sobota, 31 lipca 2021

Ostatni

 dzień lipca minął, Kochany Pamiętniczku tak, jakby go nie było.

Cicho i spokojnie, pomijając chwilę, gdy znudzona oczekiwaniem na obiecany update znów traciłam nerwy, co standardowo Pierworodny załatwił jednym przepraszam, telefon się rozładował. Dziwne, kurwa, że rozładowuje mu się zawsze, kiedy ja o coś pytam, a tak chodzi cały dzień jak złoto.

I tak, maszerując w stronę słońca, do kwiaciarni Euphoria, gdzie zanabyłam


albowiem E. nie lubi ciętych kwiatów, ładne to, prawda...

... tak sobie dumałam nad losami tego świata i myślałam, czy synowa nie powinna mnie jednak zawiadomić, co się stało. I nie, nie rozwiązuje tu sprawy standardowe: chcesz wiedzieć, pytaj syna. Nie, kurwa. I nie jest w porządku, że jedenastoletnia wnuczka też nie wpadła na pomysł napisania mi, że coś się stało. I nie, że nie ma jak, ma mój nr telefonu, ma FB, ma WA, utrzymuje kontakt z ludźmi z Ameryki i Azji, a kurwa, do babci się nie odezwie poza standardowym: dziękuję bardzo, jak kasa na konto wpłynie?

Coś jest nie tak. Ja nie byłam fanką mojej teściowej, wiele złego mi wyrządziła, ale to był mój punkt widzenia, a prawda jak dupa, każdy ma swoją. Nie zmienia nic faktu, że dzieliła i rządziła, póki mogła, elegancko skłóciła wszystkie swoje dzieci. Ale nieważne, była matką Eksa i tego się trzymałam, do momentu, kiedy zaczęło to uderzać w moje dzieci. Wszystkie jej "bo zachowujesz się jak kurwa", odpierałam "tak, ma mama rację. Ale to mama stale mi powtarzała, że odeszła od męża ze względu na dobro dzieci. I u mnie to tak działa". Pomijając, że rozwody jej córki były OK, odbijanie męża innej kobiecie też OK... Jej rozwód też był OK, co więcej, po śmierci już byłego męża podkreślała, że jej się spadek należy wciąż, a nie "tej babie". Teść ożenił się drugi raz. 

A tak się złożyło, że ja się nie rozwiodłam, bo mnie to do niczego nie było potrzebne. Ale dzieciom był potrzebny spokój, bez rodzinnych waśni i kłótni.

Na pogrzeb babci poszliśmy, bo tak należy, bo trzeba się pożegnać.

Na pogrzeb teścia też, choć praktycznie dzieci dziadka nie znały, był u nas dwa razy, Pierworodny go dodatkowo widział w niezbyt miłych okolicznościach przyrody jeden raz. 

Ale gdy dzwoniła, odbierałam telefon. Do końca. 

Pomijając pierdoły, że mimo że kasę miała, na urodziny przysłała mi kaszmirowy sweterek, z paczki z Reichu, bo jej się w praniu sfilcował, a ja miałam rozmiar 36 i zero cycków :) 

Było, minęło, jak będę chciała, kupię sobie kaszmirowy sweterek, tylko pytanie: po cholerę mi? :)

Ale totalne olewanie mnie - w sumie tak za nic. Nie rozumiem. 

Zaczynam podejrzewać, że im tam się nie układa, ale co ja jestem temu winna?  Że mają życie jakie mają? Trzymałam się z daleka od momentu, kiedy synowa, nie będąc jeszcze żoną, ustawiła Pierworodnego do pionu: co będziesz matce pieniądze posyłał, ona już stara jest. Posyłał, bo wiejąc do Anglii dostał ode mnie na start, obiecując oddać, a ja z jednej, polskiej pensji przez trzy miesiące utrzymywałam i polski dom, i jego, angielski, zanim znalazł pracę. A to była już wyższa szkoła jazdy, bo moja pensja nie starczała nawet na wynajęcie pokoju w UK, a oszczędności nie miałam. Nieważne. A kiedy pojechałam - za swoje, kurwa - z Inżynierem do Paryża, bo ten kopnął mnie w dupę i powiedział, że jak nie pojadę teraz, to potem już nigdy (i miał rację, poniekąd, zdążyłam zobaczyć jeszcze Paryż przedzamachowy, aczkolwiek już wtedy na dworcach były uzbrojone patrole, z Notre Dame, te kilka szalonych dni - teraz już raczej marna szansa na powtórkę, choć mam środki) - podsumowała - na co jej taka wycieczka, stara jest. 

Tak jestem stara. I młodsza już nie będę. Ale dzieci uczciwie wychowałam, dając, ile mogłam. Podkreślanie, że jej ojciec więcej zarabia i ma oszczędności, nic nie zmienia. Jechała do UK rzekomo z pieniędzmi od ojca, a wylądowała na utrzymaniu P. na pół roku. Jakoś jej tatuś nie utrzymywał. W sumie rybka mi to, jego wybór, jego bajka, tak jak i inne historie. Mówiłam mu przed ślubem: nie żeń się, to nie jest dobra osoba, bo taka jest prawda, mówią to wszyscy nasi wspólni znajomi i nie dlatego, żeby mi bębenek podbijać. 

Nieważne. Jego wybór. Ale nie będzie mi takie dwulicowe coś pluć w twarz. O nie. 

No dobra :) Upuściłam żółci, bo od tego cię mam, Kochany Pamiętniczku...

Zatem jeden temat na aut. 

A jesień już puka do drzwi, co widać


Patrzę i znów: mówiłeś włosy masz jak kasztany... Zawsze do mnie wraca i nie, to nie był Eks, ale był ważny...

Minął, jak wiele rzeczy w życiu, została piosenka, którą lubię.

A żeby nie było, że sobie żałuję, to i dla mnie dziś się coś znalazło


I tak,ja kocham cięte kwiaty, nie żałuję, że umierają, Doniczkowe też czasem umierają. I przy pracy trzyma mnie między innymi fakt, że emerytura nie starczy mi na badylowe szaleństwa :) 

Do Lidla polazłam, bo wędzony ser wyżarłam, a ten wędzony z Biedry nie jest taki dobry i szok.


Tak jak nie jestem fanką mleka, tak na widok BUTELKI, szklanej BUTELKI, wprawdzie nie z kapslem, ale z nakrętką, z mlekiem od czerwonej polskiej oszalało, zwariowało moje serce. Zdrowy rozsądek zaprotestował jednak i kupiłam tylko jedną, bo data przydatności mimo pasteryzowania jest krótka, ale mam nadzieję, że to jednak jest MLEKO :) 

Jeszcze nie otworzyłam, co otwieram lodówkę, to kontempluję butelkę :) Nie zmieściła się na żadnej półce, stoi w drzwiach, a to nie jest dobre miejsce na żadne mleko, ale to w plastiku i miesiąc po terminie tam nie pada...

A w radiu leci


Jakie miłe podsumowanie notki... Ile randek przetańczonych i ile wspomnień... Ile słów, planów, obietnic. Że na zawsze. Trzy licealne lata... Studniówka, bal maturalny...

A nie mam po Tobie ani jednej fotki, tylko mój syn ma po Tobie imię (taki sadomasochizm z mojej strony).

Spotkałam Cię po latach. Nie rozmawialiśmy. Nie wiedziałeś, że jestem, nie widziałeś mnie, ja poznałam Cię, mimo że bardzo się zmieniłeś. Nie mogłeś mnie po prostu zobaczyć...

"Wybieraj: studia albo ja"... Na tym peronie...

Chyba źle nie wybrałam, ale kto wie?


UPDATE

Jak bardzo nienormalna jestem w skali od 0 do 10, skoro absolutnie nie obchodzą mnie Igrzyska Olimpijskie, którymi rzekomo żyje cała Polska?


piątek, 30 lipca 2021

Sny

 mam coraz koszmarniejsze, Kochany Pamiętniczku, znakiem tego wiadomo, że coś pierdalnie. Ale ostatnio mam takie koszmary, że nie mam odwagi otworzyć oczu, bo boję się, że znajdę się w środku tego koszmaru.

Dziś w nocy zaatakowała mnie kaczka, taka żółta, gumowa kaczuszka,która potem zamieniła się w małe dziecko, przeraźliwie ryczące, dziecku zaś z oczu i innych otworów zaczęły wylatywać chmary robaków, ważek, motyli, wyrastać pędy roślin, uciec chciałam, ale nie mogłam, bo z zamka też wyrastały pędy roślin i klucz nie pasował...

Otwierając powoli oczy widziałam zewsząd pędy zwisające...

I nie, nie mam aż takiej dżungli...

No nic, poranek nastał, poleciałam na zakupy, w siódmym niebie, albowiem mp3 znalazłam i czułam się bosko, choć pewno ludzie na straganach dziwili się, że inaczej mówię (i tak inaczej mówię, mając aparaty)...

Szczęśliwa jak żaba w błocie dolazłam do domu, zaczęłam ogarniać tę kuwetę, gdy Inżynier korektę zrobił, że Kalafiorkównę trzeba też w piątek pilnować, dobra, nie ma problemu, zaznaczyłam tylko, że nie wiem, czy ona ze mną tyle wytrzyma :) Powiedział, że nie ma wyboru, będzie musiała, a ja cieszyłam się, że Alienek jednak będzie miał dodatkowy dzień terapii, bo jeszcze na jutro się załapali, a jest nadzieja... 

Z Sikorką sobie pogadałam, kuwetę powoli ogarniając, zadowolona z życia, powoli, wolnym walcem, bo maili sprawdzać nie musiałam, żyć nie umierać, pościel zmieniona, pierła się, pogoda suszowa...

Wtem Inżynier puka i pyta, czym w domu (słucham radia na Bluetooth, więc jak przychodzi wiadomość na MSG, w słuchawkach pika, nie wiszę na kompiku). Na szybkiego Skype'a zapraszał i już mi się lampka alarmowa zapaliła, bo on zarobiony po kokardkę i kucyki, a na Skype'a prosi...

Tytułem wstępu zaczął, że mam syna idiotę, z czym się ABSOLUTNIE zgadzam, nie wiedziałam jeszcze tylko, o którego chodzi - o tego z pietruszki, czy z rzodkiewki. 

No, nie tylko ja mam syna kretyna, Inżynier ma brata idiotę. A ja jestem biedną matką debila.

Albowiem Debila córka przyjaźni się ze starszą o 3-4 lata dziewczyną i z ową i jej matką była na wczasach. I są och, ach, że ojapierdolę, siostrami. Szczerze? Wiem, nie ocenia się książki po okładce, ale mnie się ta znajomość w ogóle nie widzi. Pani mama jest hmmm... nieciekawa z profilu na FB (tak, wiem, nie oceniamy książki po okładce). Moja synowa dostosowała się do opcji i hmmm... też nie wygląda ciekawie, a wprost mówiąc - jak spod latarni. Takiego gorszego sortu, ale oczywiście, nie oceniamy. Rzeczona psiapsiółka wciąż siedzi u nich, czemu dziwię się, bo ja z takiego bajzlu wiałabym w rączych podskokach jak sarenka.

To tak dla zakreślenia tła dramatu.

