wtorek, 29 czerwca 2021

Z nadzieją

 że to koniec tej historii, Kochany Pamiętniczku. Raz na zawsze. Amen.

Po nieprzespanej nocy wstałam o 5, delektując się faktem, że jeszcze mam tyle czasu. Tradycyjnie, ajpadzik, gierki, hyc do łazienki, śniadanko, codziennie pasjansiki, ogarnianie kuwety i marsz na przystanek. 

Rolna, spacerek do HCP, blady świt (no bez przesady, koło 8), wszędzie już bez cienia, robię się coraz bardziej purpurowa, lecę do pawilonu F, a tam kolejka jak świński ogonek, dobrze, że nie ma napierdalających się tłumów. Mam wypełniony druczek, więc omijam płotki i stoję już przed samym namiotem. Podchodzi małolat i pyta, na którą. Na całe moje szczęście, mimo maseczki go rozumiem i tłumaczę, jak krowie na rowie, że i owszem, druczek mam, godziny nie mam, ale pisałam na emilka i pani odpowiedziała, że mam wpadać, kiedy chcę, tom wleciała. Zostawia mnie w spokoju. Za moment pojawia się supernieprzyjemny osobnik, z tymi samymi pytaniami, tłumaczę jak krowie na rowie, ale nie, każe mi wypierdalać z kolejki do szpitala, bo... w punkcie szczepień w szpitalu NIE MA LEKARZA. Mam iść do szpitala i znaleźć sobie lekarza, który podpisze mi papierek, że nie ma przeciwwskazań do zaszczepienia SJ...

Rzucam brzydkim słowem, przepraszając stojącego za mną młodzieńca i w pełnym słońcu lezę do szpitala, w stronę słońca, lewa, prawa, lewa, prawa...

Nieopierzony małolat na portierni trzaska szczęką o podłogę i każe mi iść za drzwi, do "stoiska", do koleżanki. Koleżanka mówi niewyraźnie, ale z miłą chęcią zdejmuje maseczkę, jebie mi po czole termometrem bezdotykowym i... nie wie, co ze mną zrobić. Każe mi iść na I piętro, do rejestracji i zarejestrować się do lekarza I kontaktu.

Rejestratorka (bez maseczki), za szybą, patrzy na mnie jak na ET i mówi, żebym w podskokach zapierdalała do swojego lekarza rodzinnego po zaświadczenie, że mogę być zaszczepiona...

WTF? KURWA?

W szpitalu duszno, zero wentylacji, wychodzę i z ulgą ściągam namordnik :) 

Piszę do Inżyniera (bo ja jestem PORZĄDNĄ i PODPORZĄDKOWANĄ matką), odpisuje: nie szczepi się mama.

Jak mówiłam OD POCZĄTKU, że w moim przypadku to bez sensu, nie wierzył. No więc sam teraz doszedł do wniosku, powertował i go olśniło, że ten cały wielki program szczepień to pic na wodę i fotomontaż. Żaden lekarz nie chce podjąć ryzyka wyrażenia zgody na szczepienie osoby z przeciwwskazaniami do tego, każdy asekuruje swoją dupę, jak może. I to nie jest tak, że w szpitalu w punkcie szczepień dyżuruje lekarz z uprawnieniami do intubowania w razie W.  To co może rodzinny? Jak oceni ryzyko? Pojedzie ze mną na szczepienie,trzymając mnie za rączkę, żebym mu z tego świata nie zeszła? Pewno też intubować nie umie, to nie amerykański film.

Więc ja podziękuję, Inżynier dokładnie (TERAZ) poczytał, powinnam być zbadana przez alergologa, mieć orzeczone uczulenie na glikol i inne takie tam.

Więc nie, mam swoje lata i nie będę z siebie robiła królika doświadczalnego, dzięki niebiosom, że mnie już ten zakładający hasełka na kompika nie męczy. Wnuki będę miała, jak będą bez obsmarkaństwa, trudno, przeżyję.

Pierworodny o niczym nie wie, w sumie mam na to wyjebane.

I tak, moja teściowa nauczyła mnie wierzyć w gusła (kto wierzy w gusła, temu dupa uschła), mówiła zawsze, że jak coś nie wychodzi, to nie napierać się, bo widocznie ma nie wyjść. O dziwo, Inżynier wyzywający mnie za wiarę w gusła przytaknął, klnąc na służbę zdrowia.

Zatem akcja: szczepienie SJ na razie jest zamknięta, co będzie dalej, chuj wie, ale nie zostawiam już karteczek z instrukcjami i schłodzone piwko dziś mam :) 

Wracając na Manhattanie zanabyłam


 wyszły 3 słoiczki maggi i zamrożone łodyżki, bo Inżynier wpadł w zachwyt nad lubczykiem, że zupa była wyjebana w Kosmos, a bronił się przed słoiczkiem jak Kordecki w Częstochowie :) 

A dla Alienka kolejne słoiczki zblendowanego (fuj) 


dżemu (o ile to można nazwać dżemem) truskawkowego...

