piątek, 26 lutego 2021

Miało

 być cudnie, Kochany Pamiętniczku. Ano, miało.

A pensja goła jak święty turecki i tak też Bossowi w emilku napisałam. Parę innych kamyczków dorzuciłam do ogródka, wykorzystując okazję, że od 10 lat za tę samą kasę orzę. Podziękowałam za możliwość pracy z domu, że doceniam, ale podkreśliłam, że to też generuje koszty.

No nic.

Sekretarka (bo nowa jest, od dwóch lat, to nie to, co D.), dziurę w brzuchu mi wierci o urlop. W sumie nic nie jest winna. Wiadomo, Boss pensję i urlop rozpatruje jak mu wygodnie: urlopu mam za dużo, zresztą kto to widział mieć urlop na pół etatu? A pensję też mam za dużą, bo ludzie pracują za mniejsze pieniądze niż moje na cały etat i się nie indyczą, są zadowoleni, a poza tym czasopismo nam schudło (tak, jakbym była rozliczana ze stron, a nie jestem, i nie, nie schudło, chudnie jeden numer w roku, ale jak mówię, że mam dużo roboty, to chudnie). Nie kijem go, to pałką, co nie? I tak, mam 13 dni urlopu po 8 godzin i jakbym się uparła, bo należą mi się dwa tygodnie ciągiem, to nie miałby kto jednego numeru w roku robić i w zasadzie powinno mi to dyndać. Tak, wykorzystałam to dwa razy w ciągu 10 lat - raz, gdy pojechałam na sześćdziesiątkę do UK, a drugi raz gdy wywalczyłam wolny miesiąc, kiedy Kalafiorkówna miała się urodzić. Przez te 10 lat ani jednego dnia nie byłam na zwolnieniu lekarskim, nie licząc nieodebranych nadgodzin, bo odkąd przeszłam na home office to ich nawet nie zapisuję, bo jak mam je odebrać niby?

Może będzie dobrze, a może nie. Za inserty zapłaci (taką mam nadzieję), ale wkurwia mnie stanie wciąż w pozycji petenta, upominanie się za każdym razem o należną kasę. Łaski mi nie robi, sam prosił, żebym to zrobiła, bo nijak to nie wchodzi w zakres moich obowiązków. Nie wiem, może ktoś z zewnątrz zrobiłby to lepiej i taniej (ja kwoty nie podałam i dobrze, bo po raz kolejny straciłabym nerwy chandrycząc się o jakieś 100 zł pewno), trzeba było brać, bo ponoć kolejka chętnych stoi pod redakcją. Tyle że ludzie, z którymi pracują mówią, że to jakieś nieporozumienie. I kiedy ja nie robię korekty, przynoszą mi cudzie dzieła z podkreślonymi błędami. Jakby poszło bez korekty byłoby pośmiechowisko. Sami za to pewno sporo kasy zgarnęli, bo to reklama branżowa była.

No nic. Pensja na koncie jest, będzie więcej może za miesiąc, może za dwa. I tak, mamy bajzel, bo ja swoje płatności, winien, ma, zapisuję w kajeciku, nawet te comiesięczne, które wiem, że muszę od lat, że czynsz, net, sieciówka... Niby mam dobrą pamięć, ale człowiek jest omylny. Mam i papierowy kajecik i aplikacje, i netowe cuda, a i bank przypomina. 

Gdybym była jakimś bossem, to jeszcze sekretarkę tudzież asystentkę bym miała, co nie? 

No nic, kurwa mać.

Może Obajtek, mogę i ja, w moich ustach to nawet słodziej brzmi, co nie?

Nie ma sensu się nakręcać, aczkolwiek zawsze jest poczucie bezsiły i niesprawiedliwości, ale tak ten świat stworzony jest.

Nie jestem biedna, ale nie deklarowałam, że będę pracowała za darmo - poszłabym do wolontariatu. 

Dobra, wino i radio Pogoda, żeby się nie wkurwiać na okrągło.

Chodzić muszę, bo już ledwo się kulam. Obniżyłam poprzeczkę z 10 tys. do 5, wg najnowszych badań tyle jest spoko. I od dwóch dni normę wyrabiam, aczkolwiek chodzę jak drób wodny ;)
Z nadzieją, że jednak z wiosną się rozkręcę, że z wiosną się roztańczę.

Strasznie boli mnie krzyż, przechodzi ból po 2 tys. kroków.
Jednak lockdown i brak ruchu, wieczne siedzenie przed kompem, bo jak nie praca, to filmy - się mści.

Z drugiej strony - ile można robić zakupy? Nienawidzę wychodzenia z domu bez celu, a przez lockdown jedyny cel to zakupy. Pogoda była taka, że na spacer mnie nie ciągnęło, bo co to za spacer dookoła osiedla, gdzie znam każdą dziurę w chodniku, a zewsząd czyhają na człowieka śmierdzące miny? A i zamiast muzyczki są aparaty, jeszcze teraz, z tymi jebanymi restrykcjami od jutra, ocipieć można. Zdziadziałam tak, że boję się dalej zapuścić (Dębina), bo nie wiem, czy dam radę do domu wrócić - na całe szczęście na kijki ostatnio wybrałam się trasą miejską i gdy padałam, dotarłam do autobusu i wróciłam do domu.

Jako że zamrażalnik nie jest z gumy, zaczęłam go powoli opróżniać, bo zdarzało mi się wieki trzymać w nim zapasy.

I tak dziś ciasto na pizzę odkryłam i 

 

pizzę na winie, pierwszą w życiu popełniłam. Nie skalałam się dotąd własnoręcznie robioną pizzą, albowiem fanką nie jestem, Inżynierową uwielbiam (ma dziecko talent do pizzy, nie wiem po kim, pewno po tym ogrodniku, który go robił), z Pizza Hut jestem fanką, ale sama co najwyżej gotowca odgrzałam w piekarniku, jak chłopcy byli na moim garnuszku. To jest pizza vege z łososiem (Inżynier padł na takie vege, ale do ja za to mogę, że łosoś się nawinął?), owszem, zjadliwa, nawet smaczna: ale zapisać w kajeciku: nigdy więcej nie paprać się z pizzą. Dupy nie urywa. Pociecha: jeden słoik pracowicie robiony latem zniknął, dobre jest to, co w środku, to mi wyszło :)

Wszystko ogarnięte, jeszcze tylko ostatnie pranie na balkon, bo ciepło już, choć ma się ochłodzić. Kaloryfery zakręcone, w mieszkaniu 22 stopnie, takie ciepłe 22, nie piździ...