Wczoraj cała rodzina poszła ponoć po zakupy, nie zabierając kluczy, albowiem w mieszkaniu została rzeczona psiapsióła małolata. Z nakazem niewychodzenia z domu. Ale wyszła. I drzwi się zamknęły. Ponoć to drzwi jak w forcie Knox, chociaż ja ich tak nie pamiętam, a wiem, że od wewnątrz ich nie zamykali, co mnie bulwersowało, bo mam fobię na zamykanie...

No nic, mój syn kretyn, zamiast wezwać ślusarza, wszedł na dach 6-piętrowego bloku (mieszkają na ostatnim piętrze) i... skoczył na balkon. Kurwa. Z wysokości mniej więcej 3 metrów. Mają balkon prawie tak szeroki jak moja loggia, a długi wzdłuż całego mieszkania. Komandosem nigdy nie był, sportów nie uprawia, czterdziestolatek z brzuszkiem, ojciec dwójki dzieci.

Na opierdol od brata, czemu nie wezwał ślusarza, powiedział, że nie mógł, bo sranie w banie, kosztowałoby go to 3,5 tys. złotych. 

Na opierdol, dlaczego nie pojechał na SOR wczoraj odpowiedział, że żyje. Boli, więc nie pojedzie na SOR, ale do chirurga.

Nie mówić matce, bo matka jest na niego obrażona, o całokształt.

Na całe moje szczęście moje drugie dziecko jest kretynem tylko w niewielkim stopniu i przekazało mi wszystko. 

Piszę do Idealnego Kretyna i po chwili odzew. Wypierdolili go, bo chirurga już nie było o 11.30, kazali jechać na SOR.

Dzwonię na MSG, a na obrazie jakiś zarośnięty bezdomny, ze strąkami tłustych włosów, za chwilę opierdol od kogoś, bo kazałam mu maseczkę zdjąć, bo guzik widać, co bełkotał.

Więc: podejrzenie złamania kostki. Na szczęście po prześwietleniu okazało się, że tylko nadwyrężenie obu nóg. A ja pisałam, że jak coś ma brać ortezę, nie gips, ja zapłacę.

Nie wiem, jak ustosunkowała się do tego szanowna małżonka tego pojebańca.

Bo ja, po pierwsze (i nie, to nie jest laurka), w życiu bym się na taką akcję nie zgodziła.

Dwa, nie zostawiłabym, kurwa, a też miałam pojebanego i nieogarniętego faceta za męża, samego w takiej sytuacji.

Ona jest bardziej pojebana niż on.

Googiel.

Awaryjne otwieranie drzwi. Czat. Nawet dzwonić nie trzeba. 150 zł. Więc dziękuję i mówię, że mam syna kretyna, za print screen obrywam od Inżyniera, że jak mogę do obcych o własnym dziecku, on by swoje objechał. 

Poczekam, kurwa. Widocznie nie jestem idealną matką.

Trudno, lepszą już nie będę. 

Nie jest potrzebna orteza, ma (ponoć) chodzić. Ma naproxen, opuchlizna schodzi.

Na moje o cenie, zaczyna znów, kurwa, snuć spiskową teorię dziejów, że jego drzwi to jak fort Knox...

Idę kupić butelkę wina.

Chociaż jedna może nie wystarczyć, żeby spokojnie spać do rana.

Kończę ogarnianie kuwety, ładowanie wizjera, trzy razy sprawdzając, czy wszystko zamknięte, czy żadne zmory nie wlezą...

Po długiej ciszy odzywa się Kretyn. Ponoć opuchlizna schodzi, powoli, ale schodzi.

Nie wnikam, nie drążę. Żadnych innych informacji. A ja mam już wszystko w dupie.Jeżeli źle się dzieje w państwie duńskim, należy o tym ROZMAWIAĆ. Co, nie, kurwa?

A, jeszcze Inżynier wspomniał w czasie sesji na Skype, że teść przyszedł do nich na imieniny córki (ja tylko życzenia składam, ustaliłam regułę: urodziny, mieli wybór, dla mnie 8 osób plus 4 na święta, to do usranej śmierci na prezenty nie zarobię) z głęboką raną w tyle głowy. Bo bierze leki zaburzające równowagę i spadł, ściągając coś, walnął w kant stołu... i nic mu nie jest.

Też mam zaburzenia równowagi, więc mam na wysokości kurz. Mamy się dobrze i kurz, i ja :)

A, na zakończenie dnia poszłam do banku i aczkolwiek rewelacji nie ma, nie będę walczyła o więcej, bo mnie szlag. W sumie nie jest źle, przynajmniej za te świnie uczciwie zapłacił, a że całość w pensji, więc jednak emerytura drgnie. 

Będzie nawet na lepsze wino, nie tylko na patykiem pisane.

I tym optymistycznym akcentem końćzę dzisiejszą notatkę, ciesząc się, że wciąż mam dwoje dzieci na stanie.

Aczkolwiek tego Kretyna to chyba lepiej w następnym życiu wyskrobać?

Jakaś ankieta może?

I dałabym mu, kurwa, te 3,5 tys. z bólem serca, bo to dwa lata mojej dodatkowej pracy, żeby tylko, Kretyn jeden, z dachu nie skakał. I nie, nie chodzi o mnie. Jest idiotą, ale jest też ojcem Małej Wiedźmy i Papryczka...

Manie rodziców jest warte każdej kasy...




czwartek, 29 lipca 2021

I czwarteczek

 minął, Kochany Pamiętniczku.

Fryzjer, spacerek, główka, starą trasą do pracy.



 

Boss na urlopie, więc luz i hasta manana w całej rozciągłości.

Pogadałam, pożaliłam się, czosnek zabrałam i do domu wróciłam.

Nową pracę dostałam, będę cały tydzień po południu niańczyła Kalafiorkównę, żeby Alienek mógł spokojnie chodzić na terapię (coś widać nie pykło, jak synowa zabrała małą).

No to trochę pooswajam to małe ziółko, może wreszcie się załamie i będzie bardziej miziaste.

W domu odłożyłam zapas dla Inżyniera, na prezent dla E., a moja działka wygląda tak


 W przyszłym tygodniu pojadę po papier do ZUS, to wreszcie kwiatek zwinę. 

A jutro tradycyjny dzień gospodarczy, na luzie, bo pracową pocztę mam w pompie, choć już dosyłają. 

A jako że Boss jeszcze tydzień na urlopie, to na spokojnie wszystko ogarnę, bez nerwów, mimo niańczenia Kalafiorkówny.

Żeby jeszcze te upały sobie poszły, byłoby idealnie.

A olejek goździkowy pięknie pachnie i z tej okazji kupiłam mu nowy kominek, bo stary lada chwila padnie...



Nie do końca o taki mi chodziło, ale tylko to było w chińskim sklepiku, może w necie poszukam i coś znajdę :) 

 

UPDATE

Wywaliłam aparaty. Znów słucham muzyki, co dziwniejsze: chodzę znów dawnym krokiem, nie człapiąc, jak starucha. Wchodząc do redakcji, po staremu ostudziłam wiwatujących na mój widok: pójdę do (jeszcze) mojego pokoju, odłączę się od mojej rzeczywistości, podłączę do realu :) Zadziałało, jak kiedyś, dobrzy ludzie ze mną pracują ;) 

W dupie więc mam słyszenie czy nie.Większość sprzedawców nie ma już maseczek. Jak widzę, że ma maseczkę, po prostu omijam go szerokim kołem. Sama maseczkę noszę, aparaty w torebce czy w kieszeni.

Życie z muzyką nabiera barw, zwłaszcza gdy śpiewa Il Divo :) 


środa, 28 lipca 2021

Obudziłam

 się wczesnym rankiem, mama ciao, mama ciao, Kochany Pamiętniczku...

A, nie wróć, obudziłam się późno, po koszmarnej nocy, podczas której męczyły mnie takie sny, że ojapierdolę i na pewno nie były to sny zwiastujące miłe rzeczy. No cóż, c'est la vie.

Moje słodkie, seksowne ciałko pokąsane przez chuj wi co, AjedenB Rh minus się kłania, wołało rozpaczliwie o ratunek do... no właśnie, do kogo?

Dobrze, że nie spuchłam, nie dusiłam się i nie musiałam jechać na OIOM.

Zwlokłam zwłoki, szczęśliwa, że TO BYŁ tylko sen, na zegar spojrzałam i rzekłam sobie: na godzinę się nie umawiałam.

Zwłoki poszły do wanny, potem do kuchni, potem ze śniadaniem siadły przed kompikiem, codzienne pasjanse obczaiły i wlazły na pocztę...

A na poczcie G. larum grał, że na SMS nie odpisałam.

Serio? Gdzie te czasy, że na SMS się odpisywało błyskawicznie? Gdybym nie wlazła na pracową pocztę, nie wiedziałabym, że ktoś do mnie SMS pisał. No i jeszcze szukanie telefonu, komu jest potrzebny telefon, jak jest nikim?

No dobra, w dupie mam zainteresowanie moją osobą ostatnio, albowiem, a nieważne :)

G. się uspokoił, że "nie zniknęłam w czarnej dziurze" jprdl, jak mnie nie ma online chwilę, to umarnięta jestem, umówiliśmy się na juterko, był gotów czosnek dowieźć, ale próżne nadzieje i tak muszę na ulicę M., bo muszę tę jebaną zdolność do pracy fizycznie dowieźć, a przez RODO nie da się cudzymi ręcami.

No i okazało się, że moja E. ma dziś urodziny. Piszę zatem, a, nie widziałyśmy się od lat. Znamy się z Auschwitz, lubię ją. Odpisuje, umawiamy się na niedzielę.

I tak jeden warkocz czosnku od G. powędruje do niej. Myślę: Rossmann, ale przecież mam na osiedlu eko w chuj :)

Bieżę zatem tam, zostawiam w chuj kaski, ale te perfumy na bazie pszczelego wosku są warte swojej ceny :) 

Do tego winka z Big Bena, gdzie załapuję się na promocję, rejestrując się jak Rasowa, nie Anonimowa alkoholiczka, jeszcze tylko jakieś badylki w doniczce, E. jest wrogiem ciętych badyli i po bólu. 

Jeszcze tylko jutro wstać, zdążyć do fryzjera, bez koszmarów w środku nocy i takich tam, bez bąbli po nocy, rozdrapanych do krwi mimo wapna i... Niech chuj strzeli NOEGO w plecy, bo w dupę by jeszcze miał przyjemność. Na chuja wpadł na pomysł zabierania na arkę owadów? Pojebało go?


Ciąg dalszy nastąpi :)


wtorek, 27 lipca 2021

Urlop

 zaplanowany miałam na początek sierpnia, Kochany Pamiętniczku. Ponieważ jednak wzięłam urlop w lipcu, żeby tego jebanego insertu, który i tak robiłam, nie robić...

Więc pierdolę, nie biorę. Mam jeszcze 14 dni urlopu, znaczy się, mam jeszcze sporo, przy tym mam 4 razy urlop na żądanie. Nigdy nie brałam, ale zawsze mogę :) No nic, zobaczymy.

Warzywka się zamknęły bezboleśnie, więc okna pomyłam, bez szaleństwa, w kuchni i w małym pokoju, w dużym jeszcze dychają. Gdzie ta ja, co okna myła co miesiąc?

SKS?

