tego zmieciem, czy tak jakoś, Kochany Pamiętniczku.
Dla mnie najcenniejszą rzeczą jest czas, więc jeśli ktoś umawia się ze mną na 8.30, to daję mu akademicki kwadrans. Pod tym względem obrzydliwy jest Kierownik Budowy, nigdy nie był punktualnie.
Majster miał być o 8.30.
9.00 dzwonek.
Wpuszczam niedojdę, pełna dobrych chęci.
Mówiłam, że ramka jest krzywo (ta trzymająca kafelki), a pianka uszczelniająca się wylewa.
To się wytnie.
Się wycięło, ale prosto dalej nie było. Tak jak przedtem kafelki założone na ramkę robiły mlask i nie było widać, gdzie maskują dziurę, tak teraz odstawało tu i tam.
Mimo przycinania, skrobania, popychania i innych takich tam.
I widzę, że za chuja ramka nie zrobi mlask i nie będzie prosto.
No i nie ma kawałków kafelków. Wzięły i poszły się jebać, co nie, Kochany Pamiętniczku. Okazało się podczas sprzątania łazienki, że leżą za WC, tam gdzie je poprzedni geniusz wcisnął).
Pyta, czy mam kafelki. Ależ mam, cały skład kafelków mam na balkonie (serio). No ale on nie ma ich czym przyciąć, bo oni nie są od kafelków.
Co, kurwa?
Ale od rozwalania są?
Wrzasnęłam "kierownika" i majster w podskokach spieprzył, zostawiając wiaderko.
Przyszedł kierownik. Ten gość, co stłukł kafelki i którego już raz przejechałam.
I na mnie z ryjem.
Że on mi pierwszej przysłał fachowca, żebym nie musiała czekać, jak inni, bo robią od dołu. A co mnie to, kurwa? Ja siedzę czwarty dzień na dupie. Że dał najlepszego kafelkarza. Ta. Facet bez zębów, więc widocznie najlepszy nie jest, skoro na szczękę nie ma, a może i ją zjadł na kafelkach. Że czy ja się znam na kładzeniu kafelków. Nie. Ale widzę, że jest krzywo i źle. Jak się nie znam, mam się nie wtrącać. Ta?? (Dopiero po południu zaświtało mi, że kafelki kładzie się z poziomicą, a oni tak skomplikowanego narzędzia na stanie nie mieli. Ja mam. Nawet w telefonie, kurwa, mam poziomicę, więc jestem lepszym kafelkarzem. Mam wszystko, jak się uprę, odpalę YouTube i te kilka kafelków położę. I z krzyżakami. Z takimi plastikowymi krzyżakami. Może gdzieś kilka jeszcze mam, ale nie mam interesu. I obczaiłam jak się kładzie fugę, Dam radę sama, ale halo, dlaczego mam ją kłaść sama, skoro oni za to wzięli kasę?)
Chwila.
Remont jest za moją kasę.
A facet dalej mnie poucza. I jak doszedł do frazy: ma pani od wczoraj wodę, czułam, że zabiję. Odrzekłam, że mam, ale nie chodzi o manie wody, mogłam jeszcze jeden dzień poczekać, ale chodzi mi o mój czas (4 dni urlopu w plecy, a to jeszcze nie koniec) i że chcę mieć stan dziewiczy.
Na to gościu, że on już nie może, że rzyga tym blokiem i tymi ludźmi.
Każdemu wolno rzygać. Ma prawo.
Rzekłam zatem jak dama, że rezygnuję z jego usług, znajdę sobie kafelkarza i wystawię rachunek.
A zamykając za nim drzwi rzekłam z wrodzoną gracją, że zrobię wszystko, żeby jego firma dostała odpowiednią opinię.
Na to rzekł bez gracji, że go to pierdoli.
Ano.
Skoro tak. A i gość na początku prac o 15 już był w stanie woniejącym i wskazującym. A dziś po południu, wlatuję do piątki, a tam kolejny z ekipy (u mnie nie zawitał) tankuje. No cóż. Wciąż myślę, czy zakablować, czy nie, ale wracajmy do naszych baranów, jak mówią Francuzi.
Ciśnienie miałam takie, że czułam, że mi czaszkę rozsadzi, więc ledwo przyodziawszy ciałko, ruszyłam do spółdzielni, jak tank pod Stalingradem.
Po drodze spotykam sąsiadów i nagle okazuje się, że nie wszędzie było cacy, ale "co pani zrobi".
Zrobiłam.
Weszłam do sekretariatu i zażądałam krótko i treściwie: prezesa proszę.
O dziwo, w tej sekundzie dostałam.
Jak jestem wkurwiona mówię głośno nawet mimo aparatów, a te założyłam. I czerwona byłam jak burak, bo ten model tak ma.
Wyłożyłam swoje racje i zapytałam retorycznie: kto da swoje 6 dni urlopu w czynie społecznym? Nie każdy ma kogo wrobić w pilnowanie mieszkania.
I dlaczego nie robi taka ekipa, jak w pierwszych blokach?
To pytanie prezes pominął głębokim milczeniem, ale stwierdził, że nie ma opcji załatwienia sprawy w jeden dzień. No dobra, w dwa. Ale ponad tydzień?
Przeprosił, do gabinetu wparował nowy gość. Składał się z brzucha i z czupryny, siwiuteńkiej, ale ojapierdolę. Coś jak mój Eks. Czupryna, nie brzuch :) Właściciel tego bajzlu, co w moim bloku pracuje.
Tom rzekła, co o tym myślę. Starał się sprawę załagodzić, ale mi już w duszy grało. I o tym rzyganiu powiedziałam, za co kajał się.
Niepotrzebnie, ja lepsze wiązanki znam.
Ale nie będzie mnie byle gnój obrażał, na dokładkę pracujący za moje pieniądze, bo to ja płacę na fundusz remontowy.
I jakbym prywatnie taką ekipę wzięła przez pomyłkę, wywaliłabym po godzinie.
Howgh.
Zapytał, kiedy może zobaczyć.
Powiedziałam, że zaraz, ale nie chciał mi przeszkadzać, bo wyszczekałam też, że nie tylko moja praca leży i kwiczy, ale i sprawy, które mam do załatwienia.
Powiedziałam, że nic to...
Za 5 minut miał być.
Nawet nie zaproponował, że podwiezie, ale chuj.
Poszłam po chleb i niespiesznie do domu.
Dreptał na korytarzu.
Oglądnął, pokiwał głową i powiedział, że reszta u mnie jest priorytetem. Że kiedy chcę i o której chcę u mnie zrobią. I że nie będę musiała warować. Na godzinę i szlus. Mogę do pracy.
Stanęło na czwartku na 9.
Chciał wcześniej, ale sobie myślę, co ja będę znów na tron w podskokach leciała, ubierała się i inne takie tam. Nie mam drzwi, więc jest jak jest.
Wizytówkę dał, że mam dzwonić. Ja na to, że SMS. A on, że zadzwonić. I kurwa, miał nowszego ajfonika, jak ja. Po co takie ćwoki mają takie zabaweczki, skoro nie umieją z nich korzystać. Powiedziałam, że jak coś się zmieni, wyślę SMS, co on z tym zrobi, rybka mi. Nie ma emilka. Ma firmę, kurwa, w XXI wieku i nie ma emilka.
No cóż, ja może i mniej mam, ale nie mam kompleksów :D
Dłoń mi podał.
Pierwszy.
Kasę może i ma, ale klasy już nie.
A dłoń podał, jakbym zdechłą rybę wzięła, tfujjj... Nawet imitacji uścisku nie było. No cóż.
Hydraulicy z reklamy już dawno wypieprzyli z tego kraju, zostały bezzębne odpady.
Sama jestem stara, ale jakbym nie dawała rady, powiedziałabym stop.
Sprzątam zawsze łazienkę w rękawiczkach i chwała blogu.
Kafelki na brzegu wanny, gdzie sadzali dupy były czymś uświnione, że fuj.
Jak można wejść do cudzego mieszkania w takich brudnych łachach?
Może bym i odpuściła z lekka krzywy kafelek, jak odpuściłam dziurkę w suficie, ale kurwa, my home is my castle i żaden majster mi tego nie będzie odbierał.
I nawet nie majster, bo majster przed wojną to był ktoś.
Nawet nie rzemieślnik.
Kiblotłuk i tyle.
Nie docierają do mnie teksty "że my też pracujemy".
Nie odważyłabym się tak schrzanić pracy, pić w pracy, choć u mnie czasem są juble i wszyscy piją. Ja co najwyżej symboliczną lampkę wina, bo mojej pracy nie da się wykonać na cyku. A ja pracę szanuję.
I tyle w temacie.
W czwartek będę pilnować kładzenia kafelków. I zażądam poziomicy, mając swoją w pogotowiu.
Zemsta jest rozkoszą bogów.
Może się i nie znam na kładzeniu kafelków, ale głupia nie jestem.
A potem pojechałam do miasta, przetłumaczyć akt urodzenia Alienka i zonk - cała Polska świętuje.
Przetłumaczą dopiero na czwartek. Za całe 50 zł polskich. A w sumie to przetłumaczyłabym i ja, nie znając angielskiego i nie używając słownika, ale tak się nie da. Życie :D Ponieważ to gotowy formularz, to dla tłumacza z drukowaniem 10-15 min pracy. Niezła stawka, odciągając nawet wszystkie koszta :) Ale tłumacz uczył się i szlifował wiedzę latami, więc niech mu będzie.
I na targu dałam saksofoniście 3 złote, raz, że pięknie grał (miałam aparaty), a dwa, trzeba to, co narozrabiałam jakoś odpeszyć, co nie?
Bo kiblotłuków na pewno po głowie szef nie pogłaszcze.
Trudno :)
U mnie w miarę ciepło, bo 10 stopni, wilgotno i zielono do bólu. Jutro się zaopatrzę w żarełko, coby z głodu nie paść i nacieszę się domem. Jeszcze moim, bo nie wiadomo, jak będzie po kuciu w kuchni. Sąsiadce sufit poszedł...
Przydałyby się jakieś kciuki, te od Star działają :D
I dlatego nie lubię remontów, nie cieszy mnie efekt końcowy, bo cała akcja jest zawsze pod hasłem: coby tu jeszcze spieprzyć, panowie, to się wytnie, a to zatka.
I polikwidowali zawodówki, bo na co komu dobry fachowiec?
Wszyscy są od marketingu i zarządzania, a pracować nie ma komu...
piątek, 28 kwietnia 2017
czwartek, 27 kwietnia 2017
Wydało się
Kochany Pamiętniczku.
W chuja nas robi spółdzielnia.
W zeszłym roku wymieniali piony w innych blokach i trwało to JEDEN dzień - i kuchnia, i łazienka, bez kucia.
Ale była inna ekipa. Na pewno droższa, bo robiła fantastycznie. A tu same kościane dziadki i brudasy. Komunę jeszcze pamiętają. A narzędzia to ja mam lepsze od nich, chociaż nie mam firmy remontowej.
I jak napisał znajomy - za drogo było, to "wujka Zenka" zatrudnili.
A ja sobie mogę reklamację pisać na Berdyczów.
Wciąż w łazience zieje dziura i nie wiadomo, kiedy przyjdą.
Trzy dni załatwiania fizjologii w pośpiechu.
Mam dość.
Bo ten model tak ma, że w świątyni dumania potrzebuje ciszy i spokoju, a nie nasłuchiwania, czy nie dobijają się do drzwi.
Z tego wszystkiego rozregulował mi się żołądek.
I mam PESEL załatwiać dla Alienka, a ja jak ta Isaura...
Wyłączyć myślenie!!!
W chuja nas robi spółdzielnia.
W zeszłym roku wymieniali piony w innych blokach i trwało to JEDEN dzień - i kuchnia, i łazienka, bez kucia.
Ale była inna ekipa. Na pewno droższa, bo robiła fantastycznie. A tu same kościane dziadki i brudasy. Komunę jeszcze pamiętają. A narzędzia to ja mam lepsze od nich, chociaż nie mam firmy remontowej.
I jak napisał znajomy - za drogo było, to "wujka Zenka" zatrudnili.
A ja sobie mogę reklamację pisać na Berdyczów.
Wciąż w łazience zieje dziura i nie wiadomo, kiedy przyjdą.
Trzy dni załatwiania fizjologii w pośpiechu.
Mam dość.
Bo ten model tak ma, że w świątyni dumania potrzebuje ciszy i spokoju, a nie nasłuchiwania, czy nie dobijają się do drzwi.
Z tego wszystkiego rozregulował mi się żołądek.
I mam PESEL załatwiać dla Alienka, a ja jak ta Isaura...
Wyłączyć myślenie!!!
Zwariuję
za chwilę, Kochany Pamiętniczku!
W kaftanie mnie wywiozą. Trzeci dzień jestem jak niewolnica we własnym domu uwięziona, bo tę wodę robią.
Kurwa mać.
A znajoma mówi, że w ich bloku zajęło im to JEDEN dzień. Ale ekipa była inna. I nic nie kuli, oprócz kuchni.
Nie wiem, gdzie mam wnosić reklamacje, w całym domu śmierdzi remontem, tynkiem i ćmikami, bo ekipa pali. Wprawdzie nie u mnie w mieszkaniu, bo takiej opcji nie ma, ale palą, co czuć.
Jak pójdę do spółdzielni, to sobie tylko ciśnienie podniosę.
Na ekipę nie mam co narzekać, robią, co im każą. A kierownik szuja taka, że kij mu w dupę, nabity gwoździami i niech ma przyjemność, jak będą mu obracali.
Nie wytrzymam.
Wyskoczę z balkonu.
Kurwa mać.
W kaftanie mnie wywiozą. Trzeci dzień jestem jak niewolnica we własnym domu uwięziona, bo tę wodę robią.
Kurwa mać.
A znajoma mówi, że w ich bloku zajęło im to JEDEN dzień. Ale ekipa była inna. I nic nie kuli, oprócz kuchni.
Nie wiem, gdzie mam wnosić reklamacje, w całym domu śmierdzi remontem, tynkiem i ćmikami, bo ekipa pali. Wprawdzie nie u mnie w mieszkaniu, bo takiej opcji nie ma, ale palą, co czuć.
Jak pójdę do spółdzielni, to sobie tylko ciśnienie podniosę.
Na ekipę nie mam co narzekać, robią, co im każą. A kierownik szuja taka, że kij mu w dupę, nabity gwoździami i niech ma przyjemność, jak będą mu obracali.
Nie wytrzymam.
Wyskoczę z balkonu.
Kurwa mać.
środa, 26 kwietnia 2017
Sytuację
określić można jednym brzydkim słowem, Kochany Pamiętniczku.
Mieli przyjść o dwunastej, dobrze, że mnie tknęło i wstałam i ogarnęłam się wcześniej, bo przyszli o 8.30, właśnie jak wychodziłam po zakupy.
Pogrzebali, powiedzieli, że jeszcze wlecą. Chwilę pogadaliśmy, nawet miło i ja cała w skowronkach sruuu po szparagi.
Bo szparagi już są.
Wracam.
Dzwonek.
Mówię gościowi, że zostawię drzwi otwarte, bo latają jak koty bez pęcherza.
OK.
Przyszykowałam do obiadu, klapnęłam na fotelik, a oni jak gówno w przeręblu.
Przychodzi nowy, pytam, czy jestem potrzebna, mówi, że nie.
No to film oglądam, a w łazience hałas, no ale trudno.
Drzwi tym razem zamknął. Wychodzi, ja zaglądam, a tam pustynia Sahara. Płytki ze ściany zjebał.
Kurwa mać.
Wraca, a ja na niego z mordą, że chcę kierownika, bo dlaczego bez mojej zgody płytki zrywają i kto to naprawi?
A on na to, że płytki całe, o, proszę, pokazuje dwie sklejone fugą, a płytka jeb i po płytce.
Facet blady jak ściana, a ja wrzeszczę, że pytałam na początku, czy zabezpieczyć się folią, to powiedzieli, że nie, że wszystko będzie cacy-cacy, a teraz mam wszystko w pyle i po płytkach. I kto mi to zamuruje? On, jąkając się, że on to zrobi...
Taaa...
Przyszedł ten, co ustawia, ale nie kierownik.
I na niego z mordą, a on, że mówił. A ja na to, że wiedzą, że niedosłyszę i należało wyraźnie powiedzieć, że będą kuć. No mówiłem, że będziemy dalej robić. Kurwa, czy ja jestem hydraulikiem, żeby wiedzieć, co będą robić?
No myślałem, że pani wie.
W kuchni będzie jeszcze gorzej.
Kurwa.
Ale... Zrobią mi kuchnię, jak dobrze pójdzie, bo może coś wyskoczyć, zaraz 4 maja i zakryją mi wszystko, jak dam folię.
Mniejsza z większym. Dam folię, choć porządna firma dałaby swoją, wiem, jak malowali u mnie na Reymonta w pracy. Przychodził ojciec z synem, ojciec już po siedemdziesiątce, zakrywali wszystko, a następnego dnia biuro była nówka nieśmigana.
No nic, nie będę się kopała z koniem.
Potem pownosili rury no i od razu śrup i odbicie na suficie. Znów rozwarłam japę i o dziwo, następne rury wnieśli nie odbijając nic.
Opierdoliłam i tak.
Odbicie widzę tylko, jak mam okulary, ale widzę :)
Ponieważ koło kratki wentylacyjnej mam naklejone czarne stópki, to doszłam do wniosku, że zamiast użerać się z malowaniem i z kolejną ekipą "fachowców" kupię kolejne stópki :)
I tak uczyniłam :P
Taką dziurę mi zrobili i czarną folią zatkali...
A stópki tak mam
A tu w promieniach światła widać ujebane, ta mała kropka :) ... Sufit ma kolor ścian, fotka jest, jaka jest :P Nie opłaca mi się puszki farby kupować dla takiej kropki, co nie?
