poniedziałek, 27 lutego 2017

Piękny

poniedziałek, dawno takiego nie było, Kochany Pamiętniczku.
Aczkolwiek wczoraj coś mi się zapaliło z tyłu głowy po rozmowie z Inżynierostwem, no bo...
Tydzień temu zapytałam Inżyniera w żartach (rozmawialiśmy sami), co zrobią, jak kotełki nie zaakceptują Alienka.
Inżynier, nadąwszy się jak ropucha, rzekł, że mają już jakieś feromony w kontakcie i nie ma opcji... Drążyłam dalej, naciskając, że może jest jakaś szansa, że dostanę jak nie dziecko, to kota. Stanęło na braku szans na cokolwiek, stwierdzeniu, że biedny Alienek będzie musiał żyć drapany przez koty.
OK.
Wczoraj tak dla żartu zapytałam o to, czy może jest choć 0,0001% szansy. Inżynier uciął krótko "nie", a Synowa: "w przypadku kotów na pewno nie, ale przy dziecku to się może zastanowić'.
Uśmiechnęłam się, bo co miałam rzec?
Nie oceniam, zobaczymy w praniu, ale i zachwycona nie jestem.
No nic.
Teraz z innej beczki.
Gość z R. chce ode mnie skany fotek, OK, on to gromadzi, niech nie ginie, bo to też historia. I mówię mu, że nie mam żadnego zdjęcia mojego rodzinnego domu (już nie istnieje). On na to, że ma, ale bardzo kiepskiej jakości. Mówię, że nie szkodzi. Dziś przysłał... moje własne zdjęcie, zrobione przez geniusza fotografii, czyli mojego Eksa, przez niego wywołane własnoręcznie, na którym jestem ja i moje oba dziecki. Fotkę posłałam kiedyś gościowi, co stronę wspomnieniową (już nieistniejącą) robił. Jak to w necie nic nie ginie :)
A na dworze czuć, że wiosna idzie, nadchodzi, spieszy się, niech tak zostanie, please, please, please...
Powietrze czyste, można oddychać i inne takie tam. A na dokładkę okazało się, że być może przeżyją niektóre bratki, zostawione na balkonie na pastwę mrozów i smogu. Odżywają, a były zamarznięte na sopelki lodu.


Proszę, jakie piękne.
Polazłam do ogrodniczego, zapytać o świeże bratki, a pani na mnie jak na idiotkę popatrzyła :)
No co ja za to mogę, że już nie mogę.
A po ulicy, no dobra, po niebie, fruwały (zainspirowała mnie babcia Ania na FB) jasne anioły


Oczar pięknie kwitnie

W piekarni faworowej band aoszustów i jeszcze się kobieta na mnie paczy jak na kretynkę, gdy jej powiedziałam, że jak się uprę, to im narobię.
Chleb farmerski leży z etykietą 2,98, ale  w firmowym opakowaniu, którego nie lubię, wolę świeżo krojony. Ale że nie ma świeżego, biorę i daję 3 zł. A ona, że mało, bo 3,08. Pytam z jakiej pary? A ona, że poza piekarnią pakowany, to o 10 groszy droższy. No kurwa, mówię, że za starej ekipy takich numerów nie było (też sprzedawali tak opakowany, kupuję lata, to wiem, cena zawsze była taka sama), a ta oczy spuszcza i animrumra. Mówię więc spokojnie, że wg przepisów obowiązuje cena z półki i jak się uprę... Ale będę dobrą panią, 10 groszy nie robi mi różnicy. Pożegnałam i poszłam w pizdu. W domu robię chleb na kolację i kruszy się, wiedziałam, że w tym worku chłam. Trudno, pożegnam się z Faworem, będę szukała nowego chleba. Piekarni w okolicy i w mieście jak mrówków. Głupie pindy tam pracują i tyle...
Ale dzień taki, że nawet mi to nie zepsuło humoru.
No bo aż chce się żyć.

 Nawet widziałam, jak jakiś statek lądował na Słońcu, to ta najdłuższa smuga i nie, nie zmienię tabletek ani nie dam namiarów na dealera :D
Lądował na bank, bo potem w ramach leniuchowania oglądnęłam sobie Hidden figures - polecam, świetny film, oparty na faktach, aż się wierzyć nie chce, jak bardzo zmienił się świat...