Może, a może racjonalne podejście do życia nareszcie? W małym pokoju i w kuchni nie mogę otworzyć okna, momentalnie pojawiają się stada tych wielkich, obrzydliwych much, sądzę, że to "zasługa" srajd bytujących w wykuszach. Trudno, jeszcze jeden powód do zmienienia mieszkania jak coś, albo do zamówienia moskitery, ale profesjonalnej, albowiem te na rzepy z marketów o kant dupy potłuc, szkoda wyrzuconych na nie pieniędzy. Może gdyby ktoś mi to porządnie założył, ja sama się boję, już i tak okna myję z duszą na ramieniu, bo mój błędnik jest w coraz gorszym stanie i obawiam się, że za niedługo będę zamawiała mycie okien.

I tak, ja u mojej teściowej myłam, ale sama nawet nie odważyłabym się plumknąć - moje synowe okien nie myją, bo nie, Inżynier by pewno zamówił usługę, a Pierworodny chciałby myć sam, bo umie, ale pierdolę.

Wiem, zacięta jestem, skoro sami nie wpadną na taką opcję, prosiła się nie będę. Jak wylecę, będę śpiewała Volare, ho, ho, ho... 

Tak zawsze wszystko sama i prosić nie umiem.

No i najgorsze, że moc straciłam. W normalnych latach,gdy umyłam okna, ewentualnie samochód, nie trzeba było się modlić ani o deszcz, ani o burzę, a teraz dupa i nic.

Za to coś mnie żre wciąż namiętnie. Dziś poodsuwałam meble, omiotłam pajęczyny (nosz, wystarczy zdjąć okulary i sprzątać nie trzeba, latarka, górna lampa, okulary i ojapierdolę, wszystko widać), włączyłam dwie lampy owadobójcze (pic na wodę i fotomontaż), aplikację ultradźwiękową, odstraszającą komary w starym ajfoniku. Ugryzienia doprowadzają mnie do szału, pocieszam się jednak, że znów nie ląduję na OIOM. Znów starcie z Inżynierem: musi się mama przebadać. Nic nie muszę. Właśnie poczytałam o skutkach ubocznych i tak, jest sporo wstrząsów anafilaktycznych, a ja nie mam ani zdrowia, ani ochoty na latanie po lekarzach, gdzie wszędzie jest spychologia. Jeżeli wstrząs anafilaktyczny jest przeciwwskazaniem, powinien być wyznaczony punkt, gdzie to sprawdzają, a nie, że ja mam latać po chuj wie ilu przychodniach. Pominęłam tę kwestię milczeniem,wiele rzeczy pomijam milczeniem. Jest uparty jak ja, a ja już dorosłam :) 

Jakbym mu powiedziała, że ma nie latać rano po parku, bo tamte chwile, to by mnie znów zjechał. Półmaraton w Londynie też przeleciał, a ja tu umierałam ze strachu, bo lekarz powiedział: żadnego wysiłku fizycznego.

No cóż, każdy ma swoje do przeżycia, co nie? Każdy ma swoje piekło.

Do fryzjera się nie dostałam, jednak "ta chuda" ma więcej klientów, nie wciśnie mnie, więc tak, idę, ale w czwartek dopiero, znów na godzinę, nienawidzę terminów i czekania. Pilnowania.

Ale za to będę wyglądała jak młoda bogini, co nie? ;) 

A juterko jadę do firmy, oddać te badania okresowe w oryginale, od razu poproszę o zaświadczenie o zarobkach do ZUS, pewno znów o jakieś 20 zł mi wzrośnie emerytura. A, i G. czosnek przywiezie, 250 zł wydaję teraz rocznie na czosnek :) Zamówiłam 100 główek, ale czosnek wart grzechu, mam nadzieję, że i w tym roku taki będzie :)

A na balkonie


... pomidorki się wmeliły, nie wiem, czy coś z nich będzie, podlewałam w ramach zero waste wodą po parzeniu pomidorów, pewno się pestka zaplatała :) Trochę już późno na nie, a i nie wiadomo, czy się jakaś zaraza nie wda, ale miło popatrzeć.

I tak tuptając, natknęłam się na gąsienicę


... i nie, nie rozdeptałam. Tak sobie pomyślałam, że może jakiś piękny motyl się z niej wykluje. I nie zniszczy żadnego badylka?

No wiem, głupia jestem... Jak but...

Przeglądam fotki na FB i zastanawiam się, co jest ze mną nie tak?

Wszyscy jeżdżą na wczasy, a ja zaczynam wtedy liczyć złotówki, kombinować jak koń pod górkę i...

Podobno poznaniacy to Szkoci wyrzuceni ze Szkocji za skąpstwo, a drut miedziany powstał, jak dwóch poznaniaków zaczęło wyrywać sobie grosz...

Raz zaszalałam, jadąc z Inżynierem do Paryża, nie oglądałam euro, nie patrzyłam na ceny, bawiłam się, jakby jutro miał się skończyć świat.

No ale to se ne vrati, wszyscy, z którymi można było szaleć ustatkowali się.

Tylko ja wciąż taka zawieszona.

I wciąż nie dorosłam do tego, co mi kiedyś zalecał ktoś: idź sama i pierdol wszystko :) 

Chyba nigdy nie dorosnę do tego.


Do tego koszmarne sny. Od kilku lat mam fobię na temat karty bankomatowej, odkąd mam zbliżeniową, a zwykłą kiedyś, wieki temu, posiałam w niedzielę przy bankomacie, zorientowałam się w czasie mszy, przy bankomacie był ze mną Inżynier i też nic nie zauważył. Ale to nie była karta zbliżeniowa.
Więc sen, kiedy nie mogę znaleźć w portfelu karty, aaauć.

Budzę się w środku nocy i w panice szukam portfela i karty i... 

Uff, to był tylko sen.

Taka faza z Inżynierową: taplanie w błocie.

 Bo jej zdaniem szczęśliwe dzieci, to brudne dzieci, a dla mnie brudne dzieci to była trauma :)

Standardowo raz do roku podrzucam jej

i tak sobie miło gawędzimy :)

A dziś śniło mi się, że stoję w drzwiach łazienki, a w przedpokoju są TE dzieci.

Wstałam z łóżka tylko dlatego, że nie chciałam nasikać na nie.

Ale do łazienki leciałam kurcgalopkiem, oglądając się na boki i z duszą na ramieniu. Przy włączonym świetle. I włażąc na wyrko wciąż widziałam te błotne figurki...

Chyba pora do urenki, skoro sny biorę za rzeczywistość...


piątek, 23 lipca 2021

Gott

śpiewa moje ulubione Blue Spanish Eyes, Kochany Pamiętniczku...

Me serce drży dokładnie tak, jak 48 lat temu na peronie... Kiedy wiedziałam, że wszystko się kończy, że już nic nie będzie nigdy takie samo, że...

A, po godzinach, grubo po godzinach negocjuję z Bossem.

Zaproponował dokładnie 55 zł więcej za te świnie (a gdzie insert?), myśląc, że oszołomi mnie 3500 brutto.

Nosz, kurwa...

Nie ja ustalam zasady podatków.

I nie, nie zarabiam oszałamiających kwot, pracując od 10 lat bez podwyżki. 

No nic, nie odpisuje, ale w dupie to mam.

Zamykam pocztę, zobaczymy w dniu wypłaty.

Mściła się nie będę, bo nie mogę na kimś za jego nieogar. Po prostu będę pracowała za pensję i żadnych dodatkowych cudów.

Korektorzy chodzą po ulicach i szukają pracy (słyszę to od 1992 roku, odkąd zaczęłam pracować w tym zawodzie).

Perhaps. 

Proszę zatem ich łapać i patrzyć na efekty ich pracy. 

Piwko mi się ochłodziło, jeszcze łazienkę ogarnę, podłoga i legnę do góry brzuchem.

Tak jakby, bo warzywka znów się w całości nie dowiozły, więc poniedziałek albo i weekend do dupy...

No ale powinnam się zesrać takimi zarobkami, bo i tak zarabiam na pół etatu więcej niż planowana nowa średnia krajowa.

Tylko, że pracuję od  44 lat, z przerwą na urlop macierzyński, kiedy zapierdalałam w podskokach jak gazela za obecnymi podatnikami, bez pińcetsplusów i innych cudów. 

I tak, nawet jak podniosą minimalną, będę miała więcej, bo to pół etatu. Inna bajka, że od 10 lat złotówki więcej na oczy nie widzę, nie mówiąc już o tym, że home office to dla mnie nie tylko zysk, ale i koszt, a o tym nikt nie myśli.

Boss się zawiódł na moim niepowrocie, bo nie może znienacka i ukradkiem wlecieć, sprawdzić, czy pracuję, czy gram.

A zapewniam, że gram, żeby zabić godziny oczekiwania na pracę. Dziś czekałam od 9 do 14, zanim coś drgnęło. Ale potem pracowałam, jak robot nakręcony na kluczyk.

Czytając wszędzie, że nie wymienię gdzie, o szacunku dla pracowników, o docenianiu, o skracaniu tygodnia pracy do czterech dni, że ludzie lepiej wtedy pracują...

... oczami duszy widzę, jak kładę się w psychiatryku, grzecznie biorę pigułki i mam na wszystko WYJEBANE...

 

UPDATE

Facet, zarabiający kwoty dla mnie nieosiągalne, targuje się ze mną o wynagrodzenia niewchodzące w skład mojej pensji, argumentując, że w tym miesiącu było mniej stron. KURWA.

To nie jest wynagrodzenie za ten miesiąc, jak w miesiącu mamy full stron więcej dostaję identyczną pensję.

Mam czasem, KURWA, ochotę komuś dopierdolić.

Siostro Rachted, i need you...

 

 


czwartek, 22 lipca 2021

Lepsze

 jest wrogiem gorszego, Kochany Pamiętniczku, znana prawda.

Bladym świtem wkurzył mnie Cezar. Ma układy z Bossem, więc myśli, że jemu się należy. Zawsze dosyła mi materiały w momencie, kiedy padam na ryj i nie, że to musi być teraz, nie jest po prostu porządny, zorganizowany, pisze wcześniej (i takich redaktorów mi brak). Ale popędzanie mnie w momencie, gdy się wszystko jebie, nie jest OK. Krótko pracowaliśmy razem realnie, ale powinny go zastanowić plakaty na drzwiach mojego pokoju i moja kwaśna mina, bo zazwyczaj to ja jestem do rany przyłóż, a się zagoi.

No nic. 

Wczoraj napisałam, że zrobię jutro, a dziś rano obok nowego tekstu ponaglenie o wydruki.

A.... Kurwa mać...

Nic nie usprawiedliwia poganiania ciężko pracującej korektorki. 

NIC.

Pan redaktor ma swoje tematy, a biedna korektorka ma na głowie cały świat.

No dobra, wszystkie teksty w redakcji, razy dwa (co najmniej).

I nagle stuka ktoś do drzwi, natrętnie, głośno, że aż strach...

A nie, wróć. Dym się wdziera do mieszkania, więc biedna korektorka (jeszcze w piżamie, w stroju niedbałym i z rozwianym włosem) wyskakuje z łóżka, leci na balkon... i kurwa, nos jej nie myli, ale co to się pali, gdzie to się pali?

Ponieważ w okolicy nie ma paniki, straż też nie nadjeżdża, zapach dymu niknie, lezie do wanny. Śniadanie, emilkowanie z Cezarem i nagle dupa.

Pada poczta.