W szparze unijnej moja praca



miała być z dedykacją, ale chyba autorka ma sklerozę, nic, będę w redakcji, podsunę, korekciłam to za frico... bo tak, bo mogę...

... a na MSG


... od syna szwagra, mam takie, niezniszczone, ale fajnie, że ktoś pomyślał...

To na balkonie naszego pierwszego mieszkania na poddaszu. Kiedyś była tam służbówka, za nami winda na korbkę, którą służba spuszczała jedzenie państwu. Przedwojenna kamienica, własność stolarza. Dwa piętra po 150 m kw. Z lokatorami, płacącymi na dzisiejszą kasę 15 zł miesięcznie. Teściowa w piwnicy, wprawdzie też na 150 m kw., ale suterena. My na poddaszu, 16 m kw.całość, bo reszta to strych i pralnia. Nie możemy ich zaadaptować, bo... lokatorzy potrzebują suszarni i pralni...

Na propozycję wyprowadzki do mojego obecnego mieszkania w bloku, które dostaliśmy jako rotacyjne, śmieją się nam w nos.

Teściowa wynosi się za miasto do syna, ma tam małe, ale własne mieszkanie w przybudówce, dwa pokoje, kuchnia, łazienka, pralnia, z osobnym wejściem.

My we czwórkę lądujemy na rotacyjnym mieszkaniu, które wykupuję od spółdzielni cudem i psim swędem. I tu albo dokonam żywota, albo zacznę nowy rozdział w życiu, los pokaże.

A tak niewinnie się zaczęła ta notka ;) 

A dzień zrobiła mi



coś jak 12 gniewnych ludzi.

Perełka...


I tylko zmianami w klimacie jestem przerażona.

Coraz bardziej.

Może to dlatego, że łączności z 5G nie nawiążę przez brak szczepienia? ;) 

No cóż, nie można mieć wszystkiego...


poniedziałek, 28 czerwca 2021

A jutro

 Kochany Pamiętniczku, powtórka z rozrywki.

Nawet mi się nie chce pisać, wkurwiona jestem teatrem na maksa. Na wszystko jestem wkurwiona. 

Ogólnie. 

Na całokształt.

A Inżynier napisał, że zupa mu wyszła "dwa poziomy wyższa", bo dodał lubczyku, który mu dałam.

Więc zrobiłam mu kolejne dwa słoiczki lubczyku, niech ma.

Testamentu nie spisałam, choć dziś coś mi jebło w klatce piersiowej.

Idę jutro na szczepienie do HCP.

Bez przekonania.

Tak więc wspominajcie mnie dobrze, albo wcale.

Sayonara :)

sobota, 26 czerwca 2021

Długo

 stoję na peronie, pożegnania stygnie gest... Kochany Pamiętniczku... Już zapominam Cię, zapominam Cię, jak wysłany donikąd list...

Nie, kurwa, ja nie jestem normalna, nawet się zaszczepić normalnie nie mogę. I w sumie nie wiem, z czym wróciłam, z tarczą czy na tarczy, jedno jest pewne - rozgrzeszona przez Inżyniera kupiłam wino i teraz z radiem Pogoda, cierpiąc od zakwasów, notatkę niniejszą popełniam...

To był szalony dzień. Bezapelacyjnie.

Noc miałam koszmarną, co zasnęłam, to sny z wodą jak galaretka, w której topił się-nie topił Inżynier-nie-Inżynier-Alienek (rozmawiam z I.: no mama nie lubi snów o wodzie, wiem)...

Ale ab ovo ad mala :)

Poleciałam na Manhattan, nakupiłam, no wiem, stara wariatka, pomyliłam i kupiłam dużo bobu (bób lubi Pierworodny, nic, jutro wyłuskam, zamrożę, będzie git majonez), kobiałkę truskawek i czereśnie, i szparagi. Dużo, jak na potencjalnego Umrzyka, ale  co tam, lodówka dobrze trzyma...

Wracam i widzę


balkon, a na balkonie kotecek.Nieruchomy,jak ten kogucik, co wpadł w pokrzywy jak nieżywy, ani drgnie... O, pomyślałam, taką figurkę sobie kupię, na srajdy, fotka cyk, już myślę, że pogooglam, a wtem kotecek hyc... Na jakiegoś wróbla, skubany, polował i tylko siatce zawdzięcza życie. 

Do Inżyniera dotarłam bez przeszkód, spotkałam go na klatce,właśnie wracał ze szczepienia. Inżynierątka, co dla nas masz (odwyk, przychodzenie bez łapówki, bo zawiedzone były, że dostały tylko po paczce chrupek jabłkowych, mam za swoje, za łapówkowanie, bo okazało się, że liczą na LEGO, Ninjago i coś na P, co już nie ogarniam zupełnie).