Zatem cel na jutro: w świat, szukać chleba. Tylko płaszcz wiosenny muszę wyciągnąć, bo dziś się ugotowałam w zimowym.
A na dokładkę na poczcie czekała praca. Ekstras za darmo, oczywiście.
Kiedy ja się oduczę od włażenia na pocztę? :)


sobota, 25 lutego 2017

Niechciej

kolegę sprowadził, Kochany Pamiętniczku, Lenia Śmierdzącego.
I tak sobie w piątek plackiemleżing uprawialiśmy, ale w sobotę wstałam rześka jak skowronek i rzekłam im: WON, teraz obaj się wynoście.
No i poszli sobie goście.
A ja poleciałam na Manhattan, a tam niespodziewajka.
Petycje za utrzymaniem Manhattanu.
Oczywiście podpisałam, wpadając w panikę, że gdzie ja bratki, gatki, szparagi, dżinsy i pomidory prima sort będę kupowała.
Pani mówi, że mają stronę na FB, tom wlazła i okazało się, że chcą przesunąć parę metrów dalej, odzyskać parking (ta, zawsze się rozchodzi o parking) i zamienić te, stojące od 30 lat budy na pawilony.
O, to byłby dobry pomysł, ale pewno wtedy wszystko pójdzie w górę i nie będzie to już najfajniejszy ryneczek w wiosce... Pożyjemy, zobaczymy...
Odnalazł mnie na FB chłopak z R,. trochę starszy ode mnie i za chwilę pisze, że chciałby do mnie zadzwonić jego kolega, którego uczyła moja Mama, a który od lat mieszka w mojej wiosce. Dałam telefon i emilka, bo miło gościa wspominam, ale na razie cisza w eterze.
Za to znalazłam emilka od księdza, który książkę o wujku Mietku pisał, miała wyjść w maju, a dopiero teraz wyszła (w maju ubiegłego roku, żeby nie było).

Leń z Niechciejem chyba na amen zostali przegonieni, ale nie chwalmy dnia przed zachodem...

No i sprawa Międlara. Japierdziu, ksiądz, którego Żydzi prześladują. Tak, jakbym moją teściową słyszała, nie docierało do niej, że Pan Jezus i Matka Boska byli Żydami, pluła na całokształt jadowicie do bólu...
I dobrze, że Anglicy go nie wpuścili, jak bardzo zryty trzeba mieć kapturek, żeby tak pluć na ludzi?
Boję się nacjonalistów.
Hitler też był nacjonalistą...

No nic, tyle w telegraficznym skrócie.
Miałam jeszcze coś, ale późno już i mi uciekło :P
Może jutro dogonię :D 

czwartek, 23 lutego 2017

Plackiemleżing

był wczoraj, Kochany Pamiętniczku, ale pogoda była taka, że nawet psa bym nie wypędziła. Ponoć jakaś wichura była, ale wiem o tym tylko z internetów, sama nie zaobserwowałam.
Plackiemleżing ma swoje zalety, co nie?
A dziś od rana słoneczko i tak jakoś, więc dupę ruszyłam. Jest niewielka szansa, że ze dwa krzaczki bratków ocalały, więc może okres bezkwiatowy mi osłodzą.
Poszłam w świat, bez plecaczka, z wózeczkiem, po pączki.
Przeczytawszy przedtem ranking w Wybiórczej. Fawor był na 2. miejscu, a że mam do niego najbliżej, zanabyłam pączków sztuki dwie.
Obie były gumowate i zjadłam dla tradycji.
Tłusty czwartek jest przereklamowany, a prasa kłamie :)
Ale za to fajną półeczkę na balkon nabyłam i jutro pójdę po drugą. Bo posadzę w tym roku pelargonie zwisające i nie będę kombinowała, jak koń pod górkę :D I będą mi zwisać do środka, a nie na zewnątrz i o to lotto.
Nie kupiłam od razu dwóch, bo nie wiedziałam, czy będzie mi pasowała, już raz się nacięłam.
I ramkę sobie kupiłam, bo Inżynierostwo z podróży poślubnej do Paryżewa przywieźli mi takie piękne podkładki pod szklanki, ale tekturowe. Chciałam zalaminować, ale się nie da, a zużyć żal, bo piękne. I dziś mi w oko ramka wpadła i... tadam :)
Nawet dziury w ścianie nie musiałam wiercić :P A Synowa się wkurzyła, bo oni mają dwa komplety, Inżynier obiecał zalaminować i dupa, leżą, używać nie da, bo mu żal tak, jak mi.  A ja ramki szukałam cały czas, a ta jest naprawdę bezobsługowa :)




Wygląda jak u bukinisty na nabrzeżu Sekwany i podoba mi się. Zawsze też mogę obrazki odklamerkować i zaklamerkować coś nowego :)
I kolejna wyprawa do Lidla, bo srajtaśmy zabrakło, a to klęska :) Nie pamiętam, kiedy mi zabrakło, zawsze mam zapas jak na wojnę :)
Jak wracałam z Lidla zaczęło kropić, teraz znów leje.
A Baran raportuje, że szklarnię mu Doris uszkodziła. I szaleje dalej. Dobrze, że chaupka stoi, ale Baran powinien kamienie zbierać, bo Kijanka mikra, on jeszcze mikrzejszy, zwieje ich jak nic, jak się nie obciążą ;)

No i najgorsze na koniec: Talijka w szkole złamała rękę.
Nie da się wsadzić w gips, bo w barku złamała :( Ale ma jakąś ortezę i mam nadzieję, że się zagoi do wesela. A dowiedziałam się o tym, a jakże,  z fejsa. Jakbym na nim nie siedziała, byłabym jak tabaka w rogu. Na szczęście Pierworodny odpisał zaraz, więc mniej więcej wiem. Kurwa, ma czas na napisanie na FB (Synowa, Pierworodny niefejsbukowy), ale wiadomości do mnie posłać nie może.
No nic.

