dzień najpaskudniejszego miesiąca w roku, Kochany Pamiętniczku.
Aby do pólnocy.
Wizyta w banku była miłym zaskoczeniem, aczkolwiek nie wiem, czy Boss ogarnął moje szczególne zasługi, czy zrefundowal mi oficjalnego Office'a.
Bo tak, mam na rok oficjalnego Office'a. Pierwszy raz w życiu.
Jestem z siebie dumna. I tyle w temacie.
Cokolwiek by to nie było, o drugą opcję nie będę się już kłóciła. Szkoda mojego zdrowia. A serce zapikało radośnie, nie żałośnie. A to już coś.
Sobota włócząca, ale nie na kijkach, za dużo było do ogarnięcia, aczkolwiek pogoda zachęcała do kijkowania.
Dopiero teraz skończyłam ogarnianie tej kuwety, ale też ucięłam sobie w południe drzemkę, bo noce mam fatalne.
Staram się.
Ale to potrwa. No nic.
Jeszcze w ten cały zapierdol wcisnąć muszę wyprawę do Umarlaków, a tak się składa, że weekend odpada, bo pociągi jeżdżą tylko od poniedziałku do piątku, a że tam będzie bajzel niesamowity, nie zaryzykuję akcji dwugodzinnej.
I nowy Umarlak na stanie, też wyjazdowy.
No nic.
Taki mój los.
A dziś, w ramach relaksu i niepamiętania, światełka dla Was i wino dla mnie.
Mam nadzieję, że i tam podają jakieś przednie trunki, że dogadujecie się lepiej niż w tym życiu, że...
A nieważne, możecie się tłuc, jak Wam pasuje.
Wasze zdrowie.
Ja będę do końca żyła nadzieją.
Na lepszy los.
sobota, 30 września 2017
piątek, 29 września 2017
Porąbało się
Kochany Pamiętniczku.
Nie jest dobrze.
Ale niezbadane są zakręty losu, więc to, że dałam Pierworodnemu na dokumenty, wraca.
Dobrze, że poszłam do adwokata.
Trzeba najpierw stracić, żeby zyskać.
I nie mogę odrzucić spadku, bo straciłabym mieszkanie.
Najbiedniejszy jest Inżynier, będzie musiał 3. raz przylecieć do PL.
Ale może potem zaświeci słońce.
Co ma być, będzie.
Życie po raz kolejny zapiera dech.
Obym się nie zadławiła i nie zadusiła, proszę...
Akt ślubu muszę wyciągnąć. Chichot losu...
Ironia...
Nie jest dobrze.
Ale niezbadane są zakręty losu, więc to, że dałam Pierworodnemu na dokumenty, wraca.
Dobrze, że poszłam do adwokata.
Trzeba najpierw stracić, żeby zyskać.
I nie mogę odrzucić spadku, bo straciłabym mieszkanie.
Najbiedniejszy jest Inżynier, będzie musiał 3. raz przylecieć do PL.
Ale może potem zaświeci słońce.
Co ma być, będzie.
Życie po raz kolejny zapiera dech.
Obym się nie zadławiła i nie zadusiła, proszę...
Akt ślubu muszę wyciągnąć. Chichot losu...
Ironia...
środa, 27 września 2017
Szok
Kochany Pamiętniczku.
Zabrałam się za grzebanie w papierach, bo do adwokata chociaż podstawowe daty muszę znać, a ja nie mam do tego głowy.
I...
Ojapierdolę.
Wieloletnie grzebanie w makulaturze jakieś efekty przyniosło. Podstawowa rzeczy są dostępne, nieważne, że jeszcze tona makulatury jest do przerzucenia.
Nie mam zamiaru wszczynać sprawy sądowej, ale te brakujące duperele są na pewno w domu i jestem w stanie je znaleźć.
Nawet sławetny zaginiony w akcji akt przydziału mieszkania mam w swoich rękach.
Nie licząc dostarczanych mi przez szwagierkę, w ramach akcji: jacy to my jesteśmy biedni odpisów z ich walk o kasę, z których kłamstwo wylewa się szerokim strumieniem.
I czy ja na pewno mam równo pod kapturkiem?
Bo kto gromadzi wydruki emilków z 2001 roku?
Bo ja mam takie, chciałam chłopcom przeczytać, co ich ciocia pisze, a nie mieliśmy jeszcze wtedy w domu neta.