Ale i tak...

I tak do końca życia pod górkę i pod wiatr...

(Weź nie pierdol, jest OK). 

Poniekąd jest, nie da się ukryć...

 

 


środa, 24 lutego 2021

Jeden

 dzień tak naprawdę odetchnęłam pełną piersią, nie licząc weekendu, Kochany Pamiętniczku.

A już dziś znów świnie zrobiły najazd na chatę i tak do wieczora je pasłam.

We wtorek zaś, zmęczona podskakiwaniem w życiu, gdy nieopatrznie w lustro spojrzałam, poszłam w siną dal, z mocnym postanowieniem zrobienia czegoś ze sobą. Kamienia odpowiedniego, żeby do Warty skoczyć nie znalazłam, a za dużo tłuszczu mam na sobie, żeby na dno iść, wypłynę, jak dobrze napompowana opona.

Więc... 



Tu opuszczam chałupę. Jako że mnie z lekka wideowizjer wkurwił, włączyłam jednak czujnik na podczerwień i moje zabawki raportują mi, gdy ktoś przechodzi korytarzem, mało, nawet łapią gościa na filmie. A wkurwił mnie, bo nie opanowałam wszystkiego. Ktoś dzwonił, nie doleciałam, ale potem rozkminiłam, że był to jakiś Cygan sprzedający dywany, więc w sumie dobrze, że nie doleciałam :) 

Zatem to ja.

Szłam i szłam, aż tu nagle patrzę: jak mówił mój ojciec: ktoś ci się kłania. Wiadomo, fryzjer.

Wchodzę, okazuje się, że dalej na zapisy, jest pani, która jest dla mnie No2, ale mówi, zerkając do notesika, że jak wrócę za 40 minut, to mnie dziś ostrzyże. No super, bo najbardziej nie lubię umawiania się na godzinę w danym dniu, bo mam poszatkowany. A że i miałam Manhattan ogarnąć, tom się zgodziła i wolnym walcem zanabyłam termometr zaokienny, bo spadł i się stłukł, niby mam aplikacji w chuj, ale aplikacja aplikacją, a termometr za oknem swoją szosą. Ziółka, ale w zielarni witaminę C chcieli mi wetknąć prawie ziębową, więc pokulałam się do apteki, potem serki w kiosku, gdzie wieki nie byłam, panie tam przemiłe, no i sam Manhattan i tadam, zostały mi 3 minutki na dojście do fryzjera, ale odpaliłam miotłę i poleciałam. A ciepło było tego dnia...

Pani, jeszcze w przyłbicy, ale już obie panie wiedzą, że ja mało że ślepa, to i głucha jestem, więc bez problemu, wystrzygła. Strzyżenie od czasów przedkoronawirusowych ładnie poleciało, bo było 18 zł (ja dawałam 25, a co), a teraz 28. W sumie nie wiem za co, bo tylko jakiś papierowy kołnierzyk jednorazowy dają, a dezynfekcja wygląda jak dawniej, więc jeden chuj. Wiem, i u fryzjera można HIV złapać i inne świństwa, dzieci kiedyś (oba naraz) wszy przywlekły, ale włosy mam jakie mam i nie tak łatwo je obsmyczyć. Długie miałam tylko w dzieciństwie i po wyjściu za mąż, bo Eks uważał, że kobieta z długimi jest seksi :) Pozwolił mi ściąć, gdy wypadający po porodzie długi kudeł zawinął się Pierworodnemu wokół palca u nogi i nie zauważyliśmy tego od razu. Dziecko ryczało dwa dni wniebogłosy... Zwizualizowałam mu, że takiż włos może się owinąć wokół siusiaczka... i dostałam pozwolenie na ścięcie. 

Mój ojciec był fanem mnie na chłopczycę, mówił do mnie wtedy: mój Hajduczku. I zawsze kazał mi chodzić do męskiego fryzjera (sam był fryzjerem, z papierami, ale niepraktykującym), bo jego zdaniem tylko męski umie strzyc. Coś w tym jest, bo damskie zawsze wymyślają, co zrobią z moją głową, a ja wiem, że to nic nie da bez modelowania, suszenia, układania, bo moje włosy są jakie są, nawet wymodelowane po godzinie znów żyją swoim życiem, a ani żelu, ani lakieru za Chiny Ludowe nie położę na łeb.

Więc zapłaciłam 35 (bo ja z napiwkiem, proszę Kochanego Pamiętniczka, póki mogę, a i moi chłopcy też nigdy od fryzjera nie wyjdą bez napiwku), a serce trzepotało mi w piersi jak zraniony ptak, bo w lustrze nie widziałam już tej Starej Jędzy, ale


Stara, bo Stara, ale jara, co nie? :)

Kiedyś, dawno, dawno temu, w innej rzeczywistości i galaktyce, pewna mądra kobieta rzekła mi, że jak kobieta nie ma nic do stracenia, to powinna ściąć włosy. 

Święte słowa :)

A dziś wyszłam z domu w samo południe, choć na poczcie świnie harcowały. W sumie - nie mam wyznaczonego terminu, świnie chodzą, jak chcą, to i ja będę, jak chcę :)

Poleciałam i już po chwili żałowałam, że kurteczkę wzięłam, bo był upał. Więc kurteczkę zdjęłam i przeklinając aparaty w uszach zamiast słuchawek, poleciałam po baterie do tychże. W sumie są coraz gorsze i padają błyskawicznie, a dziś facet mnie w chuja zrobił, bo dopiero w domu spostrzegłam, że i te poprzednie, i te dziś kupione mają datę przydatności do marca tego roku, zatem są na skraju wyczerpania. No cóż, byłam gotowa u niego kupować, bo blisko, ale tak się nie bawimy. I tak mu na rękę szłam, bo nie chciał płatności kartą, że mu net wolno chodzi. Stracił klienta, pojadę do autoryzowanego, ciepło jest, i będę sprawdzała datę przydatności. Trudno. Mogłabym odnieść jutro, ale nie mam nastroju na utarczki, a i paragonu nie wzięłam, bo na co mi?

A dziś wyglądałam tak


taka moja autentyczna uroda i fakt, krótkie włosy odejmują mi parę lat, sama to wiem, choćbym nie wiem jak sobie tłumaczyła, że długie z pinkową spinką są seksi :)

Po drodze odwiedziłam 


 oczar, cudnie kwitnie, powolutku, pomalutku, zakupując tu i tam do domu dotarłam, wypakowałam, odgrzałam obiad od wczoraj, zjadłam i poszłam świnie paść.