Będę żyć, na złość. Dalej.

wtorek, 21 lutego 2017

A to jeszcze

nie koniec wkurwu maksymalnego, Kochany Pamiętniczku.
Warzywka mi zostały. No ale luz i hastamanana, bo to warzywka.
Piątek, sobota i niedziela minęły mi w rytmie radia, bo radio internetowe odkryłam.
W niedzielę Inżynier rzekł, że Synowa słucha Radia Pogoda, więc sprawdziłam i... zakochałam się, bo mogę tam ustawiać, co chcę.
I w nocy odkryłam, że mój słuch, ginący od 6. roku życia pamięta jednak te oberki, walce i tanga, melodie z naszego radia.
Znam te nuty i wiem, jaka będzie następna.
Więc w poniedziałek wstałam szczęśliwa, aczkolwiek spóźniona, ale dotarłam do mety punktualnie, choć nie musiałam.
I okazało się, że dupa.
Bo Łamacz łamał, bo stały wylądował w szpitalu.
Fuck you, zamiast łamać, po kuchniach kolędował i namieszał tak, że moja praca poszła się jebać, ale nie widział problemu...
W domu więc zlądowałam z poślizgiem, ale zapowiedziałam, że we wtorek mnie nie zobaczą, reszta online. Tym bardziej, że został wstępniak i spis treści.
Wstępniak doszedł o 22.38.
Akurat jak smykałam do wyrka. Skorekciłam, odesłałam.
Dziś na luzie czekam od 9. Godzina, dwie, trzy. Spis dostałam o 13! Dwie strony, ojapierdolę. 15 min roboty. W międzyczasie emilek, że wstępniaka niet. No niet, przyszedł z prywatnego emilka i tam został odesłany.
O 13 pytam, kiedy będzie wstępniak. Nie jest złamany.
WTF??
Zaraz będzie.
To 5 kliknięć dla dobrego fachowca, ja bym pewno z 10 razy musiała kliknąć.
O 14 piszę, że czas mi się kończy.
O 14.15 jest wstępniak.
Kurwa, po co ja się z tym męczę. Grosze za to mam. Przedtem mogłam to robić z gazetką, to się opłacało, a teraz mój czas jest niezapłacony.
Kurwa.
W skrzyneczce było awizo, wiedzialam, ze od Barana, bo się szlajali, a przesyłka nie mieściła się w szparze unijnej.
Więc wdziałam kapotę i lecę na pocztę, bo jeszcze moment i jakbym nie leciała, zwariowałabym od czekania.
I koresponduję z Kierownikiem Budowy, który się na pierdoły zwalał, że poczta, że śrutututu majtki z drutu.
Zdążyłam.
Kolejki nie było.
A moje kochane chłopaki z wędrówki przysłały mi

 hahahahaha... Kawę. Wyklęty napój, bo niezdrowy. Do którego Baran bronił jak niepodległości, żebym tylko nie piła, jak u nich byłam. Nosz. Już mnie nie kochają. Chcą mnie wykończyć. Tą kawą. A pachnie nieprzyzwoicie, moja właśnie się kończy, więc dzięki niej mam czas na poszukanie dobrej, w promocyjnej cenie :) Ale zakręceni, co nie, Kochany Pamiętniczku? Kombinują, jak koń pod górkę :P A to na szczycie paczki z kawą to...
 ... naparstek-kurdupel. Wygląda, jak sierota po zwykłym naparstku, obklejonym plasteliną? modeliną?
Na zdjątku po lewej naparstek z Majorki, słusznej wielkości. Zakochałam się w tym kurduplu od pierwszego wejrzenia, bo niewydarzony jak ja... :) Ale za to jaki kochany... :) Dziękuję, Chłopcy :*Z Kostaryki skoczyli do Nikaragui, bo w Kostaryce naparstka nie było ;) Jak tu ich nie doceniać i nie kochać?
Zdążyłam do domu przed KB.
Obiad podałam.
Obiecaną kapustą zażerał się, aż mnie zdziwiło, cieszyłam się, że mu ukisiłam osobny garnczek.
Najadł się, pasa popuścił...
Prawie 5 godzin nawracał mnie na buddyzm.
Bardzo go lubię, ale nie może zrozumieć, że wyważa otwarte drzwi, że to, co próbuje mi przekazać, to nic nowego. To po prostu stare życiowe prawdy, ubrane  w nowe słowa.
Daleka droga przed nim i musi ją przejść sam.
Najgorsze, że jest - jak każdy neofita - ortodoksyjny. I że kto nie z Mieciem, tego zmieciem.
Że ona go nie rozumie, że jest inna i głupia.

A ja to na pamięć już umiem.

Pozostaję Szwajcarią.