I pytam gościa, czy u siebie w domu by też tak świnił remontując, a on na to, że tak.
To ja spokojnie: dlatego nie zatrudniam takich ekip.
Kurwa mać.
Żona KB pisała, że kombinuje on jak koń pod górkę, że zamiast z nią rozmawiać, to jej mózgotrzepiące linki podsyła.
Ale poniekąd sami sobie winni, bo od dawna diagnozowali się przez YT,
Idzie do psychologa, on nie wiadomo, czy pójdzie.
I dobrze, nie chcę się w to wkręcać, nie jestem specjalistą od ludzkich umysłów, są zbyt pogięte.
Nie chcę nikogo skrzywdzić.
Ale trzepie mnie to niemiłosiernie.
Na pociechę dostałam Alienka w kąpieli, ojapierdolę. Ale z kategorycznym zakazem publikowania gdziekolwiek i słusznie.
I tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku, choć dzień jeszcze młody, mam nadzieję, że nic się już nie wypierdoli.
Bo kibel zalewany wiaderkiem to jest jednak koszmarne.
Dobrze, że w kuchni mam wodę. I wannę umyłam, więc jak coś rankiem kąpiel będzie jak zwykle :P
Mieli przyjść o dwunastej, dobrze, że mnie tknęło i wstałam i ogarnęłam się wcześniej, bo przyszli o 8.30, właśnie jak wychodziłam po zakupy.
Pogrzebali, powiedzieli, że jeszcze wlecą. Chwilę pogadaliśmy, nawet miło i ja cała w skowronkach sruuu po szparagi.
Bo szparagi już są.
Wracam.
Dzwonek.
Mówię gościowi, że zostawię drzwi otwarte, bo latają jak koty bez pęcherza.
OK.
Przyszykowałam do obiadu, klapnęłam na fotelik, a oni jak gówno w przeręblu.
Przychodzi nowy, pytam, czy jestem potrzebna, mówi, że nie.
No to film oglądam, a w łazience hałas, no ale trudno.
Drzwi tym razem zamknął. Wychodzi, ja zaglądam, a tam pustynia Sahara. Płytki ze ściany zjebał.
Kurwa mać.
Wraca, a ja na niego z mordą, że chcę kierownika, bo dlaczego bez mojej zgody płytki zrywają i kto to naprawi?
A on na to, że płytki całe, o, proszę, pokazuje dwie sklejone fugą, a płytka jeb i po płytce.
Facet blady jak ściana, a ja wrzeszczę, że pytałam na początku, czy zabezpieczyć się folią, to powiedzieli, że nie, że wszystko będzie cacy-cacy, a teraz mam wszystko w pyle i po płytkach. I kto mi to zamuruje? On, jąkając się, że on to zrobi...
Taaa...
Przyszedł ten, co ustawia, ale nie kierownik.
I na niego z mordą, a on, że mówił. A ja na to, że wiedzą, że niedosłyszę i należało wyraźnie powiedzieć, że będą kuć. No mówiłem, że będziemy dalej robić. Kurwa, czy ja jestem hydraulikiem, żeby wiedzieć, co będą robić?
No myślałem, że pani wie.
W kuchni będzie jeszcze gorzej.
Kurwa.
Ale... Zrobią mi kuchnię, jak dobrze pójdzie, bo może coś wyskoczyć, zaraz 4 maja i zakryją mi wszystko, jak dam folię.
Mniejsza z większym. Dam folię, choć porządna firma dałaby swoją, wiem, jak malowali u mnie na Reymonta w pracy. Przychodził ojciec z synem, ojciec już po siedemdziesiątce, zakrywali wszystko, a następnego dnia biuro była nówka nieśmigana.
No nic, nie będę się kopała z koniem.
Potem pownosili rury no i od razu śrup i odbicie na suficie. Znów rozwarłam japę i o dziwo, następne rury wnieśli nie odbijając nic.
Opierdoliłam i tak.
Odbicie widzę tylko, jak mam okulary, ale widzę :)
Ponieważ koło kratki wentylacyjnej mam naklejone czarne stópki, to doszłam do wniosku, że zamiast użerać się z malowaniem i z kolejną ekipą "fachowców" kupię kolejne stópki :)
I tak uczyniłam :P
Taką dziurę mi zrobili i czarną folią zatkali...
A stópki tak mam
A tu w promieniach światła widać ujebane, ta mała kropka :) ... Sufit ma kolor ścian, fotka jest, jaka jest :P Nie opłaca mi się puszki farby kupować dla takiej kropki, co nie?
I pytam gościa, czy u siebie w domu by też tak świnił remontując, a on na to, że tak.
To ja spokojnie: dlatego nie zatrudniam takich ekip.
Kurwa mać.
Żona KB pisała, że kombinuje on jak koń pod górkę, że zamiast z nią rozmawiać, to jej mózgotrzepiące linki podsyła.
Ale poniekąd sami sobie winni, bo od dawna diagnozowali się przez YT,
Idzie do psychologa, on nie wiadomo, czy pójdzie.
I dobrze, nie chcę się w to wkręcać, nie jestem specjalistą od ludzkich umysłów, są zbyt pogięte.
Nie chcę nikogo skrzywdzić.
Ale trzepie mnie to niemiłosiernie.
Na pociechę dostałam Alienka w kąpieli, ojapierdolę. Ale z kategorycznym zakazem publikowania gdziekolwiek i słusznie.
I tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku, choć dzień jeszcze młody, mam nadzieję, że nic się już nie wypierdoli.
Bo kibel zalewany wiaderkiem to jest jednak koszmarne.
Dobrze, że w kuchni mam wodę. I wannę umyłam, więc jak coś rankiem kąpiel będzie jak zwykle :P
wtorek, 25 kwietnia 2017
Diabelski
młyn, Kochany Pamiętniczku jest.
Siedzę jak na gwoździach, a tu dzwonek. Wpuszczam. Majster sztuk jeden. Zapraszam do łazienki, a on nie wie, jak się odsłania szyb. A ponoć fachura. No nic. Ale grzeczny. Odsłaniam szyb i konwersujemy, jak czekista z czekistą. Jak dobrze pójdzie, odzyskam wodę w łazience w piątek.
Ojapierdolę.
A kuchnia?
Kuchnia będzie robiona po świętach (jakie święta, ki diabeł?). A... Długi weekend. Kuć będą. A kto mi dziurę zatka? Wprawdzie lata całe miałam tam dziurę, ale wciąż miałam wrażenie, że wyjdzie mi z niej coś, więc kazałam zamurować. Zamurują. Ale już nie wygładzą i nie wyszpachlują i nie pomalują, bo po co to pani, skoro za szafką nie widać? Nosz, kurwa, porzundek zaś ale musi być, co nie? Gość zdębiał i mówi: ma pani rację. Pewno, że mam i dlaczego mam ponosić koszty? No nic, zobaczymy.
Licznik zdjął.
Telefon wyciągnął.
Zadzwonił.
Ekipa przyszła.
Dwóch.
Jeden niósł wiaderko, a nim jakieś cuda wianki.
Postawił wiaderko w łazience.
Stanął koło wiaderka.
Drugi nie niósł nic. Tylko ręce miał w kieszeniach. Stanął w przedpokoju, bo w łazience się już nie mieścił.
Co ja paczę?
Ze szybu iskry lecą, coś tam tną.
Więc lamentuję, że już pożar od czegoś takiego widziałam.
Uspokajają mnie.
Kontemplujący z przedpokoju gapi się na kołowrotek i mówi: ma pani w tym kupę pieniędzy.
A ja na to: 120 zł to kupa? Jakie 120, po 3 tysiące chodzą. Ta, jak ze złota są. W antykwariacie są za 120 zł, jakbym sprzedawała, to mniej dostanę, bo marża. Nie uwierzył. To niech idzie i sprawdzi. Jak mi kołowrotek zniknie, będę wiedziała, kogo winić :)
I tak jeden pracował, dwóch stało (a pracują od razu w dwóch pionach, więc co najmniej dwie ekipy).
Kurwa.
Liczniki zostawili w zlewie. Uszczelki fruwają po łazience, inne śrubki też. A ponoć porządni. Tom wsadziła wszystko w plastikowe pudełko, jak wyszli.
Pytam, czy mogę lecieć po chleb. Mogę, nie ma pośpiechu. Zajrzą po południu.
Zajrzał.
Jeden, ten od roboty.
0 15.30, że dziś już nic nie zrobią.
Że jutro może o 12 przyjdą, a może o 15. Może w grudniu po południu, co nie?
Że kuchnia po świętach, ale nie w tygodniu po świętach, tylko w następnym. Bo po świętach im się na dwa dni nie opłaca iść do pracy.
Burżuje.
Czyli cała jazda będzie trwała prawie 3 tygodnie. Ojapierdolę. Pytam, jak mam to załatwić. Urlop pani weźmie. Zjechałam dziada. Mam urlop marnować, bo oni tak mają?
I ich zarobki, a moje.
Kurwa mać.
Tylko tyle mi się pcha na ust korale.
Nic dziwnego, że remonty to kataklizmy, nie ma: weszli, zrobili, wyszli.
A ja nie mam wyjścia. Muszę wejść, zrobić i wyjść.
Amen.
W międzyczasie odezwała się Żona KB, z wiadomościami bardzo niewesołymi. Odbija mu tak, że ona się wyprowadza. Ma już mieszkanie. I prosi mnie o porozmawianie z nim, bo...
Ojapierdolę.
Jestem jedyną osobą na świecie, którą on słucha i której wierzy.
I ona wie, że ja się nie wtrącam nigdy, ale jedynie mnie chociaż wysłucha, bo czy posłucha to nie wiadomo.
Jednak wyprali mu mózg tym zdrowym trybem życia i medytacją.
Kurwa mać.
Maleńkiej żal. Ich w sumie też, ale cóż, znali się lata całe, mieszkali kilka lat, jak łyse konie się znali i widać, że nic nie pomogło.
Sami boleją nad rozbitymi rodzinami. A swoją też rozbijają.
Ale z własnego doświadczenia wiem, że czasem lepiej rozbić i zostawić, ocalić coś, niż zabijać się powoli.
Dzieci rozumieją więcej niż się dorosłym wydaje.
U mnie były już na tyle duże, że zapytałam czego chcą.
I czy gotowe są na to.
Były i okazało się to wspaniałym wyjściem i ocaliło im resztki dzieciństwa. Biednego, w ciuchach z lumpeksu, bez luksusów, ale spokojnego i pełnego miłości i serca. I to się liczy.
Ale Kradziejka jest maleńka.
Niech moc będzie ze mną.
I co ja mam biedna zrobić? :(
Smutno mi.
I zimno.
Ale i tak pięknie
Konwalie jeszcze zziębnięte, nieśmiało czekają na słońce, ale już za chwilę zadzwonią te białe dzwoneczki.
I znów się tak stanie, że bez zapachnie jak bez...
I znów się jakoś stało, że bez pachniał jak bez.
I słowo pachnieć pachniało.
I łzy były pełne łez.
Pora na lilakowe perfumy (lilakowe dla Barana, bo to wszak bez jest ;) )
A obok mniszka jakieś dzwoneczki, nie wiem co to :) Może Dora albo inny znawca wie.
Jakie to życie czasem jest popaprane...
Na maksa...
Siedzę jak na gwoździach, a tu dzwonek. Wpuszczam. Majster sztuk jeden. Zapraszam do łazienki, a on nie wie, jak się odsłania szyb. A ponoć fachura. No nic. Ale grzeczny. Odsłaniam szyb i konwersujemy, jak czekista z czekistą. Jak dobrze pójdzie, odzyskam wodę w łazience w piątek.
Ojapierdolę.
A kuchnia?
Kuchnia będzie robiona po świętach (jakie święta, ki diabeł?). A... Długi weekend. Kuć będą. A kto mi dziurę zatka? Wprawdzie lata całe miałam tam dziurę, ale wciąż miałam wrażenie, że wyjdzie mi z niej coś, więc kazałam zamurować. Zamurują. Ale już nie wygładzą i nie wyszpachlują i nie pomalują, bo po co to pani, skoro za szafką nie widać? Nosz, kurwa, porzundek zaś ale musi być, co nie? Gość zdębiał i mówi: ma pani rację. Pewno, że mam i dlaczego mam ponosić koszty? No nic, zobaczymy.
Licznik zdjął.
Telefon wyciągnął.
Zadzwonił.
Ekipa przyszła.
Dwóch.
Jeden niósł wiaderko, a nim jakieś cuda wianki.
Postawił wiaderko w łazience.
Stanął koło wiaderka.
Drugi nie niósł nic. Tylko ręce miał w kieszeniach. Stanął w przedpokoju, bo w łazience się już nie mieścił.
Co ja paczę?
Ze szybu iskry lecą, coś tam tną.
Więc lamentuję, że już pożar od czegoś takiego widziałam.
Uspokajają mnie.
Kontemplujący z przedpokoju gapi się na kołowrotek i mówi: ma pani w tym kupę pieniędzy.
A ja na to: 120 zł to kupa? Jakie 120, po 3 tysiące chodzą. Ta, jak ze złota są. W antykwariacie są za 120 zł, jakbym sprzedawała, to mniej dostanę, bo marża. Nie uwierzył. To niech idzie i sprawdzi. Jak mi kołowrotek zniknie, będę wiedziała, kogo winić :)
I tak jeden pracował, dwóch stało (a pracują od razu w dwóch pionach, więc co najmniej dwie ekipy).
Kurwa.
Liczniki zostawili w zlewie. Uszczelki fruwają po łazience, inne śrubki też. A ponoć porządni. Tom wsadziła wszystko w plastikowe pudełko, jak wyszli.
Pytam, czy mogę lecieć po chleb. Mogę, nie ma pośpiechu. Zajrzą po południu.
Zajrzał.
Jeden, ten od roboty.
0 15.30, że dziś już nic nie zrobią.
Że jutro może o 12 przyjdą, a może o 15. Może w grudniu po południu, co nie?
Że kuchnia po świętach, ale nie w tygodniu po świętach, tylko w następnym. Bo po świętach im się na dwa dni nie opłaca iść do pracy.
Burżuje.
Czyli cała jazda będzie trwała prawie 3 tygodnie. Ojapierdolę. Pytam, jak mam to załatwić. Urlop pani weźmie. Zjechałam dziada. Mam urlop marnować, bo oni tak mają?
I ich zarobki, a moje.
Kurwa mać.
Tylko tyle mi się pcha na ust korale.
Nic dziwnego, że remonty to kataklizmy, nie ma: weszli, zrobili, wyszli.
A ja nie mam wyjścia. Muszę wejść, zrobić i wyjść.
Amen.
W międzyczasie odezwała się Żona KB, z wiadomościami bardzo niewesołymi. Odbija mu tak, że ona się wyprowadza. Ma już mieszkanie. I prosi mnie o porozmawianie z nim, bo...
Ojapierdolę.
Jestem jedyną osobą na świecie, którą on słucha i której wierzy.
I ona wie, że ja się nie wtrącam nigdy, ale jedynie mnie chociaż wysłucha, bo czy posłucha to nie wiadomo.
Jednak wyprali mu mózg tym zdrowym trybem życia i medytacją.
Kurwa mać.
Maleńkiej żal. Ich w sumie też, ale cóż, znali się lata całe, mieszkali kilka lat, jak łyse konie się znali i widać, że nic nie pomogło.
Sami boleją nad rozbitymi rodzinami. A swoją też rozbijają.
Ale z własnego doświadczenia wiem, że czasem lepiej rozbić i zostawić, ocalić coś, niż zabijać się powoli.
Dzieci rozumieją więcej niż się dorosłym wydaje.
U mnie były już na tyle duże, że zapytałam czego chcą.
I czy gotowe są na to.
Były i okazało się to wspaniałym wyjściem i ocaliło im resztki dzieciństwa. Biednego, w ciuchach z lumpeksu, bez luksusów, ale spokojnego i pełnego miłości i serca. I to się liczy.
Ale Kradziejka jest maleńka.
Niech moc będzie ze mną.
I co ja mam biedna zrobić? :(
Smutno mi.
I zimno.
Ale i tak pięknie
Konwalie jeszcze zziębnięte, nieśmiało czekają na słońce, ale już za chwilę zadzwonią te białe dzwoneczki.
I znów się tak stanie, że bez zapachnie jak bez...
I znów się jakoś stało, że bez pachniał jak bez.
I słowo pachnieć pachniało.
I łzy były pełne łez.
Pora na lilakowe perfumy (lilakowe dla Barana, bo to wszak bez jest ;) )
A obok mniszka jakieś dzwoneczki, nie wiem co to :) Może Dora albo inny znawca wie.
Jakie to życie czasem jest popaprane...
Na maksa...
niedziela, 23 kwietnia 2017
Popitoliłam
wreszcie, Kochany Pamiętniczku.
I US wisi mi całe dwa złote polskie, oczywiście, guzik zobaczę, a nie te dwa złote... A w zeszłym roku musiałam im w zębach zanieść złotóweczkę.
Kurwa mać.
Jak zobaczyłam, ile mi ściągnęli podatków, nóż mi się w kieszeni otworzył, ale zaraz potem zamknął, bo a nuż, a widelec zranię się tym scyzorykiem i podatku mi nie starczy na leczenie wszystkiego.
Zatem jutro wyprawa z pendrive, wydrukować, do US, pokwitowanie.
Pod tym względem jestem staroświecka, żaden problem wysłać online, ale teściowa naumiała mnie jednej ważnej rzeczy: to, co do urzędu, na piśmie z potwierdzeniem odbioru i trzymać do końca życia.
I tego się trzymam, bo po przeczytaniu Blackoutu wiem, że to mądra rada. Nawet backup nie pomoże, jak wszystko pierdalnie. A papier wszystko zniesie :P
Audiencja u Inżyniera dziś, krótka, ale mogłam wreszcie się komuś wypłakać. Komuś, kto zrozumie, a nie nakabluje.
