czwartek, 28 grudnia 2017

Dni

pędzą jak szalone, Kochany Pamiętniczku.
Wigilia spokojna, aczkolwiek po wypełnieniu starego śląskiego obyczaju poleźliśmy jeszcze do Lidla, a wiał mocny wiatr :)
Ale wszystko skończyło się dobrze, a fotki będą hurtem, jak zgram,  bo nerwów na to nie mam.
Pokolędowaliśmy, powitaliśmy Maleńkiego, potańczyliśmy, ze stroboskopem, a jakże, i tak, jak marzyłam, zatańczyłam Znajdę Cię... Prezenty dostałam wypasione, nie ma co z nimi dyskutować, bo to uparte chłopaki są.
W pierwsze święto wleciał Inżynier z kompanią na obiad i porwał mnie...
Najmilszy był SMS od Barana: Dorota go home :)
No ale rodzina też ma swoje prawa.
Alienek słodki jest i wbrew temu, co insynuują jego rodziciele nie jest małym terrorystą i rozbójnikiem, ale wprost przeciwnie, jest wielkim terrorystą, ale odkryłam Skarpetkowego Potwora i dogadujemy się jak czekista z czekistą. Najfajniejsza część dnia to kąpiel. Jako jedyny z moich wnuków uwielbia się kąpać, a Inżynier odstawia przy tym cały cyrk, z kapitanem Pluskwą, pacynkami, boki zrywać i można na to godzinami patrzeć.
W drugie święto pojechaliśmy do Pierworodnych, ale jako że warunki lokalowe mają jakie mają, wizyta była krótka, ale treściwa.
W sumie, pomijając moje zastrzeżenia, jako wrednej teściowej, o których rozpisywać się nie będę, bo pisałabym księgę grubszą od Pana Tadeusza i po co, skoro pewnych faktów zmienić nie mogę, było bardzo miło, rodzinnie i dobrze. U Inżyniera też ciasno, czułam się jak w sklepie z zabawkami, ale i tak zostałam na jego prośbę dzień dłużej i to był dobry dzień.


Co nie zmienia faktu, że tęskniłam za R.


Alienka nie było widać spod kociej sierści i nie dziwię się, że dziecko może być rozdrażnione, gdy
ma w buzi koci włos. Bo ja miałam, tylko potrafię sobie z tym poradzić, a dziecko nie. Trudno. Nie czułam się komfortowo w zasierścionym i zażwirkowanym mieszkaniu. Potrafię zrozumieć brak idealnego porządku przy dziecku, reszty nie.
Ale miałam nie podnosić sobie ciśnienia, więc cicho sza.


To jest mój życiowy dorobek. Bogata jestem, nie ukrywam. Ale i biedna jednocześnie ;)




Alienek dostał pierwsze w życiu pomarańczko, ponoć słodkie, nie próbowałam, i nie został jego fanem, jak widać :)



Za to wierzchem na ojcu to inna bajka :)
Inżynier w środę pracował w domu, a ja z Edkiem co rusz gapiliśmy się w okno: on nie mógł nadążyć z obracaniem łebka za płatkami śniegu, a waliło nieźle.


 Na szczęście było na plusie i po południu Inżynier odwiózł mnie bez przeszkód, nie licząc małego korka do R., gdzie czekali na mnie stęsknieni, z reklamacją, że zupa była za słona, tzn. że bigos był za ostry :P Trudno :)
Ale i tak czekali z łapówką :) 

Przeziębiona, gdyż chyba na czwartą nogę nie piliśmy i to się zemściło, ale szczęśliwa z odzyskanej wolności, spokoju, że nie muszę skradać się do łazienki, bojąc się kichnąć, bo obudzę dziecko albo po ciemku nadepnę na kota, który wiernie za mną dreptał, pobyczyłam się w łóżeczku, spełniłam, com zrobić miała i teraz uzupełniam zaległości w pamiętniczku.
Inżynier emilka napisał do kancelarii i błyskawicznie dostał odpowiedź. Fuck you.
A to ja płacę rachunki...


niedziela, 24 grudnia 2017

Pudełko

trzeba było przeglądnąć, Kochany Pamiętniczku.
Zatem bladym świtem zerwaliśmy się z łóż swych i wio Pudełkiem do N.
A potem tak wyszło, jak wyszło i...
No co ja za to mogę, że nam się wszystko kojarzy?



