że to koniec tej historii, Kochany Pamiętniczku. Raz na zawsze. Amen.
Po nieprzespanej nocy wstałam o 5, delektując się faktem, że jeszcze mam tyle czasu. Tradycyjnie, ajpadzik, gierki, hyc do łazienki, śniadanko, codziennie pasjansiki, ogarnianie kuwety i marsz na przystanek.
Rolna, spacerek do HCP, blady świt (no bez przesady, koło 8), wszędzie już bez cienia, robię się coraz bardziej purpurowa, lecę do pawilonu F, a tam kolejka jak świński ogonek, dobrze, że nie ma napierdalających się tłumów. Mam wypełniony druczek, więc omijam płotki i stoję już przed samym namiotem. Podchodzi małolat i pyta, na którą. Na całe moje szczęście, mimo maseczki go rozumiem i tłumaczę, jak krowie na rowie, że i owszem, druczek mam, godziny nie mam, ale pisałam na emilka i pani odpowiedziała, że mam wpadać, kiedy chcę, tom wleciała. Zostawia mnie w spokoju. Za moment pojawia się supernieprzyjemny osobnik, z tymi samymi pytaniami, tłumaczę jak krowie na rowie, ale nie, każe mi wypierdalać z kolejki do szpitala, bo... w punkcie szczepień w szpitalu NIE MA LEKARZA. Mam iść do szpitala i znaleźć sobie lekarza, który podpisze mi papierek, że nie ma przeciwwskazań do zaszczepienia SJ...
Rzucam brzydkim słowem, przepraszając stojącego za mną młodzieńca i w pełnym słońcu lezę do szpitala, w stronę słońca, lewa, prawa, lewa, prawa...
Nieopierzony małolat na portierni trzaska szczęką o podłogę i każe mi iść za drzwi, do "stoiska", do koleżanki. Koleżanka mówi niewyraźnie, ale z miłą chęcią zdejmuje maseczkę, jebie mi po czole termometrem bezdotykowym i... nie wie, co ze mną zrobić. Każe mi iść na I piętro, do rejestracji i zarejestrować się do lekarza I kontaktu.
Rejestratorka (bez maseczki), za szybą, patrzy na mnie jak na ET i mówi, żebym w podskokach zapierdalała do swojego lekarza rodzinnego po zaświadczenie, że mogę być zaszczepiona...
WTF? KURWA?
W szpitalu duszno, zero wentylacji, wychodzę i z ulgą ściągam namordnik :)
Piszę do Inżyniera (bo ja jestem PORZĄDNĄ i PODPORZĄDKOWANĄ matką), odpisuje: nie szczepi się mama.
Jak mówiłam OD POCZĄTKU, że w moim przypadku to bez sensu, nie wierzył. No więc sam teraz doszedł do wniosku, powertował i go olśniło, że ten cały wielki program szczepień to pic na wodę i fotomontaż. Żaden lekarz nie chce podjąć ryzyka wyrażenia zgody na szczepienie osoby z przeciwwskazaniami do tego, każdy asekuruje swoją dupę, jak może. I to nie jest tak, że w szpitalu w punkcie szczepień dyżuruje lekarz z uprawnieniami do intubowania w razie W. To co może rodzinny? Jak oceni ryzyko? Pojedzie ze mną na szczepienie,trzymając mnie za rączkę, żebym mu z tego świata nie zeszła? Pewno też intubować nie umie, to nie amerykański film.
Więc ja podziękuję, Inżynier dokładnie (TERAZ) poczytał, powinnam być zbadana przez alergologa, mieć orzeczone uczulenie na glikol i inne takie tam.
Więc nie, mam swoje lata i nie będę z siebie robiła królika doświadczalnego, dzięki niebiosom, że mnie już ten zakładający hasełka na kompika nie męczy. Wnuki będę miała, jak będą bez obsmarkaństwa, trudno, przeżyję.
Pierworodny o niczym nie wie, w sumie mam na to wyjebane.
I tak, moja teściowa nauczyła mnie wierzyć w gusła (kto wierzy w gusła, temu dupa uschła), mówiła zawsze, że jak coś nie wychodzi, to nie napierać się, bo widocznie ma nie wyjść. O dziwo, Inżynier wyzywający mnie za wiarę w gusła przytaknął, klnąc na służbę zdrowia.
Zatem akcja: szczepienie SJ na razie jest zamknięta, co będzie dalej, chuj wie, ale nie zostawiam już karteczek z instrukcjami i schłodzone piwko dziś mam :)
Wracając na Manhattanie zanabyłam
wyszły 3 słoiczki maggi i zamrożone łodyżki, bo Inżynier wpadł w zachwyt nad lubczykiem, że zupa była wyjebana w Kosmos, a bronił się przed słoiczkiem jak Kordecki w Częstochowie :)
A dla Alienka kolejne słoiczki zblendowanego (fuj)
dżemu (o ile to można nazwać dżemem) truskawkowego...
W szparze unijnej moja praca
miała być z dedykacją, ale chyba autorka ma sklerozę, nic, będę w redakcji, podsunę, korekciłam to za frico... bo tak, bo mogę...
... a na MSG
... od syna szwagra, mam takie, niezniszczone, ale fajnie, że ktoś pomyślał...
To na balkonie naszego pierwszego mieszkania na poddaszu. Kiedyś była tam służbówka, za nami winda na korbkę, którą służba spuszczała jedzenie państwu. Przedwojenna kamienica, własność stolarza. Dwa piętra po 150 m kw. Z lokatorami, płacącymi na dzisiejszą kasę 15 zł miesięcznie. Teściowa w piwnicy, wprawdzie też na 150 m kw., ale suterena. My na poddaszu, 16 m kw.całość, bo reszta to strych i pralnia. Nie możemy ich zaadaptować, bo... lokatorzy potrzebują suszarni i pralni...
Na propozycję wyprowadzki do mojego obecnego mieszkania w bloku, które dostaliśmy jako rotacyjne, śmieją się nam w nos.
Teściowa wynosi się za miasto do syna, ma tam małe, ale własne mieszkanie w przybudówce, dwa pokoje, kuchnia, łazienka, pralnia, z osobnym wejściem.
My we czwórkę lądujemy na rotacyjnym mieszkaniu, które wykupuję od spółdzielni cudem i psim swędem. I tu albo dokonam żywota, albo zacznę nowy rozdział w życiu, los pokaże.
A tak niewinnie się zaczęła ta notka ;)
A dzień zrobiła mi
coś jak 12 gniewnych ludzi.
Perełka...
I tylko zmianami w klimacie jestem przerażona.
Coraz bardziej.
Może to dlatego, że łączności z 5G nie nawiążę przez brak szczepienia? ;)
No cóż, nie można mieć wszystkiego...





