Firmowej się to zdarza, więc korektorka pisze SMS do G., ale nam się czasy nie zgadzają, a po odwiśnięciu poczty na moim kompiku wyskakują komunikaty, że się zapchała na amen, a z firmowego od dawna nie ma opcji wysyłania emilków, bo ma jakiś błąd.

SMS do informatyka, a ten zjawia się migusiem, bo 20 minutach (miał być w poniedziałek), z nowym sprzętem pod pachą


 (tapetka już moja, gdy informatyk w siną dal, w siną dal pomaszerował lewa prawa...)

Mój kochany, chyba ostatni w życiu Maczku, będę za Tobą tęskniła aż do śmierci, usranej, amen.

Nosz, kurwa, ponieważ taki life i muszę mieć dwa kompiki do obsługiwania tej kuwety, reanimuje mi też pocztę na prywatnym, ale na WEB, nie na Outloku. 

No i DUPA, DUPA...

A, za dużo pisania, kto ma wiedzieć, ten wie, kto nie to i tak nie wytłumaczę...


Zyskuję za to miejsce na nowe magnesy, albowiem na lodówce się skończyło...



... ale tak jakoś mizernie i poczta na WEB mnie wkurza, bo nie wyskakuje, a...

Może Inżynier przy okazji coś zaradzi, ale wątpię. Bo na tym jebanym lapku nie mogę nawet wywalić SKRÓTÓW nie będąc adminem, a to, czego nienawidzę, to skróty na pulpicie. I łączę się w bólu z T., bo mnie ani Microsoft Edge, ani Chrome nie odpowiada, a Liska nie mogę założyć, nie będąc adminem. 

A i pisanie na laptopie (nie, że nie umiem, do pełni szczęścia potrzebuję tylko myszy, nienawidzę touchpada, mysz dostałam, nie robi mi różnicy klawiatura PC czy MacIntosh) nie jest tak wygodne, jak na normalnej, nieważne, czy wypukłej, czy nie. Wysokość robi różnicę. No nic, poradzę sobie, ale co pomarudziłam, to moje. 

Cóż, chyba będę musiała z tym żyć.

Chodzi jak chodzi, zadaje głupie pytania, ma kretyńskie ustawienia, i jak pisał T. mimo ramów, sramów i innych cudów jest do dupy.

Ale będę musiała z tym żyć.

I tak mi dzień minął, na pierogach z piątki (moja wątroba say no)...

Jeszcze jutro, ale po emilkach widzę, że będzie się działo... Bo ich nie było.

No nic, skoczę, gdzie mam skoczyć, wino w lodówce jutro musi być.

Bezapelacyjnie.

 

A, dziś 22 lipca. 22 lipca, d. E. Wedel. 22 lipca urodziła się moje pierwsza wnuczka. Że bawi nad morzem, wiem z FB. Posłałam kasę na konto Pierworodnego, życzenia na MSG i na FB, No bo kurwa - taki mam kontakt. Pierworodny podziękował w imieniu córki. Córka parę godzin później napisała, że dziękuje bardzo.

A dla mnie 22 lipca jest wspomnieniem pięknych dni z drżeniem serca: dojedzie, czy nie dojedzie, trzyletnich drżeń, bo wiadomo, 22 lipca to pełnia prac w w gospodarstwie, i święto nic nie zmieniało,a telefonów komórkowych nie było... 

Dojeżdżał, późno, zmęczony, ale dojeżdżał. I to były piękne dni, niezapomniane.

W sumie - w dupie to mam.  Dziś jestę tylko  bankomatę. 

Nie dopisałam nikomu.

Tak, jestem wredna, mam kompleksy i pojemną dupę.


PS  Reklamującym - blogspotowi się wygło, nie mi :) Mi wyświetlało Error 404.

poniedziałek, 19 lipca 2021

Nie ma

 wody na pustyni, Kochany Pamiętniczku.

Tak się zapracowałam, że nawet nie zauważyłam, że wodę wyłączyli. Jak ostatnio byłam w kibelku, woda była :)

Obiad jeszcze ugotowałam (kalafior na denaturacie, błyskawicznie, a i robaczki w środku się ugotowały, znaczy się gąsienice, ale nie wybrzydzałam, białko, jako jednak, że białka nie jadam, wywaliłam), ale że po śniadaniu nie zmywałam, bo nie było wolnej chwili, siedzę teraz w mieszkaniu, którego nie lubię. Niepozmywane statki. Mam co pić, albowiem wodę mineralną przytachałam z piątki. Nie mam czym spłukiwać kibla, bo do przepompowni po wodę z plastikowym wiaderkiem, w którym jak coś może się uchwyt urwać, nie polecę, bo nie mam zielonego pojęcia, czy nie padnę, dygając rzeczone.
Nie ma wody na pustyni, a Europa pod wodą tonie.

Pracowo też utonęłam, że odsyłając ostatni tekst nie byłam pewna, jak się nazywam (brakuje mi pod ręką Inżyniera, który na takie dictum recytował PT obojga imion i nazwisk).

No nic, kiedyś wodę włączą, oby prędzej niż później. Znikąd informacji, bo ani Aquanet nie podaje, ani to miastowe alarmowanie, ani żaden inny chuj.

A informatyk się nawet nie odezwał, ale chuj mu w oko, na razie drukarka drukuje.

Nawet nie miałam czasu zamonitować.

Jakiś popierdolony robal mnie żre, mimo zapór z komarzyc, jestem cała obolała, szpikuję się wapnem i niech się, jebaniutki, zatruje moją krwią.

Zmęczona jestem szalenie, a to dopiero poniedziałek, sama sobie zgotowałam taki los, napisałam do Bossa, pogonił ekipę i...

Może następne dni będą lżejsze? (Nie sądzę, warzywka znów mają chujowy harmonogram, a i teatr wpadł w trans, ojapierdolę.)

A może już pora do urenki? No ale nie mogę zasmucić Alienka...

I tak się to kółko kręci :) 

Apiać :D 




niedziela, 18 lipca 2021

Dzisiejszy

 poranek sponsorowało przeglądanie i skanowanie starych fotek,Kochany Pamiętniczku. 

Wywalona bladym świtem przez bezlitosne słońce, napieprzające mi po kopytkach snułam się po mieszkaniu jak smród po gaciach, aż w końcu zajęłam się czymś pożytecznym.

Znaczy się  - tymi zdjęciami. Zeskanowane wrzucałam z duszą na ramieniu na FB, albowiem nie byłam pewna tak do końca, co powiedzą ludzie na zdjęcia z ich młodości.

I tu niespodziewajka - okazało się, że ludzie swoich zdjęć nie mają, a moja przyrodnia siostra-niesiostra akurat wnuczkę u siebie miała i wzruszyła się, bo... wnuczka jej nie poznała, a ona sama nie miała tych fotek.

Tak się kończy niewyrzucanie niczego ;) Ale miło było ludziom dać chwilę wspomnień i oderwania od prozy życia.

A, ja 1974, słynna fryzura "na małpę" :) 

I tu, z "moim" księdzem, Barania


Góra, lato też 1974... Nawet nie pamiętałam, że mam to zdjęcie. Ja to po prawej, na brzeżku ławki... 

A tu już moja ostatnia miłość przed Eksem


piękni byli chłopcy z tamtych lat, z bujnymi czuprynami, aczkolwiek mnie zawsze denerwowały te długie włosy u nich, a lata, gdy Pierworodny miał włosy takie, że z tyłu brano go za dziewczynę, to był koszmar mojego życia, zwłaszcza gdy wyrzygał w nie szampana z makowcem (pić trzeba też umieć) :) 

Był młodszy ode mnie o dwa lata, już nie żyje od dawna. Nie ożenił się. Byłam jego ostatnią dziewczyną, musiałam mu zdrowo zaleźć za skórę, skoro już nie chciał żadnej niewiasty ;) I nie, nie był gejem. 

 I moja Ciocia. Siostra mojej mamy. Ze mną, ostatnie wspólne zdjęcie, na absolutorium Pierworodnego.

Już wtedy miałam kubańską, a dziś wyglądam zupełnie jak ona... Genów nie wydłubiesz. 


 Ciocia zawsze mi mówiła: wszystko ci urośnie, to i cycki urosną. Niestety, urosło mi wszystko oprócz cycków. Taka ze mnie kaleka :D

No cóż, życie...

 

A potem myszkowanie w starociach przerwał Inżynier, meldujący, że jadą na lody do Puszczykowa i pytający, czy mogą wlecieć na inspekcję. Na propozycję pizzy zaprotestował, ale ok, niech wlatują.  

Wlecieli, Alienek specjalnie dla mnie szyszkę z lasu przywiózł, bo kocha babcię. Kalafiorkówna zdystansowana jak zawsze, klocki, wynoszenie na gwałt badyli, bo wszystko leciało, słodycze na wierzchu, dzieci nagle głodne jak cholera, więc mówię: pizza. No i była pizza z Da Grasso, wydzielane przez mamę cukierki, pozytywki i wszystko co w łapki wpadło. Kalafiorkówna na turystycznym nocniczku sikająca, idealnie po niecałym tygodniu, zatem koniec zanieczyszczania środowiska pampersami. Kotek z ajfonika, doprowadzający do ataków śmiechu Alienka, i inne takie tam.

To była superniedziela.

Teraz zbieram siły na następny tydzień, bo to TEN tydzień.

Ale jest cudnie, choć już życia psiamać, popołudnie. 

Bo nawet gdy go już wsadzali do auta, a ja dygałam z kartonami po pizzy, wciąż mówił, że mnie kocha :) 

Mee love too, Alienku :) 

 

A o tym, że MW baluje z jakąś supermamą superkoleżanki  na wybrzeżu dowiedziałam się z FB.

W sumie mam to już głęboko w dupie.




sobota, 17 lipca 2021

Coraz

 więcej drobiazgów powoduje u mnie wybuch szewskiej pasji, Kochany Pamiętniczku. Nic dziwnego w tym, przecież jestem wnuczką szewca :)

Wczoraj, po napisaniu notki raczę się winkiem, słuchając radia i odreagowując ciężki dzień, łóżeczko już przygotowane do wyciągnięcia w nim kosteczek, gdy wtem ajfonik zaczyna wibrować raz za razem.

Na moje nieszczęście.

Pani z teatru potrzebowała mnie na gwałt, bo grafik jedzie na urlop.

Kurwa. Po winku - nie ma sprawy, trzeźwa byłam, ale kurwa, piątek, 20.30 to ludzie raczej w pizdu są, a nie zlecone robią, chyba że biorą jakieś dziwne.

No dobra, idę na pocztę, okazuje się, że zawalona niedoróbkami takimi, że ojapierdolę. A że PDF ma 36 stron, to jeździ okropnie, każdy ruch gryzonia to tragedia. 

No nic, skończyłam, odsyłam, a tu następny PDF, a jaki radosny emilek, zesrać się powinnam. Kolejna praca o kant dupy, pourywany tekst (jak nie mam całości, nie sprawdzę). Zaciskam zęby i robię, SMS, że zaraz będzie jeszcze jeden... 

Czekam, cisza.

Piszę SMS, że jednak mam inne plany na wieczór, dłużej czekała nie będę. Przepraszam.

Poszłam do łóżka z wyrzutami sumienia jak stąd do Księżyca i z powrotem, ale zasnęłam. Ajfonika schowałam w kącie, jak i inne urządzenia, żeby nic mi nie wibrowało, nie świeciło i nie pierdoliło.