Kawkę w Costa wypiliśmy, czekając na telefon, ale że telefonu nie było, wróciliśmy do dealera i... Znów nam się wszystko kojarzyło. 
Baran przymierzał się do kupna nowego rumaka





Ale nie mogliśmy dojść do porozumienia co do koloru i gratisu




Wobec tego w najlepszej zgodzie wróciliśmy do domu Pudełkiem, które przeszło przegląd. Po drodze zakupy i w polskim sklepie dostaliśmy pierogi z Jawo, w tym, o Santa Madonna z kaszą gryczaną, co  zachwyciło Inżyniera. 
W domu Baran wpadł w trans i okno w kuchni umył tak, że dziś rano, gdy umyłam okulary, byłam pewna, że kiedy wyciągnę rękę, to przejdzie na wylot :)




Alienek kochany, wiedząc, że zawsze w UK poluję na selera, zaopiekował się jednym :) Jutro gada dorwę. Alienka, nie selera :)

 Synowa filmik dostała, jak Alienek z Edkiem broi, ale nie chce go wrzucić, bo boi się, że ktoś pomyśli, że wiąże kota. Ja jej na to, że prędzej by mniezwiązała, jak kota, a ona: no coś w tym jest :) Też ją kocham, a co?

Potem chłopcy sernik piekli, a ja odkrywałam nowy serial Dom z papieru. Wciąga, jak chodzenie po bagnach.
I wieczorna lampka wina.
A dziś rano tradycyjnie, po śląsku, zalaliśmy roboka, słońce wyszło i...
Znów jest nowy, niezapisany dzień.


Serdeczne życzenia dla wszystkich, Stałych Bywalców i Przelotnych Wędrowców. Niech w naszej Ojczyźnie poukłada się dobrze, żebyśmy mieli gdzie żyć i nie musieli szukać nowych gniazd. 

Wzgardzony, okryty chwałą, śmiertelny król nad wiekami, a słowo ciałem się stało i mieszkało między nami.

Obecności drugiego człowieka. Dobrego człowieka. 



piątek, 22 grudnia 2017

Wiem

Kochany Pamiętniczku, że nawet jak okien się nie umyje, to i tak Jezus się narodzi, ale...
Tak długo trułam dupę biednemu Baranowi, że z bólem serca i ze łzami w oczach pozwolił mi umyć wyjście na ogród. Przymiarkę do tego uczyniłam, wydawało się ok.
Baran do pracy pojechał i tadam... wiedziałam, że nie sięgam, ale wydawało mi się, że urosłam :) Miałam rację, wydawało mi się. Z wewnątrz nie ma problemu, jak skoczę, do sufitu dosięgnę (nie skaczę, stropy tu słabe), w domu u mnie nawet z drabinki nie sięgam.
Ale potrzeba matką wynalazków i w szklarni znalazłam stołek rattanowy i o dziwo...
Udało mi się nie połamać ani kości, ani stołka, a dzika żądza mycia okien przed świętami została zaspokojona i teraz mogę spocząć na bobkowym liściu :)








I tak życie spokojnie płynie, od bigosiku, do żurku, barszczyku, filmików, piosenek, kawy z 



 I od razu Kuba wyspa jak wulkan gorąca...



Kiszonych kalafiorków



Wieczorowej pory


Czekania na powrót Chłopaków z pracy, na te chwile razem.
Trochę się pozmieniało, bo Inżynier chce mnie na dzień dłużej zabrać. Ale że Baran już w drugie święto idzie do pracy, to trudno, zostanę, Alienka wymiziam i sierściuchy moresu naumiem.
Potem wrócę do R. I już się stąd nie ruszam ;)