Życie jest skomplikowane, nie można wszystkiego rzucić i pojechać na cztery miesiące do Tajlandii.
Rachunki się same nie popłacą, dlatego zaciskam zęby, pracuję...
I jestem wdzięczna życiu, że mam pracę.
Niedocenianą, niedopłaconą, ale mam.

I że odkrywam wciąż nowe, nieodkryte rzeczy...
Zapamiętane, wracające, życie jest z nimi piękne po burzach.

Szczęściem jest muzyka w słuchawkach dla kogoś, kto nie może radia słuchać normalnie...

Parasolki bardzo tanie, proszę brać panowie, panie.

Deszcz też jest OK i wiatr, bo smog wygonili...

W życiu potrzebne są też złe chwile, by docenić dobre.
I nie zmienię zdania, niezależnie od tego, co jest POTEM...
Z nadzieją, że też jest pięknie, pozostaję, Kochany Pamiętniczku.
Zwłaszcza, że choć u Barana w ogródku już wariactwo, ale nie pachnie jak u mnie :P Sam to napisał :P


 A u mnie pachnie do bólu głowy (na noc eksmitowane do łazienki, bo tylko tam są drzwi), że niech się chowają wszystkie wonności Arabii...

I nagle puka ktoś do drzwi, natrętnie...

czwartek, 16 lutego 2017

Niech

się spełni, Kochany Pamiętniczku :)





Amen.

UPDATE

Miałam tę moc. Naprawdę ją miałam. Cztery dni pod rząd nadgodziny, cztery dni użerania się ze wszystkimi, MAM TĘ MOC.
Ale po miesiącu całkowitej abstynencji muszę się dziś napić, inaczej zedrę z siebie tę suchą łuskę, co ją mam zamiast skóry, zedrę pazurami.
I będę cała poraniona, i jeszcze sobie żyłki przetnę, wzdłuż, nie wszerz, żeby nie zeszyli, jak coś.
Więc bezpieczniej jest się napić, tym bardziej, że mam tylko czteropak, co mnie nie wykończy.
Nawet mi się nie chce analizować ludzkiej głupoty. Ale jeżeli facet z tytułem doktora (sic!) pisze notatkę, że 84% populacji ma kartę płatniczą, a w tytule daje "co ósmy człowiek ma kartę płatniczą" to ojapierdolę. To nawet taka matematyczna noga jak ja, widzi, że coś jest niehalo, a gość upiera się, że jest OK. Kurwa mać. Nie wiem, jak poszło. Mam wydruk.
Każdy z nich myśli, że jest bardzo rozgarnięty.
A ja wiem, że jestem bardzo rozgarnięta, nawet za bardzo, ale z pokorą przyznaję, że zdarza mi się popełniać błędy.
 Innych kwiatków nie będę omawiała, bo szkoda palców.
A że w layoucie zrobili Redaktor Naczelny, a i sam naczelny też się tak podpisuje, tośmy się starli. Layoutu nikt nie korekcił i tam jest masa kwiatków. Zobaczymy, jak puścił. Ale zależy mi na pracy na tyle, że nie powiem mu, że trzeba mieć małEGO, żeby się dużymu literami tytułować :P
Na dwa tygodnie KONIEC.
Tyle że w poniedziałek po warzywka skoczę, ale to będę miała obiad ze sobą i hastamanana, wszystko spłynie, jak ten strumyk, co z wolna płynie, a stokrotka nad nim rośnie i szumi gaj...
Nie, jeszcze nie wypiłam nawet jednego piwa :)

Jestem szczęśliwa, że jestem w domu, z Miśkami, w swoim bałaganie i jutro wstanę jak wstanę i nic nie muszę.
NIC.
Oprócz tego, że Kierownik Budowy ma jutro urodziny i robi jutro balangę.
Na którą jestem zaproszona i mi głupio.
Bo ukradł mi książkę, która mnie zachwyca i która jego też zachwyciła (sam się przyznał, bez bicia) i mówił, że chce ją mieć.
Na to ja: no to masz prezent na urodziny :)
A teraz bym musiała z pustymi ręcami iść, a to mi się nie podoba. Myślałam już od dawna, żeby coś mu kupić, ale czasu nie mam na kupienie obkładu do chleba, a co dopiero prezentu.
No nic, mam nadzieję, że ogarnę się jutro, tym bardziej, że i tak muszę wkoło siebie ogarnąć, w sensie że z głodu mogę umrzeć mimo zapasów...

A jadąc do pracy obserwuję i mam nadzieję, że uda mi się to przelać tu, że starczy mi jeszcze czasu na wszystko, na co jest coraz mniej czasu.
No i ten cholerny, paskudny, wredny Alienek...
Jak ten czas zapitala, a życie się kręci...