No nic, zabawa, kotek po drabinie, na dywanie siedzi jeż (kurde, co ja się naskakałam, ja i skakanie, bałam się, że do sąsiada zlecę, ale nie,sufit wytrzymał), Inżynierowa poszła na szczepienie, wróciła, moja kolej.Ruszam z Inżynierem, w tempie jak za młodu (wciąż nie ogarnia, że ma starą matkę), kombinuje jak koń pod górkę, że czekanie to na lody polecimy, bo blisko. Kasprzaka. Kolejka, ale idzie szybko, moja kolej. Inżynier ze mną i to: bo mama niedosłyszy i uprzejmy pan, który jebaną maseczkę spuszcza. A, wstrząs? A kiedy ostatnie szczepienie? W dzieciństwie? Widać było, że zawiodła go wyobraźnia, no bo SJ i dziecko? Nie ma opcji. Idziemy do lekarza. Maseczka w dół i nie, pan doktor się nie podejmie szczepienia w takim razie, bo ma tylko adrenalinę, a to może nie zadziałać, a on nie zaintubuje... Mam lecieć na MTP, tam mają sprzęt. Szybka piłka, mówię, lecimy teraz, bo już i tak dzień zmarnowany. Wieją nam dwa tramwaje, we mnie narasta panika, bo I. po szczepieniu, powinien się nawadniać, ale następna bimba za 2 minuty, więc dojedzie (tak twierdzi). Wysiadamy za wcześnie,przy Dworcu Zachodnim, a szczepienie na Święcickiego, więc w palącym słońcu popylamy, nie chce wleźć po wodę, bo nie wie, do której szczepią.

We wrotach żołnierz, na krzesełku, kłaniamy się i I., i ja, facet szczęką o bruk.

I. mówi, po co wojsko? Ja: bo wariatów nie brakuje.

Na wejściu kłania mi się dziewczyna, odkłaniam się grzecznie, bo ja grzeczna jestem. I. pyta, kto to, a ja mam zaćmienie i dopiero po chwili mówię: piekarnia Zagrodnicza. Bo twarz kojarzę, ale umiejscowić, to problem :) 

Pani przy komputerku w szoku, nie zarejestruje mnie, do lekarza. Leziemy do lekarki, młoda smarkula. Nie, nie podpisze zgody na szczepienie mnie, bo... wbrew informacjom pana z Kasprzaka, owszem, adrenalinę mają, ale anestezjologa nie. I nie, mam się szczepić w szpitalu: HCP albo Raszeja, ona poleca HCP. Musi być anestezjolog.

Kurwa, jestem jedyna, niepowtarzalna i wyjątkowa, pani doktor z uśmiechem zza zsuniętej maseczki, zgadza się ze mną na bank.

Lecimy, żołnierz na nasze do widzenia prawie ze stołeczka spadł, będzie miał co opowiadać wnukom :) 

Lecimy na bimbę, po drodze ma być woda, ale... za 2 minuty mamy bimbę...

Dojeżdżamy na rondo Jeziorańskiego i mamy farta, bo zaraz mamy jedynkę, kurcgalopek, ale na zielonym i...


... to białe w tle to kilka najszczęśliwszych moich pracowych lat.Teraz tam inna firma i inne porządki, ale wciąż mi serce drży...

Dojeżdżamy, Inżynierowa w międzyczasie zamawia pizzę, więc wpadam w stęsknione objęcia Alienka, który nie pyta już, co dla niego jeszcze mam, tylko chce kotka po drabinie, a Kalafiorkówna rzuca się na tatę, który robi nam zdjęcia, bo pies mi mordę lizał, nieważne, jak wyglądam, jestem ich babcią i nie oceniają mnie


... a Alienek wręcz się domaga pieszczotek...

I potem jeszcze te chwile, niezapomniane, I. naparł się, że odwiezie mnie, więc co się będę z dzieckiem kłóciła, a nie chcę, bo widać, że zmęczony i po szczepieniu jest, plasterka nawet nie pokazał.

Czule pożegnana odjeżdżam, jeszcze wino w piątce kupuję. 

W domu I. dzwoni do mojej szwagierki - miał dzwonić tydzień temu, ale jest jak jest. Same  pierdoły, użala się, ale i ona ma nielekko. Bo nie umiała nigdy powiedzieć nie. Pójdzie do nieba w papciach.

A na mnie na emilku czeka masa pracy z teatru. 

Po czterech godzinach zapierdalania wysiadam, resztę zrobię, jak jutro się ogarnę.

A, i jeszcze muszę emilka do szpitala napisać, ale to już nie dziś, bo skoro pracują pon-pt to i tak emilek zginie.

Jeszcze dogadałam z I. kwestię grobów w K., zobaczymy, co z tego wyniknie.

A, Pierworodny wie, że miałam się dziś szczepić. Cisza w eterze.

