Aczkolwiek wczoraj coś mi się zapaliło z tyłu głowy po rozmowie z Inżynierostwem, no bo...
Tydzień temu zapytałam Inżyniera w żartach (rozmawialiśmy sami), co zrobią, jak kotełki nie zaakceptują Alienka.
Inżynier, nadąwszy się jak ropucha, rzekł, że mają już jakieś feromony w kontakcie i nie ma opcji... Drążyłam dalej, naciskając, że może jest jakaś szansa, że dostanę jak nie dziecko, to kota. Stanęło na braku szans na cokolwiek, stwierdzeniu, że biedny Alienek będzie musiał żyć drapany przez koty.
OK.
Wczoraj tak dla żartu zapytałam o to, czy może jest choć 0,0001% szansy. Inżynier uciął krótko "nie", a Synowa: "w przypadku kotów na pewno nie, ale przy dziecku to się może zastanowić'.
Uśmiechnęłam się, bo co miałam rzec?
Nie oceniam, zobaczymy w praniu, ale i zachwycona nie jestem.
No nic.
Teraz z innej beczki.
Gość z R. chce ode mnie skany fotek, OK, on to gromadzi, niech nie ginie, bo to też historia. I mówię mu, że nie mam żadnego zdjęcia mojego rodzinnego domu (już nie istnieje). On na to, że ma, ale bardzo kiepskiej jakości. Mówię, że nie szkodzi. Dziś przysłał... moje własne zdjęcie, zrobione przez geniusza fotografii, czyli mojego Eksa, przez niego wywołane własnoręcznie, na którym jestem ja i moje oba dziecki. Fotkę posłałam kiedyś gościowi, co stronę wspomnieniową (już nieistniejącą) robił. Jak to w necie nic nie ginie :)
A na dworze czuć, że wiosna idzie, nadchodzi, spieszy się, niech tak zostanie, please, please, please...
Powietrze czyste, można oddychać i inne takie tam. A na dokładkę okazało się, że być może przeżyją niektóre bratki, zostawione na balkonie na pastwę mrozów i smogu. Odżywają, a były zamarznięte na sopelki lodu.
Proszę, jakie piękne.
Polazłam do ogrodniczego, zapytać o świeże bratki, a pani na mnie jak na idiotkę popatrzyła :)
No co ja za to mogę, że już nie mogę.
A po ulicy, no dobra, po niebie, fruwały (zainspirowała mnie babcia Ania na FB) jasne anioły
Oczar pięknie kwitnie
W piekarni faworowej band aoszustów i jeszcze się kobieta na mnie paczy jak na kretynkę, gdy jej powiedziałam, że jak się uprę, to im narobię.
Chleb farmerski leży z etykietą 2,98, ale w firmowym opakowaniu, którego nie lubię, wolę świeżo krojony. Ale że nie ma świeżego, biorę i daję 3 zł. A ona, że mało, bo 3,08. Pytam z jakiej pary? A ona, że poza piekarnią pakowany, to o 10 groszy droższy. No kurwa, mówię, że za starej ekipy takich numerów nie było (też sprzedawali tak opakowany, kupuję lata, to wiem, cena zawsze była taka sama), a ta oczy spuszcza i animrumra. Mówię więc spokojnie, że wg przepisów obowiązuje cena z półki i jak się uprę... Ale będę dobrą panią, 10 groszy nie robi mi różnicy. Pożegnałam i poszłam w pizdu. W domu robię chleb na kolację i kruszy się, wiedziałam, że w tym worku chłam. Trudno, pożegnam się z Faworem, będę szukała nowego chleba. Piekarni w okolicy i w mieście jak mrówków. Głupie pindy tam pracują i tyle...
Ale dzień taki, że nawet mi to nie zepsuło humoru.
No bo aż chce się żyć.
Nawet widziałam, jak jakiś statek lądował na Słońcu, to ta najdłuższa smuga i nie, nie zmienię tabletek ani nie dam namiarów na dealera :D
Lądował na bank, bo potem w ramach leniuchowania oglądnęłam sobie Hidden figures - polecam, świetny film, oparty na faktach, aż się wierzyć nie chce, jak bardzo zmienił się świat...
Zatem cel na jutro: w świat, szukać chleba. Tylko płaszcz wiosenny muszę wyciągnąć, bo dziś się ugotowałam w zimowym.
A na dokładkę na poczcie czekała praca. Ekstras za darmo, oczywiście.
Kiedy ja się oduczę od włażenia na pocztę? :)