A teraz idę się znieczulić. Zasłużyłam :)

środa, 15 lutego 2017

Pole minowe

dziś było, Kochany Pamiętniczku.
Długo by pisać, ale udało mi się nie wylecieć na żadnej minie, a i granatu nikt mi nie wrzucił.
O 18 postawiłam ultimatum i...
O 19 wychodziłam, a że koleżanka jechała w okolicę, to i na podwózkę się załapałam, więc jestem w domu bezboleśnie.
Jeszcze tylko jutro przetrzymać, a potem w dupie to mam.
Na jakiś czas, of course, bo pieniądze lubię i są mi potrzebne.

Zmęczona jestem okrutnie, zatem herbatka, puzzle i spać :D

Awanturniczyłam się

wczoraj, Kochany Pamiętniczku, że siedzenie po godzinach i czekanie jest niezgodne z moim celem życiowym.
Rację miałam, jak zwykle, bo gdy o 18 udało mi się wyjść, a o 19 dobijałam do portu, dostałam SMS, że już dziś nic nie będziemy robili.
Wiedziałam.
Tylko popierdoleńcy bez życia osobistego kiblują w pracy, bo Boss to lubi.
Awanturnicząc się, ze to przecież walentynki, zostałam zagadnięta, dlaczego się śpieszę do domu, przecież nikt na mnie nie czeka.
I wywiązała się gadka...
- Jak to, nikt na mnie nie czeka? Czeka na mnie okład z młodych męskich piersi...
- A tu ma pani okład z wielu męskich piersi (panowie w wieku mocno balzakowskim)...
- Ale to są piersi dojrzałe, nic im nie ujmując, zaobrączkowane na dokładkę, a takich nie tykam, a poza tym lubię młode i świeże...
- Nie mówi pani serio.
- Skąd ten wniosek?
- Bo tak w życiu nie bywa...
- Polemizowałabym i zdziwiliby się panowie.

Może i nie wyglądam. Ale niektórzy plują na twarz i patrzą w serce ;) 

Naprawdę wszyscy by się zdziwili i to bardzo :)
Ale co ja się będę odsłaniała do końca, Kochany Pamiętniczku.

Jeszcze dwa dni z wariatami, a potem niech wali się świat :)