I tak spokojnie (odpukać) dzień minął. Jeszcze jutro ma być tak ciepło, więc pokulam się znów, lepiej się czuję, choć kosteczki pobolewają po włóczędze.

I absolutnie nie mam ani wyobraźni przestrzennej, ani smykałki technicznej, co widzę po termometrach. Kupiłam dwa i oba jak kulą w płot.

Nieszczęsna ja, ale szczęśliwa.

Żebym ja tylko takie problemy miała :)

piątek, 19 lutego 2021

Dzień

 owocny jak rzadko, Kochany Pamiętniczku. 

Wstałam napalona jak szczerbaty na suchary, żeby do Biedronki przed pracą polecieć, ale jak się rozpadało i welon smogu do okien zapukał, to stwierdziłam, że jednak nie.

Po wino zawsze mogę iść do piątki, a zwiędłe badyle zastąpi doniczka z boligłówkami, które jeszcze się nie rozwinęły.

I dobrze uczyniłam, albowiem Boss uaktywnił się jak ostatnio Etna, a nie zdążyłabym na wybuch w porę wrócić.

I tak mną miotała cholera, że pod zlewem porządek uczyniłam, co me serce ucieszyło, albowiem znalazłam zapasy nieprzebrane chemii, zakupionej na promocjach. Tudzież inne cuda wianki, ale pod zlewem jest teraz ja złoto i już nie muszę się denerwować odgruzowywaniem, jak przyjdą liczniki wymieniać (chuj wie kiedy, ale przyjdą).

I tak pod zlewem ogarnąwszy, spojrzałam gospodarskim okiem na kuchnię, w międzyczasie emilek z pracy od JD, że tak im mnie brakuje, że nie ma kto chodzić od pokoju do pokoju i pracy szukać, że tęsknią, nosz, kurwa, we łbach im się poprzewracało, nie mam dodatku ekonomskiego :)

Z wierzchu też ogarnęłam, szafki (ojapierdolę) pomyłam, zaczynają się powoli sypać, nic dziwnego, po taniości kupione, ale trudno.

I wciąż mi czegoś brakowało w przerwach między kapiącymi jak krew z nosa tekstami. I tadam...
Okna. Okna niemyte od niepamiętnych czasów. 

Zatem chyżo jak sarenka, mimo stłuczonego w wannie kolana, wskoczyłam na taboret i rach-ciach-ciach - jak pięknie wpada światło przez umyte okna :)

I tak wolnym walcem poszło z górki, w międzyczasie zaliczyłam

 


 wciąga, jak chodzenie po bagnach, pracując wciąż ogarnęłam wszystko, oprócz podłóg, nawet sansewierię, którą mi dawno temu Baran dał, a która już rozsadzała doniczkę storczykową, w której ją zasadziłam (wiem, wiem, one lubią ciasno) przesadziłam, rozrosła się cudnie

Gazetka zamknęła się przed 17, a że warzywka milczały (i milczą), tom poleciała do Biedronki, gdzie pieścichłopy na mnie czekały, kręgosłup po drodze mówił mi: do łóżka, wariatko i plackiem leż, ale co tam, młodość żyły mi rozsadzała jak te badyle doniczkę.

Do domu wracałam powoli, rozkoszując się faktem, że prawie 18, a jeszcze widno...

Ma być parę dni ciepłych, to dokończę okna, bo nie zwariowałam na tyle, żeby po ciemku je myć. Teoretycznie mam wolne, ale jak to u mnie zawsze - teoretycznie.
Zakupy wypakowawszy, podłogę i w chałupie, i na korytarzu (bo mój dyżur) ogarnęłam...

I potem znów do Plemion Europy wróciłam. 

Kaloryfery zakręcone, jest ciepło. 

Tak się zastanawiam, czy gdybym zainstalowała rolety zewnętrzne, przestałoby mi tak piździć? Prościej by było, niż znów osadzać okna?

I tak już jestem w kwietniu, chociaż jeszcze marzec się nie zaczął.

Poczekam na wypłatę, zobaczymy, czy Boss pamiętał, co mi obiecywał, gdy ze studni wodę brał...

Ale tak czy siak - jest cudnie (poniekąd)... :)


środa, 17 lutego 2021

Zielonego pojęcia

 nie mam, Kochany Pamiętniczku, na co ja jeszcze czekam. 

Ale czekam, kurwa, bo nikt nie odpisał, że składka zamknięta.

W sumie w dupie mam, mam piwo, a jak będę ostatnie strony robiła po piwku, to i tak mniej błędów pójdzie, niż u nich na trzeźwo.

A już mi jeden egzemplarz napisał: zaszczepi się pani i wróci.

A chuja wafla, nie. Nie mam zamiaru się szczepić, bo nie, a nawet jakbym się zaszczepiła to i tak nie wrócę.

Jak poleciałam dziś w ulewie do piątki po piwko, bo w domu bezalkoholowo, to na samą myśl o chodzeniu do pracy, byłam gotowa przejść na emeryturę, natychmiast. Teraz, zaraz, już...

Pomijając gazetkę, pół warzywek ogarnęłam i jak ten siwy mrówek ryłam od 8 do 19.30, z półgodzinną przerwą na wstawienie i skonsumowanie obiadu. Druga połowa warzywek przyszła jak skończyłam pierwszą (mają, skunksy wyczucie), ale z zastrzeżeniem, że to na piątek. Ale tam, wydrukowałam, w piątek będę chatę ogarniała.

Sik na petardzie, zamiast herbaty woda, ja się sama, kurwa, wykończę.

A w szparze unijnej dwa PIT, pracowego niet, jutro będę pytać.

I ponaglenie: kiedy wezmę urlop. Nosz, kurwa, chciałam w lutym, ale inserty, co nie?

Teraz celuję w początek marca, ale ekstras szefa, a to chuj wie, kiedy będzie - zgodnie z planem, czy z fantazją Bossa. Wezmę urlop i napisze, że no, ekstras, że odbiorę później. Takich do odebrania później i nadgodzin to mam tyle, że jak umarnę, to nie będę latami jeszcze pracowała (cokolwiek TAM nie trzeba robić), tylko będę pod palemką na hamaku, z drinkiem z palemką, kołysana przez muskularnego Murzyna (żadnego tam Afroamerykanina) leżała i leżała, i leżała, aż odleżyn dostanę i...