Tak, mam ubogie życie osobiste, nawet wibratora nie mam, ale, kurwa, piątek w nocy już do roboty, bo cudzy grafik jedzie na urlop?

A rano SMS, że w sumie nic się nie stało, korekto nic się nie stało, więc po co, do chuja wafla zawracała mi głowę?

Ale... wysłała coś na emilka.

Na emilka tysięczna wersja błędna do wypęku, na takimż tnącym się PDF. I hahahahaha, do porannej kawusi.

No, kurwa, żyję tylko po to, by do wieczornej porcji alkoholu latać z korektą i do porannej kawusi też.

Skorekciłam, odesłałam z ostrym emilkiem, że ja tu w niewoli nie jestem, na zlecenie zgodziłam się grzecznościowo (bo im nikt nie chce tego robić, teraz już wiem, dlaczego, większego burdelu w życiu nie widziałam), że moim warunkiem był materiał dostarczany DZIEŃ wcześniej, a już na pewno nie po nocach na cito. Już dla nich dwa weekendy zarwałam, korekcąc tasiemcowe pierdolenie o Szopenie na temat poszanowania praw pracowniczych. Bo to elyta, co nie, pani, a ja zwykła tam sprzątaczka (choć w pierdoleniu i o szacunku dla personelu sprzątającego teatr były wzniosłe słowa). Jak widać, teoria a praktyka to w każdej firmie dwie różne sprawy.

Emilek przepraszająco-kajający, że ktoś tam poszedł w siną dal nad morze albo w inne góry... Że zastępstwo, że gwałt.

A, gówno mnie to obchodzi. 

Ja urlop układam z kalendarzem w ręku, bo wiem, że nie ma nikogo w redakcji, kto mnie zastąpi, nie ma opcji. Dwa razy w ciągu 11 lat tak naprawdę miałam urlop, kiedy ktoś mnie zastępował, ale to było uzgodnione z Bossem i miał czas na znalezienie za mnie zastępstwa. Załoga do dziś mi wytyka, że naraziłam ich na okropny stres, że więcej nie wolno mi tak brać urlopu. U nich w każdym dziale są co najmniej dwie osoby i zawsze ktoś trzyma wartę, fakt, że się napracuje. Ale ja jestem - tu pieję z zachwytu - jedyna i niepowtarzalna. A przynajmniej uczciwa.

Jak szłam na te jebane badania, uprzedzałam z tygodniowym wyprzedzeniem, że idę. 

Mieli w dupie? Mieli. No to musieli potem czekać.

Ale zmęczona jestem coraz bardziej taką sytuacją. 

Ludzką bezmyślnością. Niepamięcią. Niby piszę, ale jakoś nie odczuwam, że ktoś to czyta i przyjmuje do wiadomości.

Teraz przede mną ten nieszczęsny toner i wymiana sprzętu. I nie, nie będę czytała na wpół widocznych wydruków, będę korekcić w PDF, mając w dupie, że to dla nich gorzej. Niech wykopią informatyka, moje oczy są bezcenne.

A i niepierdolącego kompa też potrzebuję, bo urlopu już normalnie nie załatwię, tylko elektronicznie, a do tego muszę mieć VPN. Inżynier stanowczo zabronił pracowego VPN na moim kompiku, a ja Inżyniera słucham jak radia, a patrzę w niego, jak w telewizor :)

Tak mi dokuczyły upały - może nie tyle upały, co ta lepkość w powietrzu, że z bólem serca drabinkę zwlokłam, wentylator ściągnęłam i teraz siedzę... zawinięta w kocyk, bo zimno po nerkach piździ, ale za to mogę oddychać. A i obawiam się, że coś się wentylatorowi wygło, bo na jedynce zapierdala jak Zatopek, za szybko. No cóż... Kupi się następny, choć sklepu w okolicy już nie ma, a do galerii nie uśmiecha mi się jechać. A i za niedługo, wg projektów nie będę miała wstępu do żadnej galerii, kawiarni, knajpy ani ośrodka zdrowia, jako niezaszczepiona.

Z Manhattanu wróciłam dziś znów w mokrych gatkach i staniku, pot lał się ze mnie, włosy miałam jak świeżo po myciu, miał rację mój ojciec, mówiąc, że mój chłop to los na loterii wygrał - fryzura zawsze taka sama. A kumpela zawsze pytała mnie, po co mi grzebień, skoro czesana czy nie, zawsze mam jednakowy bajzel na tym głupim łbie:)  No teraz gorzej, bom łysa, ale bajzel się trzyma. Nie wiem, jak długo wytrzymają to aparaty, w normalnych warunkach bym ich nie zakładała, ale te jebane maseczki :)  

Jak patrzę na wprowadzane z dnia na dzień, bez ładu i składu, obostrzenia, poluzowania, nakazy, zakazy i komunikaty, warianty, alfy, bety, delty i chuj wie jeszcze co, to jednak czuję, że mój sceptyzm ma swoje głębokie podstawy. I nie, nie neguję istnienia koronawirusa... 

Ale w pizdu z tym. Jest weekend, balkon zielony, srajdy przepędzone skrzekiem jastrzębia. Wino w lodówce się chłodzi, telefon schowany w drugim pokoju, poczty pozamykane wszystkie, ciasteczka wyczyszczone.

Sobota, jest cudnie. Jeszcze jeden darowany cudownego życia dzień.




piątek, 16 lipca 2021

Jak zwykle

 niepotrzebnie odstawiłam attacus histericus, Kochany Pamiętniczku, ale ten model tak ma.

Mam, na rok (ostatnio chyba wydębiłam na dwa lata plus pandemia przesunęła), ale byłam tak wykończona, że nawet nie zwróciłam na to uwagi, tak byłam zmęczona.

Bo i upał jest nieziemski (po powrocie do domu mogłam wyżymać stanik i gacie, wszystko się kleiło, a rano kąpałam się i wszystko świeże zakładałam...).

Wizyta na 9.20 do okulisty. Miałam być 9.10, byłam 9 i to tylko dlatego, że od Rolnej lamencąc na piechotę do POLMEDU polazłam, nie było jeszcze tak gorąco, ale... Tam jest wąziutka ścieżka dla pieszych i szersza dla rowerów, a mnie szlag, bo na tej szerokiej, zamiast jechać na środku, czy po krawędzi z dala od pieszych, to w te i z powrotem zapierdalała młodzież i starsza młodzież na hulajnogach i rowerach, po linii rozdzielającej oba pasy, a pas dla pieszych taki, że moja kubańska dupa z wystającą z ręki torebką ledwo się mieściła. Uniknęłam potrącenia przez panienkę na hulajnodze tylko dlatego, że w mur się wtopiłam, panienka zapierdalała w ciemnych okularach, choć słońca za cholerę nie było.

Ja, stara, ślepa i głucha chodzę ostatnio po chodnikach jak uciekinier z pierdla. 

A jeszcze na chodnik wjechał samochód z firmy sprzątającej, panowie zbierali szkło pod wiaduktem, cześć i chwała, ale... mogli zaparkować nieopodal i dojść, cóż, za to im chyba nie płacą. I przed tym autem się ustrzegłam,bo wyjeżdżał, cofając się, a ja byłam w martwym polu.

Kurwa.

Ja to mam szczęście, co nie?

Ale dotarłam do celu, zameldowałam się, pierwsza panienka w rejestracji była zrozumiała mimo maseczki.

Okulista poszedł błyskawicznie, który to już raz gościa widzę? Na moje, że cyferek nie widzę, ale zgaduję, odrzekł, że dobrze zgaduję. Był uprzejmy, maseczki uchylił. Powiedział, że mogę dalej czytać do śmierci, aczkolwiek coś tam mam na granicy normy, dowiem się, co bo nie tłumaczył, a ja nie chciałam go męczyć, bo jednak ryzykuje, bez maseczki i ja to rozumiem. Okularki mam nosić, sama wiem, że okularki są do wymiany (wymieniam je od 3 lat) :) Chyba zaszaleję i wymienię, ostatnio firma zwróciła mi całość (ponad 1000 zł, choć są zobligowani tylko do 200, nie wiem, czy teraz się uda, no ale mam na to, w końcu raz się żyje, potem się straszy).

Pokój 3. Wywiad. Też mają obostrzenia, bo pani nie mierzyła mi ciśnienia, przyjęła na wiarę to, co zaraportowałam sama(a ta, trochę naciągnęłam), ale mimo pierwszego "nie, bo nam nie wolno absolutnie", jednak uchyliła maseczkę, mówiąc, że tak, ludzie mają z tym problem. Oczywiście, tak jak i okuliście podziękowałam serdecznie, bo przecież nie musieli.

No a potem zaczęła się gehenna. Korytarz z kłębiącym się tłumem pod gabinetem numer 4. Gość od ostatecznego werdyktu, dzielący i rządzący, znaczy się, dopuszczający albo i nie, miał jak zwykle poslizg. O czym lojalnie uprzedzał napis na drzwiach, że bada indywidualnie... Staruteńki (na emeryturę przeszedł w 2002 r., wiem, bom z niego wydusiła), z niemytymi (fuj, blech i bleee...) siwymi kłakami (też mam siwe, ale myte), ten sam od lat gość, ale... ten od "co za chuj to pani napisał?", nawet mnie nie osłuchiwał, nie macał cyców i dobrze :) Maseczkę grzecznie spuścił, rozumiejąc problem i zdziwiony był, żem zaaparatowana, bo nie widać :) Na moje: a może pan nie podpisze, opierdolił, że na złość podpisze i mam w podskokach do roboty, bo młoda jestem, a robota jest mi do szczęścia potrzebna, chyba że chcę w krótkich abcugach wykitować... :) I jak nie ja, to kto będzie pracował, dodając: dobra pani jest, skoro pani na emeryturę nie wysyłają, bo mogą...

Cóż było robić, podziękowałam i poleciałam do domu, wkurwiając się na to, co mnie tam czeka.

Dwa przystanki jechałam, a kanar mnie dopadł, usatysfakcjonowany, bo wsiadaliśmy razem, a ja nie odbiłam.

No nie, mam zapłacone do grudnia. Musiał się obejść smakiem.

Z pętli kurcgalopkiem do domu, po drodze Biedronka, bo piękne róże były, dwa dupomirki, wpadam mokra i jest.

Kurwa. Wiedzieli od kilku dni, że dziś jest jak jest, ale oczywiście, J.B. jak zwykle, a szkoda słów.

Tak samo teatr. Pół teatru skorekciłam na telefonie, nie dowierzając, że mi PDF otwiera.

A reszta teatru - patrząc na to, ile mi płacą, wiem, że mają w Kosmos wyjebane pensje (a to przecież budżetówka), a zatrudniają, nie da się ukryć - debili. 

Całe życie z debilami, Kochany Pamiętniczku, taka prawda i chuj.

I nie, nie chodzi mi tu o to, że robią błędy, bo błędy rzecz ludzka i dzięki nim korekta ma na sól do śledzia. Ale swoją robotę odwalają tak niechlujnie, że chuj. I wkurza mnie to niechlujstwo. Bo gdybym ja tak niechlujnie pracowała, w każdym numerze byłyby co najmniej trzy ortografy.