sobota, 11 lutego 2017

Refleksje mnie naszły

Kochany Pamiętniczku, po przeczytaniu u Zmorki o roli chrzestnego.
Ja to widzę całkiem inaczej.
Moje dzieci miały pecha do chrzestnych. Żadne nigdy się nimi nie interesowało za bardzo, za wyjątkiem mojego brata, który chrzestnym Pierworodnego był. Dopóki się nie rozpił na amen, to jakoś tam dopieszczał chrześniaka, nawet nie tyle rzeczowo, co wchodząc w rolę, w którą Ex nigdy do końca nie wszedł.
Ale wyszło jak wyszło, moim chłopcom nawet do głowy nie przyszło zapraszać chrzestnych na swoje śluby, po prostu zerwali wszystkie kontakty z rodziną Exa, Exa nawet nie zawiadamialiśmy i jakoś dziury w moście nie było i wszystko poszło wolnym walcem.
Życie.
Mój chrzestny (brat mojego Ojca) zmarł, jak byłam jeszcze nastolatką, nigdy się mną nie interesował. Takim chrzestnym-niechrzestnym była za to inny brat mojego Ojca, którego mój Ojciec nie cierpiał z duszy serca, zawsze wyrażał się o nim z lekceważeniem i pogardą. Nie wiem, jakim cudem, ale ja miałam z tym Wujkiem kontakt, listowy, bo mieszkał we Wrocławiu. I do dziś mam Jego listy, dzięki którym studia skończyłam, bo wciąż mi mówił, jaką mądrą jestem dziewczyną, że mam być kwarda a nie miętka, że on we mnie wierzy i takie tam bajki, których mi nikt nie opowiadał, odkąd Mamy zabrakło. Miesiąc na praktyce zawodowej we Wrocławiu spędziłam pod jego skrzydłami i to były fajne dni. I nie, nie dawał mi pieniędzy ani prezentów. Był. Był dla mnie oparciem, gdy własny ojciec kopał mnie w dupę.
A i potem, gdy byłam już mężatką, wciąż pisał mądre listy, że dobrze chowam dzieci. Gdy moi chłopcy podrośli, mieli z nim kontakt, w sensie, że słał dobre słowa w listach do nich, ze dumny jest z nich, że się uczą, że są dla mnie pociechą i oparciem, nagrodą. Oni do niego dzwonili (Inżynier, bo Pierworodny już wtedy wyjechał) i nawiązał się naprawdę ciepły kontakt. Widzieli się kilka razy - na pogrzebie mojego brata (bo na pogrzebie Ojca mego za mali byli, by coś pamiętać), Pierworodny był ze mną raz we Wrocławiu i chwilę z Wujkiem, bo potem porwali go młodzi i poszedł w miasto. Inżynier poza pogrzebem nigdy się już z nim nie spotkał. Ale czasem Go wspominamy i jakoś tak... Wujek zostawił mi niewielki spadek, czym mnie zaszokował, bo nawet mi do głowy nie przyszło, że myślał o mnie w kategoriach pieniężnych. Jego żona (wspólnych dzieci nie mieli, Wujek miał syna z pierwszego małżeństwa) mówiła mi, że dla Wujka byłam jak córka, której nie miał, choć bardzo chciał. Że mi zawsze kibicował. I dla mnie te listy i te słowa w nich, to więcej niż ta kasa...
Moja chrzestna to była siostra mojej Mamy. Bezdzietna, dobrze sytuowana. Gdy Ojciec wywalił mnie z domu, bo upierałam się, że będę dalej studiowała, a on pokłócił się ze swoją drugą żoną i potrzebował gosposi, miałam 5 zł w kieszeni. I 5 zł kosztował bilet do K., gdzie Ciocia mieszkała. Pojechałam tam. To było w 1973 r. Pożyczyła mi 50 zł, za które pojechałam do Poznania, pozałatwiałam sobie - stypendium, akademik (na 1. roku nie miałam, bo Ojciec za dużo zarabiał), rentę po Mamie do rąk własnych (bo odbierał dotąd Ojciec) i dzięki tej kasie poradziłam sobie. Oddałam ją. Krótko przed śmiercią Ciocia powiedziała, że żałuje, że mi wtedy tej kasy nie dała, tylko pożyczyła. Przytuliłam ją i rzekłam, że to nieważne, pomogła mi i to się liczy. Dla moich dzieci była "tą" babcią, od rozpieszczania. Do dziś mam przekazy "100 zł na zajączka" "100 zł na gwiazdora". O, to były wspaniałe zastrzyki dla mojego chudego portfela - oczywiście dostawały to dzieci, bo to dla nich było, ale zawsze przyłaziły, mówiąc: mamo, przecież mama nie ma... Dla mnie zaś ważne było, że ktoś opiekuje się grobami, że jak jadę do K. (wtedy jeszcze połączenie było), czeka na mnie rosół z makaronem, że ktoś mówi do mnie: dziecko. Gdy zmarł mój brat, Ciocia zajęła się wszystkim. Na ślub dostałam od niej pieniądze na suknię, a nie była to szalona kwota, bo odkupiłam od koleżanki jej sukienkę z absolutorium. Nie wiem, może miała więcej pieniędzy, nie interesowało mnie to.
Przestałam być dzieckiem, gdy zmarła.
Miałam wtedy równo 50 lat.
I od tamtej chwili jestem dorosła. Już nikt nigdy od tamtej chwili nie powiedział do mnie: dziecko kochane...
Zapisała mi wszystko, co miała, a że mieszkania nie miała, tylko wynajmowała, gospodarz bał się, że ja się tam wprowadzę, kazał się szybko wynosić i wiele rzeczy poszło na stracenie, bo nie było nawet czasu na zlikwidowanie tego. Sporo wzięły kuzynki, które opiekowały się nią na co dzień w szpitalu - ale należało im się, bo ja nie byłam w stanie co dzień dojeżdżać do K...
Z weselami moich dzieci nie było cyrku finansowego. Pierworodnego na ponad 100 osób organizowali teściowie. Od nas był Inżynier, moja Przyjaciółka z mężem i ja. Słowem; sztuk cztery. Kupiłam obrączki, takie jak wybrali. Ale nie rozumiem, dlaczego miałam płacić za balangę ponad 100 nieznajomych mi osób. Mają o to pretensje do dziś, ale mam na to wyjebane. Do dziś spłacałabym długi. I pewno do śmierci bym nie spłaciła, a nawet jak, to dlaczego mam harować na jedną noc czyichś szaleństw? Na moje osobiste nie mam. Pierworodnego wykształciłam, wychowałam, partoli na własny rachunek, bo odkąd poznał swoją żonę, nie uważa za konieczne pytać o cokolwiek. Albo mówić prawdę. Jakoś to przeboleję.
Inżynier swój ślub sfinansował sam, nie mam pojęcia ile dołożyła rodzina Synowej, moja pomoc została odrzucona ze śmiechem. Dostali obrączki, takie jak chcieli. Wykształciłam go, wychowałam, jak chce coś zrobić to nie tyle, że pyta, ale mówi, że zrobi. Mogę wyrazić swoje zdanie, aczkolwiek on nie musi się nim kierować. Wciąż broi na własny rachunek, ale nie robi mnie w bambuko i nie robi przykrych niespodzianek. Mogę się z nim nie zgadzać, ale to jego skóra boli, a mnie tylko serce ;) (Jakie serce? Przecież ja nie mam serca :)

I co?
I nic.
Tak mi się nasunęła refleksja.
Dlaczego TRZEBA dawać? Brać pożyczkę? Martwić się?
Każdy ma swoje życie, swoje potrzeby i swoje marzenia. Swoje życie i swoje w danym momencie zakręty, kłopoty i problemy.
Tylko w PL jest takie chore podejście, że trzeba dawać.
A nie daj buk liściasty, jak się ma, a nie da.
A często ludzie myślą, że ktoś ma, więc musi dać.
Może i głupia jestem, ale sądzę, że więcej warte jest to, że ktoś w naszym życiu jest tak naprawdę, niż ta cała kasa.
Źle bez niej, to fakt, ale dlaczego nie zarobić na siebie, tylko ktoś ma dać?