Bo jednak Kochany Pamiętniczek a rozumiejący człowiek to dwie różne bajki :)
Poryczałam się, to mnie wirtualnie pogłaskał, chociaż tyle.
I Alienka pokazali, który spał po cycku jak cherubinek.
A jak mu się spanie znudziło, pokazał, co potrafi, a płucka ma takie, że nawet przygłuchej babci z gównianymi słuchawkami bębenki padały :) Po babci ma głosik.
Zatem audiencje są krótkie, ale dobrze, że w ogóle są.
I...
Inżynier wciąga piwo bezalkoholowe.
Może będą z niego jeszcze ludzie i nie skończy jako AA.
Bo jest menda, jak kupuje alkohol, nigdy się nie przedstawia :)
A Alienek...
Nic nie powiem.
Bo Synowa 1 przesłała fotki Małej Wiedźmy z kolejnego konkursu. Kurde, wymalowana jak... ulicznica.
Bo niespełna siedmioletnia dziewczynka z karminową szminką i niebieskimi cieniami...
Mój Ojciec, goniąc mnie za makijaż, gdy miałam już tę osiemnastkę za sobą, wciąż marudził: kto to kwiatki maluje, wyglądasz, jak puchacz w klatce...
Przyznaję mu teraz rację.
Zresztą i mój ówczesny absztyfikant, ta pierwsza (druga) miłość, z tych jednych i bolących, brutalnie stawiał sprawę: zmywasz makijaż, albo idziemy na zabawę osobno :) Zmywałam :D
No ale na makijaż MW nie mam absolutnie żadnego wpływu.
Jest jednak różnica pomiędzy siedmiolatką (niespełna), a pełnoletnią dziewczyną.
Dobrze, że chociaż Papryczka nie tynkują.
Przerasta mnie myśl, że pojutrze znów będą w moim azylu obcy.
No nic.
Idę po papierową tytkę, może zasnę.
I cieszę się, że u mnie tylko leje z przerwami, bo wszędzie śnieg pada i to nielicho...
I US wisi mi całe dwa złote polskie, oczywiście, guzik zobaczę, a nie te dwa złote... A w zeszłym roku musiałam im w zębach zanieść złotóweczkę.
Kurwa mać.
Jak zobaczyłam, ile mi ściągnęli podatków, nóż mi się w kieszeni otworzył, ale zaraz potem zamknął, bo a nuż, a widelec zranię się tym scyzorykiem i podatku mi nie starczy na leczenie wszystkiego.
Zatem jutro wyprawa z pendrive, wydrukować, do US, pokwitowanie.
Pod tym względem jestem staroświecka, żaden problem wysłać online, ale teściowa naumiała mnie jednej ważnej rzeczy: to, co do urzędu, na piśmie z potwierdzeniem odbioru i trzymać do końca życia.
I tego się trzymam, bo po przeczytaniu Blackoutu wiem, że to mądra rada. Nawet backup nie pomoże, jak wszystko pierdalnie. A papier wszystko zniesie :P
Audiencja u Inżyniera dziś, krótka, ale mogłam wreszcie się komuś wypłakać. Komuś, kto zrozumie, a nie nakabluje.
Bo jednak Kochany Pamiętniczek a rozumiejący człowiek to dwie różne bajki :)
Poryczałam się, to mnie wirtualnie pogłaskał, chociaż tyle.
I Alienka pokazali, który spał po cycku jak cherubinek.
A jak mu się spanie znudziło, pokazał, co potrafi, a płucka ma takie, że nawet przygłuchej babci z gównianymi słuchawkami bębenki padały :) Po babci ma głosik.
Zatem audiencje są krótkie, ale dobrze, że w ogóle są.
I...
Inżynier wciąga piwo bezalkoholowe.
Może będą z niego jeszcze ludzie i nie skończy jako AA.
Bo jest menda, jak kupuje alkohol, nigdy się nie przedstawia :)
A Alienek...
Nic nie powiem.
Bo Synowa 1 przesłała fotki Małej Wiedźmy z kolejnego konkursu. Kurde, wymalowana jak... ulicznica.
Bo niespełna siedmioletnia dziewczynka z karminową szminką i niebieskimi cieniami...
Mój Ojciec, goniąc mnie za makijaż, gdy miałam już tę osiemnastkę za sobą, wciąż marudził: kto to kwiatki maluje, wyglądasz, jak puchacz w klatce...
Przyznaję mu teraz rację.
Zresztą i mój ówczesny absztyfikant, ta pierwsza (druga) miłość, z tych jednych i bolących, brutalnie stawiał sprawę: zmywasz makijaż, albo idziemy na zabawę osobno :) Zmywałam :D
No ale na makijaż MW nie mam absolutnie żadnego wpływu.
Jest jednak różnica pomiędzy siedmiolatką (niespełna), a pełnoletnią dziewczyną.
Dobrze, że chociaż Papryczka nie tynkują.
Przerasta mnie myśl, że pojutrze znów będą w moim azylu obcy.
No nic.
Idę po papierową tytkę, może zasnę.
I cieszę się, że u mnie tylko leje z przerwami, bo wszędzie śnieg pada i to nielicho...
sobota, 22 kwietnia 2017
Coraz
Wkoło lecą szmaty zapalone;
Gorejąc, nie wiesz, czy? stawasz się w o l n y,
Czy to, co t w o j e, ma być zatracone?
Czy popiół tylko zostanie i zamęt,
Co idzie w przepaść z burzą?- czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,
Wiekuistego zwycięstwa zaranie!...
Bez sensu takie życie, Kochany Pamiętniczku...
Bez sensu, absolutnie...
Moje już ścięli. I dobrze :)
piątek, 21 kwietnia 2017
Myślałam
że nigdy tego nie powiem, Kochany Pamiętniczku.
Ale powiem.
Ludzie to kurwy.
I tyle w temacie.
Wchodziłam do pracy zadowolona, bo cicho, spokojnie.
Kobieta od kolejnej publikacji mówi mi, że mam iść do Bossa, bo spokój, a ona mnie potrzebuje.
No to idę.
I zaczęła się kilkugodzinna jazda bez trzymanki.
Oburzony był, że w swoim wolnym czasie nie chcę pracować za darmo. Bo mam w umowie. Taaa... Jak sobie narysuje.
Że kto to widział być tak aspołecznym.
Serio?
Że on ma tu cały stos ofert spoza firmy na zrobienie mojej pracy za 700 zł. Że ten co kontrolę robił tyle wziął. No i buk liściasty z nim, kto mu bronił wziąć więcej. Ja to redaguję i czytam dwa razy, więc nawet jak biorę więcej niż te 700 razy dwa to i tak nie są to kokosy. Bo to nie tak, że dostaję, siadam, robię i fajrant. Nie, ja godzinami czekam na pracę, będąc dyspozycyjna. Za zmarnowane godziny nikt mi nie płaci. A to moje życie i żadna z tych godzin nie wróci.
No to proszę brać do ekstrasa, w czym problem.
No to sobie weźmie.
Poszłam.
Idę do gościówy i mówię, że dostanie inną korektorkę.
Na to wchodzi Boss i z ryjem, że po redakcji latam.
Mówię, że nie latam, a informuję i że mi przykro, że tak nisko ceni moją pracę.
No to się wkurwił jeszcze mocniej i apiać mnie na dywanik.
I znów, że pół etatu, że idzie mi na rękę (ta, jak? to ja w wolnym czasie pracuję, obecnie mam znów 60 nadgodzin, których nie mam jak odebrać to jest lekko 15 dni wolnego po 4 godziny, czyli 3 tygodnie), że urlop, jaki urlop, jak mogę brać urlop, skoro mam tydzień wolnego co miesiąc (nie dociera do niego, że limitowe godziny mam wypracowane z górką i trudno, żebym chodziła siedzieć w pracy), że moja pensja kosztuje zakład więcej, niż dostaję na rękę, i inne sranie w banie. Jeszcze trochę, a rzuciłabym się na kolana, błagając, by pozwolił mi pracować za darmo, 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu i dopłacać, żeby nie krzywdzić zakładu pracy. Że ludzie na cały etat tu pracują za mniejszą kasę niż ja i są zadowoleni. A czy ja im bronię? I że mam emeryturę. A co to, kurwa, ma do rzeczy? Nie ukradłam jej, zapracowałam na nią ciężko. I dlaczego mam niżej cenić swoją pracę, bo mam emeryturę? I czy w poprzedniej firmie robiłam ekstrasy. A co to ma do rzeczy? Powiedziałam, że nie, że wszystko ekstra szło na zewnątrz, ale co do chuja wafla to wszystko miało wspólnego z moją pracą? Przecież nie miał do mnie zastrzeżeń, ale praca za darmo to przepraszam.
Kurwa.
Dlaczego robię korektę w IC, skoro na zebraniu powiedziano, że ma być w Wordzie (później okazało się, że ten, co to zarządził, sam daje korektę w IC, bo wtedy mają mniej pracy..., w co z kolei nie chciał wierzyć Boss). Że mam wydrukować wszystkie Wordy. Na moje nieśmiałe, że prześlę Wordy, bo JEST adiustacja, nie bo nie, bo ma być wydrukowane. I z IC też. Tyle że z IC jest taki problem, że widać poprawki, ale w kompie, nie da się tego wydrukować...
I tak żeśmy sobie miło gawędzili, ja wstrzymywałam odruch wymiotny, zastanawiałam się, czy mam zawał, a w międzyczasie goniłam z robotą.
I przypadkowo dowiedziałam się, że kobieta, przez którą się ta heca zaczęła, kabluje Bossowi i to ona zakablowała, co mówię o kontroli, która była. A taka słodka jest, do rany przyłóż, to się zagoi.
A ja głupia, bo trzeba było chodzić i mówić, kto lekceważy pracę, bo ja to najlepiej wiem.
Zawołał mnie jeszcze raz, a ja szłam myśląc, że pierdolę, założę kapotę i wyjdę.
Puszki będę zbierać, ale nikt nie będzie po mnie jechał.
Nie, kurwa...
I weszłam do gabinetu innego człowieka.
Że źle ze sobą rozmawialiśmy. Że on ceni moją pracę, ale musi mieć wszystko na wydruku, żeby wiedzieć, kogo ukarać.
Że... inne sranie w banie.
Że jeszcze nie wie, czy weźmie kogoś innego do tego, czy ja to będę robiła, ale jak zrobię, to mnie nie skrzywdzi i dogadamy się.
I uścisnął mi rękę tak, że dziw, że mi jej nie zmiażdżył. I uśmiech na ustach, jakbyśmy sobie przy drinku miło pogawędzili.
Kurwa.
Nie ma go w poniedziałek.
Ja od wtorku mam remont. I ona o tym wie, ta pinda. Co zrobi, mam w dupie. Niech sobie sama z nim gawędzi o korekcie. Powie jej, że ma mi dać, zrobię. A potem się upomnę o niekrzywdzenie. A nie to rybka mi, kto się da wykorzystać.
Chciałabym wygrać w totka, bo jaką mam inną opcję na godną starość, skoro nigdy nie zdobywałam zleceń, bo po co, skoro i tak zaorana byłam na etacie. Już trochę za późno na wyrabianie sobie marki na zewnątrz.
A jednak ludzie to kurwy.
Nie zmienię zdania.
Nie wszyscy. Ale nie spotkałam jeszcze pracodawcy ceniącego pracownika, a przecież kurwa to z naszej pracy mają to, co mają.
Nie zazdroszczę nikomu niczego.
Nie mam smykałki do własnego interesu, ale zawsze pracowałam uczciwie.
Przerasta mnie niewolnictwo. Bo to jest niewolnictwo.
Amen.
A może ktoś z blogaska mnie zakablował?
Może lepiej zamknąć i chuj.
Pojechałam do domu, marząc o książkach, o zamknięciu drzwi, bo SMS przyszedł. Bankomat, poczta i upewniam się, że na pewno urząd nr ten a ten, bo kolejka jak świński ogonek... A ulica mi się nie zgadza, bo na drzwiach jak byk inna ulica, a odkąd tu mieszkam była zawsze tamta. Ale pani mówi, że numer się zgadza. Stoję i czuję, że odlecę. Bo zimową kapotę mam, a grzeją jak w piekle. I zaczynam się zastanawiać, czy nie postradałam zmysłów, bo na TV leci reklama.... bożonarodzeniowa. Może się w czasie przeniosłam albo cuś? Klepki mi się same przestawiły z hukiem, czy inny diabeł? Strip-tease robię i to mnie ratuje od zemdlenia. Ogłoszenie: szukają listonoszy i do segregowania poczty. Na listonosza to się już nie nadaję, ale do segregowania czemu nie? Więc jest jakaś opcja wyjścia ze wszystkiego, co nie, Kochany Pamiętniczku, przelatuje mi przez główkę :D
Docieram do okienka i okazuje się, że paczkę wysłali mi do filii tegoż urzędu, ale do filii, bo tak, kurwa, działa ich system. Tam ulica się zgadza. A tu zmienili, choć stoi, gdzie od wieków stał, bo tak.
Poszłam więc do domu, siku, zmiana kurtki, na termometrze 15 na plusie, choć piździ jak za cara na Skieletczyźnie.
Złapałam autobus, bo nogi mi już spuchły od wszystkiego. Na drugiej poczcie kolejki na moje szczęście nie było, więc szybko poszło.
W zatoczce czekały 4 autobusy, ale...
Stwierdziłam, że powlokę zwłoki, to będzie lepiej, wyparuje ze mnie wszystko.
I patrząc, jak autobusy po kolei jadą w siną dal, w siną dal, maszerowałam.
I budka ze szparagami była.
Tom zanabyła pęczek jeden, a co tam. Jak mi nery padną, to padną, nie ma się o co bić.
W wiatrołapie kartka nowa, a że namiętnie wszystko czytam, dowiedziałam się, że dozorczyni rozliczenia i nowy czynsz roznosiła, a kto gapa i w domu nie siedział, to musi do niej iść. Ale po 19, bo tak jej pasuje.
Kurwa.
Nawet nie wiem, gdzie mieszka.
A domofon, nie umiem sforsować domofonów.
Jak nie urok, to sraczka albo przemarsz wojsk radziecko-chińskich.
Dzwonię do sąsiada, bo coś mnie "tkło" i jest, jest mój papierek, zostawiła. A była dosłownie 5 minut temu, a nie wolno jej takich papierów zostawiać, no ale mam z nią dobre układy, zawsze grzecznie mówię dziyń dybry :)
Otwieram papiurki z duszą na ramieniu i... fajerwerki, wystrzały, szampan.
Mam prawie 900 zł nadpłaty, czyli dopiero w czerwcu zapłacę parę groszy.
A na dokładkę obniżyli mi czynsz o 40 zł prawie, bo za duże zaliczki brali. Można negocjować. Zastanawiam się, czy nie płacić tyle co dotychczas, bo w sumie nie robi mi to różnicy, a zawsze lepiej mieć nadpłatę, jak niedopłatę.
Prześpię się ze ślimakami i tak już dziś nic nie załatwię.
A potem orkiestra tusz...
Przepiękne wydanie, kolorowe foty i papier kredowy, ciężkie jak diabli :) Życie drzew już miałam, miało taką superokładkę, jak płaskorzeźbę, ale zachwycił się nim Kierownik Budowy i mu dałam w prezencie urodzinowym :) Ta wygląda tak samo, ale jest płaska, bez tych wypukłości... Kusi mnie jeszcze jeden egzemplarz, ale ile można.
To wszystko przez to wariatkowo, też mi się kićkać zaczyna... Z lekka :)
... Ujrzałam pierwszy siwy włos, co zalśnił na Twej skroni... Też za mną chodzi, zwłaszcza po notce u Stardust, ale to już nie dziś.
Next time...
Ale powiem.
Ludzie to kurwy.
I tyle w temacie.
Wchodziłam do pracy zadowolona, bo cicho, spokojnie.
Kobieta od kolejnej publikacji mówi mi, że mam iść do Bossa, bo spokój, a ona mnie potrzebuje.
No to idę.
I zaczęła się kilkugodzinna jazda bez trzymanki.
Oburzony był, że w swoim wolnym czasie nie chcę pracować za darmo. Bo mam w umowie. Taaa... Jak sobie narysuje.
Że kto to widział być tak aspołecznym.
Serio?
Że on ma tu cały stos ofert spoza firmy na zrobienie mojej pracy za 700 zł. Że ten co kontrolę robił tyle wziął. No i buk liściasty z nim, kto mu bronił wziąć więcej. Ja to redaguję i czytam dwa razy, więc nawet jak biorę więcej niż te 700 razy dwa to i tak nie są to kokosy. Bo to nie tak, że dostaję, siadam, robię i fajrant. Nie, ja godzinami czekam na pracę, będąc dyspozycyjna. Za zmarnowane godziny nikt mi nie płaci. A to moje życie i żadna z tych godzin nie wróci.
No to proszę brać do ekstrasa, w czym problem.
No to sobie weźmie.
Poszłam.
Idę do gościówy i mówię, że dostanie inną korektorkę.
Na to wchodzi Boss i z ryjem, że po redakcji latam.
Mówię, że nie latam, a informuję i że mi przykro, że tak nisko ceni moją pracę.
No to się wkurwił jeszcze mocniej i apiać mnie na dywanik.