No co?


Eksperyment przeprowadziłam. Nie myłam głowy i nie kąpałam się od niedzieli.W ramach eksperymentu, przecież nigdzie nie wychodzę. Smrodu nie czułam, aczkolwiek wąchałam się parę razy dziennie (więc jak długo trzeba się nie myć, żeby w autobusie zajeżdżać?), włosy (jeżu kolczasty, królestwo za fryzjera, mam siwe, obrzydliwe kłaki) zaczynały się z lekka przetłuszczać (moja studiowa psiapsióła, mająca kłaki a la topielica, czarne jak smoła, nie myła ich przez 2 tygodnie, bo musiały się przetłuścić, Pierworodnego z czupryną jak busz kijem trzeba gonić do mycia, Mała Wiedźma z włosami z moich snów też nie lubi mycia), a to dopiero 3 dni niemycia, a wyglądałam jak zombie...
No więc rano, aczkolwiek za późno wstałam, ale... Jeżu kolczasty, kąpiel jest lepsza od seksu.

Reszta jest milczeniem :) Ale trochę wody zaoszczędziłam przez te trzy dni. I może ta kąpiel tak mnie naładowała, że zrobiłam dziś wszystko na medal?

No, wolno się ze mnie śmiać, nie widzę przeciwwskazań :) 


UPDATE

Uświadomiłam sobie, że dziś Popielec. Od lat, nawet kiedy chciałam się posypać popiołem, zawsze byłam zapracowana po kokardkę i kucyki.

A dziś? 

Jak bardzo się zmieniłam?

Że bardziej kręci mnie otwarcie piwa niż rozmyślanie nad tym, że z prochu powstałam i w proch się obrócę?

Chociaż wciąż mnie nurtuje, czy jest TAM i jak TAM jest :)

 

sobota, 13 lutego 2021

13 lutego

 1930 roku w Czarnym Sadzie urodził się, Kochany Pamiętniczku, mój ojciec.

Ostatnie z trzynaściorga dzieci.

Lekko nie miał, ale jako najmłodszy był rozpieszczany przez matkę.

I ten list, który znalazłam po latach, nawet nie list, a karteluszek (gdzieś go mam zakitranego), na którym babcia pisze "dziecko, tylko uważaj na usta jak będziesz z szafy zdejmował, bo tam szkło". Do ponadczterdziestoletniego gościa tak pisała.

Dziś ja sama, mając już czterdziestolatka na stanie jestem tak samo nadopiekuńcza.

Rodziciel mój był bawidamkiem i kobieciarzem, nie da się ukryć,


 łamaczem serc niewieścich.

Dlaczego wybrał moją mamę i dlaczego ona się zgodziła, wiedząc, że jest taki jaki jest i że pije? Nie wiem, była od niego o 7 lat starsza. Może latał za nią dlatego, że była nauczycielką? Nie była Marylin Monroe, a on na takie polował.Nie miał średniego wykształcenia nawet, aczkolwiek głupi nie był, bo dochrapał się kierowniczych stanowisk. Nie wiem, może po linii partyjnej? Tego już nie rozgryzę teraz. Szkołę średnią zaczął na rok przed śmiercią mamy, czasy były takie, że potrzebny był papierek. Po śmierci mamy rzucił ją (szkołę, nie mamę, of course), pod pretekstem, że musi się zająć dziećmi. 

Był alkoholikiem i jemu zawdzięczam bycie DDA, co też jest w życiu przejebaniem.  Do końca zniszczyła go wódka i druga żona, której nie chciało się wstawać, by robić mu śniadanie (dojeżdżał do pracy baną o 4.30), "załatwiła" mu pracę listonosza na wsi. A listonosz na wsi, dostarczający pieniądze za mleko, za dostawy - co zagroda to końcówka i kieliszek.

Skończyłam wtedy I rok studiów i chciałam jechać na II, ale powiedział mi, że mnie utrzymywał nie będzie, bo nie ma za co. Pokłócił się wtedy ze swoją drugą żoną. I tak ja, mając 5 zł, ruszyłam sama w świat. Źle na tym nie wyszłam, ale... Chyba muszę tę powieść zacząć pisać :D

Skończyło się, jak się skończyło, oni się rozstali (z hukiem wielkim i wynoszeniem pościeli w biały dzień, a ślub brali po kryjomu, jakby to był grzech, kościelnego nie mieli), a ja musiałam płacić za szpital, bo ojciec nie był ubezpieczony. Na jego pogrzebie nie pojawiła się ani jego żona, ani moja przyjaciółka z lat dziecinnych, o której mówię "moja przyrodnia siostra", a z którą odnowiłam znajomość na zjeździe klasowym. Jego żona dożyła prawie setki, była od niego starsza (znaczy się, lubił starsze), a najbardziej wpieniało mnie to, że pisano o niej (bo na bieżąco jestem z R.) jako o najstarszej czytelniczce w R., podając MOJE nazwisko :) Tak, wiem, miała do niego prawo, ale kurwa mać...

No i czy nie jest to temat na brazylijską telenowelę? :)

Dzięki pomocy rodziny Eksa, która jako prywaciarze potrzebowała słupów, najpierw załatwiłam mu ubezpieczenie, a potem udało się go ściągnąć tu. Reszta to long story i nie za bardzo mam to ochotę opisywać, ale tak ze 300-stronicowa epopeja by z tego wyszła.

Po swojemu mnie kochał. Bardzo kochał swoich wnuków, był idealnym dziadkiem.

Zmarł nagle i w nieciekawych okolicznościach, mając zaledwie 56 lat.

Wyjątkowo w tym roku pamiętałam o jego urodzinach w ten dzień. Zapaliłam więc mu świeczuszkę, bo nie ma opcji jechania do K., a i toast dobrym winkiem też spełniłam, bo dlaczego nie?

A mogliśmy mieć takie fajne życie. Staram się nie pamiętać tych złych momentów i podziwiam moją mamę. Gdybym ja miała takiego chłopa, wywaliłabym go na zbity pysk.

Dlatego wyszłam ze Eksa, bo alkoholu do ust nie brał, co też okazało się przegięciem w drugą stronę.

No nic.

Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach. 

Najlepszego, tato, mam nadzieję, że mama Ci za bardzo po mordzie za całokształt nie nakładła. 

Ja oberwę mocniej od niej.