No i elaborat mi wyszedł, Kochany Pamiętniczku, ale co sobie powspominałam, to moje :P

I Dalida pośpiewała, The Shadows tanga pograli. Za oknem piździ niesamowicie, zimno jak w dupie u Eskimosa, a u mnie wspomnieniowo i lirycznie...
Liryka, liryka, tkliwa dynamika, angelologia i dal... :)

A już wiem, czemu mam taki nastrój :)
Jest

 pięknie.
Będę wyła :)

czwartek, 9 lutego 2017

Obudziłam się

w nocy, Kochany Pamiętniczku i podreptałam tam, gdzie król chodzi pieszo i bez asysty. Wydawało mi się, że żarówka jakoś słabo świeci, ale tłumaczę sobie jak dziecku, żem zaspana. Jednak nie, rano żarówka dalej świeci, jak kotu w dupie. Sprawdzam inne światło, ale w kuchni i w małym pokoju led jest OK, w pokoju jak kotu w dupie, ale tam jest żarówka Edisona, która zawsze świeci, jakby nie mogła. W przedpokoju cienie, ale tam lampka na pokaz...
Okazuje się też, że ajpadzik, mimo że ma kreseczki, nie łapie neta.
Więc w panice i w koszulinie lezę na balkon, a jest minus 8 i wyciągam drabinę, zwalając przy tym doniczkę z zamarzniętymi bratkami... Wciągam drabinkę do łazienki, chwila akrobacji i jest ledowa żarówka. Ale zamiast świecić na drugim przycisku (led w łazience przez transformator działa inaczej niż normalna żarówka) miga, jak na dyskotece.
Ojapierdolę.
Włączam kompika.
Ten bredzi o jakimś dysku, że bez dysku nie będzie chodził.
WTF?
Restartuję na siłę.
Włącza się na moment, ale za chwilę zaczyna się na okrągło restartować, nie dając się wyłączyć.
Na ajpadzie i ajfoniczku wciąż kreski wi-fi, ale mimo restartowania routera nic nie chce się włączyć.
Z kranu leci zimna woda, więc wstawiam kociołek, bez umycia głowy nie wyjdę z domu, a lodowatą wodą nie umyję w to zimnisko...
Zrezygnowana fochami kompika wyciągam wtyczkę z gniazdka, bo inaczej się nie daje.
Zapętlam ajfonika (mam tam pomarańczowego neta) z ajpadzikiem.
Piszę do Inżyniera, ale on jeszcze nie wstał...
Szybka kąpiel i do kuchni, śniadanko robić.
Wstawiam wodę w czajniku elektrycznym.
Mam tak wyćwiczone robienie śniadania, że z zamkniętymi oczyma wiem, co robię i mam odliczone co do sekundy wszystko.
A tu dup.
Czajnik świeci, ale woda się nie gotuje.
Zdążyłam zrobić wszystko, zanim zagotowała się woda.
Puszczam ekspres, ale nawet nie słysząc (bo nie słyszę ekspresu, choć warczy) czuję po drganiach, że pompa nie działa, ani kropla wody nie leci...
Dopisuję do Inżyniera do litanii nieszczęść, spanikowana jak cholera, bo jak żyję, nigdy tak nie było!
Inżynier po chwili odpisuje, że skoro mam kreseczki, a nie mam neta, to widocznie dupnęło coś wszędzie i serwer w serwerowni się nie zresetował (serwerownia jest na osiedlu).  Że mam nie fiksować.
Oddycham w tytkę i błogosławię ajfoniczka, bo dzięki niemu nie jestem odcięta.
Zauważam, że te światełka w listwach przeciwprzepięciowych prawie wcale nie świecą, a zawsze świecą jak cholera...
Więc oddychając głęboko już bez tytki, wyłączam wszystko, tłumacząc sobie, że nie, nie będziemy jak coś rozkuwali ścian, tylko nowe przewody puścimy w listwach PO ścianach :)
Ubieram się i wychodzę z mieszkania, a tu zonk - nie ma światła na korytarzu (mamy czujniki ruchu).
Winda też nie jedzie, w sąsiednich blokach nagle nic się nie pali...
Idę na przystanek, modląc się, żeby dojechać do pracy, co mi się udaje :)