I znów, że pół etatu, że idzie mi na rękę (ta, jak? to ja w wolnym czasie pracuję, obecnie mam znów 60 nadgodzin, których nie mam jak odebrać to jest lekko 15 dni wolnego po 4 godziny, czyli 3 tygodnie), że urlop, jaki urlop, jak mogę brać urlop, skoro mam tydzień wolnego co miesiąc (nie dociera do niego, że limitowe godziny mam wypracowane z górką i trudno, żebym chodziła siedzieć w pracy), że moja pensja kosztuje zakład więcej, niż dostaję na rękę, i inne sranie w banie. Jeszcze trochę, a rzuciłabym się na kolana, błagając, by pozwolił mi pracować za darmo, 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu i dopłacać, żeby nie krzywdzić zakładu pracy. Że ludzie na cały etat tu pracują za mniejszą kasę niż ja i są zadowoleni. A czy ja im bronię? I że mam emeryturę. A co to, kurwa, ma do rzeczy? Nie ukradłam jej, zapracowałam na nią ciężko. I dlaczego mam niżej cenić swoją pracę, bo mam emeryturę? I czy w poprzedniej firmie robiłam ekstrasy. A co to ma do rzeczy? Powiedziałam, że nie, że wszystko ekstra szło na zewnątrz, ale co do chuja wafla to wszystko miało wspólnego z moją pracą? Przecież nie miał do mnie zastrzeżeń, ale praca za darmo to przepraszam.
Kurwa.
Dlaczego robię korektę w IC, skoro na zebraniu powiedziano, że ma być w Wordzie (później okazało się, że ten, co to zarządził, sam daje korektę w IC, bo wtedy mają mniej pracy..., w co z kolei nie chciał wierzyć Boss). Że mam wydrukować wszystkie Wordy. Na moje nieśmiałe, że prześlę Wordy, bo JEST adiustacja, nie bo nie, bo ma być wydrukowane. I z IC też. Tyle że z IC jest taki problem, że widać poprawki, ale w kompie, nie da się tego wydrukować...
I tak żeśmy sobie miło gawędzili, ja wstrzymywałam odruch wymiotny, zastanawiałam się, czy mam zawał, a w międzyczasie goniłam z robotą.
I przypadkowo dowiedziałam się, że kobieta, przez którą się ta heca zaczęła, kabluje Bossowi i to ona zakablowała, co mówię o kontroli, która była. A taka słodka jest, do rany przyłóż, to się zagoi.
A ja głupia, bo trzeba było chodzić i mówić, kto lekceważy pracę, bo ja to najlepiej wiem.
Zawołał mnie jeszcze raz, a ja szłam myśląc, że pierdolę, założę kapotę i wyjdę.
Puszki będę zbierać, ale nikt nie będzie po mnie jechał.
Nie, kurwa...
I weszłam do gabinetu innego człowieka.
Że źle ze sobą rozmawialiśmy. Że on ceni moją pracę, ale musi mieć wszystko na wydruku, żeby wiedzieć, kogo ukarać.
Że... inne sranie w banie.
Że jeszcze nie wie, czy weźmie kogoś innego do tego, czy ja to będę robiła, ale jak zrobię, to mnie nie skrzywdzi i dogadamy się.
I uścisnął mi rękę tak, że dziw, że mi jej nie zmiażdżył. I uśmiech na ustach, jakbyśmy sobie przy drinku miło pogawędzili.
Kurwa.
Nie ma go w poniedziałek.
Ja od wtorku mam remont. I ona o tym wie, ta pinda. Co zrobi, mam w dupie. Niech sobie sama z nim gawędzi o korekcie. Powie jej, że ma mi dać, zrobię. A potem się upomnę o niekrzywdzenie. A nie to rybka mi, kto się da wykorzystać.
Chciałabym wygrać w totka, bo jaką mam inną opcję na godną starość, skoro nigdy nie zdobywałam zleceń, bo po co, skoro i tak zaorana byłam na etacie. Już trochę za późno na wyrabianie sobie marki na zewnątrz.
A jednak ludzie to kurwy.
Nie zmienię zdania.
Nie wszyscy. Ale nie spotkałam jeszcze pracodawcy ceniącego pracownika, a przecież kurwa to z naszej pracy mają to, co mają.
Nie zazdroszczę nikomu niczego.
Nie mam smykałki do własnego interesu, ale zawsze pracowałam uczciwie.
Przerasta mnie niewolnictwo. Bo to jest niewolnictwo.
Amen.
A może ktoś z blogaska mnie zakablował?
Może lepiej zamknąć i chuj.
Pojechałam do domu, marząc o książkach, o zamknięciu drzwi, bo SMS przyszedł. Bankomat, poczta i upewniam się, że na pewno urząd nr ten a ten, bo kolejka jak świński ogonek... A ulica mi się nie zgadza, bo na drzwiach jak byk inna ulica, a odkąd tu mieszkam była zawsze tamta. Ale pani mówi, że numer się zgadza. Stoję i czuję, że odlecę. Bo zimową kapotę mam, a grzeją jak w piekle. I zaczynam się zastanawiać, czy nie postradałam zmysłów, bo na TV leci reklama.... bożonarodzeniowa. Może się w czasie przeniosłam albo cuś? Klepki mi się same przestawiły z hukiem, czy inny diabeł? Strip-tease robię i to mnie ratuje od zemdlenia. Ogłoszenie: szukają listonoszy i do segregowania poczty. Na listonosza to się już nie nadaję, ale do segregowania czemu nie? Więc jest jakaś opcja wyjścia ze wszystkiego, co nie, Kochany Pamiętniczku, przelatuje mi przez główkę :D
Docieram do okienka i okazuje się, że paczkę wysłali mi do filii tegoż urzędu, ale do filii, bo tak, kurwa, działa ich system. Tam ulica się zgadza. A tu zmienili, choć stoi, gdzie od wieków stał, bo tak.
Poszłam więc do domu, siku, zmiana kurtki, na termometrze 15 na plusie, choć piździ jak za cara na Skieletczyźnie.
Złapałam autobus, bo nogi mi już spuchły od wszystkiego. Na drugiej poczcie kolejki na moje szczęście nie było, więc szybko poszło.
W zatoczce czekały 4 autobusy, ale...
Stwierdziłam, że powlokę zwłoki, to będzie lepiej, wyparuje ze mnie wszystko.
I patrząc, jak autobusy po kolei jadą w siną dal, w siną dal, maszerowałam.
I budka ze szparagami była.
Tom zanabyła pęczek jeden, a co tam. Jak mi nery padną, to padną, nie ma się o co bić.
W wiatrołapie kartka nowa, a że namiętnie wszystko czytam, dowiedziałam się, że dozorczyni rozliczenia i nowy czynsz roznosiła, a kto gapa i w domu nie siedział, to musi do niej iść. Ale po 19, bo tak jej pasuje.
Kurwa.
Nawet nie wiem, gdzie mieszka.
A domofon, nie umiem sforsować domofonów.
Jak nie urok, to sraczka albo przemarsz wojsk radziecko-chińskich.
Dzwonię do sąsiada, bo coś mnie "tkło" i jest, jest mój papierek, zostawiła. A była dosłownie 5 minut temu, a nie wolno jej takich papierów zostawiać, no ale mam z nią dobre układy, zawsze grzecznie mówię dziyń dybry :)
Otwieram papiurki z duszą na ramieniu i... fajerwerki, wystrzały, szampan.
Mam prawie 900 zł nadpłaty, czyli dopiero w czerwcu zapłacę parę groszy.
A na dokładkę obniżyli mi czynsz o 40 zł prawie, bo za duże zaliczki brali. Można negocjować. Zastanawiam się, czy nie płacić tyle co dotychczas, bo w sumie nie robi mi to różnicy, a zawsze lepiej mieć nadpłatę, jak niedopłatę.
Prześpię się ze ślimakami i tak już dziś nic nie załatwię.
A potem orkiestra tusz...
Przepiękne wydanie, kolorowe foty i papier kredowy, ciężkie jak diabli :) Życie drzew już miałam, miało taką superokładkę, jak płaskorzeźbę, ale zachwycił się nim Kierownik Budowy i mu dałam w prezencie urodzinowym :) Ta wygląda tak samo, ale jest płaska, bez tych wypukłości... Kusi mnie jeszcze jeden egzemplarz, ale ile można.
To wszystko przez to wariatkowo, też mi się kićkać zaczyna... Z lekka :)
... Ujrzałam pierwszy siwy włos, co zalśnił na Twej skroni... Też za mną chodzi, zwłaszcza po notce u Stardust, ale to już nie dziś.
Next time...
czwartek, 20 kwietnia 2017
Jednak
MAM TĘ MOOOOOC, Kochany Pamiętniczku :)
Już kreśliłam scenariusze, biorąc pod uwagę tempo pracy kiblotłuków, czarne scenariusze pisząc, a dziś wracam do domku, zmachana jak koń po westernie, co jest materiałem na osobną historię i tadam...
Nowy karteluszek na drzwiach wejściowych.
Będą u mnie od 25 do 28 kwietnia :)
Musiał im ktoś kota pogonić, że się tak grzebią.
Ale nieważne, ważne, że: primo po pierwsze, Inżynier jeszcze nic nie wysłał, bo jako moje dziecko ma pod górkę i pod wiatr. Ano. A nic. Ona ma samochód do swojej dyspozycji, wszystkie nosidełka, foteliki, koszyczki i inne zabawki, ale zakupy po pracy robi on i gotuje on.
Nie moja bajka.
Nie mój ból. Nie współczuję. Widziały gały, co brały :)
Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.
Dziwne, że ja ten okres przeżyłam, w dobrym zdrowiu, kondycji i ciągnę dalej.
Nevermind.
Zatem zanim rzeczone papiery do mnie dojdą, będę już (zakładam), po pionie.
I nie będzie pionu w najgorętszym okresie pracy i w czasie wizyty Barana. I dobrze :P Reszta to pikuś albo inna pestka :D
Z robaczkami się dogadam, jak coś, z domu zrobię.
Miłość.
Jedna rzecz mnie na świecie kocha - praca.
Będą kukurydzę robić, no i znów opcja, że mła.
Kukurydza razem z robaczkami, ale wiadomo, moje moce przerobowe są, że ojapierdolę.
Nie wiem na bank, bo za darmo nie zrobię, a nie rozmawiałam jeszcze z Bossem, bo coś się rypło przy wysyłce i chodził na rzęsach i tupał uszami.
Nie moja wina, ale i też nie atmosfera do negocjacji.
Ale i tak ludzki pan, tylko warknął, jak o coś pytałam, a mógł zagryźć, co nie, Kochany Pamiętniczku? :)
No a jutro wycieczka do Wrocka, do drukarni. Dostaję emilka, że jestem na liście. Taaa. A kto zamknie interes. Mówię jełopowi, a on; bardzo mi przykro. W drugim terminie zatem. Taaa. Drugi termin też przy zamykaniu. I cały pogrzeb na nic. Trzeba być dobrze szurniętym, żeby w ten dzień organizować wycieczkę. Szkoda, pojechałabym i zatrzymałabym się u T. i u Cioci. Trudno :)
Widocznie miałam nie jechać.
Wchodzę do press roomu, tak, mamy press room :) Małolata stamtąd nadaje: specjalnie załatwiłam, że pojadę z panią w samochodzie, bo organizator chciał, żebym z nim jechała... Ta, dobrał sobie same małolaty. I cieszy się, jak głupia, że razem pojedziemy, więc mówię, że niestety, ale ja nie mogę. Minka jej zrzedła i mówi: nie zapisywałabym się, jakbym wiedziała, że pani nie pojedzie.
Nie powiem, miło mi się zrobiło i ciepło tak gdzieś nad żołądkiem.
Widać są gorsi ode mnie :)
I rankami fotografuję sobie niebo. W tym samym miejscu. Mam uszykowany aparat. I mam rację twierdząc, że życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Ta plama to ptaszydło jakieś :D
Zatem, trwaj chwilo, boś piękna jest :)
Już kreśliłam scenariusze, biorąc pod uwagę tempo pracy kiblotłuków, czarne scenariusze pisząc, a dziś wracam do domku, zmachana jak koń po westernie, co jest materiałem na osobną historię i tadam...
Nowy karteluszek na drzwiach wejściowych.
Będą u mnie od 25 do 28 kwietnia :)
Musiał im ktoś kota pogonić, że się tak grzebią.
Ale nieważne, ważne, że: primo po pierwsze, Inżynier jeszcze nic nie wysłał, bo jako moje dziecko ma pod górkę i pod wiatr. Ano. A nic. Ona ma samochód do swojej dyspozycji, wszystkie nosidełka, foteliki, koszyczki i inne zabawki, ale zakupy po pracy robi on i gotuje on.
Nie moja bajka.
Nie mój ból. Nie współczuję. Widziały gały, co brały :)
Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.
Dziwne, że ja ten okres przeżyłam, w dobrym zdrowiu, kondycji i ciągnę dalej.
Nevermind.
Zatem zanim rzeczone papiery do mnie dojdą, będę już (zakładam), po pionie.
I nie będzie pionu w najgorętszym okresie pracy i w czasie wizyty Barana. I dobrze :P Reszta to pikuś albo inna pestka :D
Z robaczkami się dogadam, jak coś, z domu zrobię.
Miłość.
Jedna rzecz mnie na świecie kocha - praca.
Będą kukurydzę robić, no i znów opcja, że mła.
Kukurydza razem z robaczkami, ale wiadomo, moje moce przerobowe są, że ojapierdolę.
Nie wiem na bank, bo za darmo nie zrobię, a nie rozmawiałam jeszcze z Bossem, bo coś się rypło przy wysyłce i chodził na rzęsach i tupał uszami.
Nie moja wina, ale i też nie atmosfera do negocjacji.
Ale i tak ludzki pan, tylko warknął, jak o coś pytałam, a mógł zagryźć, co nie, Kochany Pamiętniczku? :)
No a jutro wycieczka do Wrocka, do drukarni. Dostaję emilka, że jestem na liście. Taaa. A kto zamknie interes. Mówię jełopowi, a on; bardzo mi przykro. W drugim terminie zatem. Taaa. Drugi termin też przy zamykaniu. I cały pogrzeb na nic. Trzeba być dobrze szurniętym, żeby w ten dzień organizować wycieczkę. Szkoda, pojechałabym i zatrzymałabym się u T. i u Cioci. Trudno :)
Widocznie miałam nie jechać.
Wchodzę do press roomu, tak, mamy press room :) Małolata stamtąd nadaje: specjalnie załatwiłam, że pojadę z panią w samochodzie, bo organizator chciał, żebym z nim jechała... Ta, dobrał sobie same małolaty. I cieszy się, jak głupia, że razem pojedziemy, więc mówię, że niestety, ale ja nie mogę. Minka jej zrzedła i mówi: nie zapisywałabym się, jakbym wiedziała, że pani nie pojedzie.
Nie powiem, miło mi się zrobiło i ciepło tak gdzieś nad żołądkiem.
Widać są gorsi ode mnie :)
I rankami fotografuję sobie niebo. W tym samym miejscu. Mam uszykowany aparat. I mam rację twierdząc, że życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Ta plama to ptaszydło jakieś :D
Zatem, trwaj chwilo, boś piękna jest :)
środa, 19 kwietnia 2017
Powoli się
układa układanka, Kochany Pamiętniczku :)
Majowy numer spokojnie zamknę, albowiem w przyszłym tygodniu fachowcy idą do sąsiada. Mogliby do mnie, ale nie. Trudno.
Kiedy zawitają do mnie, nie wiem, ale prawdopodobnie po 1 maja, po długim weekendzie. Teoretycznie powinni zająć mi tylko jeden tydzień pracowy, który mogę wziąć wolny, ale patrząc na tempo ich pracy, mogą też wstrzelić się w tydzień zapracowany i ten, w którym może wlecieć gość. Ale o to będę się martwiła w maju, na razie do 3 maja mam spokój.
Później mi też nie za bardzo pasuje, bo mam Alienkowi PESEL załatwiać i paszport, ale jako - rzekłam: co ma być, będzie.
I robale pewno będę robić w domu, na firmowym kompiku, ale gość od tego chce tylko mnie i to nie jest Boss, więc będzie OK. Wie o tej opcji, mówiłam mu, że ma sobie innej poszukać, ale on nie i nie :)
No to ma...
Dziś - czarną kredą w kominie zapisać - mam tę moc :) Wyszłam po 17, ale się nie śpieszyłam, bo bezpośredni autobus do domu mam 17.40, do dworca 10 minut spacerkiem, jak jadę wcześniejszym innej linii, to na jedno wychodzi.
I na przejeździe kolejowym, z nowym szlabanem,

a jakże - taki cudak. Słupek alarmowo-rozmowny :) Ki czort? Jak żyję, nie widziałam. Z dróżnikiem mam romansować ;)
Dzień szalony, gość od robali wymęczył mnie w sprawie nowego projektu ustawy, gdy wszystko mi się waliło i paliło, ale w sumie bardzo ciekawe doświadczenie, coś jak afera Rywina - jak dużo zależy od przecinka i sformułowania. Więc nawet zła nie byłam.
Lubię swoją pracę, daje mi poczucie, że jestem na swoim miejscu i potrzebna.
Choć zaczynam się zgadzać z dziewczyną, która powiedziała mi, gdy zaczynałam pracę: zobaczysz w moim wieku nie będzie już tak łatwo... Miałam wtedy 38 lat, ona 45. Dziś mam 24 lata więcej, czyli 24 lata pracuję w tym zawodzie i dopiero zaczynam odczuwać zmęczenie. Pracuję równie szybko, czasami szybciej, bo nad niektórymi rzeczami w ogóle nie muszę myśleć, robię to automatycznie, więcej też wiem, mogę pracować dłużej, bo nie myślę, że dzieci w domu płaczą, ale... Po skończeniu wszystkiego jestem jak przekłuty balonik. I tak jak kiedyś po pracy leciałam po zakupy, obiad, sprzątanie, dzieci, czasem nawet jakaś lumpka, tak teraz marzę o tym, żeby klapnąć i się odmóżdżyć.