I wciąż mnie nurtuje: a co z Twoją drugą żoną?

Bo trafiłeś w sumie kulą w płot, co nie?

Żebyś nie był takim lowelasem, wszystko potoczyłoby się inaczej...

W sumie miałam mniej więcej tyle lat, co Ty, gdy tak po prawdzie zostałam sama i...

Nie, nie odczuwam potrzeby mania oparcia w mężczyźnie tak, jak Ty potrzebowałeś kobiety.

Ale to już temat na inną rozmowę, co nie?

Sto lat (już niedługo), sto lat :) 

Mimo wszystko kocham Cię. 


piątek, 12 lutego 2021

Weekend

 nareszcie, Kochany Pamiętniczku :)
To był zaiste szalony dzień. Najpierw szalone sny, a potem... tyle słońca w całym mieście. 

Zimową kurteczkę wywlokłam i mimo że pod spodem miałam tylko T-shirta i półbuty na nogach nic a nic nie zmarzłam, mimo kilkustopniowego mrozu.

Zanotować w kajeciku: zimowa kurtka jest OK :)

Umowę podpisałam na neta, na dwa lata, bo najlepiej finansowo mi w promocji to wychodziło - na dwa lata 39,90 za 50 Mb i dwa miesiące za złotówkę, a ta sama prędkość na stałe za 69 zł. No to chyba jasne, co się opłaca :) Pan jeszcze próbował mnie namówić na TV (aż mi rechotało robaczywe serduszko, bo mimo że miał maskę doskonale go rozumiałam, yuuupi, mała rzecz, a cieszy), ale podziękowałam :)

W pracy oszaleli, zarzucili mnie taką ilością materiału, że nawet herbaty nie mogłam ani zrobić, ani wypić. Do tego jak krowie na rowie tłumaczę niektórym, że tak nie mogę, jak grochem o ścianę i nic... No nic, pod koniec dnia drukarkę szlag znów. 

Jako że pilnie obserwowałam Inżyniera, jak z nią walczył, walczyłam i ja.

Ale ona nic i chuj, spasowałam. 

Piszę do Inżyniera, ale wyczuwam, że niechętny, no a że Pierworodny się deklarował, męczę jego. OK, wpadnie w niedzielę.

No to ja z kolei mam wyrzuty sumienia, bo P. w sobotę do roboty, a robotę ma jaką ma, no i w zasadzie powinnam zaprosić całą rodzinę, ale na samą myśl o sprzątaniu tony piaseczku (sama po przejściu po odśnieżonym chodniku pół tony naniosłam, a sprzątać trzeba od razu, bo sól panele żre) i reszty bajzlu, gotowaniu i zmywaniu robiło mi się słabo.

Skończyłam robotę, na kolana padłam i... zgwałciłam drukarkę :) 

Hehehehehe, ciekawe, ile za to dają, ale drukuje, jebaniutka :) 

Więc podziękowałam Pierworodnemu, nie omieszkając napomnieć, że kiedyś go wykorzystam, nie ma zmiłuj.

Poczta czysta, czyściutka.

Chata ogarnięta, pranie się suszy, radio Pogoda gra...

Życie to naprawdę kiepski kwadrans złożony z wyśmienitych momentów.

Niech trwa...

I po wielu, wielu latach, odkąd pamięcią sięgam, zjadłam wietrznika. Nie umywa się do tych z mojej młodości, ale musiałam. Ale jak to, od ciastków dupa rośnie? Serio? 

Ojapierdolę :)

czwartek, 11 lutego 2021

Luty

 prawie jak za dawnych lat, Kochany Pamiętniczku.

Okazuje się, że wstawiając nowe okna wrzoda na dupie się dorobiłam. Panowie, wywalając uszczelnienie z wełny mineralnej zamontowali okna na piankę budowlaną, oczywiście, oszczędzając ją, ale nawet jakbym im na ręce patrzyła i tak bym nie dopilnowała, albowiem na murarce się nie znam. Nie było przez te lata źle, bo ciepłe zimy były, a teraz piździ mi w mieszkaniu gorzej niż za cara na Skieletczyźnie. Przy pracowym kompie siedzę jak babcia na Syberii opatulona, za plecami kaloryfer grzeje na maksa tak, że pot po plecach mi cieknie, na noc zakręcam kaloryfer, bo śmierdzi rozgrzanym żelastwem, dotknąć nie można, bo parzy. A przy oknach lodówka, blat w kuchni zimny, za lodówkę może robić.

Nie wiem, co teraz, kolejna wymiana okien? 

Nic, tylko się pochlastać. Oszczędności nie starczy mi na dopłacanie do ogrzewania po sezonie. 

Włosy wchodzą mi do oczu, tak zarosłam, no i podrażniłam, mam zapalenie. Sulfacetamid wyciągam z lodówki, skitrany po ostatnim zapaleniu. Data przydatności do spożycia - 2016 r.  Pigułę bym łyknęła, ale do oka tak przeterminowane? Nie. Poszłam do apteki. Tak, sulfacetamid na receptę. To proszę coś bez recepty. Portfel lżejszy o 26 zł. W domu czytam ulotkę i reszta włosów wyszła. Sama. Skutki uboczne takie, że ojapierdolę, nie ma zmiłuj, strach się bać. Od jednej kropli osoba chora na nadciśnienie może umrzeć. Super. I dlaczego to jest bez recepty? Czy pani, było nie było, magister, w aptece nie powinna mnie zapytać, czy cierpię na nadciśnienie albo jaskrę, zanim sprzedała mi ten specyfik? Ja, laik, nie znam skutków ubocznych.

No, wiadomo, liczy się tylko kasa. Jak nie idę do apteki z obczajonym w necie specyfikiem, to zawsze wetkną jakieś gówno, bo to, co ich podnieca, to jest po prostu kasa. 

No nic. Przeżyłam pierwszą aplikację, zobaczę, czy pomoże, jak nie, kupię coś innego. Obczajonego. I nie, nie pójdę do okulisty, bo terminy są za kilka miesięcy, a internista mówi: wypiszę pani skierowanie do okulisty.

Kurwa mać.

Ale składki zdrowotne z pensji biorą, a jakże. I z emerytury też, bo przecież emeryci najwięcej chorują.

Pierworodny dziś wleciał, wideowizjer rozdziewiczył, pogadaliśmy, kazałam mu po drodze kupić pączki dla nich, sama zjadłam jednego. 