Chłopcy od techniki pocieszają mnie, że niekoniecznie musi to być u mnie w mieszkaniu, że to słabe napięcie było. Jak żyję, nie pamiętam czegoś takiego. Kolega zaś, nie od techniki, wykopuje mi grobek, mówiąc że instalacje sprzed roku dwutysięcznego to na szmelc. Ojapierdolę, wprowadzaliśmy się tu w 1986, nigdy nic się nie działo, nie licząc wylatujących bezpieczników z rzadka... Przy remoncie złotyrączek, elektryk z zawodu, mówił, że mam dobrą instalację, bo miedzianą, co jest ewenementem ponoć.
A tu taki zonk.
Ale w pracy dostałam kawę z ekspresu (w domu wypiłam rozpuszczalną, i fuj, nie smakuje mi). Pracy było po kokardkę i kucyki, toteż nie miałam czasu na martwienie się i szybko zleciało.
Ciśnienie podniósł mi Wice, wpadając do mnie, nie, nie na herbatkę, ale żeby mi powiedzieć, że w sobotę przychodzimy do pracy, bo nowy layout, blablabla.
Powiedziałam, że i owszem, przychodzą, beze mnie.
Nie ma opcji, chyba że dostanę cały etat i podwójną pensję, Bo ostatnio całymi miesiącami siedzę w pracy. Jeszcze Boss mi mówił, że mamy mało stron, a dziś zobaczyłam - mamy 240 stron plus po około 30 dwóch dodatków, czyli w sumie mamy 300 stron.  A mieliśmy 150. Zatem zamiast 300 (bo razy dwa) będę czytała 600 stron. Plus ekstrasik, który dziś powędrował do drukarni, 200 stron...
Więc nie, dziękuję.
Zdążę swoją robotę z palcem w dupie zrobić przez cztery dni.
I nie, nie będę w weekend. Wystarczy kiblowania w czasie zamykania, kiedy będę i tak koczowała po godzinach, bo jeszcze "się pisze". Wczoraj czekałam, w domu, ale czekałam, do 19 na tekst, który zrobiłam w 10 minut. A który mogłam na spokojnie zrobić w pracy dziś rano, bo i tak go nikt po mnie nie czytał. Bo nikomu się nie chciało i nikomu nie przeszkadzał fakt, że jest nieczytany. A to był wstępniak do książki. I napracowałam się nad nim, bo na kolanie pisany, na odpierdol.
W reklamie zewnętrznej, w ostatniej chwili (reklamy dostajemy od klientów, nie mamy nawet możliwości ich poprawienia) znalazłam koszmarny błąd w pierwszym słowie hasła, na dokładkę sloganie. Poprawili, ale nawet dziękuję nie powiedzieli. A poprawiłam, bo kto z czytelników zorientuje się, że błąd jest z firmy reklamującej, a nie, że puściła go korektorka, której nazwisko widnieje w stopce?
Kurwa mać.

Obrócił się na pięcie i poszedł.
Wyczyściłam biureczko, obleciałam kominki, wyczyściłam pocztę, kubeczek, talerzyk, siusiu, rączki i do domu.
Na całe szczęście prąd nie był świnią i wrócił.
Ciepła woda też jest.
Kompik się odfochał.
Wszystko jest na swoim miejscu, a ja jestem szczęśliwa.
Jeszcze rozmawiałam wczoraj z Postmanem i przykro mi, ale nic z tego, choć wiem, rozmawialiśmy o tym  No nic, nie wyszło. Bywa...
Life is brutal and full of zasadzkas.
Nie można mieć wszystkiego.
A ja muszę swoje życie poukładać do końca...
Choć bardzo mi się nie chce.
Trudno.

piątek, 3 lutego 2017

Ze Skieletczyzny

zgodnie z życzeniem, chyba z lekka zawiało, bo aczkolwiek rano było bardzo źle, to już w południe było dobrze. O smogu, mówię, Kochany Pamiętniczku, bo wszystko wokół tego się owija ostatnio. Z Donegalu to niech ta wiosna szybciej leci, na skrzydełkach, też zgodnie z życzeniem ;)
Zatem zmęczona siedzeniem na dupie, coraz tłustszej i coraz bardziej kubańskiej, jako że zakończyłam pracę przed południem, bo nie uszykowali prawie nic (dynda mi to i powiewa kalafiorem), chytrze odpiknęłam drzwi, hycnęłam do drugiego wyjścia i starą trasą, zaniedbaną od hohoho, poleciałam do domu. Trochę między domkami przysmradzało, ale tylko trochę.
I tak zadowolona zaliczyłam dziś po raz pierwszy od niepamiętnych czasów 4 kiloski per pedes.
A rankiem, jadąc do pracy kotecki tropiłam.
Ten mi się od razu w oczy rzucił, tadam :) (Jak się kliknie we fotkę, kotecek jak malowany. I smog jak na dłoni widoczny też, bo to nie jest mgła, tylko smog!) :)


Przepiękny :)

Wczoraj, przy bardzo złym stanie powietrza na boisku pod moim oknem

młodzi zainaugurowali sezon. Ta młodość, nawet smogu się nie boi.
Ano, póki płuca młode i zdrowe, co sobie żałować? Kto tam myśli, co będzie za kilkanaście lat :) I słusznie...
A moja kapustka wygląda tak po ukiszeniu

i jest warta złotego medalu.
Jutro kolejna tura, a od poniedziałku zaczynają się dni wkurwiania :)
Aby do następnego czwartku :)