wtorek, 19 grudnia 2017

Wkurwiona

jestem na maksa, Kochany Pamiętniczku.
Jako że warzywka upierały się, że li i jedynie ja, tom uległa, wlokąc netbooka.
Jak zwykle wszystko na ostatnią minutę, ale wczoraj to już przegięli, a dziś dobili.
Kasa nie jest warta mojego czasu, bo i przez cały miesiąc co i rusz o dziwnych porach coś mam.
Wczoraj zerwałam się rankiem, a przecież mam urlop, bo oni musieli iść do drukarni.
I od 9 do 14 prawie czekałam, bo nic nie było, potem jak tsunami, do 21 pracowałam, a temu co słał jeszcze się chciało żartować.
A dziś od rana czekam, no i jest prawie 15 tutejszego czasu, czyli 16 w PL i nic.
I tak mi kurwa dzień popłynął, tyle że bigos zrobiłam ale też jestem uwiązana jak pies przy budzie. I to nie to, że dużo roboty, ale czas, za który w sumie nikt nie płaci. Napisałam emilka z pytaniem ile jeszcze i cisza...
Ale pocieszam się, że od jutra mam na wszystko wyjebane i nie skorekcę nic, nawet jak dojdzie do nowego numeru.
A poza tym cicho i dobrze. Ciapek grzecznie ze mną sypia.
I nie wiem, jak to jest, ale tu przesypiam całą noc, bez wstawania w środku. Cuda jakieś :)
Biedny Baran zasuwa na popołudnie, więc za wiele się nie nagadamy, ale co tam :)
Jest spokojnie i od jutra będę wolna jak ten ptaszek polny.
A słuchy mnie doszły, że w ojczyźnie mróz i zima zła.
A tu...

Cyklameny spokojnie przed domem rosną ;)

A ja na obiad skomponowałam


... klopsiki z kaszy jaglanej ze szpinakiem, dynią, kalafiorem. Tu jeszcze nówki nieśmigane. Baranowi smakują, o :)





niedziela, 17 grudnia 2017

To było do przewidzenia


Kochany Pamiętniczku ;)

Spakowałam sie, waliza prawie 30 kilo :) Do tego waliza z elektroniką i pierdyliardek kabli, torebka z resztą i ojapierdole. W ostatniej chwili natchnęło mnie, żeby nie zakładać swetra, tylko same poncho. Koło czwartej rano romawiam ze Zmorką, która spać nie mogła i spotkałyśmy się na FB i SMS po taksi ślę.
Jeden, drugi, trzeci i nic.
Ja w panice.
Pytam Zmorki, czy może mi zadzwonić po taksówkę, a ta dobra dusza z chęcią. Ale ma zablokowany nr w telefonie. Więc ja sruu, że na postój. W międzyczasie Zmorka coś pokombinowała z kartami i zadzwoniła mi, że taksówka jedzie. Wysiadam z windy i SMS, że taksi podjechała. Ale nie było odpowiedzi na pozostałe 3, a czekałam 15 minut :P
I tak dzięki Zmorczej pomocy dotarłam na lotnisko w porę.
Kierowca tym razem miły i ani nie miauknął, że 30 kilo wstawia, a i delikatnie mi postawił walizkę na ziemi, więc nie miałam oporu i napiwek duży dałam :)
Lot, o dziwo punktualnie.Żałowałam tylko, że aparat fotograficzny upchnęłam na samym dnie torby i nie miałąm siły na szarpanie się z tobołem, bo widoki za oknem zapierały dech.
Niebo niebieskie jak sen, sierp Księżyca wykuty ze srebra, dwie gwiazdy, ciemne sylwetki innyh samolotów i mieniący się wszystkimi odcieniami krwi, czerwieni i pomarańczy horyzont i morze światełw dole, bo nie było chmur.
Oszalało, zwariowało moje serce...
Na lotnisku tłum mieszkańców Azji, więc chcąć nie chcąc polazłam wyjściem dla zmotoryzowanych, czyli posiadaczy paszportów biometrycznych i o dziwo - zero przebojów, ale też spuściłam okulary i spojrzałam kamerze bezczelnie w oczy ;)
A potem się zagapiłam przy bagażu i pilnowałam walizek z Litwy, ale w końcu rozum mi wrócił i pomknęłam jak sapiąca sarenka do Kiss and Fly, gdzie padłam podcięta, ale tym razem nie miałam kłopotów z kontaktem z Baranek i za chwilę Kijanka podjechała, Barana kościuste ciałko przycisnęłam do tłustego memłona i ruszyliśmy chyżo do Rushden.
I od razu było tak, jak zawsze.
Tradycyjnie.
Z propozycją wywalenia na autostradzie, z powitaniem kolegów i koleżanek Barana i...
Byłam wniebowzięta.
A po dojechaniu do domu, bo to jest tez mój drugi dom...
Czekał na mnie kolejny Przyjaciel :)


