być cudnie, Kochany Pamiętniczku. Ano, miało.
A pensja goła jak święty turecki i tak też Bossowi w emilku napisałam. Parę innych kamyczków dorzuciłam do ogródka, wykorzystując okazję, że od 10 lat za tę samą kasę orzę. Podziękowałam za możliwość pracy z domu, że doceniam, ale podkreśliłam, że to też generuje koszty.
No nic.
Sekretarka (bo nowa jest, od dwóch lat, to nie to, co D.), dziurę w brzuchu mi wierci o urlop. W sumie nic nie jest winna. Wiadomo, Boss pensję i urlop rozpatruje jak mu wygodnie: urlopu mam za dużo, zresztą kto to widział mieć urlop na pół etatu? A pensję też mam za dużą, bo ludzie pracują za mniejsze pieniądze niż moje na cały etat i się nie indyczą, są zadowoleni, a poza tym czasopismo nam schudło (tak, jakbym była rozliczana ze stron, a nie jestem, i nie, nie schudło, chudnie jeden numer w roku, ale jak mówię, że mam dużo roboty, to chudnie). Nie kijem go, to pałką, co nie? I tak, mam 13 dni urlopu po 8 godzin i jakbym się uparła, bo należą mi się dwa tygodnie ciągiem, to nie miałby kto jednego numeru w roku robić i w zasadzie powinno mi to dyndać. Tak, wykorzystałam to dwa razy w ciągu 10 lat - raz, gdy pojechałam na sześćdziesiątkę do UK, a drugi raz gdy wywalczyłam wolny miesiąc, kiedy Kalafiorkówna miała się urodzić. Przez te 10 lat ani jednego dnia nie byłam na zwolnieniu lekarskim, nie licząc nieodebranych nadgodzin, bo odkąd przeszłam na home office to ich nawet nie zapisuję, bo jak mam je odebrać niby?
Może będzie dobrze, a może nie. Za inserty zapłaci (taką mam nadzieję), ale wkurwia mnie stanie wciąż w pozycji petenta, upominanie się za każdym razem o należną kasę. Łaski mi nie robi, sam prosił, żebym to zrobiła, bo nijak to nie wchodzi w zakres moich obowiązków. Nie wiem, może ktoś z zewnątrz zrobiłby to lepiej i taniej (ja kwoty nie podałam i dobrze, bo po raz kolejny straciłabym nerwy chandrycząc się o jakieś 100 zł pewno), trzeba było brać, bo ponoć kolejka chętnych stoi pod redakcją. Tyle że ludzie, z którymi pracują mówią, że to jakieś nieporozumienie. I kiedy ja nie robię korekty, przynoszą mi cudzie dzieła z podkreślonymi błędami. Jakby poszło bez korekty byłoby pośmiechowisko. Sami za to pewno sporo kasy zgarnęli, bo to reklama branżowa była.
No nic. Pensja na koncie jest, będzie więcej może za miesiąc, może za dwa. I tak, mamy bajzel, bo ja swoje płatności, winien, ma, zapisuję w kajeciku, nawet te comiesięczne, które wiem, że muszę od lat, że czynsz, net, sieciówka... Niby mam dobrą pamięć, ale człowiek jest omylny. Mam i papierowy kajecik i aplikacje, i netowe cuda, a i bank przypomina.
Gdybym była jakimś bossem, to jeszcze sekretarkę tudzież asystentkę bym miała, co nie?
No nic, kurwa mać.
Może Obajtek, mogę i ja, w moich ustach to nawet słodziej brzmi, co nie?
Nie ma sensu się nakręcać, aczkolwiek zawsze jest poczucie bezsiły i niesprawiedliwości, ale tak ten świat stworzony jest.
Nie jestem biedna, ale nie deklarowałam, że będę pracowała za darmo - poszłabym do wolontariatu.
Dobra, wino i radio Pogoda, żeby się nie wkurwiać na okrągło.
Chodzić muszę, bo już ledwo się kulam. Obniżyłam poprzeczkę z 10 tys. do 5, wg najnowszych badań tyle jest spoko. I od dwóch dni normę wyrabiam, aczkolwiek chodzę jak drób wodny ;)
Z nadzieją, że jednak z wiosną się rozkręcę, że z wiosną się roztańczę.
Strasznie boli mnie krzyż, przechodzi ból po 2 tys. kroków.
Jednak lockdown i brak ruchu, wieczne siedzenie przed kompem, bo jak nie praca, to filmy - się mści.
Z drugiej strony - ile można robić zakupy? Nienawidzę wychodzenia z domu bez celu, a przez lockdown jedyny cel to zakupy. Pogoda była taka, że na spacer mnie nie ciągnęło, bo co to za spacer dookoła osiedla, gdzie znam każdą dziurę w chodniku, a zewsząd czyhają na człowieka śmierdzące miny? A i zamiast muzyczki są aparaty, jeszcze teraz, z tymi jebanymi restrykcjami od jutra, ocipieć można. Zdziadziałam tak, że boję się dalej zapuścić (Dębina), bo nie wiem, czy dam radę do domu wrócić - na całe szczęście na kijki ostatnio wybrałam się trasą miejską i gdy padałam, dotarłam do autobusu i wróciłam do domu.
Jako że zamrażalnik nie jest z gumy, zaczęłam go powoli opróżniać, bo zdarzało mi się wieki trzymać w nim zapasy.
I tak dziś ciasto na pizzę odkryłam i
pizzę na winie, pierwszą w życiu popełniłam. Nie skalałam się dotąd własnoręcznie robioną pizzą, albowiem fanką nie jestem, Inżynierową uwielbiam (ma dziecko talent do pizzy, nie wiem po kim, pewno po tym ogrodniku, który go robił), z Pizza Hut jestem fanką, ale sama co najwyżej gotowca odgrzałam w piekarniku, jak chłopcy byli na moim garnuszku. To jest pizza vege z łososiem (Inżynier padł na takie vege, ale do ja za to mogę, że łosoś się nawinął?), owszem, zjadliwa, nawet smaczna: ale zapisać w kajeciku: nigdy więcej nie paprać się z pizzą. Dupy nie urywa. Pociecha: jeden słoik pracowicie robiony latem zniknął, dobre jest to, co w środku, to mi wyszło :)
Wszystko ogarnięte, jeszcze tylko ostatnie pranie na balkon, bo ciepło już, choć ma się ochłodzić. Kaloryfery zakręcone, w mieszkaniu 22 stopnie, takie ciepłe 22, nie piździ...
Ale i tak...
I tak do końca życia pod górkę i pod wiatr...
(Weź nie pierdol, jest OK).
Poniekąd jest, nie da się ukryć...