Ale też miło było, jak pytałam chłopców od techniki o działanie GPS, bo chciałam złapać autora książki na konfabulacji, ale okazało się, że autor ma rację. Westchnęłam ciężko i mówię: ale żebym ja się na stare lata musiała wciąż uczyć :)
Wsiedli na mnie bez pardonu, choć oczywiście z zachowaniem szacunku dla moich siwych włosów (są w wieku moich synów, w pracy ze wszystkimi jestem na pan, nawet takim smarkom nie mówię po imieniu, bo to praca), z krzykiem, że mi starość z głowy wybiją :)
Nie ukrywam, miłe to.
Przeprosiłam się też dziś z zimowym płaszczykiem, bo wczoraj nereczki sobie zmroziłam. Ale płaszczyk rozpięty i git majonez. Wlazłam do galerii po mleko, bo mi się skończyło i ojapierdolę. Jakby normalny człowiek założył pikowany zimowy płaszczyk w letni, trzydziestostopniowy upał, też by orła odwalił. I tu wyłazi starość, bo torebka, bo siatka z litrem miodu i jajami, bo kabel od słuchawek...
Ale dotarłam cała do domu, kwiatki wciąż się trzymają.
Jeszcze dwa dni i odsapnę.
I będę miała dwie nowe, piękne książki, ale na razie cichosza.
No co, zajączek stwierdził, że kochana ze mnie dziewczyna :D
Majowy numer spokojnie zamknę, albowiem w przyszłym tygodniu fachowcy idą do sąsiada. Mogliby do mnie, ale nie. Trudno.
Kiedy zawitają do mnie, nie wiem, ale prawdopodobnie po 1 maja, po długim weekendzie. Teoretycznie powinni zająć mi tylko jeden tydzień pracowy, który mogę wziąć wolny, ale patrząc na tempo ich pracy, mogą też wstrzelić się w tydzień zapracowany i ten, w którym może wlecieć gość. Ale o to będę się martwiła w maju, na razie do 3 maja mam spokój.
Później mi też nie za bardzo pasuje, bo mam Alienkowi PESEL załatwiać i paszport, ale jako - rzekłam: co ma być, będzie.
I robale pewno będę robić w domu, na firmowym kompiku, ale gość od tego chce tylko mnie i to nie jest Boss, więc będzie OK. Wie o tej opcji, mówiłam mu, że ma sobie innej poszukać, ale on nie i nie :)
No to ma...
Dziś - czarną kredą w kominie zapisać - mam tę moc :) Wyszłam po 17, ale się nie śpieszyłam, bo bezpośredni autobus do domu mam 17.40, do dworca 10 minut spacerkiem, jak jadę wcześniejszym innej linii, to na jedno wychodzi.
I na przejeździe kolejowym, z nowym szlabanem,
a jakże - taki cudak. Słupek alarmowo-rozmowny :) Ki czort? Jak żyję, nie widziałam. Z dróżnikiem mam romansować ;)
Dzień szalony, gość od robali wymęczył mnie w sprawie nowego projektu ustawy, gdy wszystko mi się waliło i paliło, ale w sumie bardzo ciekawe doświadczenie, coś jak afera Rywina - jak dużo zależy od przecinka i sformułowania. Więc nawet zła nie byłam.
Lubię swoją pracę, daje mi poczucie, że jestem na swoim miejscu i potrzebna.
Choć zaczynam się zgadzać z dziewczyną, która powiedziała mi, gdy zaczynałam pracę: zobaczysz w moim wieku nie będzie już tak łatwo... Miałam wtedy 38 lat, ona 45. Dziś mam 24 lata więcej, czyli 24 lata pracuję w tym zawodzie i dopiero zaczynam odczuwać zmęczenie. Pracuję równie szybko, czasami szybciej, bo nad niektórymi rzeczami w ogóle nie muszę myśleć, robię to automatycznie, więcej też wiem, mogę pracować dłużej, bo nie myślę, że dzieci w domu płaczą, ale... Po skończeniu wszystkiego jestem jak przekłuty balonik. I tak jak kiedyś po pracy leciałam po zakupy, obiad, sprzątanie, dzieci, czasem nawet jakaś lumpka, tak teraz marzę o tym, żeby klapnąć i się odmóżdżyć.
Ale też miło było, jak pytałam chłopców od techniki o działanie GPS, bo chciałam złapać autora książki na konfabulacji, ale okazało się, że autor ma rację. Westchnęłam ciężko i mówię: ale żebym ja się na stare lata musiała wciąż uczyć :)
Wsiedli na mnie bez pardonu, choć oczywiście z zachowaniem szacunku dla moich siwych włosów (są w wieku moich synów, w pracy ze wszystkimi jestem na pan, nawet takim smarkom nie mówię po imieniu, bo to praca), z krzykiem, że mi starość z głowy wybiją :)
Nie ukrywam, miłe to.
Przeprosiłam się też dziś z zimowym płaszczykiem, bo wczoraj nereczki sobie zmroziłam. Ale płaszczyk rozpięty i git majonez. Wlazłam do galerii po mleko, bo mi się skończyło i ojapierdolę. Jakby normalny człowiek założył pikowany zimowy płaszczyk w letni, trzydziestostopniowy upał, też by orła odwalił. I tu wyłazi starość, bo torebka, bo siatka z litrem miodu i jajami, bo kabel od słuchawek...
Ale dotarłam cała do domu, kwiatki wciąż się trzymają.
Jeszcze dwa dni i odsapnę.
I będę miała dwie nowe, piękne książki, ale na razie cichosza.
No co, zajączek stwierdził, że kochana ze mnie dziewczyna :D
wtorek, 18 kwietnia 2017
Tajemniczego
wielbiciela albo wielbicielkę mam, Kochany Pamiętniczku :)
W szparze unijnej dziś znalazłam
taką piękną kartkę, ręcznie malowaną, ale
od Galla Anonima :)
Stempel nieczytelny, więc nie dojdę, od kogo, chyba, że ktoś czy ktosia się przyzna :)
Tym niemniej ciepło mi na sercu.
Pracowy kierat toczy się po pracowemu, wolnym walcem i dalej wszyscy mają wyrąbane na ten desant kontrolny, tylko ja nie mam.
W sumie, może pora się przestać denerwować akcjami Bossa, bo i po co? Co ma być, będzie.
Kierownik Budowy od rana wszczął alarm, co z pionami.
Jest paskudny, ale jednocześnie bardzo kochany, na swój sposób.
A z pionami cisza i nie wygląda nawet na to, że panowie dziś byli, a jeżeli byli, to niewiele zrobili.
Wkurwiające to jest, bo ile można być na baczność z powodu remontu, którego się nie planowało ani nie zamawiało?
Wola boska i skrzypce. Więc niech gra.
Święta minęły świątecznie, znaczy się, spokojnie i już mnie dupa swędzi na taką Gwiazdkę. Bo nic nie musiałam, żurkiem się żywiłam i miałam na tyle zdrowego rozsądku, że z reszty włoszczyzny nie zrobiłam sałatki, bobym ją wywalała.
A tak prawie wszystko już zjadłam, dwa kotlety i jeden zraz został do wciągnięcia, ale to załatwią trzy dni pracy.
Ziemniaki nieruszone. Słodkie ledwo. I dobrze, że zamroziłam kiełbasę od razu, choć niewiele kupiłam. Jem coraz mniej, a dupa coraz większa :)
Nigdzie nie poszłam i dobrze, bo zimnica, nawet mi dziś zimno było, ale też za lekko się ubrałam i teraz z lekka mnie trzęsie. Ale nic to, będzie dobrze.
PIT nade mną wisi, mam takiego lenia, że nawet przez szmatkę nie tknęłam. A wszystko amm uszykowane.
Kurde mol :)
A w ramach gratisu - Edek przydupas, głaskany przez Postmana, bo pojechał z Baranem do Alienka :) No i przy okazji przydupasa wymiziali :P :)
Oby tydzień szybko zleciał :) Bo ocieplenia nie widać :D
W szparze unijnej dziś znalazłam
taką piękną kartkę, ręcznie malowaną, ale
od Galla Anonima :)
Stempel nieczytelny, więc nie dojdę, od kogo, chyba, że ktoś czy ktosia się przyzna :)
Tym niemniej ciepło mi na sercu.
Pracowy kierat toczy się po pracowemu, wolnym walcem i dalej wszyscy mają wyrąbane na ten desant kontrolny, tylko ja nie mam.
W sumie, może pora się przestać denerwować akcjami Bossa, bo i po co? Co ma być, będzie.
Kierownik Budowy od rana wszczął alarm, co z pionami.
Jest paskudny, ale jednocześnie bardzo kochany, na swój sposób.
A z pionami cisza i nie wygląda nawet na to, że panowie dziś byli, a jeżeli byli, to niewiele zrobili.
Wkurwiające to jest, bo ile można być na baczność z powodu remontu, którego się nie planowało ani nie zamawiało?
Wola boska i skrzypce. Więc niech gra.
Święta minęły świątecznie, znaczy się, spokojnie i już mnie dupa swędzi na taką Gwiazdkę. Bo nic nie musiałam, żurkiem się żywiłam i miałam na tyle zdrowego rozsądku, że z reszty włoszczyzny nie zrobiłam sałatki, bobym ją wywalała.
A tak prawie wszystko już zjadłam, dwa kotlety i jeden zraz został do wciągnięcia, ale to załatwią trzy dni pracy.
Ziemniaki nieruszone. Słodkie ledwo. I dobrze, że zamroziłam kiełbasę od razu, choć niewiele kupiłam. Jem coraz mniej, a dupa coraz większa :)
Nigdzie nie poszłam i dobrze, bo zimnica, nawet mi dziś zimno było, ale też za lekko się ubrałam i teraz z lekka mnie trzęsie. Ale nic to, będzie dobrze.
PIT nade mną wisi, mam takiego lenia, że nawet przez szmatkę nie tknęłam. A wszystko amm uszykowane.
Kurde mol :)
A w ramach gratisu - Edek przydupas, głaskany przez Postmana, bo pojechał z Baranem do Alienka :) No i przy okazji przydupasa wymiziali :P :)
Oby tydzień szybko zleciał :) Bo ocieplenia nie widać :D
sobota, 15 kwietnia 2017
Fajrant
Kochany Pamiętniczku.
Jak miło :)
Od rana korespondowałam z Kierownikiem Budowy, bo uparł się, że muszę spędzić święta z jego rodziną. Żeby tylko z nim i jego żoną i Kradziejką, to OK, da się przeżyć, ale miało być więcej osób. Blisko mnie, rzut beretem, no ale nie mam melodii. Nie, że mi coś nie gra, ale nie.
Więc wykpiłam się wirusem (odpukać).
Chciał mi jedzenia dowieźć, ale rzekłam, że zabiję i każdy sąd mnie uniewinni :)
Prawda, że dwa dni da się przeżyć?
Pięć pęczków redysek kupiłam, leciałam na Manhattan gubiąc papcie, z myślą, że mój Pan od Pomidorków jest... Bo to u niego kupiłam wczoraj redyski i zaprawdę, choć najdroższe na targu, są warte swojej ceny, bo mało, że chrupią, jak redyski chrupać powinny, to smakują, jak redyski z maminego ogródka :D
... znają tylko kilka słów, kilka marzeń ze swych snów...
(i znów wracają nie tak odległe czasy, wciąż się widzę na przystanku przy klinice ortopedycznej, i ten leitmotiv...)...
Lecąc po chleb stałam pod
w górze jeszcze różowa feeria, ale na ziemi już pinkowy śnieg...
Jest cudnie...
Ogarnęłam zakupy, zabrałam się za gotowanie i sprzątanie, i z
parasolki, parasolki, dla dorosłych i dla dzieci...
... Marina, Marina, Marina, szesnaście zaledwie ma lat...
... złoty pierścionek, taki miedziany, dziecinny...
szybciorem poszło.
Żurek jutro tylko dożurzę, sałatkę skroję, mięso się marynuje....
Ano...
Żyć, nie umierać :)
Choć to nie Gwiazdka, dla mnie ogień jest zawsze ważny
a i Zając o mnie pamiętał (a dupa rośnie i szumi)
Nie poszłam do święconki. Nie bo nie.
I już...
Tak wyszło.
Ale wciąż myślę, nie o żarciu, ale o tym, jaki to ma wszystko sens i czy w ogóle ma?
A na razie dostaję
siedem czerwonych róż, za siedem świtów siedem czerwonych róż...
A na ekranie
on ją kocha i umiera nawet dla niej...
Szkoda, że życie nie jest piosenką, ale cóż.
Jest życiem i boli...
Przyjaciołom, znajomym, czytaczom, podglądaczom, przelotnym ptakom życzę spokoju i radości, oderwania od codziennych trosk i miłości wokół.
Bo tak w międzyczasie poczytałam sobie o Matce Wszystkich Bomb, com przegapiła w codziennym zapierdolu na maksa.
I nie wiem, dokąd zmierza ten świat.
A wysiąść nie ma jak...
Jak miło :)
Od rana korespondowałam z Kierownikiem Budowy, bo uparł się, że muszę spędzić święta z jego rodziną. Żeby tylko z nim i jego żoną i Kradziejką, to OK, da się przeżyć, ale miało być więcej osób. Blisko mnie, rzut beretem, no ale nie mam melodii. Nie, że mi coś nie gra, ale nie.
Więc wykpiłam się wirusem (odpukać).
Chciał mi jedzenia dowieźć, ale rzekłam, że zabiję i każdy sąd mnie uniewinni :)
Prawda, że dwa dni da się przeżyć?
Pięć pęczków redysek kupiłam, leciałam na Manhattan gubiąc papcie, z myślą, że mój Pan od Pomidorków jest... Bo to u niego kupiłam wczoraj redyski i zaprawdę, choć najdroższe na targu, są warte swojej ceny, bo mało, że chrupią, jak redyski chrupać powinny, to smakują, jak redyski z maminego ogródka :D
... znają tylko kilka słów, kilka marzeń ze swych snów...
(i znów wracają nie tak odległe czasy, wciąż się widzę na przystanku przy klinice ortopedycznej, i ten leitmotiv...)...
Lecąc po chleb stałam pod
w górze jeszcze różowa feeria, ale na ziemi już pinkowy śnieg...
Jest cudnie...
Ogarnęłam zakupy, zabrałam się za gotowanie i sprzątanie, i z
parasolki, parasolki, dla dorosłych i dla dzieci...
... Marina, Marina, Marina, szesnaście zaledwie ma lat...
... złoty pierścionek, taki miedziany, dziecinny...
szybciorem poszło.
Żurek jutro tylko dożurzę, sałatkę skroję, mięso się marynuje....
Ano...
Żyć, nie umierać :)
Choć to nie Gwiazdka, dla mnie ogień jest zawsze ważny
a i Zając o mnie pamiętał (a dupa rośnie i szumi)
Nie poszłam do święconki. Nie bo nie.
I już...
Tak wyszło.
Ale wciąż myślę, nie o żarciu, ale o tym, jaki to ma wszystko sens i czy w ogóle ma?
A na razie dostaję
siedem czerwonych róż, za siedem świtów siedem czerwonych róż...
A na ekranie
on ją kocha i umiera nawet dla niej...
Szkoda, że życie nie jest piosenką, ale cóż.
Jest życiem i boli...
Przyjaciołom, znajomym, czytaczom, podglądaczom, przelotnym ptakom życzę spokoju i radości, oderwania od codziennych trosk i miłości wokół.
Bo tak w międzyczasie poczytałam sobie o Matce Wszystkich Bomb, com przegapiła w codziennym zapierdolu na maksa.
I nie wiem, dokąd zmierza ten świat.
A wysiąść nie ma jak...
piątek, 14 kwietnia 2017
Najważniejsze
to robić dobrą minę do złej gry, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Uśmiech na ustach, choć w sercu ból, to najtrudniejsza z życiowych ról.
Ano, to keep smiling.
Wiem, że Inżyniera bolę, a jakie to pokręcone, ojapierdolę.
U Pierworodnego zaś Żona, nienawidząca mnie od pierwszego wejrzenia, bierze mnie teraz na klatę.
Jak znam Pierworodnego, nie ma lekko, choć ma fajnego w sumie męża.
Nic nie jest proste.
Oprócz mojego rabanka
który w tym roku przypomina smoka :)
Przecudny jest,
I umrze niepoświęcony, bo nie wybieram się do święconki nigdzie.
Tak wyszło.
Rano obleciałam Manhattan, 20 minut przed otwarciem byłam w cukierni.
Zakręcona jak świński ogonek kolejka naradzała się, które ciasta kupić.
Wstąpiłam na działo (tfuj, wróć) i rzekłam, że urwałam się z pracy i kupuję tylko jedną rzecz, Wycenioną, bez ważenia i proszę o przepuszczenie.
Prukwy (tak, prukwy, w moim wieku, sztuk trzy) odrzekły, że po ich trupie wejdę w kolejkę.
Czwarta pani, dużo młodsza ode mnie rzekła, że nie ma sprawy, mam wskakiwać.
Prukwy, każda przez 10 minut wybierały ciasta, a było ich od cholery i w chuj...
A to za małe, a to za duże, a to nie takie...
A ja, jak rzekłam, poprosiłam o daquoise.
Trwało to pół minuty, zapakowanie, karta i wolne...
Niech święta dla pani, która mnie wpuściła będą najlepsze w jej życiu.
A tym trzem prukwom....
Amen :)
W pracy był zapieprz, ale fajny i te słowa od AS, że mnie wciąż ceni za całokształt.
Na koniec zostałam sama w redakcji z D. i...
Co mam rzec? Każdy ma swoje piekło, Kochany Pamiętniczku. Jest jak jest, i ja jej za skórę załażę, i ona mi. Bywa. W sumie mamy po równo przerąbane :P Co absolutnie nie jest żadną pociechą, ale...
Oj tam , oj tam :)
Miło czuć się docenianą i kręci mnie to, że ten, kto po mnie przyjdzie będzie miał z lekka pod górkę.