A ciocia pisze o swojej rodzinie (i zarazem rodzinie Eksa, bo była jego siostrą) tak niepochlebnie, że klękajcie narody.
Że trzeba wszystko zrobić, żeby leczeniem Eksa nie zajęła się jego mama i brat, czyli PR...
Sęk w tym, że się zajęli.
A potem już było z górki.
No nic, Kochany Pamiętniczku, co ma być, będzie.
Za kilka lat, o ile dożyję, pewno będę się z tego śmiała.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Jeszcze znaczek zły nakleił i musieliśmy dopłacić, żeby te rewelacje odczytać :) Ale miło po latach...
I karteczkę z napisem "Kocham Mamę" znalazłam, ale anonimową, więc nie wiem, który się tak wywnętrzał, ten, co ma mnie w pompie, czy ten, co ma mnie w pompie, ale się mylę. Kulfony mają prawie identyczne.
Tylko życie pędzi coraz prędzej...
Zabrałam się za grzebanie w papierach, bo do adwokata chociaż podstawowe daty muszę znać, a ja nie mam do tego głowy.
I...
Ojapierdolę.
Wieloletnie grzebanie w makulaturze jakieś efekty przyniosło. Podstawowa rzeczy są dostępne, nieważne, że jeszcze tona makulatury jest do przerzucenia.
Nie mam zamiaru wszczynać sprawy sądowej, ale te brakujące duperele są na pewno w domu i jestem w stanie je znaleźć.
Nawet sławetny zaginiony w akcji akt przydziału mieszkania mam w swoich rękach.
Nie licząc dostarczanych mi przez szwagierkę, w ramach akcji: jacy to my jesteśmy biedni odpisów z ich walk o kasę, z których kłamstwo wylewa się szerokim strumieniem.
I czy ja na pewno mam równo pod kapturkiem?
Bo kto gromadzi wydruki emilków z 2001 roku?
Bo ja mam takie, chciałam chłopcom przeczytać, co ich ciocia pisze, a nie mieliśmy jeszcze wtedy w domu neta.
A ciocia pisze o swojej rodzinie (i zarazem rodzinie Eksa, bo była jego siostrą) tak niepochlebnie, że klękajcie narody.
Że trzeba wszystko zrobić, żeby leczeniem Eksa nie zajęła się jego mama i brat, czyli PR...
Sęk w tym, że się zajęli.
A potem już było z górki.
No nic, Kochany Pamiętniczku, co ma być, będzie.
Za kilka lat, o ile dożyję, pewno będę się z tego śmiała.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Jeszcze znaczek zły nakleił i musieliśmy dopłacić, żeby te rewelacje odczytać :) Ale miło po latach...
I karteczkę z napisem "Kocham Mamę" znalazłam, ale anonimową, więc nie wiem, który się tak wywnętrzał, ten, co ma mnie w pompie, czy ten, co ma mnie w pompie, ale się mylę. Kulfony mają prawie identyczne.
Tylko życie pędzi coraz prędzej...
wtorek, 26 września 2017
Pokiełbasiło się
dziś, Kochany Pamiętniczku.
Zaspałam, ale oj tam, oj tam.
Chyba powoli ze mnie spływa.
Planując dzień wlazłam na stronę Enei i okazuje się, że żeby przepisać licznik na siebie, musze mieć trzy podania, klucz od mieszkania i fotografię pradziadka.
A tak na serio: ogarnięte sprawy spadkowe.
To kij im w oko, bo w dupę by przyjemność mieli. Od 18 lat płacę za prąd z mojego osobistego konta, choć rachunki przychodzą na Eksa i pies z kulawą nogą się nie zainteresował. To co się będę wyrywała przed orkiestrę, jeszcze trochę popłacę i git majonez ;)
Zatem skoro Enea odpadła, to stwierdziłam, że po EKUZ też nie pojadę, bo w sumie na co mi EKUZ, skoro się za granicę nie wybieram już? Szkoda czasu. A nie ma EKUZ-u, nie ma badań, bo dla idei się na drugi koniec miasta nie powlokę.
Poleciałam więc tylko do Warty, ubezpieczyłam mieszkanie (dziś wieczorem kolorek zaczyna na suficie blaknąć, jutro w spółdzielni zabaluje, oj zabaluję). W sumie nawet remontu nie opłaca mi się robić, bo co z tego, że zamaluje, jak tam da capo all fine będzie ciekło. O wiedzo tajemna hydraulików...