Jak widać z opowieści, mogłam na dnie z honorem lec. I on o tym wie.

A Inżynier dowiedział się paru detali z mojego życiorysu, o których zielonego pojęcia nie miał. 

Tak, to był szalony, ale i piękny dzień.

Odważni nie żyją wiecznie, tchórze nie żyją nigdy.

Wróciłam żywa, zaliczywszy ponad 10 332 kroki (w domu nie noszę steppera)...

Z tarczą, czy na tarczy?

Tego nie wiem, ale żyję.

I to się liczy, co nie?

Z nadzieją, że jutro też słoneczko mnie o 4 z wyra wymizia...




piątek, 25 czerwca 2021

Ave, Caesar

 znaczy się, Kochany Pamiętniczku.

Morituri te salutant.

Co ma być, będzie.

Wrócę z tarczą albo na tarczy, to się okaże.

Wspominajcie mnie dobrze albo wcale.

Na razie :)

sobota, 19 czerwca 2021

Całe

 życie z wariatami, Kochany Pamiętniczku.
Sobota była co najmniej szalona. Raz, że upał od rana nieziemski, to kilka minut po godzinie ósmej, chociaż jeszcze nie w cieniu


A ja rześka jak ten ptaszek, wybierałam się na Manhattan. Nie, że musiałam, ale... Przy Manhattanie jest zielarnia, w której pani obiecała mi z wtorkowej dostawy odłożyć olej z czarnuszki. Pół litra właśnie mi się skończyło, w tygodniu nie miałam jak wlecieć do zielarni, bo czynna od 9 do 17, a conto tego wyjeżdżając do K. wypłaciłam też z bankomatu, albowiem olej droższy jak samochodowy :) Co nie omieszkał stwierdzić Inżynier. 

Zastanawiałam się, co z siebie zdjąć, bo w samej maseczce z moimi gabarytami nie budziłabym zachwytu ani za bezcyckowych lat, ani teraz. Stanęło na garderobie sztuk cztery, nie licząc obuwia, znaczy się: gacie, stanik, bermudy i bluza z koronką, noszona przodem do tyłu, albowiem noszona normalnie pokazuje nie to, co powinna :) Ma jedną zaletę - nie mam cieńszej, a i wielki trójkąt z koronki robi cuda. Więc poleciałam na Manhattan, albowiem moje słowo droższe od pieniędzy jest - pani trzymała mi olej... 

Jak to ja, byłam przed czasem, dwie minuty, ale zawsze, pani stojąca z pieskiem przed zielarnią rzekła, że panią z zielarni widziała na zakupach na Manhattanie.

Ocierając cieknący z czoła pot, z niedowierzaniem patrzyłam na panią z pieskiem, albowiem pani z pieskiem ubrana była tak

... wszystko panterka i wyglądało mi to na jakieś tworzywo sztuczne. Fakt, że chuda jak patyk, ale czapeczka, kurtka i spodnie i chuj wi co pod?

Od samego patrzenia na panią z pieskiem zrobiło mi się słabo, a jak widać, na wąskiej, jednokierunkowej przymanhattanowej ulicy było więcej samochodów, jak w centrum wsi, wszystkie trąbiły, zgrzytały i kierowcy klęli, albowiem jedna z pań zatrzymała swój pojazd na środku i... poszła do straganu odebrać kupiony tam wcześniej towar, pan z furgonetki nie widział, że z lewa wyjeżdża samochód i chciał się sam włączyć do ruchu...

Piekło i szatani, a pani z zielarni wciąż nie było, więc poszłam do Pana od Pomidorków, bo wczoraj zanabyłam dwa ogromne żółte pomidory za całe 14 zyla i były tak smaczne, że je zeżarłam... No co...

Gdy wróciłam, nie mając odwagi wstąpić w głąb Manhatannu i błogosławiąc pomysł wczorajszych rannych zakupów, albowiem na Manhattanie kłębił się tłum starych wariatów, zamaskowanych i niezamaskowanych, włażących sobie na plecy... Kurwa, wszyscy emeryci się zleźli z okolicy i kaleki na wózkach, ludzi pracy nie było widać...

W sobotę z rana? Nie mogli wczoraj?

A pod zielarnią kolejka zakręcona, pani z pieskiem i koleżanką w środku, nawijają jak u cioci na imieninach, nie kupując... Piesek, uwiązany do barierki dzielnie walczy z atakującym go komarem... Komar zwycięża.

Przede mną pan, który po wejściu do zielarni zamiast kupować, wyciąga telefon i nawija, a jakże, bez maseczki.

Wreszcie ja, pani z zielarni patrzy na mnie jak na idiotkę, a tak, zapomniała, że ma mi odłożyć, ale na szczęście olej jest. Bo tylko po ten olej z domu wylazłam, albowiem moje słowo droższe od pieniędzy i oczami duszy widziałam, jak pani łka, że oleju nie sprzedała.