Wiem, złośliwa ze mnie jędza :P
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Uśmiech na ustach, choć w sercu ból, to najtrudniejsza z życiowych ról.
Ano, to keep smiling.
Wiem, że Inżyniera bolę, a jakie to pokręcone, ojapierdolę.
U Pierworodnego zaś Żona, nienawidząca mnie od pierwszego wejrzenia, bierze mnie teraz na klatę.
Jak znam Pierworodnego, nie ma lekko, choć ma fajnego w sumie męża.
Nic nie jest proste.
Oprócz mojego rabanka
który w tym roku przypomina smoka :)
Przecudny jest,
I umrze niepoświęcony, bo nie wybieram się do święconki nigdzie.
Tak wyszło.
Rano obleciałam Manhattan, 20 minut przed otwarciem byłam w cukierni.
Zakręcona jak świński ogonek kolejka naradzała się, które ciasta kupić.
Wstąpiłam na działo (tfuj, wróć) i rzekłam, że urwałam się z pracy i kupuję tylko jedną rzecz, Wycenioną, bez ważenia i proszę o przepuszczenie.
Prukwy (tak, prukwy, w moim wieku, sztuk trzy) odrzekły, że po ich trupie wejdę w kolejkę.
Czwarta pani, dużo młodsza ode mnie rzekła, że nie ma sprawy, mam wskakiwać.
Prukwy, każda przez 10 minut wybierały ciasta, a było ich od cholery i w chuj...
A to za małe, a to za duże, a to nie takie...
A ja, jak rzekłam, poprosiłam o daquoise.
Trwało to pół minuty, zapakowanie, karta i wolne...
Niech święta dla pani, która mnie wpuściła będą najlepsze w jej życiu.
A tym trzem prukwom....
Amen :)
W pracy był zapieprz, ale fajny i te słowa od AS, że mnie wciąż ceni za całokształt.
Na koniec zostałam sama w redakcji z D. i...
Co mam rzec? Każdy ma swoje piekło, Kochany Pamiętniczku. Jest jak jest, i ja jej za skórę załażę, i ona mi. Bywa. W sumie mamy po równo przerąbane :P Co absolutnie nie jest żadną pociechą, ale...
Oj tam , oj tam :)
Miło czuć się docenianą i kręci mnie to, że ten, kto po mnie przyjdzie będzie miał z lekka pod górkę.
Wiem, złośliwa ze mnie jędza :P
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
czwartek, 13 kwietnia 2017
Kręci się
jak gówno w przeręblu, Kochany Pamiętniczku...
Kładłam się już spać, gdy Inżynier napisał, że o dziwo, odkąd wrócił do pracy, jest wyspany, bo Alienek w nocy śpi, z opcją na karmienie.
Ajajajajaj, jak mnie paluszki zaswędziły, żeby napisać: a nie mówiłam, kąpać dziecko.
Nevermind. Nie napisałam. Napisałam, że mnie to cieszy.
I chuj...
Życie.
Pierworodny zaś mi się całą noc śnił i te zdjęcia, na których jest w tym obuwie do garnituru, com mu po ślubie Inżyniera kupiła.
Więc ja, pojebana matka, piszę, że mi się śnił. Że butów znów nie ma. Że jak coś, to sponsoruję. Tradycyjnie. Odpisuje: spoko. Potem cisza, a potem coś, jak pocałuj mnie w dupę.
A ja, w pracy, przed kompem i serce mi na kawałki znów pęka.
Kiedy ja, kurwa, zmądrzeję i nie będę już tęskniła za tym, czego od dawna nie ma?
Nie ma już Brzdąkwusi, Dylążka, a i Ralf umarł chyba.
Jest obcy facet.
Tylko dlaczego to tak boli, skoro nic złego nie zrobiłam? Dlaczego tak oduczył się ciepłych słów, gestów, skoro to tylko kilka lat? Ćwierć wieku mojej pracy poszło się jebać.
Gorzki post, Kochany Pamiętniczku, ale taka prawda.
Widać jestem złą matką i bardzo złą kobietą.
Skoro nie zasługuję nawet na wirtualny dwukropek z gwiazdką.
Rano walka o neta. Walczę o niego, jak pierwotni ludzie walczyli o ogień. Ja, kiedyś luksusowa kobieta, z Inżynierem pod ręką, bezlitośnie wywalanym z łóżka, nawet na kacu, bo mamusia neta nie ma.
I ten pierwszy kompiczek, z pamięcią 1 mega, i zachwyt, że mama każdy kompik zna, nawet MacIntosha.
Kobieta-bohater, nawet wtedy, gdy nie mogliśmy wejść do DOS-a.
Rok 1992.
Prehistoria.
A dziś nawet nie napiszę, bo odpowie mi, że jak nie widzi, to nie wie. Albo i nie odpisze.
Kierownik Budowy zapytał parę dni temu, jak może pomóc...
No nic.
Zapytałam sąsiada, online, of course, czy też tak ma (mamy tego samego providera). Odrzekł, że u niego nówka nieśmigana.
Tom wyskrobała pismo do providera, który pracuje, a jakże, od 10 do 17 dwa razy w tygodniu, z zapytaniem, czy jestem przeklęta.
Wracam do domu, odruchowo już restartuję router, a necik śmiga jak dziewica.
Zapisać w kajeciku: pisać do providera. Nie odpisał, ale może coś tam pogrzebał.
Necik jest i to się liczy.
A w pracce, jak w kwietniu.
Rano D. wpada przerażona, że Boss mnie woła. Ano to idę. Co mi może zrobić, oprócz tego, że mnie z pracy wypierdoli? Nic.
Wchodzę. Tak jak przewidywałam, ludzie powiedzieli, że wydruki mają, choć mi mówili, że nie mają. W sumie nie wiem, czyją dupę chronili, moją (bo im zależy, żebym była, wiem to na bank), czy swoją, bo dali plamę. No nic, Boss po mnie jedzie i jedzie. Opieram się ręką o krzesło, a on nadaje i nadaje... W pewnej chwili udało mi się wskoczyć w jego słowa i rzekę: Panie redaktorze, Wielki Piątek i boże rany jutro, niech mnie pan już nie biczuje... Padli wszyscy, a Boss nawet mnie po rączce zaczął gładzić.
Ojapierdolę, chyba nie muszę tłumaczyć, żem ją potem długo szorowała :P
Jeden numer w roku będzie znienacka sprawdzany.
W sumie jest mi wszystko jedno.
W szparze unijnej miałam propozycję kredytu na 350 tysięcy.
Jak się wkurwię, wezmę, pojadę, gdzie diabeł mówi dobranoc i pierdolę to wszystko...
Przed 17 koleżanka z obłędem w oczach mówi, że za 5 minut pośle mi tekst. Mówię OK, choć znów będę po godzinach...
10 minut później widzę, jak gawędzi z koleżanką na korytarzu. Pytam, gdzie tekst? Oburzona mówi: niech mi pani da jeszcze parę minut.
Nie daję.
Mówię, że zrobię jutro, bo chcę już iść do domu.
Ona na to, że jutro ma wolne.
Nie zrobiłam tekstu, ja nie mam jutro wolnego.
To się nazywa albo asertywność, albo złośliwość.
Niepotrzebne skreślić :D
I zdążyłam jeszcze do rzeźnika. Pan, po którym biedę było widać z daleka, zostawił tam całe 56 złotych z groszami i mimo, że pani mówiła mu, że ma tych dwóch groszy nie szukać, honorowo je wygrzebał i położył na ladzie.
Ja zostawiłam dychę więcej, na siebie samą, ale ja zła kobieta jestem, o czym wszyscy wiedzą, Kochany Pamiętniczku.
I tyle na dziś.
Tylko dlaczego mnie to wszystko tak bardzo boli?
Istnieje opcja zahasłowania ewentualnie zamknięcie.
Uprasza się o nieodbieranie tego osobiście, ale coraz więcej rzeczy na świecie się kończy i nic na to nie można poradzić :P
Kładłam się już spać, gdy Inżynier napisał, że o dziwo, odkąd wrócił do pracy, jest wyspany, bo Alienek w nocy śpi, z opcją na karmienie.
Ajajajajaj, jak mnie paluszki zaswędziły, żeby napisać: a nie mówiłam, kąpać dziecko.
Nevermind. Nie napisałam. Napisałam, że mnie to cieszy.
I chuj...
Życie.
Pierworodny zaś mi się całą noc śnił i te zdjęcia, na których jest w tym obuwie do garnituru, com mu po ślubie Inżyniera kupiła.
Więc ja, pojebana matka, piszę, że mi się śnił. Że butów znów nie ma. Że jak coś, to sponsoruję. Tradycyjnie. Odpisuje: spoko. Potem cisza, a potem coś, jak pocałuj mnie w dupę.
A ja, w pracy, przed kompem i serce mi na kawałki znów pęka.
Kiedy ja, kurwa, zmądrzeję i nie będę już tęskniła za tym, czego od dawna nie ma?
Nie ma już Brzdąkwusi, Dylążka, a i Ralf umarł chyba.
Jest obcy facet.
Tylko dlaczego to tak boli, skoro nic złego nie zrobiłam? Dlaczego tak oduczył się ciepłych słów, gestów, skoro to tylko kilka lat? Ćwierć wieku mojej pracy poszło się jebać.
Gorzki post, Kochany Pamiętniczku, ale taka prawda.
Widać jestem złą matką i bardzo złą kobietą.
Skoro nie zasługuję nawet na wirtualny dwukropek z gwiazdką.
Rano walka o neta. Walczę o niego, jak pierwotni ludzie walczyli o ogień. Ja, kiedyś luksusowa kobieta, z Inżynierem pod ręką, bezlitośnie wywalanym z łóżka, nawet na kacu, bo mamusia neta nie ma.
I ten pierwszy kompiczek, z pamięcią 1 mega, i zachwyt, że mama każdy kompik zna, nawet MacIntosha.
Kobieta-bohater, nawet wtedy, gdy nie mogliśmy wejść do DOS-a.
Rok 1992.
Prehistoria.
A dziś nawet nie napiszę, bo odpowie mi, że jak nie widzi, to nie wie. Albo i nie odpisze.
Kierownik Budowy zapytał parę dni temu, jak może pomóc...
No nic.
Zapytałam sąsiada, online, of course, czy też tak ma (mamy tego samego providera). Odrzekł, że u niego nówka nieśmigana.
Tom wyskrobała pismo do providera, który pracuje, a jakże, od 10 do 17 dwa razy w tygodniu, z zapytaniem, czy jestem przeklęta.
Wracam do domu, odruchowo już restartuję router, a necik śmiga jak dziewica.
Zapisać w kajeciku: pisać do providera. Nie odpisał, ale może coś tam pogrzebał.
Necik jest i to się liczy.
A w pracce, jak w kwietniu.
Rano D. wpada przerażona, że Boss mnie woła. Ano to idę. Co mi może zrobić, oprócz tego, że mnie z pracy wypierdoli? Nic.
Wchodzę. Tak jak przewidywałam, ludzie powiedzieli, że wydruki mają, choć mi mówili, że nie mają. W sumie nie wiem, czyją dupę chronili, moją (bo im zależy, żebym była, wiem to na bank), czy swoją, bo dali plamę. No nic, Boss po mnie jedzie i jedzie. Opieram się ręką o krzesło, a on nadaje i nadaje... W pewnej chwili udało mi się wskoczyć w jego słowa i rzekę: Panie redaktorze, Wielki Piątek i boże rany jutro, niech mnie pan już nie biczuje... Padli wszyscy, a Boss nawet mnie po rączce zaczął gładzić.
Ojapierdolę, chyba nie muszę tłumaczyć, żem ją potem długo szorowała :P
Jeden numer w roku będzie znienacka sprawdzany.
W sumie jest mi wszystko jedno.
W szparze unijnej miałam propozycję kredytu na 350 tysięcy.
Jak się wkurwię, wezmę, pojadę, gdzie diabeł mówi dobranoc i pierdolę to wszystko...
Przed 17 koleżanka z obłędem w oczach mówi, że za 5 minut pośle mi tekst. Mówię OK, choć znów będę po godzinach...
10 minut później widzę, jak gawędzi z koleżanką na korytarzu. Pytam, gdzie tekst? Oburzona mówi: niech mi pani da jeszcze parę minut.
Nie daję.
Mówię, że zrobię jutro, bo chcę już iść do domu.
Ona na to, że jutro ma wolne.
Nie zrobiłam tekstu, ja nie mam jutro wolnego.
To się nazywa albo asertywność, albo złośliwość.
Niepotrzebne skreślić :D
I zdążyłam jeszcze do rzeźnika. Pan, po którym biedę było widać z daleka, zostawił tam całe 56 złotych z groszami i mimo, że pani mówiła mu, że ma tych dwóch groszy nie szukać, honorowo je wygrzebał i położył na ladzie.
Ja zostawiłam dychę więcej, na siebie samą, ale ja zła kobieta jestem, o czym wszyscy wiedzą, Kochany Pamiętniczku.
I tyle na dziś.
Tylko dlaczego mnie to wszystko tak bardzo boli?
Istnieje opcja zahasłowania ewentualnie zamknięcie.
Uprasza się o nieodbieranie tego osobiście, ale coraz więcej rzeczy na świecie się kończy i nic na to nie można poradzić :P
środa, 12 kwietnia 2017
Grudzień
kwitnie majtkowym różem, jak prorokowała Dora, Kochany Pamiętniczku.
Od rana padał deszcz, a gdy wyszłam z domu, moje oczy oszalały od odcieni zieleni. Taka świeża, najświeższa, nieskalana żadnym kurzem, wymyta wiosennym deszczem, gdzieniegdzie jeszcze plamy białego, różowego i żółtego kwiecia, ale coraz go mniej i ona, rozpychająca się coraz bezczelniej, zalewająca wszystko potopem - zieleń, królewska zieleń wiosny.
Nawet deszcz i zimno mi nie przeszkadzało dziś...
Zielono mi.
Na Manhattan podleciałam i kupiłam - jak szaleć, to szaleć - pół kilo pomidorów, bo rano okazało się, że wszystkie sery szlag trafił w lodówce, jeden miał datę przydatności do 7 stycznia :) Dobra ze mnie gospodyni, znakomita i wybitna :)
Zatem odfoliowałam jajko od rzeźnika, za 2,99 kupione, w kolorowej folii, imitującej pisankę. Miało być na święta, a udowodniło tezę, że wystarczy coś w jajeczko, w baranka, w reniferka czy inną gwiazdkę zapakować i człowiek głupieje. W środku jakaś chemia, w życiu bym takiej mielonki nie kupiła bez tego opakowania, ale zjadłam, bo ja oszczędna jestem, by nie rzec prawdy prosto w oczy - skąpa. I moja wątroba wypomina mi to rechocąc, a i żołądek nie pozostaje dłużny.
Rumianek i mięta dobre na wszystko.
W redakcji luz blues, co kawałek ktoś dzwonił, że jest chory, obecni pracowali w pocie czoła, łamanie szło jak o kant dupy, życzenia Bossa pozostały pobożnymi życzeniami, co było do przewidzenia. Po emilku Bossa co rusz ktoś wpadał i pytał, czy ja się gniewam i czy on jest taki najgorszy, więc uspokajałam, że to przejaw aktywności naczalstwa, nadinterpretującego moje słowa, że jak dany osobnik sobie zasłuży, powiem mu wprost, że ma spadać na drzewo banany prostować, bo taki mam zwyczaj. I że wtedy powinni się bać, a nie po emilku.
Zatem poszli uspokojeni niepracować, a ja do 15 dostałam dwa teksty, jedynie warzywka ratowały mój dzień, aczkolwiek teoretycznie nie powinnam ich w tym czasie robić.
Przesadziłam skrzydłokwiat, który od siedmiu prawie lat kisi się w jednej doniczce, wyszło mi doniczek sztuk sześć i już nie za bardzo mam gdzie je upychać, ale nie mam komu dać, bo... wszystkie kwiaty w redakcji marnieją dziwnym trafem, tylko u mnie dżungla.
Życie.
Koleżanka od kilku dni klepie w kółko, że kupiła sobie pierścionek z brylantem, przeceniony z 500 zł na 235. Już mi się od tego niedobrze robi, bo ileż można? I co to za okazja, że złoto się przecenia? Wiem, że biżuteria zaraz po kupieniu traci na wartości, a tu jeszcze przecenione, więc jaki to interes? Nie ogarniam. I już planuje kupno drugiego, niech ma, ale dlaczego każe mi o tym myśleć, żebym sobie też kupiła? O gustach się nie dyskutuje, fajnie, że jej się podoba, ale dla mnie jest brzydki... Ona z kolei zawsze mnie gani, że nie kupię sobie złota, a elektronikę i książki. No ale elektroniką można się pobawić, książki można czytać, a złota nawet nie ugryzę. A i wieczorem może być straszno iść tak obwieszona złotem ;)
Zatem o 15 zwinęłam się po angielsku, z doświadczenia wiedząc, że ani jutro, ani pojutrze rękawów nie będę sobie wyrywała. Na piątek zaklepałam sobie spóźnienie, rankiem polecę na Manhattan i do rzeźnika, a potem mogę nawet dłużej posiedzieć, jak się zdarzy cud i będzie co robić.
Do Piotra i Pawła wskoczyłam, bo właśnie przeczytałam ranking majonezów i okazało się, że mój ukochany z Winiar jednak ma chemię i najlepszy jest majonez Kielecki. Też go lubię, ale winiarski mi bardziej podchodził. No ale zdrowie ponad wszystko, a że w lodówce majonez dno pokazuje, poleciałam po Kielecki, a ten na bank zawsze jest w P & P. Za dużo nie kupiłam, bo torebka ciężka, chleb i pomidory już tachałam, a jeszcze parasol, bo pięknie się rozpadało...