Miło było go zobaczyć, aczkolwiek męczący jest i monotematyczny, no co ja mogę za to, że go kocham :) Mówił, że w pracy "po nazwisku" pytali go o pokrewieństwo ze szwagierką. Od TEGO szwagra. Powiedział, że tak, że rodzina, ale nie utrzymujemy kontaktów żadnych. Pani słynie w podpoznańskiej miejscowości, gdzie już w czasach komuny nakupiła gruntów na dopłaty z niezbyt miłej strony. Mnie to akurat absolutnie nie dziwi, albowiem gdy wchodziła do kliniki, gdzie pracował jej mąż, powodowała ogólne poruszenie nie tylko wśród pracowników niższego szczebla, ale i wśród lekarzy, gdyż zachowywała się jak, cytuję: "hrabina na folwarku" :) A będąc i profesorowej Fibakowej (tak, to też rodzina Eksa), wparowała jej na piętro i rewizję w szafach i komodach robiła, na czym Fibakowa ją przyłapała personalnie. A, kolorowa postać, że ojapierdolę. 

I ja też nie przyznaję się do tej znajomości, bo po co?

W każdym razie dobrze, że wpadł, bo po wymianie przepalonej żarówki w łazience, nie miałam już siły dokręcać klosza, Inżynier mówił, że nic się nie stanie. Ale prysznic mam jaki mam i jak mi siknął po suficie, gdy płukałam ten głupi łeb, to stwierdziłam, że jak siknie na rozgrzaną żarówę, to ciekawie nie będzie.

Drobiazg, prawda?

Im starsza jestem, tym bardziej potrzebuję wsparcia w drobiazgach.

To one najczęściej mnie przerastają. Fizyczne drobiazgi. 

Życie.

Pierwsze żonkile w tym roku kupiłam w Biedronce, więc może jednak wiosna przyjdzie?

Tego się trzymajmy :) 

piątek, 5 lutego 2021

A taka ze mnie

 głupia cipa, że słów po prostu brak, Kochany Pamiętniczku.

To prawda, że moja firma pracuje zgodnie z hasłem z ichniego obozu...

Nadal nie wiem, ile dostanę za harowanie, bo to oczywiście drobiazg, jak będą dwie stówy to powinnam się ze szczęścia zesrać, co nie? Bo to tylko parę stron... Teoretycznie wolny tydzień spędziłam na 10-12-godzinnej harówce, bo przecież i tak jestem w domu. No nie do końca wina firmy, ale prosili o te książki na kolankach... Jedna miała być w ubiegłym roku skończona, jeszcze zanim się pandemia zaczęła o niej gadaliśmy, no ale szło jak szło, a teraz nagle sruuu... na gwałt, chociaż w sumie nie za bardzo wiadomo na kiedy, jutro, w grudniu, po południu. Bór liściasty strzegł, że indeksowi powiedziałam stanowcze nie, bo inaczej w kaftanie by mnie już wywozili wkrótce. Rybka mi, kto indeks zrobi, a jak się uprą, postawię cenę taką, że zrezygnują. Za samo dzieło za mało zaśpiewałam, ale słowo się rzekło, kobyłka u płota :)

Kolejna, no że tylko ja. Połechtał mnie. Kwota niedogadana, bo mailowo z Bossem to jak w totolotka grać, a do redakcji mi niespieszno. Miało być partiami i jest. 300 stron na dwie partie :) LOL :) A na dokładkę jest to tak nudne, że flaki z olejem są daniem bogów, pisane metodą kopiuj wklej i w całej książce słowo powietrze tylko raz było napisane poprawnie, a tak to "powierze". I nie, nie chciałabym być w skórze redaktora, bo można się jeszcze gorzej zesrać, ale... 

Tyle mojego, że nic nie było, tom sobie spokojnie dłubała, a tu nagle: że on by podłubał jeszcze. No nie, odpisałam, że w życiu żywa z pliku nie wyjdę, laikom nie mam siły tłumaczyć, jak to działa. Spasował. jak tylko zaczął, to sypnęły się pracowe prace i jazda...Bez trzymanki. Ogarnęłam do 13.18, zgrzytając zębami, bo wg harmonogramu, pracowałam dziś do 13, no ale... Nie moja wina, że od 9 siedziałam przed kompem, lepiej robić cokolwiek niż nic, nieprawdaż.

Na stole kwitnęła od dwóch dni recepta, nie żeby na gwałt do wykupienia, ale... Od poniedziałku dupy z domu nie ruszyłam.

Więc dziś, sruuu, wyłączam kompy, czuję, że ciśnienie rozwala mi czaszkę. Ubieram się, lezę tip-topem na zakupy. Niewielkie, ale chleba już nie mam, więc biorę na zapas, bo zawsze lepiej mieć w zamrażalniku. Apteka - i dziura w kieszeni, ale to na kilka miesięcy zapas, więc spoko, najgorsze, że kupuję witaminę D3 (nigdy nie suplementowałam, ale zalecają, a ja słońca widzę tyle, co nic, więc... na coś w końcu pracuję, jak umrę zostanie dla dzieci ;) 

Do Biedronki polazłam, bo badyle cięte mi powiędły już...

Pięknie się trzymały, co nie?


No i zanabyłam róże, 11 za 8,99 za darmo prawie. A, i nowe Primitivo było, półwytrawne, tak jak lubię. Więc uległam, słabam i grzesznam...

I to było zrządzenie, nie zrzędzenie losu, żem zanabyła.

Wracam do domu, wolnym walcem, tanecznym krokiem, zastanawiając się, kiedy mi kręgosłup jebnie po tym tygodniu gnicia przed kompem, szczęśliwa jak świnia w błocie, że już KURWA, nic nie muszę...

Wchodzę, włączam kompa, bo taki mam odruch i KURWA mać. Boss. Z insertem. Po 15. Jak wiadomo, będzie gratyfikacja za insert, aczkolwiek chuj wie jaka. No ale... Od rana i od paru dni cisza w eterze. A tu nagle, na gwałt. Walczę z pracowym szmelcem. Drukuję, korekcę, wysyłam. Padając na pysk, bo śniadanie o 9 jadłam, potem jakoś nic (o, w pracce poszło się do kuchni i miało w dupie), emilek za emilkiem, odsyłam, okazuje się, że nie ten teges, mam odsyłać do sekretariatu, więc odsyłam, a i DW załączam i chuj, nikt nie ogarnia tej kuwety. A i warzywka się ocknęły, ślą pracę, kurwa, ale nie na mój adres, ale na adres mojej imienniczki, nasze nazwisko zaczyna się na tę samą literę, więc jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy, ona ma drugą literę a, ja o, więc mój przydział leci do niej, z tym, że ona w generałach, a ja kapral :) Ale nic to :)

Z tego całego bajzlu i nieogarnięcia Bossa nie wiem, co wyszło, ale jak napisał mi o 16.55, że na dziś koniec, pobłogosławiłam dzień i natchnienie, że wino kupiłam.