Pytanie za 50 zł polskich: która z nas jest większą idiotką?Głosuję na mnie, a co.

Przepełzam, o, dąb ojca J. Pięknie się rozrósł, a już marniał.

Posadzony przed laty przed Sikorzą szkołą, dla upamiętnienia zamordowanego w Katyniu ojca mojego szwagra. Szwagier ojca nienawidził, albowiem zamiast się przyznać w Katyniu, że jest Niemcem, do końca był polskim oficerem i zginął z honorem. Szwagier nigdy ojcu tego nie wybaczył (jest pogrobowcem). A że dąb odżył, posłałam fotkę do szwagierki, która utrzymuje kontakt z wnukiem tego bohatera. Ja nie mam z nim kontaktu, jego rodzice wyjechali jeszcze w latach 80. do Reichu. Widziałam chłopaka raz, na komunii Pierworodnego i po latach, gdy wpadł do wioski. Po polsku nie mówi za bardzo ani nie rozumie, a ja po niemiecku nie przy dziecku, hande hoch i takie tam... Jego matka jest dość dziwna, traktuje mnie jak kolonizatorzy Murzynów w Afryce, myśli, że jak mi da notesik z kryształkami Swarowskiego, to się zesram ze szczęścia, nie biorąc pod uwagę tego, że mam lepszy telefon i komputer jak ona.. No, nieważne, kontakty mamy zerowe. Szwagierka odpisuje mi, że nie wie, czy chłopak chce tę historię znać - WTF? Jak można nie chcieć znać swojej historii? I że Inżynier ma do niej zadzwonić, bo za dużo klepania. WTF? Jak może być za dużo klepania? Na razie nie przekazuję, Inżynier ma swoje na głowie, a rodzinne ploty nie są aż tak ważne. Żyjemy poza rodzinnym nawiasem od lat, więc jeszcze trochę pożyjemy :) 

Omijam Biedronkę, zmierzając do Lidla, kalkulując: więcej kroków i ser może będzie.

Ser jest, w nowym opakowaniu, ale jest, więc kupuję cztery, albowiem zmieszany z pomidorami, sałatą i innym zielskiem to uczta dla podniebienia.


 Przy okazji do koszyczka załapują się dwa piwka 


ale dupy nie urwały, łomża miodowa lepsza.

Przy kasie armageddon. Za mną coś żulopodobnego, parka, indyczy się, że zachowuję dystans.Więc wpuszczam hrabiostwo, z jedną butelczyną najtańszego piwa, pan gestem księcia dokłada na taśmę najtańszą czekoladę z przeceny, na popitkę woda mineralna... Pani zaczyna drapać się po dupowym przedziałku, potem po głowie, a ja do wieczora nie mogę pozbyć się uczucia, że coś mnie oblazło, albowiem pan napierał na mnie mięśniem piwnym. I tu już wydarłam mordę, znaczy się, lekko zaprotestowałam, czy że jak on myśli, że pchając się na mnie będzie szybciej, to się grubo myli. Ale był, bo ich puściłam. Oni są kasowani, a przede mną wyrasta małolat w wieku Inżyniera, bo on ma TYLKO maślankę. Mówię, że są kasy samoobsługowe, ale nie, bo on nie płaci kartą. KURWA, a ja mdleję z upału, bo w Lidlu nie ma klimy, może im padła. Nie puściłam i w dupie to mam.

Docieram do chałupy, gdzie czekają na mnie wydruczki, ledwo żywa i ledwo zipiąca, nawadniam się, siadam do wydruczków i..

Odzywa się teatr. A, nie, wróć, nie teatr, bo ściśle tajne, inicjatywa pracowników po tej całej teatralnej aferze #metoo. No, rozbestwiła się moja K., wychodząc z założenia, że ja wszystko zrobię za ajlawju. Robię, dlaczego nie, opierdalając, że jest weekend, a ja mam swoje zobowiązania, ale nie, kochanie, nie będzie za pół ceny, teatr dostanie fakturę na cenę z umowy. I w dupie to mam, jak to wytłumaczysz. Oczywiście, jestem z aktorami, to ciężka praca, ale takie same postulaty mają ludzie zwykli i te zasady nie są nigdzie przestrzegane, przynajmniej nie w naszym kraju.

Tak więc sobota, która miała być spokojna minęła na wkurwie.

A, oddycham głęboko w tytkę.

Nawet nie zeskanowałam warzyw, bo mnie to, kurwa, przerosło.

Nie za tę kasę, którą dostaję za nie, po dołożeniu stron. Co z tego, że w wydawnictwie to kula u nogi.

Narasta we mnie bunt, z powodu niedoceniania moje pracy, mimo gąb pełnych deklaracji, o niedocenianiu rolników, pracowników, braku rąk do pracy. No i?

