w kuchni.
Sprintem dojechałyśmy do domu, bo miałyśmy 20 minut na złapanie autobusu na dworzec.
No i nie dała się przekonać ani skusić, pojechała...
Pewno jej się u mnie zbytnio nie podobało, skoro się tak szybko wyniosła :(
Bo moja wioska mało kolorowa jest...
A ja zgodnie z obietnicą, wlazłam w domu na Skype i chciałam z Pierworodnym pogawędzić, ale nie miałam głosu :(
Nie pomogły restarty i inne takie tam, więc musiałam się wynieść z kompika. Rozmowa była standardowa, bo w tle TV, MW daje koncert, a Papryczek na cycku znów albo ryczy... No nic... Zaczął mnie namawiać na wzięcie jego kompa, no ale Inżynier zabronił i kazał kupić nowy. Pogawędziliśmy zatem, pochwalił się nową pracą, tradycyjnie buzi buzi i po ptokach.
Dziś rano Inżynier udupił mnie przy kompie i zdalnie zmusił do odkrycia jego parametrów, po czym po dłuższej chwili milczenia orzekł, że bierzemy kompa Pierworodnego, bo jest kompatybilny. No ojapierdolę, kręci jak najęty. Mi to rybka, czy nowy, czy składak, ma chodzić nienagannie. Zatem jeden wysyła, a drugi składa, jako że Inżynier pod koniec września wlatuje. Trzymajcie kciuki, żeby ta operacja się udała, bo tym pięknym sposobem około 3 tys. będę miała w kieszeni :) A głos udało mi się potem na spokojnie odzyskać, ale com się narestartowała, to moje.
Dziś już po upale, ale to dobrze, bo upałów nie lubię.
I tak, Kochany Pamiętniczku, opisałam wszystko ku pamięci z tych dwóch fajnych dla mnie dni :)
Bajka była rzeczywiście długa, choć i tak za krótka, co nie?





































