Wigilia spokojna, aczkolwiek po wypełnieniu starego śląskiego obyczaju poleźliśmy jeszcze do Lidla, a wiał mocny wiatr :)
Ale wszystko skończyło się dobrze, a fotki będą hurtem, jak zgram, bo nerwów na to nie mam.
Pokolędowaliśmy, powitaliśmy Maleńkiego, potańczyliśmy, ze stroboskopem, a jakże, i tak, jak marzyłam, zatańczyłam Znajdę Cię... Prezenty dostałam wypasione, nie ma co z nimi dyskutować, bo to uparte chłopaki są.
W pierwsze święto wleciał Inżynier z kompanią na obiad i porwał mnie...
Najmilszy był SMS od Barana: Dorota go home :)
No ale rodzina też ma swoje prawa.
Alienek słodki jest i wbrew temu, co insynuują jego rodziciele nie jest małym terrorystą i rozbójnikiem, ale wprost przeciwnie, jest wielkim terrorystą, ale odkryłam Skarpetkowego Potwora i dogadujemy się jak czekista z czekistą. Najfajniejsza część dnia to kąpiel. Jako jedyny z moich wnuków uwielbia się kąpać, a Inżynier odstawia przy tym cały cyrk, z kapitanem Pluskwą, pacynkami, boki zrywać i można na to godzinami patrzeć.
W drugie święto pojechaliśmy do Pierworodnych, ale jako że warunki lokalowe mają jakie mają, wizyta była krótka, ale treściwa.
W sumie, pomijając moje zastrzeżenia, jako wrednej teściowej, o których rozpisywać się nie będę, bo pisałabym księgę grubszą od Pana Tadeusza i po co, skoro pewnych faktów zmienić nie mogę, było bardzo miło, rodzinnie i dobrze. U Inżyniera też ciasno, czułam się jak w sklepie z zabawkami, ale i tak zostałam na jego prośbę dzień dłużej i to był dobry dzień.
Co nie zmienia faktu, że tęskniłam za R.
Alienka nie było widać spod kociej sierści i nie dziwię się, że dziecko może być rozdrażnione, gdy
ma w buzi koci włos. Bo ja miałam, tylko potrafię sobie z tym poradzić, a dziecko nie. Trudno. Nie czułam się komfortowo w zasierścionym i zażwirkowanym mieszkaniu. Potrafię zrozumieć brak idealnego porządku przy dziecku, reszty nie.
Ale miałam nie podnosić sobie ciśnienia, więc cicho sza.
To jest mój życiowy dorobek. Bogata jestem, nie ukrywam. Ale i biedna jednocześnie ;)
Alienek dostał pierwsze w życiu pomarańczko, ponoć słodkie, nie próbowałam, i nie został jego fanem, jak widać :)
Za to wierzchem na ojcu to inna bajka :)
Inżynier w środę pracował w domu, a ja z Edkiem co rusz gapiliśmy się w okno: on nie mógł nadążyć z obracaniem łebka za płatkami śniegu, a waliło nieźle.
Na szczęście było na plusie i po południu Inżynier odwiózł mnie bez przeszkód, nie licząc małego korka do R., gdzie czekali na mnie stęsknieni, z reklamacją, że zupa była za słona, tzn. że bigos był za ostry :P Trudno :)
Ale i tak czekali z łapówką :)
Przeziębiona, gdyż chyba na czwartą nogę nie piliśmy i to się zemściło, ale szczęśliwa z odzyskanej wolności, spokoju, że nie muszę skradać się do łazienki, bojąc się kichnąć, bo obudzę dziecko albo po ciemku nadepnę na kota, który wiernie za mną dreptał, pobyczyłam się w łóżeczku, spełniłam, com zrobić miała i teraz uzupełniam zaległości w pamiętniczku.
Inżynier emilka napisał do kancelarii i błyskawicznie dostał odpowiedź. Fuck you.
A to ja płacę rachunki...