Mój koszmar polega na tym, że jestem stara - kłania się ageizm. I choć współpracownicy cenią moje doświadczenie, szefostwo ma opcję - świeżynka po studiach za grosze. A że nie zrobi ani na czas, ani jak należy - nie szkodzi, zatrudni się nową świeżynkę po studiach, a co tam.

Znam problem, bo znajoma, założywszy własną firmę, a to na tym rynku niełatwe (młoda, mogłaby być moją córką), chcąc zatrudnić legalnie, na etat, z ZUS i wszystkimi barierami od świeżynek niewiele umiejących słyszała wymagania płacowe na poziomie prezesów...

Mnie zależy na kasie, nawet takiej, bo rozważam i plusy dodatnie i ujemne tej sytuacji, ale zaczynam się zastanawiać, gdzie są granice mojej wytrzymałości?

No nic, czas pokaże.

Tym nieoptymistycznym, gorącym akcentem żegnam się z Państwem :) 


PS Srajdy z balkonu zniknęły, ale osrały na maksa w ramach zemsty kuchenny parapet. Nie widziałam, że tam lądują, bo zaroletowane okno jest...

Kurwa, jak nie urok, to sraczka...

Czekam na burzę jak na zbawienie.

W taki upał nie dam się zaszczepić, bo nie i chuj.



piątek, 18 czerwca 2021

Lipiec

 minął jak sen złoty, nie wiadomo kiedy, Kochany Pamiętniczku. Ten czas coraz szybciej zapinkala.

Ledwo lipiec minął, w miarę przyzwoicie, bo czyż nie jest przyzwoita praca od 7 do 22 jednego dnia i od 8 do 20 następnego? I nie, że czekałam na pracę, nie, zapinkalałam jak motorek ze śrubką w dupie. A dziś, ledwo i o idealnej porze, bo dokładnie po ośmiu godzinach, opuściłam lipiec, szczęśliwa jak świnia w błocie i z perspektywą, że wino w lodówce się chłodzi, a tu poczta klik i...


następna partia i to dwustronny wydruk, i nie wszystko. Ale pierdolę, nie robię, trzymali pod dupą, a termin mają na środę. W dupie mam. Jedyny zysk, że mimo upału miałam power nieziemski i o 13 miałam już ogarnięte całe mieszkanie, nie mówiąc o tym, że zakupy też ogarnęłam rankiem :)

A na wieść, że mamy insert, wypisałam wniosek urlopowy na czas robienia tegoż dzieła.Te parę groszy, co mi Boss da albo i nie da, nie są warte moich nerwów. A urlopu mam dużo, więc mi nie żal. Nie wiem tylko, czy podpisał mi urlop, bo chyba go nie było dziś, za szybko ludziom praca szła, jak zawsze, gdy go nie ma. Jak nie podpisze, będę się indyczyła o te parę groszy, jak podpisze, to mam w dupie. 

A że na pasku wyświetla mi się na okrągło pomarańczowy alarm, to proszę podziwiać piękne warunki przyrody,w których siedzę, tęskniąc za klimą nastawioną na 17 stopni, to jedyna rzecz, za którą tęsknię.




 Wieży nie widzę, bo nie wytrzymam za zamkniętymi drzwiami, wolę gorące powietrze, jak zaduch zamkniętego mieszkania :) 

Na straganie w dzień targowy, takie słychać dziś rozmowy: dlaczego tak drogo. Zanabyłam, nie oparłam się,


wiem, nie kupuje się takich nowalijek, ale... 16 zł za obiad to prawie tak tanio, jak w K., a jakie dobre, taki świeży, że nawet ja prawie cały z łupiną zeżarłam, a zazwyczaj łuskam, bo mi na żołądku stoi. Jest drożyzna, nie da się ukryć, ale to nie jest wina producentów, skoro drożeje wszystko to i produkty muszą drożeć. Inna para kaloszy, że najwięcej zarabiają pośrednicy, ale to już inna bajka :) 

Bób był przepyszny, szkoda, że było go tak mało.