Bo literówki są, były i będą, bo nawet moja znajoma, prowadząca, a jakże jebitnie wybitną grupę od redakcji na fejsie, pewna, że wszystkie rozumy pozjadała, bo ona wielka redaktorka jest, poprosiła mnie, bym coś znalazła w książce, którą kupiłam i przypadkiem w niej odkryłam, że to ona ją korekciła. Zawsze czytam stopkę :) No i parę stron i jest 


 Widzi ktoś błąd, bo ja widziałam go od razu, spojrzawszy na kartkę.

Czytam dalej i 


... około łączy się z dopełniaczem, czyli trzystu-czterystu powinno być.

Piszę, bo prosiła o zwrócenie uwagi na błędy. Myślałam, że chce się czegoś nauczyć. Ale nie, focha strzeliła, że nie jej błędy, że błędy tłumacza. WTF? Przecież nie będę pisać do wydawcy, że pani korektorka byka puściła... No ale ona liczb nie czyta i ich nie lubi. Ja też nienawidzę matmy, ale taki fach, czytać trzeba wszystko ze zrozumieniem...

Taka tam dygresja na temat mojego pojebanego fachu. Więc z boku patrząc (ta, wiem, jestem zbokiem, patrzę z boku), chyba miał rację pan doktor, że pracować trzeba do usranej śmierci i nie wstydzić się swego wieku :) 

No i fochnęła się, bo jak to, nie mam grupy, nie jestem trendy...

A kij jej w oko, bo w dupę by jeszcze miała przyjemność :) 

Z innej beczki... Moja teściowa (świeć Panie nad jej duszą)  podsuwała mi co rusz broszurki z przepowiedniami. Jako że osobą ugodową jestem i nie odbieram ludziom radości z mania racji, potakiwałam.

A przepowiednie głosiły: upadek Kościoła jako instytucji (zgadza się, sama jestem rozdarta między ludźmi z Kościoła, znaczącymi w moim życiu, a tym, co obecnie głośno mówi się o tej instytucji). Rozdarta, bo moje dzieciństwo sielskie anielskie, lata 50. to przedszkole prowadzone przez siostry zakonne, zastrzyki z gentamycyny (aczkolwiek to może być przyczyną mego kalectwa, ale to już inna bajka) wykonywane przez siostrę zakonną, bo pielęgniarki w wiosce nie było, Eda, wyciągający mnie z depresji po śmierci mamy, kopiący mnie w dupę, wówczas jeszcze zgrabną i ponętną, kserokopia Roberta Redforda, dla mnie jak starszy brat, temat na telenowelę, opowiadający o mnie jako o "zwariowanej, ale kochanej bibliotekarce" do końca swych dni... Niemający mi za złe, że mam tylko ślub cywilny. Mówiący, że będę albo dobrym katolikiem, albo dobrym człowiekiem, mam to na piśmie. Ma miejsce w Wikipedii, a i Google go dobrze zna.

Ksiądz Stanisław W., kanonik, na emeryturze w mojej byłej parafii, wikary w mojej rodzinnej wsi. Dał mi ślub kościelny, znając sytuację. Miałam ślub kościelny z możliwością kościelnego rozwodu. Buntowałam się o to, a przyjaciółka teściowej rzekła mi: to twój przyjaciel. Myśli o tobie, nie podskakuj. I paru innych księży z naszego życia, bo i moi chłopcy byli kościółkowi. Pierworodny jest do dziś i nie wiem, czy to pod teściów, czy naprawdę.

Ja byłam w tej dobrej sytuacji, że kazań nie słyszałam, modliłam się w tym czasie.

Dziś wiem, że nie wrócę.

Chociaż ponoć nigdy nie należy mówić nigdy :) 

Tak więc upadek Kościoła jako instytucji po pierwsze.

No i sajgon przyrodowy, że rzeki wyleją, że morza zaleją, że huragany będą.

Patrząc na to, co się dzieje, prorok jakiś te przepowiednie pisał, czy cuś.

Że będzie głód (a będzie, bo... cóż robię w branży).

Że kto wierzy w gusła, temu dupa uschła?

Wywaliłam te broszurki, a szkoda.

Jakbym pokazała Inżynierowi czy nawet Pierworodnemu obśmialiby.

A to nie do końca tak.

Przyroda mści się za lata lekceważenia jej zasad.

A ja sama: tęsknię za rzeczami, które wywaliłam na śmietnik, bo były niemodne. I nie mówię tu o ciuchach, bo dupa urosła. Ale co przeszkadzała mi stara kanapa czy toaletka? Fotele, półki na książki?

Tak niszczymy Ziemię, kupując wciąż nowe i nowe, wyrzucając stare na śmietnik...

Boję się o moje dzieci i wnuki, bo ja może tego totalnego armagedonu nie dożyję.

Chyba że w alternatywnym świecie też jest chaos...

I tym optymistycznym akcentem kończę...


wtorek, 13 lipca 2021

Przeżywam

 wciąż tę sobotę, jak nie przymierzając mrówka okres, Kochany Pamiętniczku :)

I coraz to nowe obrazy wyskakują, ale nic nie przebije grzecznego "dziękuję" za każdym razem, gdy dostawali coś do żarełka. A absolutnym hitem było przeszywające jak strzała spojrzenie Kalafiorkówny, gdy spanikowana nad kupiszonem, rozklapniętym na posadzce łazienki, usiłująca zatrzymać Alienka od włączenia prysznica, w panice wycierałam jej dupiszona papierem. Spojrzała mi głęboko i przepastnie w oczy i z wyrzutem rzekła: papierem, papierem? Ha, rozdziewiczyłam jej chyba tym papierem dupsko wycierane dotąd jedwabistymi chusteczkami...

Rodzice się zaśmiewali, ale mnie to głęboko w serce zapadło, że na taki stres naraziłam Kalafiorkównę.

Niezbadane są wyroki losu, chichot historii i inne takie tam...

W poniedziałek zaś praca, bo ona mnie kocha.

We wtorek, czyli dziś, trzynastego (ojaciepierdolę) poleciałam na Manhattan, jeszcze z mokrym włosiem (biedne moje aparaty słuchowe) i Panu od Pomidorków rzekę, że coś się złego dzieje z dupomirkami. Albowiem musiałam dwa z kupionych za zawrotną cenę 19,90 za kilo, a jeden egzemplarz waży ok. 450 g, kupiłam 6 wywalić, bo rano tonęły w pleśni. Pan westchnął, na moje: mączniak, odrzekł: nie, szara pleśń i dorzucił gratis w formie półkilowego żółtego, z tych co pleśnieją jak głupie. Kupuję je, bo dają się jeść ze skórką, są przepyszne, ale... No właśnie, cena i wywalanie połowy na śmietnik, nawet mnie na to nie stać. 

Wracając do pracki, znów inserty straszą. Piszę, że nie ma tak za uśmiech prezesa, a pani się upiera, że pisała, że płacą. Idę w zaparte i czyje na wierzchu? Moje, nie pisała do mnie, tylko do kolegów... Hahahaha, korekta ma zawsze rację, ulegam presji pieniądza, który jak wiadomo, non olet, no i kocham gazetkę, a gdzie oni w tym tempie znajdą korektorkę, ewentualnie korektora...

Na koncie kasa festiwalu, wreszcie, z dwumiesięcznym opóźnieniem, pani obrażona nie odpisuje (w dupie to mam), to ja powinnam dochodzić odsetek, ale szkoda zachodu...

Dobra, robię insert, G. oprócz tekstu oferuje deal czosnku, a... Zaszalałam, kupiłam czosnku za całe 200 zł, Inżynier w tym roku chce 40 główek, dostanie, ale nie ma już sponsoringu, zedrę skórę:) Znaczy się, kasę chcę.

A rano w szparze unijnej taki okaz


 Wiem, Inżyniera dzieło, ale... kurwa, pamięta, pisze, wie, że mnie to kręci, i tak: Kalafiorkówna ma na imię Hania, a Alienek Olek :) 

Wyszło szydło z worka...

A ja, ogarnąwszy wszystkie kuwety, odpaliłam Netflixa i 


polecam. Zaskakujące...

I wyjebane w Kosmos, jak dla mnie, może nie z pokolenia wojennego, ale z powojennego już.A wisi nade mną piątek, kiedy pójdę na badania okresowe do...

Obstawiamy? 

Będę nadal zdolna do pracy, czy wyląduję na śmietniku historii?

Nie ma w tym obstawianiu nagrody, stawką jestem ja...

Ktoś się odważy na mnie postawić?

A tam, taki sprawdzian.

Życie nie składa się z oddychania...



sobota, 10 lipca 2021

Trzydzieści siedem

 lat temu, Kochany Pamiętniczku wjeżdżałam właśnie na porodówkę, na której następnego dnia rano zawitał na świat Inżynier. 

Jako że jemu nie zależy na celebrze, a reszta rodziny się rozlazła, uchwaliliśmy, że nie jemy tortu. Ale za to ja spędziłam dziś 8 (sic!) godzin z Łobuzami, żeby młodzi mogli sobie iść na randkę.

Dzieci, poinformowane, co to jest randka, pytające średnio raz na godzinę, gdzie jest mama i tata,po usłyszeniu: na randce, wracały spokojnie do zabawy z babcią.

I ja nie wiem, dlaczego oni tak narzekają na Łobuzów, Łobuzy są idealne. (Ha, widzę mojego ojca, zostawionego z Inżynierem, który gdy wracałam, mówił: no i po co wracasz, jak jest ze mną, jest idealny, kupę dziadkowi zrobił, paróweczkę zjadł, a na twój widok ryczy). 

Tylko mój ojciec, bawiąc Inżyniera miał 54 lata, ja mam 66 :) 

Ale to był wspaniały dzień, dzieci nie znają starych, głupich zabaw, mają inne, ale i ze mną się bawili w chodzi lisek, warzyła sroczka kaszkę, raz rybki w morzu brały ślub...

Zostałam wielorybem, co gabarytowo się jak najbardziej zgadza, wiały przede mną i tyle ich widzieli...

W ramach bonusu dostali jedną kulkę lodów więcej, niż pozwolili rodziciele, i to lody na miseczce, a wafelki osobno i było wielkie chrupanie, ach, co ja miałam z tymi chrumkającymi prosiaczkami...

Tak nam miło czas płynął, Kalafiorkówna jedną kupę strzeliła (tradycyjnie zesrała się z radości, że babcia jest), ale taką hmm... koziobobkową.
Kolacja.  Mieli mieć chrupki z mlekiem, ale naparli się, że mleka nie. No cóż,  dzień z babcią...

Drżałam, że zachłysną mi się, ale nie, domagali się dosypek, bo czekoladę wyjadali... Oj, miarka się przebrała, więc kolejne miseczki już z mlekiem wsuwali i...

Nie pomogło tłumaczenie, że tata wykąpie, jak wróci (taka była umowa: nie kąpię, nie jestem kompatybilna z ich łazienką), lament rozległ się srogi, że kąpiel (Skubane jak szwajcarski zegarek są), a i dwa jebane sierściuchy, które od Zmorki zwiały



pod nogi mi co rusz właziły, bo to była ich pora na karmienie (Sierściuchy jebane też ze Szwajcarii, chociaż Brytki z rodowodem, a instrukcji nie dostałam, post factum okazało się, że mają swoje serwetki napodłogowe, miseczki i w ogóle) i ogólnie masakra.

Cóż było robić...