Baran chciał wiedzieć, jak go ochrzczę, ale powiedziałam, że musi cierpliwie czekać, bo to nie hop siup, łatwo powiedzieć :)


A chata na mnie czekała wypucowana i wypachniona do wypęku :)


Pięciogwiazdkowy hotel nie ma szans :P

Nakarmił mnie, choć obiecał głodem morzyć, ale serce mu zmiękło na widok mnie nieszczęsnej.
Podał przepyszny wynalazek warzywny i marudził, że za ostre :)
Ale nie było za ostre, ja bym jeszcze doostrzyła (na ostrzytku, o).
Polecieliśmy na krótką przechadzkę, ale akurat lało i zdjątek niewiele, bo bałam się o soniczka.
Ale najważniejsze sfocone :P


 Bratki moje ukochane, dzielne, jedyne. Oszalało, zwariowało moje serce :)
 Kotełkowi tylko wąsika brakowało, co nie?
 I ten niewdzięcznik, co spierniczył. I dobrze mu tak ;)
I focusik na bogato, a kto bogatemu zabroni? :)

Potem krótkie mizianko z Postmanem, ,tóry mimo weekendu do pracy spieszył, ale też dał sie do memłona przytulić.
A potem, mimo że na pysk padałam, bo i noc nieprzespana, i Baran ziewał znudzony, winko piliśmy i...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Jednak.
Znów, z nim jak zawsze, taki model :)
A potem Inżynier zażądał porannej audiencji.
I już. Bez litości.
Cóż było robić, polazłam do łóżka, wzięłam psiaka w objęcia i już wiedziałam, jak ma na imię :) Ciapek, on mógł być tylko Ciapkiem, nie ma innej opcji.
Jeszcze tylko SMS z imieniem posłałam do Barana i zasnęłam z Ciapkiem w objęciach i przespałam smacznie do rana, bez żadnego wstawania, co u mnie jest niespotykane.
 I już wiem, jak zawsze, że mam dwa miejsca na Ziemi.
Bezpieczne.
Dziękuję, Chłopcy :*

Rano odnajdywanie starych rytuałów w zapomnianym trochę miejscu i... godzinne opóźnienie w audiencji u Inżyniera. A i Alienkowi się zbytnio nie podobało dziś, łaskaw nie był, więc pogawędka krótka i treściwa.
Pewno Inżynier chciał sprawdzić, czy mu tu matki w kajdany nie zakuto i do lochu nie wsadzono, ale jak wiadomo na przyjemność trzeba sobie zasłużyć :)

Ciąg dalszy nastąpi :) 


czwartek, 14 grudnia 2017

Tradycji

stało się zadość, jak co miesiąc, Kochany Pamiętniczku.
Najpierw opierdalenie, potem poganianie bacikiem, że czas nas goni.
Ale nie dałam sobie w kaszę napluć, już nie.
Po zamknięciu rączka, rączka, buzi, buzi i adieu mon ami.
Na korytarzu Boss na mnie wleciał już po rączkach i buziach, gdy mówiłam do D., że jak nie wrócę, to Boss znajdzie nową korektorkę, niepyskującą i kompetentną, anioła nie korektorkę.
A Boss mnie po ramionku klepie i mówi: nie ma takiej opcji, polecenie służbowe - wrócić.
Bądź tu mądry i rób dzieci...

I tak noworoczny numer zamknięty, jak ten czas zapiernicza, jakby mu za to płacili.

I te nastroje pogodowe, jak w kalejdoskopie...

 Rano...
 Po pracy
Następny poranek.
Dziś szłam do pracy jak po lodowej tafli i na sztywnych nogach, ale udało mi się gleby nie zaliczyć.
Nocą mam koszmary, że nie znajdę Kiss and Fly Zone, choć Baran się ze mnie śmieje, że kogo ja chcę całować.
No, raz mogę jego pocałować, jak nie będzie innego obiektu :D
Reisefieber mam już na maksa, ale pakowanie jutro, jeszcze mam kontrolę gazu przed sobą.
A potem zobaczymy.
Byleby ścierę zapakować, bo moje lepsze do bicia.