I znów mam inwazję srajd na balkon. Co z tego, że mam osiatkowany, jak siadają na zewnętrznej krawędzi balkonu, za nic mając powiewające folie, płyty CD i inny badziew. Przedwczoraj myślałam, że padnę walcząc z nimi, gdyż nie boją się krzyków i tupania, a ile mogę wrzeszczeć i tupać, budząc sensację na osiedlu. I nagle mnie oświeciło. Olśniło i zajarzyłam. Z chytrym uśmiechem wzięłam stary ajfonik, pięknie kursujący w domowym WiFi, choć bez karty SIM i włączyłam YouTube. To był strzał w dziesiątkę. Spierdalają aż się kurzy, gdy włączam krzyk jastrzębia. A mam tam ośmiogodzinne nagranie i jak coś mogę ajfoniczka podłączyć do ładowania. Wczoraj żadna srajda się nie odważyła siąść, te przelatujące zmieniały kurs i leciały do innych bloków, srać gdzie indziej. Dziś rano jakiś zabłąkany srajd siadł, więc rzuciłam się po nagranie i chytrze wysuwając rączkę z ajfoniczkiem przez drzwi, spowodowałam u niego palpitacje sercowe, spierdalał aż się za nim kurzyło. I to jest metoda. Będę to puszczała,skrzek jastrzębia jest wkurwiający, Inżynier mówi, że sąsiadów też mogę wkurzyć. Serio? Co ja za to mogę, że ptaki latają i skrzeczą? :) Mnie wkurwia ten dźwięk, ale... wywalam ajfoniczka na balkon, a bez aparatów na pół gwizdka i tak go nie słyszę, ale jest taki, że dźwięczy mi potem długo w uszach. Skoro ludzie są pojebani i dokarmiają srajdy, to niech słuchają skrzeków jastrzębia :) W dupie to mam.

Obrońców wszelkiej maści sierściuchów i pierzaków proszę o niekomentowanie, nikt z was nie odkuwał pięciometrowego strumienia gówna, grubości 10 cm w trzydziestostopniowym mrozie. I nikt z was nie musiał spać w gołębniku. A moja krawędź balkonu jest zasrana i to mocno, czekam na deszcz, na ulewę, żeby to spłukała choć trochę, bo jak mam to odkuć (?), zmyć (?), nie spuszczając tego na niższe piętra i nie zawalając gównem sąsiadów?


Po drodze na Manhattan parę dni temu złapałam taką bandę, szkoda, że nie wiedziałam o YT. Next time im puszczę muzyczkę, niech je szlag. 

Meszki, komary, srajdy to elementy zbędne w przyrodzie i niech mi nikt nie mówi o ekosystemie. Pierdolenie o Szopenie i tyle. 

(A jak byłam mała, tato hodował gołębie i nawet lubiłam rosołek z gołębia, do momentu, aż mama zmarła. Ojciec zabił gołębia, rzucił mi do miski i kazał zrobić rosołek. Trzymałam go czubkiem paluszka za skrzydełko, księżniczka, którą mama wywalała z kuchni: ucz się dziecko, ucz, jeszcze się w kuchni nastoisz i rozpaczliwie łkając, próbowałam go oskubać. Wparowała sąsiadka z dołu, ulitowała się nad niebogą, oskubała, sprawiła i git majonez. Potem jeszcze w stanie wojennym, u teściowej, szwagier zapytał, czy chcę kurę. Powiedziałam, że nie. Na to Eks z entuzjazmem: ale ja bym rosołku zjadł. Zapytałam: oskubiesz i wypatroszysz? Zaprotestował, on jest za dobry do takich zadań. No i rosołku nie było. Co innego kupić zwłoki w sklepie, co innego samemu robić. I nie, że korona mi z głowy spadła. Nie, różne prace w życiu robiłam, ale z drobiem i ptakami nie chcę mieć nic wspólnego.). 

Potem się doczytałam, że lotniska puszczają odgłosy drapieżników. I sądzę, że odstraszanie ptaków dźwiękami (co nie jest prawnie zabronione) lepiej by działało, niż te kolce zalecane i atrapy kruków.

Sama widziałam srajdy sekszące na kolcach, z założenia mających zabezpieczać klimatyzator.

Gówno w klimatyzatorze, jprdl... :) 

No i tak przed nami kilka gorących dni. Niebiosom dzięki za home office po raz kolejny. Co z tego, że w zbiorkomie klima, skoro z niej wysiada się w upał, potem znów w ziąb i tak da capo al fine...

A takie piękne piwonie tym razem zanabyłam


Kwiaty, radio Pogoda, butelka wina, nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Wydruczki poczekają, aż dostanę znów pierdalca :) 



wtorek, 15 czerwca 2021

Nos

 mam jak pies gończy, albo pies od wykrywania narkotyków, Kochany Pamiętniczku. Z lekka zakatarzony, a jednak wczoraj wieczorem odnosiłam wrażenie, że już wreszcie kwitnie. Mój oliwnik wąskolistny. I tak, znów nie zobaczę się ze Zmorencją na to wąchanie. Raz, że pandemia, dwa, że nie dam rady w tym tygodniu za Chiny Ludowe, wciąż jestem jeszcze w pracy i tak będzie się ciągnęło, a potem to już oliwnik przekwitnie i cały pogrzeb na nic.

Lecę dziś do Lidla, bo chciałam ser wędzony w drewnie bukowo-olchowym (nie było) i jakieś badyle, bo moje przekwitają właśnie (też nie było), a tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie, żeby na 9 zdążyć wrócić przed kompiki i tadam...




Dobrze czułam, kwitnie i pachnie jak grzech. 