Szlafrok zanabyłam na straganie, nie że potrzebuję, ale dlatego, że piszę scenariusze :) Jakoś nie pamiętam, kiedy ostatnio chodziłam w szlafroku.
Ale jeżdżę koło szpitala i tam jest taki sklepik spożywczy i [rzy stoliku tam pacjenci siedzą. A że ja sama jak ten palec, to mi nikt po nic nie skoczy. No, nie wybieram się, ale mój panikarski łeb napierdala. Albo ewakuacja w zimową noc. Albo inny cud wianek. No dobra, mam szlafrok, bo stare są w rozmiarze 38, hahahahahahahahaha....
Stara wariatka :P Ale kto wariatce zabroni?
Pani 20 zł spuściła z ceny, bo pod pachą była plama. Sama ją uczciwie pokazała. Plama sprała się w 40 stopniach na amen. A w razie 30-stopniowych mrozów, które zapowiadają mam się w co owinąć, oprócz kocka, of course :P
A potem na Franowo ruszyłam, po fotel, co go Inżynier ma skręcić.
Fotel był, ale na wystawie, w magazynie nie mieli. Więc poprosiłam grzecznie o sprawdzenie, gdzie mają, bo nie uśmiechało mi się kupować innego, dwa razy droższego, a taki jak mam, za 150 zł zbyt wygodny dla starego dupska nie jest. A kupiłam go, bo miałam wtedy tylko tyle kasy, na najtańszy model.
Pani zadzwoniła i w Panoramie mieli. Więc poprosiłam o zatrzymanie dla mnie i sruuu, do Panoramy (myśląc, że jak to dobrze, że Inżyniera nie wyciągałam na zakupy, boby wścieklizny dostał). W Panoramie nic nie wiedzieli, ale przedzwonili do magazynu, tam wiedzieli. Ale... Magazyn w całkiem innej części Panoramy. Pani mi grzecznie tłumaczy, a ja w strachu, bo w terenie to ja w linii prostej ginę i trzeba mnie szukać z psami gończymi... Nie było tak źle, dotarłam do magazynu, gdzie cudnej urody tabliczka dyndała.
Zadumałam się, jak to przeczytać, korektorska dusza nie dawała mi spokoju, no bo jak to jeden razy raz?
I tak mi 5 minut upłynęło, uprzejmy pan wytachał mi te 15 kilo koło ławeczki, SMS posłałam po taksówkę, taksówka zajechała, uprzejmy taksówkarz wsadził do bagażnika te 15 kilo, pod domem wtachał je na korytarz, ale do siebie to już musiałam sama wlec, a tu... schody.
Starość, kurwa, starość, ale ja zawsze byłam słaba.
Dowlokłam jednak rzeczone 15 kilo, błogosławiąc windę.
A teraz siedzę i czekam, aż Inżynier wyleci, bo znów ma spóźnienie...
I tak minął mi dzień.
UPDATE
Resztę komentarzy przeczytałam. U mnie w wiosce, Doro, jest na cmentarzu miejsce pamięci, gdzie można prochy rozsypać. I kolumbarium jest, gdzie można urnę wstawić, nie trzeba jej grzebać. Zawsze można trochę prochów odsypać, kto to sprawdzi? Ale po co to w domu trzymać? Jeszcze się ktoś pomyli i zamiast kawy Inki zużyje ;P A ja zawsze mówiłam dzieciom, jak były małe, że do urenki mamusię i na telewizorek. A jak będą niegrzeczne, to mamusia wieczko uchyli i po papie natrzaska. Jakoś się tym nie przejmowały, znając swoją mamusię, ale gdzie teraz znaleźć taki telewizorek, co na nim urenka postoi?
Zaspałam, ale oj tam, oj tam.
Chyba powoli ze mnie spływa.
Planując dzień wlazłam na stronę Enei i okazuje się, że żeby przepisać licznik na siebie, musze mieć trzy podania, klucz od mieszkania i fotografię pradziadka.
A tak na serio: ogarnięte sprawy spadkowe.