Ustawiłam Łobuzów na baczność, mówiąc, że łebki poukręcam, niekompatybilny prysznic i wanienkę ogarnęłam,  zdejmuję Kalafiorkównie pampersa, swobodnie, 5 minut wcześniej sprawdzałam, a z pampersa na podłogę plask... 

Z trudem ogarnęłam tę kuwetę, bo z radości, że babcia ją wykąpie zesrała się na maksa... (Inżynier, wyrzucając pozostałości, zachomikowane koło kibla, bo bałam się to ruszyć, o mało nie zemdlał... Ja to mam szczęście, co nie?).

No ale wykąpałam, pomijając mycie głowy Kalafiorkówny, bo nie mam zielonego pojęcia, gdzie jest jej szczotka do włosów, a nie będę rewizji we wszystkich szafach robić. Więc wdzięczną kitkę na czubku łebeczka jej związałam, męcząc się, albowiem...  No kiedy ja coś gumką ogarniałam?

Piżamki i inne takie tam pokazali, ale Alienek upierał się, że on śpi bez pampersa. Rodzice potwierdzili i meldowali, że już jadą.

Starość, kurwa, starość.

Zdjęcie ich osobistych ręczników to też wyczyn, bo schodki są na wagę dziecka, a nie wieloryba, a wieloryb mały jest...

Wylądowali na kanapie i nastąpiła wiekopomna chwila, albowiem babcia UWAGA! ACHTUNG! WNIMANIJE! CAUTION - pilota zgwałciła i włączyła TV (co nie omieszkał zaraportować matce Alienek, kładziony do snu, że babcia umie ich wykąpać i umie w telewizornię). 

Jako że młodzież wracała już do osieroconych dzieci, w ramach bonusu był jeden odcinek jakiejś jebanej w kosmos kreskówki, tak głupiej, że ojapierdolę... Po czym babcia stanowczo wyłączyła TV, albowiem jej uszy padały. Raz, że uszy mdlały już od wrzasków całodziennych,dwa, dźwięk z TV dla uszu zaaparatowanych to  u mnie jak jechanie piłą po metalu, a tu jeszcze po angliczańsku... Słuchawki dla mnie to całkiem inna bajka.

Książeczki czytać zaczęłam i wtem... dwa koty i dwójka Łobuzów rzucili się hurtem do drzwi...

Pożegnanie było czułe i serdecznie, młodym bałagan nie przeszkadzał.

Nawet Kalafiorkówna dała mi buziaczka, bo Alienek bez proszenia się pomiział.

Dostałam na taksówkę. Trafił swój na swego, bo ja nie rozumiałam, co gość mówił, a gość miał port w krtani :) Ale dojechałam, szczęśliwa, że jestem na swoim...  

Myślę, że pomijając prezent i bonus, to było najlepsze, co mogłam Inżynierowi dać.

A podsumował:trzeba to częściej powtarzać.

Zadrżałam, ale cóż.

Mam kłopot ze zrozumieniem Alienka, pod koniec lipca idzie na specjalną terapię, powoli się wszystko ogarnia.

No i jak ja to wszystko miałam przewidzieć 37 lat temu, że Inżynier, o którym myślałam, że pokocham, ale drugiego dziecka nie da się tak mocno kochać, jak pierwszego, zapewni mi taki rollercoaster?

A przed wyjściem, spojrzawszy na zegarek, wybebeszyłam kolejną szafkę i w niej, w ostatnim kartoniku na samym dnie leżało to jebane orzeczenie z moim dyplomem. Niech mnie ktoś zabije, wsadziłam je tam osobiście 8 lat temu i żadne kolejne badanie medycyny pracy się o nie nie upominało. Papierek ledwo dycha, jak wyciągnę go z zabezpieczenia, rozsypie się w proch i w pył :) 

I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku :)



czwartek, 8 lipca 2021

Znudziła

 mi się ta obecna szarpanina, Kochany Pamiętniczku.

A dzieje się, bo okazało się, że naczelny od maszynek poszedł na zasłużoną emeryturę, będzie tylko współpracował. A nowy naczelny? Hmmm... Jak dla mnie smarkacz, ale lubię go, a i on mnie lubi, czemu dał wyraz. Ma się to branie, co nie?

Więc tak ogarniając tę kuwetę (o insercie cisza, na sugestię, że czekam na polecenie z góry nie zleciał ani jeden tekst, więc tak, w dupie mam), wolnym walcem, zaczęłam szukać orzeczenia o inwalidztwie. Bo ponoć będzie mi potrzebne w czasie badania okresowego (na chuja? pracodawca ma je dawno w papierach, a mnie papierek wsiąkł, diabeł ogonem nakrył. Woziłam lata całe w kosmetyczce, w dowodzie, bo do biletu ulgowego było mi to potrzebne. Potem weszły plastikowe karty, a teraz, od 6 lat na emeryturze, mam plastikową kartę emeryta, a gdzie jest ten karteluszek? Przydziału na mieszkanie szukałam 10 lat, żadnego papierka nie wyrzucam, nie oglądnąwszy go 10 razy pod światło, mam jeszcze mężowskie rachunki za wszystko, bo... niszczarkę szlag trafił, a nie wyrzucam na śmieci danych osobowych, więc mam i książeczki czynszowe, rachunki za prąd dawno popłacone i nieważne, PIT-y od początku pitowania, a w tyle głowy pouczenia teściowej, że każdy papierek może się przydać, no mnie już ni chuja, bo nie mam się z kim o co procesować, ale śmieci mam full). 

I tak w oczekiwaniu na prackę (a jutro jedziemy do drukarni) z przerażeniem patrzyłam na coraz większy bajzel



no ma się tych skarbów od metra. A to nawet nie jest 1/10 wszystkiego...

Powywalałam z bólem serca instrukcje od urządzeń, których już fizycznie nie mam. Kabli nie ruszam, bo wiadomo: przydasię :) 

Włoski z pierwszych postrzyżyn Alienka znalazłam, ale moich dzieci nie. A nie wyrzuciłam na pewno, aż tak pijana nigdy nie byłam. Ale jeszcze dużo szaf, kartonów i walizek przede mną...

No i zdjęcia. Zdjęcie mojej hmmm... drugiej (a może trzeciej, rachubę straciłam), miłości... z TĄ dedykacją. Kiedyś wrzucę. Brat męża mojej przyrodniej siostry, mam cały karton listów od niego. Nie wyszło nam. Chłopak młodszy ode mnie, już od kilkunastu lat nie żyje. Nigdy się nie ożenił. Nie, to na pewno nie moja zasługa. I nie, to nie ja odeszłam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, na dworcu w M. Cóż, życie.

I zdjęcia, zaczęłam skanować powoli, bo jak nie teraz, to kiedy? Kiedyś wreszcie muszę się za to wziąć, wiecznie żyła nie będę.


 

Moja praca magisterska. Wstyd i hańba, w samej dedykacji błąd na błędzie, błędem pogania. I nie, nie jest to wina maszynistki, ale autorki rzeczonej pracy, znaczy się mnie... Dusza korektorki łka rozpaczliwie, a nikt nie widział tych błędów, a pracę obroniłam na piątkę :)


Kartki świąteczne, nówki nieśmigane, do końca życia ich nie wyślę. Czego to ja jeszcze nie zachomikowałam?

Jastrzębia Góra, rok 1975, bez cycków, a od marynarzy z trudem się opędzałam, pewno dlatego, że druga Basia cycki miała jak malowanie :) Na praktykach zawodowych byłam w bibliotece WSM w Gdyni :) Jaja jak brylanty w akademiku, mieszkali studenci czarnoskórzy i... chodziłyśmy pod prysznic parami, albowiem... dziury w ścianach wydłubywali... A akademik był koedukacyjny... Jak to zdjęcia pamięć przywracają ;)


Już pani magister...
A to hmmm... Nie do wiary. Ja, zaciągająca się papierosem z rozkoszą, w butach na obcasach (z wyszywanego dżinsu, w tych butach szalałam na fajfie w szkole oficerskiej na Golęcinie, tuż przed ślubem ( poszłam jako przyzwoitka koleżanki i po prostu potańczyć, Eks i taniec to nie było kompatybilne), a tam był cały rok po kursie tańca i nie, nic złego się nie działo, po prostu wracałam do domu na boso, a buty wylądowały u szewca - mieszkałam wtedy rzut beretem od Golęcina. W tych butach poszłam do ślubu, nie przejmując się, że są mocno używane, sukienkę odkupiłam za grosze od koleżanki z roku, miała ją na naszym balu absolutoryjnym i nie, że nie miałam kasy, bo dostałam od chrzestnej, ale za leniwa byłam na szukanie kreacji :)

A to moi chłopcy. Zdjęcia nad kanapą nienawidziłam, wpędzało mnie w depresję, ale Eks je uwielbiał, bo było po jego ukochanej babci. Ja zasnąć nie mogłam, dla mnie było ponure i dołujące... Wylądowało w komórce i zlikwidował je "sąsiad sprzątający", nawet nie zapytał, czy można je wywalić, ale że Eksa już z nami nie było, przeszłam nad tym do porządku dziennego. Dziś na grupach widzę, że obraz jest trendy :) 



No i z Inżynierem, w sadzawce u teściowej. Cycków dalej nie ma, dupa jeszcze nie całkiem kubańska, ale celluit widać na kilometr :)

To był mój ostatni kostium kąpielowy. Nigdy więcej innego nie kupiłam, bo po co?

I to na razie tyle w ramach sprzątania i szukania kolejnych papierków.

Ciąg dalszy nastąpi :)


wtorek, 6 lipca 2021

Auć

 Kochany Pamiętniczku ;)

Poleciałam na Manhattan i trafiłam na fioletowe DWA kalafiorki, więc zabrałam jeden dla pani A., tej od świń, mówiąc, że denaturat na nim filtrowałam, ale nie uwierzyła :) 

W redakcji puściuteńko, ale ci, którzy byli, witali mnie entuzjastycznie i to głupimi okrzykami, że nic się nie zmieniłam, jakby nie widzieli tych paru kilo więcej i tych włosów mniej, i w ogóle... Szczęśliwi, że wracam i rozczarowani, gdy okazało się, że nie.

Ale najpierw była audiencja u Bossa.

I achy i ochy, nie wierzył, że to już 1,5 roku, jak mnie nie ma w redakcji i tyleż minęło, odkąd się widzieliśmy...

I rozmowa zasadnicza, jak czekisty z czekistą. Że za książkę dopiero ustalają honoraria. Nie powiedziałam, ile bym chciała, powiedziałam, że ustalona kwota jest za mała, że moja praca jest więcej warta i że liczę na niego.

Zobaczymy.

Chciał, żebym wracała do redakcji, bo "zbiera zespół i lubi cały mieć wokół siebie, a ja jestem częścią tego zespołu". Ta, znaczy się, źle, że nie wie, co robię i kiedy robię.