Dziś jest łańcuch światła o 19, ale po całym dniu pracy i w tej ślizgawicy nie mam siły.
Można być młodym duchem, ale trzeba mierzyć siły na zamiary.

Jeszcze nie tak dawno Mała Wiedźma robiła za gwiazdkowe  cudo (Papryczka niestety nie mam w takim ujęciu)

Ten nadobny czerwony łysolek w środku to Ona :)
 A już pałeczkę Alienek przejął


Wysłali Biedaka do roboty, żeby sobie na prezenty zarobił, dusigrosze jedne :P

wtorek, 12 grudnia 2017

Dwanaście

godzin w pracy, Kochany Pamiętniczku...
A o 16 miałam już wszystko zakończone, no i w emilkach mam emilek, że o 14 idziemy do drukarni.
Poślizg nie z mojej winy, bo 4 godziny czekałam na robotę od rana.
I tak to się plecie, a mnie tradycyjnie, jak co miesiąc szlag...
Potem czekałam na napisanie tekstów, które z palcem w dupie można napisać, ale co ja się będę wywnętrzała.
Od siedzenia tyle godzin nogi mam opuchnięte.
I, kurwa jej jebana mać, trzech naczelnych oglądało okładkę.
Dobrze, że ją do mnie przynieśli, jako że okładkę dostaję niezmiernie rzadko, ponieważ Boss jest genialny. I nie robi błędów (polemizowałabym, ale nie śmiem) :)
Tak się jakoś złożyło, że Wice, widząc że się obijam (nie z mojej winy, ale jednak) z 5 razy podrzucił mi stopkę.
Której nigdy nie korekcę, no bo po co? Tylko rok się zmienia.
Tak więc drugi Wice wpada z okładką, więc oczywiście, robota sruuu, bo okładka (akurat byłam zapracowana).
Czytam, wszystko OK, kłócę się o jedno słowo, bo mają "pokonał Wisłę". Chodzi o chorobę, która właśnie przekroczyła linię Wisły. I mówię, że to brzmi jak wygrany mecz, że lepiej "przekroczył". Nie bo nie, bo nie.
A kij w oko. I kawałek gruzu by nie było luzu.
Ale...
ALARM....
Nie mam sklerozy.
Przebłysk, że mamy inną cenę w stopce.
Ale nie jestem pewna, nie drożeliśmy odkąd tam pracuję.
Otwieram stopkę i fuck... Złotówkę drożej jak na okładce.
Wice szczęka klap i mówi: i to jest korektorka.
FUCK.
Nikt mnie nie uprzedzał, że zmieniamy cenę, żeby nie ta nieszczęsna stopka puściłabym to.
Żeby nie to, że Wice2 zachciało się korekty poszłoby ze starą ceną.
Zastanawiam się, kiedy moja praca zostanie doceniona tak naprawdę?

Ale pierdolę to przedszkole. Za dwa dni powiem time to say goodbye, jeszcze tylko kontrola kratek w piątek (znów muszę na drabinki się piąć, jak ten kurdupel, ale cóż, jak dawali wzrost stałam w kolejce po rozum), bo znów się uczepią i...
Mój adorator nie doczekał.
Wziął i spierdolił, bałwan jeden :)


niedziela, 10 grudnia 2017

Nie odlecieli

Kochany Pamiętniczku.
Już widzę jak w R. zacierają łapki, że też nie dolecę :P
Amen :D

Odprawiłam się

Kochany Pamiętniczku.
Poprawili stronę i odprawianie nie jest już drogą przez mękę, więc odetchnęłam z ulgą.
Pytanie tylko, czy wylecę, ale mój kochany czeka na mnie wiernie, wypatrując na horyzoncie :)

Destynację mi zasypało, na lotniskach chaos, Inżynier mówi, że nie wie, jak z domu wyjedzie, bo... pod górkę ma wyjazd :P
Nie znają instytucji zimowych opon, a jak już ma się zimowe opony, płaci się kolosalne ubezpieczenie, bo wtedy to jest... tuning :)
Synowa w depresji, bo leci dziś i nie wiadomo czy wyleci w ogóle, na wstępie samolot ma już 2 godziny opóźnienia (miała wylatywać koło 20). Samemu to jeszcze, można książkę poczytać, ale co zrobić z Alienkiem, któremu nie można przecież łebka ukręcić?