Bo zanim się uspokoiłam, to pewno ze 200 na 100 miałam, po łbie czułam...

Ale...

Ogarnęłam tę kuwetę, może nie idealnie, po kątach snują się koty z kurzu, zapasy mam, wina jeszcze trochę, ale oj tam, oj tam, starczy :) 

Wyprane, pościel zmieniona, Firefly Lane czeka, chałupa ogarnięta, nastrój jak w rodzinnym grobowcu jest

... i w sercu coś zamiera, jak słodko wiolonczela łka, to Liebesleid  Kreislera... 

 


 

I przez dwa dni mam zamiar niczym się nie martwić, nie zajmować, nie stresować, nie nakręcać.

Może się uda. 

Chociaż wątpię.

Jak w tym kawale, który niezmiernie bawi Inżyniera i mnie.To jest nasz tajny kawał i niech tak zostanie ;)

Wątpię też mamy :)





środa, 3 lutego 2021

Aż mnie

 dziś zatrzęsło, Kochany Pamiętniczku, po przeczytaniu kolejnego wołania celebryty, że nie ma za co żyć.

Nosz, kurwa mać.

No bo ma tylko niecałe 2 tys. emerytury i jak ma za to żyć. Serio? Ja nawet brutto tyle nie mam, zapierdalam jak motorek ze śrubką w dupie non stop. Ja rozumiem, że taki celebryta nie ma teraz jak zarobić, bo mu obcięli ze względu na pandemię i występy, i eventy i inne chuje-muje, ale serio?

Wiem, że nasz ukochany kraj to nie USA, a polskie wytwórnie to nie Hollywood, gdzie gaże idą w miliony dobrej waluty, jak ktoś jest autentyczną GWIAZDĄ. 

Ale i tak z rzadka pojawiające się informacje, że dana rodzima gwiazda kosi tyle a tyle za film, za odcinek, za występ, wprawiały latami mnie, zwykłą wyrobnicę, stojącą przed bankomatem z dylematem, czy ostatnie środki na koncie wyjąć na żarcie dla chłopaków, czy na dentystę dla mnie, bo czego jak czego, ale bólu zębów nie znosiłam nigdy. Rodzić mogłabym na okrągło, ale ból zęba? Do wypłaty były dwa dni.

I jak myślicie, na co wydałam resztę z konta?

I rodzina Eksa, rodzina prywaciarzy, płacąca minimalne składki na ZUS i wciąż narzekająca, jak ZUS z nich zdziera. Nie wnikam, ile odłożyli, źle nie mają, choćbym się zesrała, nie podskoczę do ich poziomu nigdy, ale też nie mam takiego zamiaru, bo dobrze mi tu.

Gdyby moja ostatnia praca nie kochała mnie tak bardzo, pewnie jeździłabym na mopie, a dlaczego nie? U mnie w firmie pracowała pani po osiemdziesiątce, a figury i kondycji jej zawsze zazdrościłam - może taka praca wyszłaby mi na dobre? Bo tak to co z tego, że po 12 godzin tkwię przed kompem, mózg się lasuje, a dupa wkrótce nie zmieści się w fotelu :)

Ale pracuję.

Byłam w życiu i na wozie, i pod wozem. Sprzątaczką też byłam, z jednej firmy wywalili mnie, gdy aplikowałam na sprzątaczkę (lata 80.), bom nieopatrznie przyznała się do wyższego wykształcenia i pan stwierdził, że zawyżę wymagania i będę mu załogę buntowała - i nie przyjął mnie ( a pracę straciłam z nocy na ranek, kiedy Świtalski zamknął gazety, kto pamięta te lata, wie, kto to Świtalski... Elektromis i takie tam). 

Więc poniekąd celebrytką też byłam, ocierałam się w kręgach, na wspomnienie których do dziś mam zimny pot na pleckach, zwłaszcza po obowiązkowej imprezie zakładowej w pewnym pubie na Półwiejskiej, na której na krętych schodach stała obstawa goryli, którym zza pasa wystawał pistolet, a na której po odebraniu dyplomu, rączka, dzięki kryciu mnie przez naczelnego, rzygając na Półwiejskiej sokiem pomarańczowym, pitym z łamaczem, który mnie krył, że owszem, owszem, wódeczkę pijemy, zapierdalałam w podskokach w nocy do domu, na piechotę, bo na taksówkę mnie nie było stać, komórek nie było, a w domu czekał na matkę przyszły Inżynier, z gorączką prawie 40 stopni, zaopiekowany przez Pierworodnego, kładącego mu zimne ręczniki na czoło, a Eks? Eks uważał, że histeryzuję).  I nie, nie mogłam nie iść, bo nieobecnym zagrożono zwolnieniem z pracy. Byłam jedynym żywicielem, co nie zmienia faktu, że parę lat później Świtalski zamknął tę budkę z hukiem, ale to już inna bajka. 

Prasę dziesięciotonową obsługiwać umiem, elektrody do EKG robić, uszczelki do okien, kwiaty sztuczne też, malować na tkaninach. Wyliczać dalej, czy starczy?

Nie umiem obsługiwać pilota do TV, nie ogarniam obecnie tych nowych jebanych usług obywatelskich, ale Inżynier mówi, że wpadnie i pomoże mi ogarnąć, bo i on się boryka z polską elektroniczną biurokracją.

Więc pierdolę tych celebrytów, którzy (90% z nich nie kojarzę,  znani są ze stania na ściankach, a mnie to obchodzi tyle, co zeszłoroczny śnieg, jak również te wszystkie żony dla rolnika, tańce chuj wie kogo z kim, inne takie tam) afiszują się z torebkami za kasę większą, niż ja wydaję  na żarcie rocznie. Z domami wartymi miliony, wymagającymi służby.

Nie masz? Zmniejsz wymagania, nie sraj wyżej niż masz dupę.

Nie wiem, czy dokonam żywota tu, w mojej norce. 