I tak po drodze znów podziwiałam potęgę natury, bo w zeszłym roku nieśmiało się coś z piwnicznej kratki przebijało, takie ni pies ni wydra, chyba nawet wrzuciłam kiedyś fotkę, nie pamiętam, ale fotka jest gdzieś w czeluściach mojego śmietniczka :)
A dziś
Widać już wyraźnie, że kasztanowiec tam rośnie jak złoto :) Że też nikt tego jeszcze nie wyrwał :O I niech się o tym Szyszko nie dowiaduje, bo będzie ciął ;)
Czekając na autobus musiałam zrobić to zdjęcie, choć nie komentuję wyglądu innych i nie robię zdjęć ludziom. Ale nie mogłam się oprzeć i zaczęła mnie prześladować piosenka "Wędrowały dwa Michały"... Nie chce się ode mnie odczepić...
Panowie różnili się tylko wzrostem, reszta była identyczna, identyczny zarost, fryzura i styl. Ponoć to teraz zwie się mężczyzną drwaloseksualnym, ale ojapierdolę. Cieszę się, że nie jestem już na etapie poszukiwania drugiej połowy, bo w zasadzie wyboru wielkiego nie ma: metroseksualny, drwaloseksualny, w rurkach, macho, kloszard. Najfajniejsi meni, których znam, wszyscy wspaniali, czuli mężczyźni mają już niestety, swoich chłopaków :) I gdzie te chłopy, gdzie?
Karteczka wisi, że w pionie, w którym grzebali, grzebać będą po świętach w łazienkach, zatem mam nadzieję, że zanim tam wygrzebią, zamknę interes i git majonez. Zostaną robaczki, ale z tym się coś wymyśli.
A zieleń od tego deszczu jest jeszcze zieleńsza znów.
Od rana padał deszcz, a gdy wyszłam z domu, moje oczy oszalały od odcieni zieleni. Taka świeża, najświeższa, nieskalana żadnym kurzem, wymyta wiosennym deszczem, gdzieniegdzie jeszcze plamy białego, różowego i żółtego kwiecia, ale coraz go mniej i ona, rozpychająca się coraz bezczelniej, zalewająca wszystko potopem - zieleń, królewska zieleń wiosny.
Nawet deszcz i zimno mi nie przeszkadzało dziś...
Zielono mi.
Na Manhattan podleciałam i kupiłam - jak szaleć, to szaleć - pół kilo pomidorów, bo rano okazało się, że wszystkie sery szlag trafił w lodówce, jeden miał datę przydatności do 7 stycznia :) Dobra ze mnie gospodyni, znakomita i wybitna :)
Zatem odfoliowałam jajko od rzeźnika, za 2,99 kupione, w kolorowej folii, imitującej pisankę. Miało być na święta, a udowodniło tezę, że wystarczy coś w jajeczko, w baranka, w reniferka czy inną gwiazdkę zapakować i człowiek głupieje. W środku jakaś chemia, w życiu bym takiej mielonki nie kupiła bez tego opakowania, ale zjadłam, bo ja oszczędna jestem, by nie rzec prawdy prosto w oczy - skąpa. I moja wątroba wypomina mi to rechocąc, a i żołądek nie pozostaje dłużny.
Rumianek i mięta dobre na wszystko.
W redakcji luz blues, co kawałek ktoś dzwonił, że jest chory, obecni pracowali w pocie czoła, łamanie szło jak o kant dupy, życzenia Bossa pozostały pobożnymi życzeniami, co było do przewidzenia. Po emilku Bossa co rusz ktoś wpadał i pytał, czy ja się gniewam i czy on jest taki najgorszy, więc uspokajałam, że to przejaw aktywności naczalstwa, nadinterpretującego moje słowa, że jak dany osobnik sobie zasłuży, powiem mu wprost, że ma spadać na drzewo banany prostować, bo taki mam zwyczaj. I że wtedy powinni się bać, a nie po emilku.
Zatem poszli uspokojeni niepracować, a ja do 15 dostałam dwa teksty, jedynie warzywka ratowały mój dzień, aczkolwiek teoretycznie nie powinnam ich w tym czasie robić.
Przesadziłam skrzydłokwiat, który od siedmiu prawie lat kisi się w jednej doniczce, wyszło mi doniczek sztuk sześć i już nie za bardzo mam gdzie je upychać, ale nie mam komu dać, bo... wszystkie kwiaty w redakcji marnieją dziwnym trafem, tylko u mnie dżungla.
Życie.
Koleżanka od kilku dni klepie w kółko, że kupiła sobie pierścionek z brylantem, przeceniony z 500 zł na 235. Już mi się od tego niedobrze robi, bo ileż można? I co to za okazja, że złoto się przecenia? Wiem, że biżuteria zaraz po kupieniu traci na wartości, a tu jeszcze przecenione, więc jaki to interes? Nie ogarniam. I już planuje kupno drugiego, niech ma, ale dlaczego każe mi o tym myśleć, żebym sobie też kupiła? O gustach się nie dyskutuje, fajnie, że jej się podoba, ale dla mnie jest brzydki... Ona z kolei zawsze mnie gani, że nie kupię sobie złota, a elektronikę i książki. No ale elektroniką można się pobawić, książki można czytać, a złota nawet nie ugryzę. A i wieczorem może być straszno iść tak obwieszona złotem ;)
Zatem o 15 zwinęłam się po angielsku, z doświadczenia wiedząc, że ani jutro, ani pojutrze rękawów nie będę sobie wyrywała. Na piątek zaklepałam sobie spóźnienie, rankiem polecę na Manhattan i do rzeźnika, a potem mogę nawet dłużej posiedzieć, jak się zdarzy cud i będzie co robić.
Do Piotra i Pawła wskoczyłam, bo właśnie przeczytałam ranking majonezów i okazało się, że mój ukochany z Winiar jednak ma chemię i najlepszy jest majonez Kielecki. Też go lubię, ale winiarski mi bardziej podchodził. No ale zdrowie ponad wszystko, a że w lodówce majonez dno pokazuje, poleciałam po Kielecki, a ten na bank zawsze jest w P & P. Za dużo nie kupiłam, bo torebka ciężka, chleb i pomidory już tachałam, a jeszcze parasol, bo pięknie się rozpadało...
I tak po drodze znów podziwiałam potęgę natury, bo w zeszłym roku nieśmiało się coś z piwnicznej kratki przebijało, takie ni pies ni wydra, chyba nawet wrzuciłam kiedyś fotkę, nie pamiętam, ale fotka jest gdzieś w czeluściach mojego śmietniczka :)
A dziś
Widać już wyraźnie, że kasztanowiec tam rośnie jak złoto :) Że też nikt tego jeszcze nie wyrwał :O I niech się o tym Szyszko nie dowiaduje, bo będzie ciął ;)
Czekając na autobus musiałam zrobić to zdjęcie, choć nie komentuję wyglądu innych i nie robię zdjęć ludziom. Ale nie mogłam się oprzeć i zaczęła mnie prześladować piosenka "Wędrowały dwa Michały"... Nie chce się ode mnie odczepić...
Panowie różnili się tylko wzrostem, reszta była identyczna, identyczny zarost, fryzura i styl. Ponoć to teraz zwie się mężczyzną drwaloseksualnym, ale ojapierdolę. Cieszę się, że nie jestem już na etapie poszukiwania drugiej połowy, bo w zasadzie wyboru wielkiego nie ma: metroseksualny, drwaloseksualny, w rurkach, macho, kloszard. Najfajniejsi meni, których znam, wszyscy wspaniali, czuli mężczyźni mają już niestety, swoich chłopaków :) I gdzie te chłopy, gdzie?
Karteczka wisi, że w pionie, w którym grzebali, grzebać będą po świętach w łazienkach, zatem mam nadzieję, że zanim tam wygrzebią, zamknę interes i git majonez. Zostaną robaczki, ale z tym się coś wymyśli.
A zieleń od tego deszczu jest jeszcze zieleńsza znów.
wtorek, 11 kwietnia 2017
Pięćdziesiąt
groszy znalazłam rano, do pracy bieżąc, Kochany Pamiętniczku.
Pomyślałam, że to dobry znak :)
A po pracy, wchodząc na konto w banku oczom nie wierzyłam.
Mam już swoje pieniądze, całe 24 złote polskie :) Po takim czasie wreszcie mam konto na plusie. Parę miesięcy będę je jeszcze odbudowywała, ale to już moja kasa, nie koszmarny debet.
I tym samym będę mogła powoli myśleć o zlikwidowaniu kredytu odnawialnego, albo zmniejszeniu go, bo opłata manipulacyjna jest zabójcza.
Ale nie żałuję.
Widocznie miało tak być, choć nóż mi się w kieszeni otwiera, jak Synowa pisze, że kupiła mieszkanie. Ta. Ona kupiła. Nie wykładając złotówki ani funta. Konia kują, żaba nogę podstawia Nevermind :P
W niedzielę pomilczałam, nie lajkując nawet podrzuconej sweet foci od Inżyniera.
W poniedziałek dalej byłam zacięta w milczeniu, nie wytrzymał, napisał: niech się mama odetnie. Odpisałam: Nie wiszę, pracuję i to ciężko. Miłego dnia. Co akurat prawdą było.
Dziś napisałam sama, że dalej pracuję ciężko, co również prawda jest. Bo nie jest moim zamiarem kopanie go po kostkach, ale pokazanie, że sroce spod ogona nie wypadłam.
Jako że bajzel jest, łamaczka wzięła chorobowe.
No i okazało się w praniu, że to, co ona robi z palcem w dupie nie potrafi zrobić dwóch łamaczy z łapanki...
Żebym się kontroli z ZUS nie bała, bo domofonu nie słyszę, też bym wzięła chorobowe, po raz pierwszy od 20 lat :P
Dziś 10 godzin w pracy, pojechałam po technice, wiem, że to nic nie pomoże, ale zagroziłam, że nakabluję Bossowi, bo mam dość. I nakabluję. Bo nakablowałam tak po tej kontroli zewnętrznej, że iskry leciały. Że dostaję niedoporacowane, niedoredagowane (bo taka prawda), że staram się jak mogę, ale ile mogę? No i akcja błysk: mam drukować wszystko... I kserować. Tarararrarara bum, jakbym się do tego dostosowała, zużycie papieru wzrosłoby o jakieś 50%, a ucierpiałyby biedne drzewa. Czy ja wyglądam na jakiegoś popierdolonego Szyszkę? Nie mówiąc o farbie, która droga jest. Amen :)
A propos Szyszki... Edziu Szyszka, wsiowy głupek (do dziś widzę, jak stoi pod ścianą w barze u Minty, w swoim sztruksowym, brązowym garniturku, sztruks wtedy to był obciach, manchester na to mówili, gdy uszyłam Pierworodnemu piękne ogrodniczki z manchesteru, mój Ojciec oczy w słup postawił i rzekł: w coś ty dziecko ubrała, w taki łach, z takiego gówna, bambry w tym na pole chodzą... Edziu stoi pod ścianą i liczy drobne zawinięte w chusteczkę do nosa nie pierwszej świeżości, mamrocąc coś pod nosem) był jednym z najfajniejszych ludzi, jakich znałam...
Fajne zdanie mi wyszło, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Jak jeszcze raz mi ktoś, kurwa, na odcisk wejdzie, będę kablowała bez opamiętania.
W dupie mam teksty: w każde święta pracujemy.
Wystarczy pracować w godzinach pracy i już nie trzeba w święta, wiem coś o tym.
Ale nevermind...
Dodatek techniki poszedł, ale została jeszcze cała technika w głównym numerze.
Kurwa mać.
Idziemy dalej z tym koksem.
Vice pyta, czy do drukarni bym nie pojechała na wycieczkę.
A ja na to, jak na lato...
Zapisuje mnie na oba terminy, bo nie wiem, co z pionami w kwietniu, a po dłuższej chwili uświadamiam sobie, że w maju, jak mi się poszczęści, będę miała miłych gości po zamknięciu. Mówię więc, sorry Batory i co?
Wycieczki są, obie, w dniu ostatecznego zamykania każdego numeru.
Jak widać, nieźle tu kogoś popierdoliło...
Bo drukujemy się za górami, za lasami...
Czasami tak myślę, co oni wszyscy biorą i też bym to chciała brać, ale świnie są, nie dają namiaru na dealera...
A propos tych nowych "tryndów" w wychowaniu dzieci.
Uważam, że oprócz wyważania otwartych drzwi istnieje jeszcze zwyczaj trzaskania drzwiami obrotowymi.
Celebryci i inni cudotwórcy też muszą zarobić.
A ludzie to łykają, jak guły kluski...
Kierownik Budowy linka mi dziś przesłał, co robić, jak się ma zawał, a nikogo w pobliżu nie ma.
Kaszleć. Tak, kurwa, kaszleć. Instrukcja krąży po necie już od lat, jest totalną bzdurą, ale ważne, że link jest. I że on się o mnie, kurde, troszczy. A komentarze i docieranie do źródeł? A kogo to, ważne, że jest link ratujący życie.
Nosz, brzydkie słowo znów mi się ciśnie na ust korale. Odpisałam mu, że nie spieszy mi się do umierania, a kaszleć na pewno nie będę :D
A jutro znów będzie zabawa podmiejska.
W czwartek albo w piątek urwę się rano, do rzeźnika i na targ wlecę, bez szaleństw, bo mam tylko 24 zł na plusie, a gdzie czynsz i inne takie tam? :)
I tak, życie jest czasami szalone, co nie Kochany Pamiętniczku?
I gratulacje dla Barana. W kierowniki poszedł. Kolejny, któremu czapkować muszę, bo ja tylko sprzątam, psiakrew. Nawet średniej krajowej nie wyciągam :) Chapeau bas :P
Pomyślałam, że to dobry znak :)
A po pracy, wchodząc na konto w banku oczom nie wierzyłam.
Mam już swoje pieniądze, całe 24 złote polskie :) Po takim czasie wreszcie mam konto na plusie. Parę miesięcy będę je jeszcze odbudowywała, ale to już moja kasa, nie koszmarny debet.
I tym samym będę mogła powoli myśleć o zlikwidowaniu kredytu odnawialnego, albo zmniejszeniu go, bo opłata manipulacyjna jest zabójcza.
Ale nie żałuję.
Widocznie miało tak być, choć nóż mi się w kieszeni otwiera, jak Synowa pisze, że kupiła mieszkanie. Ta. Ona kupiła. Nie wykładając złotówki ani funta. Konia kują, żaba nogę podstawia Nevermind :P
W niedzielę pomilczałam, nie lajkując nawet podrzuconej sweet foci od Inżyniera.
W poniedziałek dalej byłam zacięta w milczeniu, nie wytrzymał, napisał: niech się mama odetnie. Odpisałam: Nie wiszę, pracuję i to ciężko. Miłego dnia. Co akurat prawdą było.
Dziś napisałam sama, że dalej pracuję ciężko, co również prawda jest. Bo nie jest moim zamiarem kopanie go po kostkach, ale pokazanie, że sroce spod ogona nie wypadłam.
Jako że bajzel jest, łamaczka wzięła chorobowe.
No i okazało się w praniu, że to, co ona robi z palcem w dupie nie potrafi zrobić dwóch łamaczy z łapanki...
Żebym się kontroli z ZUS nie bała, bo domofonu nie słyszę, też bym wzięła chorobowe, po raz pierwszy od 20 lat :P
Dziś 10 godzin w pracy, pojechałam po technice, wiem, że to nic nie pomoże, ale zagroziłam, że nakabluję Bossowi, bo mam dość. I nakabluję. Bo nakablowałam tak po tej kontroli zewnętrznej, że iskry leciały. Że dostaję niedoporacowane, niedoredagowane (bo taka prawda), że staram się jak mogę, ale ile mogę? No i akcja błysk: mam drukować wszystko... I kserować. Tarararrarara bum, jakbym się do tego dostosowała, zużycie papieru wzrosłoby o jakieś 50%, a ucierpiałyby biedne drzewa. Czy ja wyglądam na jakiegoś popierdolonego Szyszkę? Nie mówiąc o farbie, która droga jest. Amen :)
A propos Szyszki... Edziu Szyszka, wsiowy głupek (do dziś widzę, jak stoi pod ścianą w barze u Minty, w swoim sztruksowym, brązowym garniturku, sztruks wtedy to był obciach, manchester na to mówili, gdy uszyłam Pierworodnemu piękne ogrodniczki z manchesteru, mój Ojciec oczy w słup postawił i rzekł: w coś ty dziecko ubrała, w taki łach, z takiego gówna, bambry w tym na pole chodzą... Edziu stoi pod ścianą i liczy drobne zawinięte w chusteczkę do nosa nie pierwszej świeżości, mamrocąc coś pod nosem) był jednym z najfajniejszych ludzi, jakich znałam...
Fajne zdanie mi wyszło, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Jak jeszcze raz mi ktoś, kurwa, na odcisk wejdzie, będę kablowała bez opamiętania.
W dupie mam teksty: w każde święta pracujemy.
Wystarczy pracować w godzinach pracy i już nie trzeba w święta, wiem coś o tym.
Ale nevermind...
Dodatek techniki poszedł, ale została jeszcze cała technika w głównym numerze.
Kurwa mać.
Idziemy dalej z tym koksem.
Vice pyta, czy do drukarni bym nie pojechała na wycieczkę.
A ja na to, jak na lato...
Zapisuje mnie na oba terminy, bo nie wiem, co z pionami w kwietniu, a po dłuższej chwili uświadamiam sobie, że w maju, jak mi się poszczęści, będę miała miłych gości po zamknięciu. Mówię więc, sorry Batory i co?
Wycieczki są, obie, w dniu ostatecznego zamykania każdego numeru.
Jak widać, nieźle tu kogoś popierdoliło...
Bo drukujemy się za górami, za lasami...
Czasami tak myślę, co oni wszyscy biorą i też bym to chciała brać, ale świnie są, nie dają namiaru na dealera...