Pracowity dzień dziś miałam, wypisałam kartki, ojapierdolę, dla mnie to masakra, bo nie umiem długopisu już trzymać. I pomyśleć, że kiedyś jednym ciągiem potrafiłam zapisać kilka kartek A4 drobnym maczkiem.

A teraz relaks przed czterema ciężkimi dniami.

Radio Pogoda gra i nie, nie pójdę focić rzeźb, nie mam nastroju :)


sobota, 9 grudnia 2017

Zakręciło się

Kochany Pamiętniczku, jak świński ogonek.
Znienacka Synowa zaproponowała spacer po Starym Rynku.
Przystałam, aczkolwiek burzyło to mój plan, czego nie lubię, ale...
Czasem trzeba się wyrwać.
Więc wleciałam jak burza do fryzjera i całe moje plany zapuszczania włosów, a już ogonek, mikry, bo mikry można było wiązać spełzły na niczym.
I tak, jak wydawało mi się, że zaczesując pożyczkę na łysinę wyglądam OK, tak kolejny raz po obsmyczeniu stwierdziłam, że pierdolę.
Jak ktoś mnie łysej nie kocha, kij mu w oko, bo w dupę by miał przyjemność.
A obsmyczona nie straszę rozwianymi na wietrze kudłami. Chyba coś w tym jest, bo już nikt mi w bimbie miejsca nie ustępował :D

Dotarłam na Stary Rynek w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie (licentia poetica, PEKĘ mam) i już czekała na mnie trójca: Alienek, Synowa i jej Siostra. Po wszystkim stwierdzam, że z Siostrą mam więcej wspólnego niż z Synową, ale wola boska i skrzypce. Nie można mieć wszystkiego :)
Alienek na dźwięk mojego głosu i słowa "kotek" mordkę ułożył w banana i już było git majonez, wiedział,  z kim ma do czynienia.
Trochę się pokręciłyśmy, ale śnieg zaczął padać, konkurs rzeźb lodowych dopiero startował, więc polazłyśmy w stronę placu Wolności, gdzie tez dupy nie urywało.
Namówiłam dziewczyny na obiad w Chłopskim Jadle, choć sama za nim nie szaleję, ale wiem, że Synowa lubi.
A że zapraszałam, nie dałam dzielić rachunku, stanęło na tym, że next time one płacą. I OK :)
Potem pojechaliśmy do domu na kawę i... wpadłam na Teścia Inżyniera.
Okazało się, zupełnie przypadkiem i niewinnie, że to pisior.
Więc zamilkłam, aczkolwiek próbował mnie zaczepiać, przeciw czemu protestowała Synowa.
Byłam po jej stronie, z debilami nie dyskutuję, bo mogą debilizmem zarazić i tyle.
Ale...
Facet młodszy ode mnie!
Osz, fuck. Z pretensjami na weselu, że ja się z młodymi bawię, a z nim nie chcę... No cóż, jeden jedyny taniec i już mnie po dupie macał. Ja piłam, on nie. Czyli ja powinnam jego macać :D
Za moimi plecami grał TV, skoki narciarskie.
Teść I., brat Synowej i Babcia nieobecni, zatopieni w TV.
Ja romansująca z Alienkiem, a ten wylizał mnie swoim zwyczajem dokładnie, binoklom odpuścił, bo tłumaczyłam mu jak dziecku, że okulary nie mają opcji "ściągać z nosa". Zębów broniłam jak niepodległości, ale ogólnie bawiliśmy się wspaniale, tylko na szczekanie kundla i Alienek, i ja stawaliśmy się sztywni.
A za oknem sypał śnieg i zastanawiałam się, jak do domu wrócę.
Wykończyłam Alienka, padł. Zasnął, więc pożegnałam się i brnąc w śniegowej glajdzie dotarłam do domu, z przemoczonymi nogami, bo założyłam przemakające nawet w mżawce buty.
Ale OK, warto było...





 W knajpie :) Fajne ujęcie: nie zabieraj mi, babciu, mojej chrupki :)

A w domu moja piękność, prawie jak kwiat jednej nocy...


Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...

piątek, 8 grudnia 2017

Tylko

życie pędzi coraz prędzej, Kochany Pamiętniczku.
Ani się nie oglądnęłam, a już tydzień w pracy minął.
Jak z bicza strzelił...
A dziś w spamie na prywatnej poczcie znalazłam emilka od Bossa.
Z tego wniosek, że trzeba jednak do spamu zaglądać.
Tym niemniej emilek wylądował we właściwym miejscu...
Aczkolwiek dla mnie tylko do pracy mikołaj zaglądnął...


W środę wzięłam urlop, a kto bogatemu zabroni, a w czwartek oprócz pracy czekała na mnie niespodziewajka.
W wolny dzień załatwiłam resztę zaległości na mieście, walutę zanabyłam, w sumie prawie wszystko ogarnięte. Miśków nie widać spod zakupów, ale pakować się będę nie wiem kiedy.
Bo tak.
Jako i odprawiać.
W kraju pierdoli się na maksa, dziś znów protestują na Starym Rynku, ale miałam po pracy umówioną dentystkę, więc sorry, Winnetou. Wiem, śmiesznie brzmi - racje kraju i dentysta, ale... Nie polecę do UK, o ile polecę, bo kto wie, co będzie za chwile z niezrobionymi zębami, bo nie mam tam sponsora.
I tyle w temacie, moja miesięczna pensja nie wystarczy tam na jedną wizytę.
I to jest WKURWIAJĄCE.
Wciąż jestem za Murzynami, choćbym nawet pracowała 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.
Nieważne.
 Wyjścia z pracy mam za to zapierające w piersiach dech...
I po co ja się na obczyznę wlokę?
Jednak nigdzie nie jest piękniej niż tu...
Kradziejka wczoraj skończyła dwa lata,
Papryczek dziś skończył trzy.
Alienek ma fotkę w kokpicie z samym pilotem. |Leciał do PL w mikołajki i Wizzair ludziom taki prezent zrobił, że dzieci mogły mieć fotkę w kokpicie po wylądowaniu. Mały Terrorysta się tak spodobał pilotowi, że miał dodatkową fotkę z pilotem, ale z prośbą o nierozpowszechnianie.
A ja?
Na mikołaja kupiłam sobie nowy ekspres do kawy, najtańszy na rynku, ale kawa wyśmienita z niego jest.
Nie potrzeba mi wiele do szczęścia...
Może to źle, że za mało wymagam od życia?
Ale każdą radość i każde zachłyśnięcie się zabija mi myśl o...
Nevermind...
Każdy dzień jest inny, niespodziewany :) Na swój sposób piękny, nawet kiedy niesie ze sobą ból i tęsknotę.
Bo już nic nie będzie takie samo. Już nie jestem potrzebna ludziom, którym kiedyś byłam potrzebna na co dzień.
Do utraty tchu.


Mnie i ciebie, i nas czas...

Wyrosłam już z przerzucania wszystkiego na Inżyniera, bo on też dorósł i...
Ma jeszcze gorzej niż ja, z przyjaciółką spotyka się raz na ruski rok, a i to tylko dlatego, że żona wyjechała z dzieckiem.
Nie, nie ma nic zdrożnego w ich spotkaniu, żona o nim wie, a Przyjaciółka jest przez duże P... Dla Inżyniera, of course. Ale i ja ją bardzo lubię, bo...
Nevermind :)
I serce mi pękało, gdy okazało się, że nie ma opcji, że może  zostać moją synową, choć konie mogłybyśmy razem kraść.
Takie pokręcone jest moje życie.
Może nie tylko moje, w ogóle życie.
Które galopuje coraz prędzej.
Jutro zobaczę Alienka. Zaproszenie takie se, lepiej mają kotełki, no bo "wpadnij kiedy chcesz, będzie mój brat i może jakaś ciocia z dziećmi"...
Powinnam się nadąć, że czekam z obiadem i w ogóle?
Że liczę na cześć, szacunek i inne takie tam?
Co usłyszę w odpowiedzi?
Że za daleko mieszkam, że  z dzieckiem ciężko jechać...
Więc pierdolę, pojadę, paczkę z mikołajem dla wszystkich wręczę (bez przesady, dla Alienka i jego rodziców), potulę go, o ile nie będzie spał i nie rozryczy się na mój widok (dzieci wiedzą, kto jest paskudny), a jak siły i humoru starczy skoczę na lodowe rzeźby.
Jak nie - trudno.
Napiszę inny scenariusz.
Chociaż ostatnio coraz gorzej idzie mi pisanie scenariuszy. 



poniedziałek, 4 grudnia 2017

Nie liczę godzin i lat

to życie mija nie ja, nieprawdaż Kochany Pamiętniczku?