To kij im w oko, bo w dupę by przyjemność mieli. Od 18 lat płacę za prąd z mojego osobistego konta, choć rachunki przychodzą na Eksa i pies z kulawą nogą się nie zainteresował. To co się będę wyrywała przed orkiestrę, jeszcze trochę popłacę i git majonez ;)
Zatem skoro Enea odpadła, to stwierdziłam, że po EKUZ też nie pojadę, bo w sumie na co mi EKUZ, skoro się za granicę nie wybieram już? Szkoda czasu. A nie ma EKUZ-u, nie ma badań, bo dla idei się na drugi koniec miasta nie powlokę.
Poleciałam więc tylko do Warty, ubezpieczyłam mieszkanie (dziś wieczorem kolorek zaczyna na suficie blaknąć, jutro w spółdzielni zabaluje, oj zabaluję). W sumie nawet remontu nie opłaca mi się robić, bo co z tego, że zamaluje, jak tam da capo all fine będzie ciekło. O wiedzo tajemna hydraulików...
Szlafrok zanabyłam na straganie, nie że potrzebuję, ale dlatego, że piszę scenariusze :) Jakoś nie pamiętam, kiedy ostatnio chodziłam w szlafroku.
Ale jeżdżę koło szpitala i tam jest taki sklepik spożywczy i [rzy stoliku tam pacjenci siedzą. A że ja sama jak ten palec, to mi nikt po nic nie skoczy. No, nie wybieram się, ale mój panikarski łeb napierdala. Albo ewakuacja w zimową noc. Albo inny cud wianek. No dobra, mam szlafrok, bo stare są w rozmiarze 38, hahahahahahahahaha....
Stara wariatka :P Ale kto wariatce zabroni?
Pani 20 zł spuściła z ceny, bo pod pachą była plama. Sama ją uczciwie pokazała. Plama sprała się w 40 stopniach na amen. A w razie 30-stopniowych mrozów, które zapowiadają mam się w co owinąć, oprócz kocka, of course :P
A potem na Franowo ruszyłam, po fotel, co go Inżynier ma skręcić.
Fotel był, ale na wystawie, w magazynie nie mieli. Więc poprosiłam grzecznie o sprawdzenie, gdzie mają, bo nie uśmiechało mi się kupować innego, dwa razy droższego, a taki jak mam, za 150 zł zbyt wygodny dla starego dupska nie jest. A kupiłam go, bo miałam wtedy tylko tyle kasy, na najtańszy model.
Pani zadzwoniła i w Panoramie mieli. Więc poprosiłam o zatrzymanie dla mnie i sruuu, do Panoramy (myśląc, że jak to dobrze, że Inżyniera nie wyciągałam na zakupy, boby wścieklizny dostał). W Panoramie nic nie wiedzieli, ale przedzwonili do magazynu, tam wiedzieli. Ale... Magazyn w całkiem innej części Panoramy. Pani mi grzecznie tłumaczy, a ja w strachu, bo w terenie to ja w linii prostej ginę i trzeba mnie szukać z psami gończymi... Nie było tak źle, dotarłam do magazynu, gdzie cudnej urody tabliczka dyndała.
Zadumałam się, jak to przeczytać, korektorska dusza nie dawała mi spokoju, no bo jak to jeden razy raz?
I tak mi 5 minut upłynęło, uprzejmy pan wytachał mi te 15 kilo koło ławeczki, SMS posłałam po taksówkę, taksówka zajechała, uprzejmy taksówkarz wsadził do bagażnika te 15 kilo, pod domem wtachał je na korytarz, ale do siebie to już musiałam sama wlec, a tu... schody.
Starość, kurwa, starość, ale ja zawsze byłam słaba.
Dowlokłam jednak rzeczone 15 kilo, błogosławiąc windę.
A teraz siedzę i czekam, aż Inżynier wyleci, bo znów ma spóźnienie...
I tak minął mi dzień.
UPDATE
Resztę komentarzy przeczytałam. U mnie w wiosce, Doro, jest na cmentarzu miejsce pamięci, gdzie można prochy rozsypać. I kolumbarium jest, gdzie można urnę wstawić, nie trzeba jej grzebać. Zawsze można trochę prochów odsypać, kto to sprawdzi? Ale po co to w domu trzymać? Jeszcze się ktoś pomyli i zamiast kawy Inki zużyje ;P A ja zawsze mówiłam dzieciom, jak były małe, że do urenki mamusię i na telewizorek. A jak będą niegrzeczne, to mamusia wieczko uchyli i po papie natrzaska. Jakoś się tym nie przejmowały, znając swoją mamusię, ale gdzie teraz znaleźć taki telewizorek, co na nim urenka postoi?
poniedziałek, 25 września 2017
To był
szalony poniedziałek, Kochany Pamiętniczku.