Nic nie wiem. Ale nie sądzę, żebym pisała na FB, że nie mam za co żyć i zakładam zrzutkę.

Bo ja biedna korektorka jestem.

A jestem biedna, bo wszystko, co w polu było, z kopyta ruszyło, pracuję po 12 godzin dziennie, a na koncie na razie kasa za pół etatu, nieindeksowana od 10 lat...

Nie, nie żalę się. Stwierdzam fakt. 

A z redakcji coraz częściej chcą przyjeżdżać po wydruki.

I nie wiem, czy tak się za mną stęsknili, czy chcą się wyrwać pod byle pretekstem. W sumie, dlaczego nie, ale...

Nie po to siedzę na home office, żeby mi tu redakcja zjeżdżała, skoro nawet z najbliższymi mam mikry kontakt (Pierworodnych prawie od pół roku nie spotkałam).

Mam mieszane uczucia. 

A celebrytom mówię: do roboty. Żadna praca nie hańbi. 



wtorek, 2 lutego 2021

Luty

 już, Kochany Pamiętniczku, jakoś tak chyłkiem, ukradkiem i znienacka spadła kartka z kalendarza.

No nic.

Lockdown, praca, zakupy, ale najpierw wyglądam przez okno, czy wyjdę, czy wyskrobię coś z zamrażalnika i przeżyję kolejny dzień, absolutnie nie na głodzie, bo dupa coraz bardziej kubańska.

No nic. Pracka leci jak krew z nosa, dostaję do korekty, niby do II oryginały z I wydania świń i jprdl...

Nawet po pijaku nie puściłabym tyle błędów, ale w sumie - mnie to rybka. Już wiem, że nie zgodzę się na moje nazwisko w stopce, chociaż w sumie dla mnie to bez znaczenia - nowej pracy szukała nie będę.

Ale utwierdzam się coraz bardziej w przekonaniu, że najgorzej trafić do pracy tam, gdzie są ludzie życiowo niespełnieni, przenoszący swoje prywatne niespełnienia, także seksualne, na pracę, dowartościowujący się gnojeniem innych bez daj racji. Było, minęło, nie nakręcam się. Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie, będę pracowała do usranej śmierci albo do zwolnienia, albo do przejścia na emeryturę.
Szkoda, że tak późno naumiałam się nie bać, że pęknie nić.

Na swoje usprawiedliwienie mam, że zawsze dzieci, wykształcić, pomóc...

A teraz to luz i hasta manana, niech one się o mnie martwią.

I tak martwiący się Inżynier wleciał z całą bandą, piaseczku naniósł, a jakże, za co przepraszał na kolanach. Wideowizjer zainstalował


taki mam widok na klatkę, jak nacisnę to na dole. Niezależnie od tego, czy jest światło, czy go nie ma. A jak ktoś zadzwoni do drzwi (w tym wizjerze jest dzwonek), to na obu ajfonikach i na ajpadzie widzę delikwenta, który dzwoni, mogę z nim pogadać, ale tę opcję kazałam wyłączyć, bo nie będę się stresowała, że nie słyszę i nie rozumiem. Widzę, co za łajza stoi i albo wpuszczam, albo nie. Ostatnio ze zwykłego wizjera nie byłam pewna, czy stoi listowy, czy policja, i to, i to granatowe...

A znów był polecony do obiektu niezidentyfikowanego. 

I zgodnie z zaleceniem dzielnicowego: nie muszę otwierać, nawet policji, jak nie chcę.

Zabaweczka ma jeszcze opcję uruchamiania się w razie ruchu, ale kazałam wyłączyć, bo sąsiad ma psa, niepotrzebne mi alarmy, jak poleci z kundlem na sik :) 

Tak więc Inżynier, wpadając z całą Bandą, wideowizjer zainstalował, drukarkę odblokował, ojapierdolę, to był widok, on się tym nie zajmuje,  ale się uparł i tadam, wygrał :) Nie muszę zatem gościć informatyka...

Alienek wleciał z 


nowym gatunkiem hiacynta, prawda, że pięknie kwitnie? 

Taki bonus na Dzień Babci... :)

Udało się Łobuzów spacyfikować, bom dwie gry zanabyła w Arosie, więc strat nie było w inwentarzu.

Ale bez bicia przyznaję, że po chwili pchał się i Alienek, i Kalafiorkówna na wyprzódki na kolana (ja i dwójka Łobuzów na kolanach, ledwo dychałam), na włażenie kotka po drabinie, na drapanie po pleckach, po piętkach, odpędzić się od natrętów nie mogłam...

W takiej chwili serce się nigdy nie myli...

Myślę, że będą pamiętali kotka włażącego po drabinie i to już jest coś, nieprawdaż?

To będzie miłe wspomnienie.

A potem znowu codzienności kurz, pracowe zakrętasy, śmiechy i nie.

Teraz kolej na wykorzystanie Pierworodnego, bo jest specem od e-recept.

Trudno, też musi cegiełkę dołożyć.

Inżynier kazał mi dziś zweryfikować portal podatkowy, ale poległam i o mało nie popełniłam samobójstwa ze stresu. 

Wpadnie, ogarnie, no cóż, ma wadę fabryczną, kocha matkę i dopomina się o uznanie :) 

Zmęczona jestem sytuacją w kraju, syfem i idiotyzmami, wylewającymi się z każdego kąta. Ale chaupa moja, podatek zapłaciłam dziś.

Wciąż pocieszam się, że nawet jeżeli oszczędności trafi szlag, to jest mieszkanie.

A, Inżynier działkę wreszcie sfinalizował, co mnie cieszy, bo pieniądz leci na łeb i na szyję, a ziemia to ziemia.

Landlordem go w pracy tytułują, a ja mówię: my Lord. Do Synowej my Lady :)

Na odchodnym dałam Alienkowi Kinderchocolat, bo mam zakaz jajek niespodzianek ze względu na plastik. 

Wziął, wdzięcznie wzdechł: dziękuję i...

A dla Kalafiorkówny gdzie czekolada?

Hehehehehehehehe :) 

Miałam na szczęście i dla Kalafiorkówny.

Co nie zmienia faktu, że Kalafiorkówna i tak na mnie leci, chociaż zwą ją córeczką mamusi :)

I tylko do fryzjera muszę iść, bo rasowa już ze mnie jędza, strasząca ludzi rozwianym włosiem :)

 

Życie to nie je bajka, ale można się czasem dobrze bawić ;)