A potem codzienny szary dzień i po 17 wydruczki od Bossa. Wprawdzie nie jego artykuł, ale jego działka. Ostatnio jak puściłam bez spacji raz między cyfrą a r. (2021r.), bo kobieta pisze jak potłuczona, a puścić błąd każdemu się zdarzy, to się przyczepił jak pijany do płotu, że raz tak, raz tak. Tym razem nasadziła 13-stki, więc pracowicie poprawiałam na trzynastki, cała kobyła o tych nieszczęsnych 13. i 14. emeryturach. Trzynasty mogę zapisać jako 13., ale trzynastkę tylko całym słowem. Jeszcze szukajem sprawdziłam, czy czasem czegoś nie przeoczyłam. No i wydruczek po godzinach i co ja paczę? 13-tki... 

Więc pracowicie kreślę, poprawiam, zła jak osa, ale sprawdzam Worda i jestem niewinna. 

Więc zaznaczam, że to byk, a w emilku protestuję. 

Ja to pracowicie poprawiałam, absolutnie nie może iść 13-tki. Trzeba to zapisać słownie: trzynastka, trzynastki. Inaczej będzie straszny byk 😊 A tego nie chcemy, bo jesteśmy najporządniejszą gazetą w kraju… 😊

Boss odpisuje:

Pani Basiu,

A mi to tak dobrze wygląda i pasuje na krótko….

I Pani mnie tu kołem toczy o to…

Już mu nie wytykałam, że kołem to go mogę łamać, a nie toczyć, ale upieram się, że:

 Nie ma wygląda. Panie K..., litości. To nie ma wyglądać, to ma być poprawnie. Bo potem korekta ląduje na dywaniku 😊

No ba, myślałam, że koniec dyskusji, ale nie, przed 19 emilek z ajfona

P. Basiu 

W niektórych kwestiach językowych to z czasem i prof. Miodek staje się bardziej liberalny ....

Ale zgoda 

 Na to ja, cała szczęśliwa: 

Dziękuję. Nie wiedziałam, że nawet prof. Miodka przebijam  😊 Uporem, oczywiście 😉

Hahahaha. Lubię go. Na zasadzie: szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego. I to jest prawda. Jak się trafi na jego dobry humor, człowiek do rany przyłóż. Jak mu coś nie pasi - w ziemię wbije. Już przez niego w łazience płakałam, za niewinność. No i to przypominanie, że nie zapłacił. Ale licząc plusy dodatnie i plusy ujemne - wychodzi na plus. Mniemam, że to już mój ostatni w życiu szef, chociaż nigdy nie mów nigdy :)

I miły emilek od kolegi, który ma córeczkę w prawie tym samym wieku, co Kalafiorkówna, nosi to samo imię, więc sobie czasem na imienniczkach psy powieszamy. Znaczy się, on zakochany, słowa złego nie powie, a ja z Kalafiorkówny zbójcerzównę robię. Bo jest małą, paskudną łajzą, a co?

Inżynier kaszlał i to dość mocno, jak jechaliśmy, a dziś  mówi, że go lekko zatoki bolą. Martwię się, czy to nie pocovidowe, ale... No, to jest Inżynier, zgasi matkę i tyle... 

(A po drodze, gdy wracałam z Lidla,  szedł gość bez maseczki i kichał jak z armaty, ja też bez maseczki szłam, psiakrew. Na przystanku kobieta zasmarkana do pasa i smarcze, i smarcze, też bez maseczki. I nie, że maseczka chroni, aż taka głupia nie jestem, ale jednak zmniejsza ryzyko transmisji, a teraz luz i hasta manana, jest OK, plandemia...) 

No dobra, nie wpadam w histerię, nie piszę scenariuszy. 

Następny numer w bólach się rodzi, musieli dostać wpieprz od drukarni, bo i monity są, i ludzie się sprężają. Dla mnie to OK. Żeby nie warzywka, miałabym dwa tygodnie luzu, ale nie, głupio się zamykają, więc powiem, że konkretny dzień hurtem. Trudno, też chcę trochę pożyć.  

Myślę o kupnie fotela, takiego "telewizyjnego", bo mój stary, obetkany poduszkami i kocami jednak jest niewygodny. Ale fotela na oko nie kupię, na oko dziad w szpitalu umarł, a ja w markecie czy też innym sklepie, nie licząc okolicznej galerii byłam... 2 lata temu. Serio? A tak, jak był u mnie Pierworodny i kupowaliśmy lodówkę i inne wianki w IKEA. Tak w maju 2019... 

Jak ten czas zapierdala... Dwa lata bez marketów i żyję, niczego mi nie brak :) Inna bajka, że mieszkanie mam urządzone, a dzięki temu, że nie włóczę się po sklepach nie rośnie sterta przydasiów. Z korzyścią dla środowiska :)

 A na emilka nie odpowiedział ani kamieniarz, ani fara. 

Nosz, kurwa, będę dzieci męczyła o dzwonienie.