Lało, gdy wstałam, więc z bólem serca wywlokłam półbuty, snifff...
Odczarowały deszcz, bo gdy wracałam do domu było ciepło i nie padało
Dobrze, że nie padło mi na mózg do końca i nie wzięłam tęczowego parasola, tylko składany,
Step one: Urząd Miejski. Akt zgonu. Portfel zelżał mi o 77 zł, bo wzięłam odpis całkowity, bo homo nie wiadomo, czy nie będe potrzebowała, a latanie tam to ojapierdolę. Ciśnienie podniosła mi kobietka w okienku, pytająca po co mi akt zgonu.
Nosz, kurwa, w ramki sobie oprawię i na ścianie powieszę, na zasadzie: nad łóżkiem ślubu akt, stwierdzony rejentalnie, gdy spytasz ją, z kim żyjesz tak moralnie, odpowie, że z kochasiem, który w siną dal...
No nic.
Godzina.
Do PZU na plac.
PZU nie ma, wyparowało.
Przypominam sobie, że ostatnio byłam z Inżynierem w PZU koło Starego Browaru.
Wsiadam w ósemkę i wio koniku, ale po drodze googlam i przypominam sobie, że polisę brata realizowałam na Czecha.
Postanawiam pojechać do pracy, bo ósemka tam jedzie, a i akt zgonu muszę dostarczyć, bo dwa dni okolicznościowego dostałam. I D. chcę przydusić, bo adwokat na czwartkowego emilka nie odpowiedział, a i poranny SMS olał. Danka dzwoni z firmowego i od razu słyszy, że za pół godziny mi odpisze.
Więc lecę dalej. I biore od koleżanki kolejne namiary, będzie na porównanie, usługa nie jest droga, co mi zaszkodzi skonsultować u kogoś innego, bo adwokat coraz mniej podoba mi się po pytaniu czy PR jest moim szwagrem.
Ale jestem umówiona na czwartek, jakby co.
PZU. O dziwo, bezboleśnie i wbrew moim obiekcjom (odpukać, bo jeszcze na koncie nie mam) dostanę z mojego ubezpieczenia kasę. Niewiele, bo i moje ubezpieczenie niewiele warte, w pracy jestem za stara, żeby mnie ubezpieczyli, ale zawsze. Na zero wyjdę ze wszystkim, a to już coś.
Spółdzielnia.
Pani oczy jak pięciozłotówki i znów mówi: dam pani numer, pani zadzwoni. Nie, pani nie zadzwoni, pani numer ma, ale pan hydraulik nieesemesowaty, wobec czego pani dzwoni i za 10 minut hydraulik ma być u mnie.
Lecę, zmachana jak koń po westernie, ale jeszcze zdążyłam siku i ręce umyć, szklankę wody wypić, bo 4 godziny bez picia, bo nie sikamy na mieście :D
Hydraulik nie widzi szkody. Bo na tej farbie nie widać. A purchle? Nie widać. Fakt, nie widać, jak nie mam okularów, nie widać, ale mam okulary i widać! Czy mam czekać aż sufit zacznie mi płatami na łeb lecieć?
Rurki przy kiblu mi nie wymieni, bo nie (a ma chuj jeden pensję w spółdzielni), za 20 zł to zrobi. Plus koszt rurki. To już wolę wziąć złotą rączkę od D. Zrobi i kafelki, i rurkę.
Kurwa mać.
Obiad.
Kierownik się odzywa, że odda wiertarkę i wleci na sekundę. Super. Oddał i wiertarkę, i książki. Hahahahaha :)
Piwem pogardził, bo jeździ i zaraz leci, na masaż gorąco namawia, bo dwa kursy masażu ma już za sobą.
Szczękościsku dostaję, ale znika...
A ja...
Zapalam świeczuszki, włączam Radio Pogoda i otwieram zimne piwko...
Jutro Warta, Enea, EKUZ, może badanie krwi, bo Certus blisko, ale to mi się nie uśmiecha ni cholery, może uda mi się fotel kupić, no i grzebanie w papierzyskach, bo do adwokata nie pójdę bez zarysu ogólnego.