Chore ciałko zwlokłam siłą woli i polazłam do pracy.
Jako że dziś na zegarze życia stuknął mi kolejny rok po osiemnastce, niektórzy byli tak mili i bombardowali mnie życzeniami.
A ja jak na złość nie miałam czasu nawet na śniadanie, a co dopiero na odpisywanie i takie tam.
Potem w pracy ktoś sobie przypomniał o Barbarze, bo że mam urodziny wie tylko D.
Jestem wrogiem pracowych imprez, u nas ludzie stawiają alkohol i słodkie, i kawę, a ja nie widzę powodu, dla którego mam wydawać kupę forsy za rączka rączka buzi buzi. Faceci u nas dostają whisky, a kobiety badyla...
Idę w zaparte i mówię, że mam w Doroty imieniny.
I dobrze robię, bo szarpnęli się na... zygokaktus, taki za 4,50 z Biedronki.
Już lepiej czułabym się nie dostając nic.
Serio.
Bo zebranie było, a mam nakazane na zebraniu bywać. Więc męczyłam się dwie godziny, słuchając o dupie Maryni (żaden temat mnie nie dotyczył) i dławiąc się kaszlem, a mogłam spokojnie iść do domu, bo wszystko zrobiłam, reszta jutro.
Wyrwawszy się poleciałam po ekspres, bo stary rzęził od kilku dni i nic mu nie pomaga, żadne przetykanie ani nic.
Ekspres zanabyłam w tempie ekspresowym, aż facet oczy kwadratowe zrobił, że wpadłam, palcem pokazałam ten i wyleciałam. Po drodze na początku zaczepiłam faceta z wizytówką na szyi, a ten się nadął jak indor i rzekł, podsuwając mi te wizytówkę pod nos, wielce zniesmaczony, że on nie parobek, ale ochrona. No, no ojapierdolę... Szlachta nie pracuje.
Kurcgalopkiem na plac Bernardyński tadam, kareta zajechała.
Śmieci wyniosłam ostatkiem sił, brukselka od wczoraj na patelnię i niezjedzone śniadanie, a tu Baran troskę wykazuje.
Czy żyję.
Do Inżyniera pisał. Jakbym umarła, to Inżynier się też tak szybko nie dowie, bo telefon mam z blokadą, to do nikogo nie zadzwonią :P
Kochany ten Baran, ale co on Inżyniera męczy?
Bo ja zawsze jestem online.
No czasem nie jestem, ale nie robić cyrków.
Innych nie ma online calymi dniami, jeżdżą tam, gdzie psy dupami szczekają, a internetu nawet w wiaderku nie ma i dobrze.
Już nie robię scen, jak kiedyś.
Co ma być, będzie, a co komu pisane, to go nie minie.
Nowy ekspres dupy nie urywa.
Niby taki sam model jak miałam i jaki mi 10 lat wiernie służył, ale nie ma wężyków, tylko jakiś koreczek, a i wykonanie rączki badziewne. Stara miała rączkę i sitko z grubego metalu, a tu jakieś niedorobione.
No trudno.
Wszystko na psy schodzi, ale mam nadzieję, że trochę mi posłuży.
A potem wyjdę bogato za mąż i kupię sobie wypasiony ekspres za kilkanaście tysięcy, a co :)
A teraz polopirynka i pod kordełkę i tak nam to życie mija słodko w cieple.

Uświadomiłam sobie właśnie, że moja Mama umierając miała zaledwie 48 lat, a ja taka stara dupa jestem.
Ale wciąż młoda, co nie? :)





 A najnowszego nie będzie, trudno...

To życie mija, nie ja, i tylko co dzień w lustrze jakieś babsko grube jest...