A propos tych nowych "tryndów" w wychowaniu dzieci.
Uważam, że oprócz wyważania otwartych drzwi istnieje jeszcze zwyczaj trzaskania drzwiami obrotowymi.
Celebryci i inni cudotwórcy też muszą zarobić.
A ludzie to łykają, jak guły kluski...
Kierownik Budowy linka mi dziś przesłał, co robić, jak się ma zawał, a nikogo w pobliżu nie ma.
Kaszleć. Tak, kurwa, kaszleć. Instrukcja krąży po necie już od lat, jest totalną bzdurą, ale ważne, że link jest. I że on się o mnie, kurde, troszczy. A komentarze i docieranie do źródeł? A kogo to, ważne, że jest link ratujący życie.
Nosz, brzydkie słowo znów mi się ciśnie na ust korale. Odpisałam mu, że nie spieszy mi się do umierania, a kaszleć na pewno nie będę :D
A jutro znów będzie zabawa podmiejska.
W czwartek albo w piątek urwę się rano, do rzeźnika i na targ wlecę, bez szaleństw, bo mam tylko 24 zł na plusie, a gdzie czynsz i inne takie tam? :)
I tak, życie jest czasami szalone, co nie Kochany Pamiętniczku?
I gratulacje dla Barana. W kierowniki poszedł. Kolejny, któremu czapkować muszę, bo ja tylko sprzątam, psiakrew. Nawet średniej krajowej nie wyciągam :) Chapeau bas :P
sobota, 8 kwietnia 2017
Wkurw
dopadł mnie wczoraj, megawkurw, Kochany Pamiętniczku.
Kiedy Inżynier wyśmiał moje wąty dotyczące kąpieli Alienka, napisałam do Jego Żony.
A ona mi, że wszystkie decyzje dotyczące Alienka podejmują razem i mam na niego nie kablować.
A chwilę później, że Alienek właśnie wykąpany i że nie podoba mu się mycie głowy.
Teraz już wiem, dlaczemu miał takie mocno czarne włoski, jak na żel. Też bym takie miała po 12 dniach niemycia, a wyobrażam sobie, jak biedaka wszystko swędziało.
No nic.
Napisałam, że przykro mi, że nie jestem idealną teściową, ale więcej starała się nie będę.
Bo ja, kurwa, podziękowałam wprost za wnuka i dorzuciłam parę ciepłych słów pod jej adresem, a sama nie usłyszałam nigdy nic miłego.
Przeżyję, ale nie mam najmniejszego zamiaru już się starać o miejsce na podium.
Przejdę do szeregu teściowych, na całe szczęście nie tych z zagadki: co to jest ropucha i czterdzieści żabek? Teściowa wiesza firanki. Nie mam firanek. Będę więc zwykłą ropuchą. Tyż piknie.
A za chwile pisze Inżynier, kurwa, nagle mają dużo czasu na pisanie. Cytuję: Mamo, my działamy wg wytycznych i porad osób (profesjonalistów), które nas odwiedzały i doglądały. Według obecnych zasad, ktore są polecane i wg tego, jak się sprawy u nas toczą. Doceniam, że chce mama pomóc i poradzić. Jeśli będę potrzebował porady czy pomocy, to naprawdę zgłoszę się bez wahania.Ale mogę też zadziałać inaczej, niż mama sugeruje :>
Ano może. I działa, a ja nie drę szat. Szczepi. I słowa nie rzekłam ani Pierworodnemu, ani jemu.
Szanuję ich decyzje i metody wychowawcze.
Amen.
Ale kurwa, zastanawiam się, jak mnie, nieprofesjonalistce, udało się wychować dwóch chłopów na schwał, z mojej pensji tylko utrzymując dom. Wykształcić. Pewno, ptasiego mleka im brakowało, ale głodni nie chodzili.
Ogarniać wszystko, mimo pracy zawodowej na pełen etat. Mimo wrzoda na dupie w postaci Eksa, który palcem w bucie nigdy nie kiwnął, ale mój obiad potrafił wpieprzyć, bo on był głodny i jadł o 13 to, co mu uszykowałam, a jak wróciłam o 18 to on już z głodu nie mógł.
Kurwa mać.
Nie było internetów, nie miałam się gdzie wyżalać, że karmię i nie ma mi kto podać szklanki wody, że pieluchy i inne szmaty w rękach piorę, że od czwartej rano w kolejce stałam po masło.
Że każdego roku byli na wakacjach, że robili zawsze to, co chcieli - w sensie podejmowania swoich decyzji, za co obrywałam od wszystkich, wyzywana od kurw, że jak to, nie do LO, a do takiej gównianej szkoły? Że mają być lekarzami i koniec, kropka, bo ta rodzina to sami lekarze (hahahaha, reszta potomstwa rodziny o ile w ogóle pokończyła szkoły, to na ochronie środowiska, bo tam znajomy pracował).
I inne takie tam.
Nieprofesjonalnie, kurwa.
A sama cierpiałam, że nikt mi nie powie, co i jak...
Paznokcie nauczyłam się obcinać Pierworodnemu przypadkiem, bo akurat wpadła taka jedna szwagierka, co miała już czwórkę dzieci i posikała się ze śmiechu, widząc moje wysiłki. Nie było wtedy internetów, forów.
Więc myślałam, że moje doświadczenia są coś warte, bo nie wszystko, co stare, jest głupie. Jeżeli większość bab z mojego pokolenia ogarniała pracę, dom, wychowywanie dzieci, to chyba nie wszystko było takie złe?
No ale własne dziecko powiedziało mi, tak miętą przez rumianek, że ma mnie w dupie, no bo gdzie mi tam do profesjonalistów. Zwłaszcza angielskich.
I git majonez, niech się sami męczą.
Napisałam, że trochę pobędę sama, że nie chcę o niczym już rozmawiać.
Pozałatwiam wszystkie sprawy, bo u mnie słowo droższe od pieniędzy, ale reszta mnie nie rusza.
Bo całe życie jestem dobra tylko wtedy, gdy trzeba coś załatwić (tego już nie pisałam, bo to moja bajka). Kiedy ktoś chce do PL wpaść, inne takie tam. I dobrze, drobiazg, ależ proszę, nie widzę przeciwwskazań.
Za to kiedy ja chcę gdzieś pojechać, to jest problem. Bo odebrać z lotniska, bo przenocować nie ma gdzie, bo oj tam, oj tam, nieważne :D
Załatwić PESEL, dowód i paszport. Drobiazg, of course.
W międzyczasie tłumacz przysięgły, bo bez tłumacza ani rusz.
No i urzędy, kolędowanie, tu znaczek, tu ksero, tu znów tłumaczenie.
Ależ drobiazg, co to jest. Nic. Każdy głupi to załatwi.
No oni nie pojadą do Londynu, bo z małym dzieckiem to koszmar.
Ano.
A dla mnie to bułka z masłem.
Of course.
Gorycz wylewa mi się już uszami, ale super.
Bo dzięki wkurwowi dziś: zrobiłam zakupy, umyłam okna, zakisiłam kimchi, ugotowałam obiad i wysprzątałam mieszkanie.
Jest gotowe na święta, zmienię tylko obrusy i serwetki i będzie jak należy :D
I aprowizacja na święta już załatwiona w połowie :D
Ha, jak ugotuję żurek, dodam białą kiełbasę i jajka od Grzesia, to w sumie mam problem z głowy, w zeszłym roku po żurku nie miałam już miejsca na nic, a żurku wyszło na trzy dni :P Nie zamawiam ciast, bo nie za bardzo mam jak odebrać, nie przepadam za typowo wielkanocnymi, a daquoise nie można zamówić, więc jeszcze jutro wlecę do P & P po wafle, bo tam są takie, jakie lubię i zrobię sobie wafle z masą kajmakową. Okazuje się, że w sobotę będą pracować tylko niedobitki, więc po prostu w piątek pojadę później do pracy.
We wtorek zaś powrót do pracy, a potem będą robale.
Nie mam melodii nawet na święconkę.
Po prostu chcę zamknąć drzwi.
I nie być.
A, winter is coming :)
Grudzień pozazdrościł bratkom i też zakwitnie.
Zatem nie chowamy kozaczków :P
Kiedy Inżynier wyśmiał moje wąty dotyczące kąpieli Alienka, napisałam do Jego Żony.
A ona mi, że wszystkie decyzje dotyczące Alienka podejmują razem i mam na niego nie kablować.
A chwilę później, że Alienek właśnie wykąpany i że nie podoba mu się mycie głowy.
Teraz już wiem, dlaczemu miał takie mocno czarne włoski, jak na żel. Też bym takie miała po 12 dniach niemycia, a wyobrażam sobie, jak biedaka wszystko swędziało.
No nic.
Napisałam, że przykro mi, że nie jestem idealną teściową, ale więcej starała się nie będę.
Bo ja, kurwa, podziękowałam wprost za wnuka i dorzuciłam parę ciepłych słów pod jej adresem, a sama nie usłyszałam nigdy nic miłego.
Przeżyję, ale nie mam najmniejszego zamiaru już się starać o miejsce na podium.
Przejdę do szeregu teściowych, na całe szczęście nie tych z zagadki: co to jest ropucha i czterdzieści żabek? Teściowa wiesza firanki. Nie mam firanek. Będę więc zwykłą ropuchą. Tyż piknie.
A za chwile pisze Inżynier, kurwa, nagle mają dużo czasu na pisanie. Cytuję: Mamo, my działamy wg wytycznych i porad osób (profesjonalistów), które nas odwiedzały i doglądały. Według obecnych zasad, ktore są polecane i wg tego, jak się sprawy u nas toczą. Doceniam, że chce mama pomóc i poradzić. Jeśli będę potrzebował porady czy pomocy, to naprawdę zgłoszę się bez wahania.Ale mogę też zadziałać inaczej, niż mama sugeruje :>
Ano może. I działa, a ja nie drę szat. Szczepi. I słowa nie rzekłam ani Pierworodnemu, ani jemu.
Szanuję ich decyzje i metody wychowawcze.
Amen.
Ale kurwa, zastanawiam się, jak mnie, nieprofesjonalistce, udało się wychować dwóch chłopów na schwał, z mojej pensji tylko utrzymując dom. Wykształcić. Pewno, ptasiego mleka im brakowało, ale głodni nie chodzili.
Ogarniać wszystko, mimo pracy zawodowej na pełen etat. Mimo wrzoda na dupie w postaci Eksa, który palcem w bucie nigdy nie kiwnął, ale mój obiad potrafił wpieprzyć, bo on był głodny i jadł o 13 to, co mu uszykowałam, a jak wróciłam o 18 to on już z głodu nie mógł.
Kurwa mać.
Nie było internetów, nie miałam się gdzie wyżalać, że karmię i nie ma mi kto podać szklanki wody, że pieluchy i inne szmaty w rękach piorę, że od czwartej rano w kolejce stałam po masło.
Że każdego roku byli na wakacjach, że robili zawsze to, co chcieli - w sensie podejmowania swoich decyzji, za co obrywałam od wszystkich, wyzywana od kurw, że jak to, nie do LO, a do takiej gównianej szkoły? Że mają być lekarzami i koniec, kropka, bo ta rodzina to sami lekarze (hahahaha, reszta potomstwa rodziny o ile w ogóle pokończyła szkoły, to na ochronie środowiska, bo tam znajomy pracował).
I inne takie tam.
Nieprofesjonalnie, kurwa.
A sama cierpiałam, że nikt mi nie powie, co i jak...
Paznokcie nauczyłam się obcinać Pierworodnemu przypadkiem, bo akurat wpadła taka jedna szwagierka, co miała już czwórkę dzieci i posikała się ze śmiechu, widząc moje wysiłki. Nie było wtedy internetów, forów.
Więc myślałam, że moje doświadczenia są coś warte, bo nie wszystko, co stare, jest głupie. Jeżeli większość bab z mojego pokolenia ogarniała pracę, dom, wychowywanie dzieci, to chyba nie wszystko było takie złe?
No ale własne dziecko powiedziało mi, tak miętą przez rumianek, że ma mnie w dupie, no bo gdzie mi tam do profesjonalistów. Zwłaszcza angielskich.
I git majonez, niech się sami męczą.
Napisałam, że trochę pobędę sama, że nie chcę o niczym już rozmawiać.
Pozałatwiam wszystkie sprawy, bo u mnie słowo droższe od pieniędzy, ale reszta mnie nie rusza.
Bo całe życie jestem dobra tylko wtedy, gdy trzeba coś załatwić (tego już nie pisałam, bo to moja bajka). Kiedy ktoś chce do PL wpaść, inne takie tam. I dobrze, drobiazg, ależ proszę, nie widzę przeciwwskazań.
Za to kiedy ja chcę gdzieś pojechać, to jest problem. Bo odebrać z lotniska, bo przenocować nie ma gdzie, bo oj tam, oj tam, nieważne :D
Załatwić PESEL, dowód i paszport. Drobiazg, of course.
W międzyczasie tłumacz przysięgły, bo bez tłumacza ani rusz.
No i urzędy, kolędowanie, tu znaczek, tu ksero, tu znów tłumaczenie.
Ależ drobiazg, co to jest. Nic. Każdy głupi to załatwi.
No oni nie pojadą do Londynu, bo z małym dzieckiem to koszmar.
Ano.
A dla mnie to bułka z masłem.
Of course.
Gorycz wylewa mi się już uszami, ale super.
Bo dzięki wkurwowi dziś: zrobiłam zakupy, umyłam okna, zakisiłam kimchi, ugotowałam obiad i wysprzątałam mieszkanie.
Jest gotowe na święta, zmienię tylko obrusy i serwetki i będzie jak należy :D
I aprowizacja na święta już załatwiona w połowie :D
Ha, jak ugotuję żurek, dodam białą kiełbasę i jajka od Grzesia, to w sumie mam problem z głowy, w zeszłym roku po żurku nie miałam już miejsca na nic, a żurku wyszło na trzy dni :P Nie zamawiam ciast, bo nie za bardzo mam jak odebrać, nie przepadam za typowo wielkanocnymi, a daquoise nie można zamówić, więc jeszcze jutro wlecę do P & P po wafle, bo tam są takie, jakie lubię i zrobię sobie wafle z masą kajmakową. Okazuje się, że w sobotę będą pracować tylko niedobitki, więc po prostu w piątek pojadę później do pracy.
We wtorek zaś powrót do pracy, a potem będą robale.
Nie mam melodii nawet na święconkę.
Po prostu chcę zamknąć drzwi.
I nie być.
A, winter is coming :)
Grudzień pozazdrościł bratkom i też zakwitnie.
Zatem nie chowamy kozaczków :P
piątek, 7 kwietnia 2017
Tego
jeszcze w kinie nie grali, Kochany Pamiętniczku.
Technika nie ma nic, prawie nic, a na dokładkę łamacz wziął
zwolnienie.
Tom pogrzebała, co do pogrzebania było, przejrzałam uwagi
tego geniusza, jak myślałam, znalazł biedak literówek parę, a i to nie wiem,
czy moje, bo powywalali wydruki. Za to jeden się znalazł, błąd w spisie treści,
więc hohoho. I co? Nie ja go zrobiłam. Tekst, który dostałam do korekty miał
inny nagłówek, było OK. Oddałam, a gość zmienił sobie sam tekst i poszło z
błędem. Nie poleciałam jeszcze z tym wszystkim do Bossa, niech myśli, że czytam
od deski do deski.
Jeszcze nie zwariowałam.
I nie czuję się winna.
Inżynier chciał audiencję, naczekałam się, a i tak była
błyskawiczna, bo Alienek ma donośny głos i zdrowe płucka, a śpi pięć minut.
Łatwiej teraz wszystko na piśmie załatwiać. PESEL będę
załatwiała. Spoko, dobrze mieć zajęcia.
Żal mi młodych. Próbowałam delikatnie Inżynierowi coś
zasugerować, ale się nie da. Teraz jest inaczej, zresztą nie karmiłam piersią,
więc nie ma o czym mówić. Ano. Pierworodnego karmiłam miesiąc i skończyło się,
jak się skończyło. Nieważne. Mówię: połóż na brzuszku. Nie. A Kierownik Budowy
posłuchał i kładł Kradziejkę i dziecko spało jak złoto. Pytam: może dyndołek.
Nie, bo dyndołek to już na stałe. Trudno.
Z jednej strony żal, że są tak daleko, z drugiej – dobrze,
że są tak daleko. Dziecko ma już dwa tygodnie, a jeszcze nie było kąpane. Też
bym się darła, jakbym się dwa tygodnie nie kąpała, a tylko by mnie szmatkami
obmywali.
Nie mają czasu na kąpanie.
Każdy musi swoje przejść.
Sama bolałam nad tym, że nie mam mamy, że teściowa mi ani w
niczym nie pomoże, ani nic nie chce powiedzieć.
Moim guru była książka „Małe dziecko”.
Ale moje dziecko może mnie zapytać, nie musi robić wg moich
przepisów, ale...
Może. Że nie chce? No to ma problem :D
A ja mam problem z padającym co rusz netem, odkąd robią te pieprzone piony. Dziś o 15 od „fachowców” tak jechało piwskiem, że nic dziwnego, że robota idzie, jak idzie. Moja sąsiadka dziś nie udostępniła mieszkania. Pracuje jako tłumaczka. Znam te warunki, ale „fachowcy” na nieśmiałe, że ktoś pracuje zaperzają się jak indory: pani, my tu ciężko pracujemy.
Ano, a my kwiatki zrywamy...
Az strach się bać, widziałam większość ekipy, zapyziałe
dziady i brudasy.
I takie coś mam do domu wpuścić? Jakbym sama remontowała,
wybrałabym ekipę.
Pamięta ktoś drabinę majstra, oblepioną farbą i gipsem? I te
trzepane skarpetki? Bo ja tak.
O kurka wodna...
Ojapierdolę :D
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)