Inżynier przylatuje wieczorkiem, ale nie do mnie, do teściów pójdzie. Dorosłam. Nie drę szat, a nawet lepiej, będę miała go te parę chwil dla siebie, jak pójdziemy do adwokata i jak będzie fotel skręcał. Na wyłączność. Nie mam nic do Synowej, planujemy niektóre rzeczy wspólnie, ale czasem miło móc powiedzieć coś bez gryzienia się w jęzor, co nie, Kochany Pamiętniczku? :)
Lało, gdy wstałam, więc z bólem serca wywlokłam półbuty, snifff...
Odczarowały deszcz, bo gdy wracałam do domu było ciepło i nie padało
Dobrze, że nie padło mi na mózg do końca i nie wzięłam tęczowego parasola, tylko składany,
Step one: Urząd Miejski. Akt zgonu. Portfel zelżał mi o 77 zł, bo wzięłam odpis całkowity, bo homo nie wiadomo, czy nie będe potrzebowała, a latanie tam to ojapierdolę. Ciśnienie podniosła mi kobietka w okienku, pytająca po co mi akt zgonu.
Nosz, kurwa, w ramki sobie oprawię i na ścianie powieszę, na zasadzie: nad łóżkiem ślubu akt, stwierdzony rejentalnie, gdy spytasz ją, z kim żyjesz tak moralnie, odpowie, że z kochasiem, który w siną dal...
No nic.
Godzina.
Do PZU na plac.
PZU nie ma, wyparowało.
Przypominam sobie, że ostatnio byłam z Inżynierem w PZU koło Starego Browaru.
Wsiadam w ósemkę i wio koniku, ale po drodze googlam i przypominam sobie, że polisę brata realizowałam na Czecha.
Postanawiam pojechać do pracy, bo ósemka tam jedzie, a i akt zgonu muszę dostarczyć, bo dwa dni okolicznościowego dostałam. I D. chcę przydusić, bo adwokat na czwartkowego emilka nie odpowiedział, a i poranny SMS olał. Danka dzwoni z firmowego i od razu słyszy, że za pół godziny mi odpisze.
Więc lecę dalej. I biore od koleżanki kolejne namiary, będzie na porównanie, usługa nie jest droga, co mi zaszkodzi skonsultować u kogoś innego, bo adwokat coraz mniej podoba mi się po pytaniu czy PR jest moim szwagrem.
Ale jestem umówiona na czwartek, jakby co.
PZU. O dziwo, bezboleśnie i wbrew moim obiekcjom (odpukać, bo jeszcze na koncie nie mam) dostanę z mojego ubezpieczenia kasę. Niewiele, bo i moje ubezpieczenie niewiele warte, w pracy jestem za stara, żeby mnie ubezpieczyli, ale zawsze. Na zero wyjdę ze wszystkim, a to już coś.
Spółdzielnia.
Pani oczy jak pięciozłotówki i znów mówi: dam pani numer, pani zadzwoni. Nie, pani nie zadzwoni, pani numer ma, ale pan hydraulik nieesemesowaty, wobec czego pani dzwoni i za 10 minut hydraulik ma być u mnie.
Lecę, zmachana jak koń po westernie, ale jeszcze zdążyłam siku i ręce umyć, szklankę wody wypić, bo 4 godziny bez picia, bo nie sikamy na mieście :D
Hydraulik nie widzi szkody. Bo na tej farbie nie widać. A purchle? Nie widać. Fakt, nie widać, jak nie mam okularów, nie widać, ale mam okulary i widać! Czy mam czekać aż sufit zacznie mi płatami na łeb lecieć?
Rurki przy kiblu mi nie wymieni, bo nie (a ma chuj jeden pensję w spółdzielni), za 20 zł to zrobi. Plus koszt rurki. To już wolę wziąć złotą rączkę od D. Zrobi i kafelki, i rurkę.
Kurwa mać.
Obiad.
Kierownik się odzywa, że odda wiertarkę i wleci na sekundę. Super. Oddał i wiertarkę, i książki. Hahahahaha :)
Piwem pogardził, bo jeździ i zaraz leci, na masaż gorąco namawia, bo dwa kursy masażu ma już za sobą.
Szczękościsku dostaję, ale znika...
A ja...
Zapalam świeczuszki, włączam Radio Pogoda i otwieram zimne piwko...
Jutro Warta, Enea, EKUZ, może badanie krwi, bo Certus blisko, ale to mi się nie uśmiecha ni cholery, może uda mi się fotel kupić, no i grzebanie w papierzyskach, bo do adwokata nie pójdę bez zarysu ogólnego.
Inżynier przylatuje wieczorkiem, ale nie do mnie, do teściów pójdzie. Dorosłam. Nie drę szat, a nawet lepiej, będę miała go te parę chwil dla siebie, jak pójdziemy do adwokata i jak będzie fotel skręcał. Na wyłączność. Nie mam nic do Synowej, planujemy niektóre rzeczy wspólnie, ale czasem miło móc powiedzieć coś bez gryzienia się w jęzor, co nie, Kochany Pamiętniczku? :)
niedziela, 24 września 2017
Polazłam
w siną dal, jako że obudziłam się już bez bólu gadrełka. Ale też w nocy spociłam się tak, że musiałam i pościel, i piżamę zmienić.
I tak leząc smęciłam, że...
Zbiegać za jednym klejnotem pustynie, iść w toń za perłą o cudu urodzie,
ażeby po nas zostały jedynie
ślady na piasku
i kręgi na wodzie...
A botanik cudny i pusty, spokojnie można zdjęcia robić, nie ma tłumów, jest cicho i tylko Il Divo w słuchawkach śpiewali...
W UK zawsze podobały mi się takie ławki. I skoro u nas można, to każę się rozsypać, a zamiast grobu zasponsorować ławkę. Na pewno więcej osób o mnie pomyśli, siadając na ławce, niż lecąc na cmentarz. O ile oczywiście Inżynierowi nie będzie to przeszkadzać. Bo Pierworodnemu - nie sądzę.
Jesienne róże, róże smukłe, herbaciane...
Zimowit
Miechunka, całe pole miechunki... Wabiło oczy ostatnimi kolorami...
Karczoch
Podejrzewam, że to platanowiec, ale nie jestem pewna, tabliczki nie mogłam znaleźć.Może ktoś jest mądrzejszy ode mnie? :)
I zaczęło padać... A ja w sandałkach...
Więc uważając, żeby nie rozdeptać nagich, bezdomnych ślimaków...
... szukających domku nawet w łupinach kasztanów...
Poleciałam do domu.
I popołudnie upłynęło mi na kombinowaniu, bo Windows 10 ma głupie ustawienia co do zmniejszania zdjęć, a przecież nie wrzucę to fot o rozdzielczości oryginalnej :)
A teraz powoli znów polopirynka, koce, film i spać, bo od jutra latanie...
Za usterki przepraszamy :)
I tak leząc smęciłam, że...
Zbiegać za jednym klejnotem pustynie, iść w toń za perłą o cudu urodzie,
ażeby po nas zostały jedynie
ślady na piasku
i kręgi na wodzie...
A botanik cudny i pusty, spokojnie można zdjęcia robić, nie ma tłumów, jest cicho i tylko Il Divo w słuchawkach śpiewali...
W UK zawsze podobały mi się takie ławki. I skoro u nas można, to każę się rozsypać, a zamiast grobu zasponsorować ławkę. Na pewno więcej osób o mnie pomyśli, siadając na ławce, niż lecąc na cmentarz. O ile oczywiście Inżynierowi nie będzie to przeszkadzać. Bo Pierworodnemu - nie sądzę.
Jesienne róże, róże smukłe, herbaciane...
Zimowit
Miechunka, całe pole miechunki... Wabiło oczy ostatnimi kolorami...
Karczoch
Podejrzewam, że to platanowiec, ale nie jestem pewna, tabliczki nie mogłam znaleźć.Może ktoś jest mądrzejszy ode mnie? :)
I zaczęło padać... A ja w sandałkach...
Więc uważając, żeby nie rozdeptać nagich, bezdomnych ślimaków...
... szukających domku nawet w łupinach kasztanów...
Poleciałam do domu.
I popołudnie upłynęło mi na kombinowaniu, bo Windows 10 ma głupie ustawienia co do zmniejszania zdjęć, a przecież nie wrzucę to fot o rozdzielczości oryginalnej :)
A teraz powoli znów polopirynka, koce, film i spać, bo od jutra latanie...
Za usterki przepraszamy :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