Zgasiłam go, mówiąc, że nie chcę wracać, albowiem ze względów logistycznych i czasowych naszego zespołu lepiej jest mi w domu. No to mam być w ostatnim tygodniu, a w pozostałych mogę pracować z domu. Obśmiałam, bo to właśnie ostatni tydzień jest wielkim problemem, bo nigdy nie wiadomo, kiedy skończymy pracę i łatwiej mi cierpieć w domu do 22, z perspektywą padnięcia w łóżku, a nie w nocnym tramwaju (jakoś nie myśli, że dojeżdżam MPK, ale cóż...). Poza tym jestem pracownikiem zdyscyplinowanym i żaden przestój z mego powodu nie nastąpił. No i najważniejsze, nie jestem zaszczepiona i raczej jest mała szansa, że będę. A... Stanęło na tym, że ze względu na mój komfort i ewentualny dyskomfort zostaję na home office. Huk spadającego mi z serca kamienia słychać było na całej dzielni :) Powiedziałam, że w razie gdy stanowczo zażąda powrotu, wrócę, ale już mu się odkręciło. Zapytał tylko, kiedy wybieram się na emeryturę i na wieść, że jestem na niej już od 6 lat zacukał się. Nie, nie ma do mnie zastrzeżeń, ale kiedyś trzeba będzie odmłodzić zespół. Tja. Powiedziałam, że ma dać znać, jak zechce mnie wymienić na nowszy model. Dziewczyny obśmiały to, mówiąc, że nie wymieni, bo musiałby dać na start o wiele większą kasę, niż ja mam, a do takich poświęceń to on zdolny nie jest.

Nawet się nie zdenerwowałam, co ma być - będzie. Mam jeszcze inne fuchy - na pewno maszynki i warzywa ze mnie nie zrezygnują, a i na razie mam teatr, czasami zaś - zwyczajnie jestem wkurwiona :) 

No a potem sprawy organizacyjne, że jak to, że on chce w Wordzie, nie w SE, powiedziałam, że dla mnie to wszystko jedno, dostosowuję się do życzenia autora, nie robi mi to żadnej różnicy. 

(I tak sobie pomyślałam, gdzie ty taką perełkę jak ja znajdziesz?) :) 

Dostałam też od niego, a jakże, personalnie, to zabójcze dzieło - jak komuś na łeb spuszczę z loggii, trup na miejscu, nie ma opcji, zważyli, waży 3,80 kg :) 812 stron żywej wagi, przeczytanych przeze mnie 3 razy...


z dedykacją od profesora, ojapierdolę :) Pani A. wciąż wzdycha i wzdycha, że ja to się, kurwa, przy tym napracowałam i żeby nie ja to nie uciągnęłaby tego. Ja tego tak nie widzę, ale kłóciła się nie będę - dla mnie to w sumie była przechadzka, może dlatego, że gros tego robiłam z domu, bez presji. Tylko synowa chyba myślała, że kombinuję, bo wciąż o świniach mówiłam. Ale nie polajkowała na Fejsbuczku, a uważam, że powinna. I jedna, i druga.

W naturze wygląda to tak


 a na półeczce tak, to oczywiście nie wszystkie książki przeze mnie skorekcone, niektórych egzemplarzy po prostu nie mam, a niektóre mam, ale cholera wie, na której półce :) 


Trzeba będzie to ogarnąć, ale nie teraz, za gorąco, żeby się ruszać (a zrobiłam dziś 7 tys. kroków z hakiem, więc chapeau bas).

Mój pokój woła o pomstę do nieba, ale badyle dychają, jest tam całkiem całkiem, łącznie z beniaminkiem, którego uratowałam z kuchni - na wierzchu miał wciąż suchą ziemię, a pod nią błoto, bo wszyscy go podlewali - trzyma się nieźle, podoba mi się, jak pojadę z wynikami, wezmę, dziś nie miałam trzeciej ręki, wprawdzie G. chciał mnie z nim odprawić do taksówki, no ale ok, jak pod domem mam ogarnąć wysiadanie z tą książkową kobyłą i ceramiczną doniczką? :) Odpuściłam, ale zabiorę biedaka. Bo jednak chyba tam nie wrócę, żal ludzi, bo są super, ale jest dobrze, jak jest.

Boss tłumaczył, że tam ktoś na tymczasie egzystuje, ale bajzel na kółkach jest


klawiatury, słuchawki, papiery, i deseczka - może jakiś hrabia Val go Desco w Kark tam pracuje? :) 

Nieważne, nawet badyli nie podlewałam, bo były podlane, wróciłam na memłon, a na drodze jeszcze


piękny dziki koper. Niekoszone trawniki są cudne.

A na poczcie już pierwsze teksty na juterko. Zrobiłam, ale tekstów do kolejnego insertu nie tknęłam. Nikt się nie zająknął, że są, a to jakiejś firmy pozaredakcyjnej.  Fakt, że nikogo z tego działu dziś nie było, ale mniejsza z większym. Porozmawiamy o tym osobno.

W sumie, co ma być, będzie. A całą resztę mam w dupie.

poniedziałek, 5 lipca 2021

Wczoraj

 Kochany Pamiętniczku była 62. rocznica urodzin mojego brata, i nie, nie był to dla mnie miły dzień. W sumie nie, że coś złego się działo, ale nie... Wielki był z niego idiota, nie da się ukryć, pić też trzeba umieć i nie da się wszystkiego w życiu zwalić na zły los. Niestety.

Inżynierostwo spokojnie dojechało do Wrocławia, wyjechany mają pokój w hotelu, Łobuzy szaleją w wannie, bo ich wanna w domu to kubek w porównaniu z hotelową. Bawią się dobrze, i niech tak już zostanie.

Ale dostaję fotki i krótkie, bo krótkie, ale jednak wiadomości.

Zaopiekowana się czuję i coraz bardziej narasta we mnie rozgoryczenie. Bo też całe życie wciąż czułam się "winna, na baczność, mam obowiązek, obowiązek to moje drugie imię". Drżałam, pomagałam, starałam się.

I nie, nie liczyłam na podanie szklanki wody na stare lata, dlatego pracuję, żeby móc sobie sama na stare lata nalać szklankę wina.

I coraz bardziej upewniam się, że nagradzanie obojętności w imię zasady równości nie jest sprawiedliwe. Absolutnie nie.

A, nieważne. 

Dojrzewam, muszę tylko skombinować dwie osoby do podpisu, bo do notariusza nie pójdę, zdzierają skórę.

Problem w tym, że nie mam tych dwóch osób :) Introwertyzm się kłania. Ale nic, coś wymyślę. 

Wczoraj przesiedziałam cały dzień na dupie, oglądając bzdury na Netflixie, ale dziś kopnęłam się w tłustą kubańską dupę i poleciałam, teoretycznie po ten cynk. Cynk kupiłam, do tego truskawki, piękne były, ale zeżrę, nie zaprawiam.

Zalecenia Kitty powoli działają, minimalnie, ale jednak zlazła mi opuchlizna z nadgarstków (a takie piękne miałam, kościste) ;) 

A to dopiero parę dni. Jednak połknięcie piguły jest łatwiejsze niż parzenie kolejnej herbatki ;) 

Terapia antybezsennościowa: lipa i głóg jednak nie za bardzo działa, a Ivana czaj się skończył, poczekam aż wrócą, Synowa mi na Allegro kupuje, bo ja ciemna tam jestem, odbiera, a ja przy okazji od nich. Nie pali się, zresztą w te upały (a wracają) musiałabym psychotropy łykać, żeby spać, a tego nie chcę. Moja znajoma uzależniła się od nich tak, że kombinuje z receptami, żeby spać. Niech mnie bór liściasty od tego broni, tego mi jeszcze tylko do kompletu brakowało.

Zatem z cynkiem i truskawkami, gdy biodra zaczęły się cieszyć, że się ruszają i nie boli, postanowiłam lewa, prawa, w siną dal, jako że w domu nic nie wyło. Truskawki w kobiałce w wózeczku, ja w cieniu, żałowałam tylko, że nie wzięłam grajka i etui do aparatów, ale trudno.

Poszłam w krainę wspomnień, koło naszego pierwszego mieszkania, nie za bardzo dom widać z daleka, wszystko się rozrosło,  świerk pod oknem tak wybujał, że w mieszkaniu jest piękny cień, ale wiadomo, na poddaszu zawsze gorąco.

Przelecę się tam jeszcze obfocić, bo kolejny dom w okolicy rozbierają, a ja go już nie pamiętam... Wszystko jest tak kruche, tak ulotne, a pamięć taka zawodna i kłamie czasami jak najęta.

Na trasie mojej wędrówki wspomnień jeździła śmieciara i o jeżu kolczasty, gdzie nie skręciłam, tam i ona... A smród szedł za mną całą drogę, prawie pod samą chałupę. Ale nie, że wyśmiewam, jestem pełna szacunku dla pracujących tam, zwłaszcza po wyrzuceniu dziś wieczorkiem bio. Nikt tych wielkich kubłów nie myje, bo jak i po raz pierwszy zdarzyło mi się, że prawie się porzygałam, otwierając kubeł. I nie, że był pełny - po prostu szedł niesamowity smród.

I tak sobie połaziłam (natrzaskałam dziś 10 tys. kroków, hurra), podziwiając, jak bardzo wszystko chce żyć


byle szpara i już rośnie i kipi życiem, by potem stwierdzić, że mój Heimat to jednak piękna kraina jest





... kaczuszko, wiesz maki są tak duże duże, nie wiem dlaczego, ale ta piosenka zawsze mnie boli...

... i piękny oset będzie, nie wchodziłam na trawnik, bo boję się min :) 




Pamiętam, jak tu wszędzie było puste klepisko, porośnięte z rzadka wątłą trawką, a teraz dżungla i pod każdym blokiem plac zabaw, ogrodzony, a jakże, żeby kundle do piaskownic nie właziły. Kiedy moi chłopcy byli mali, nie mieli takich luksusów, a ja widziałam ich z balkonu na drugim końcu osiedla, bo żadnych drzew nie było.


Moje mieczyki rozkwitają w najlepsze, cudnie.

SMS dostałam, że książki do odebrania są, tom do miasta pojechała, a to tylko dlatego, że nie zdążyłam jeszcze w domowe ciuchy wskoczyć. Sama podróż i miasto zrobiło na mnie jednak przygnębiające wrażenie. Święty Marcin, kiedyś tętniący życiem, jak patelnia, pusty, bez ludzi, nawet bimby nie jeżdżą, bo remonty i objazdy, pootwierali knajpki i knajpunie, ale nie dla mnie sznur samochodów, wciąż nie dojrzałam do samotnego włażenia tam, więc dowlokłam się do domu, fioletowy kalafior też zrobił mi dzień :)

 Mój Heimat taki zielony, a miasto?

Miasto

Blehhh...

Na emilka z reklamacją kasy za świnie nie dostałam odpowiedzi (pisałam, bo wiedziałam, że jest w redakcji). Ale pani odświnkowa zaprosiła mnie po książkę, więc odpisałam, że jutro wlecę, może Bossa dorwę. Tak samo z festiwalu napisała, że w tygodniu załatwi kasę, tydzień się skończył, a kasy nie ma. A, wkurwia mnie to maksymalnie, dla mnie nie ma żadnego usprawiedliwienia w tej materii. Sama notuję rzeczy najbardziej oczywiste na karteluszkach, w apkach i ogarniam tę kuwetę.

Nie, żebym miała jakiś kontakt bliższy z tym Austriakiem, co klucze i inne pierdoły chowa. Ale łapię się coraz częściej na tym, że ucieka mi słowo. Znajduje się po chwili, ale ucieka. I tak zastanawiam się, czy to już początki sklerozy, czy fakt, że mało z ludźmi rozmawiam. Messenger też mnie wkurza, bo zanikła netykieta z GG, kiedy człowiek odchodząc pisał: zw, ewentualnie mówił, że spada. Fakt, wtedy liczył się transfer, jak ktoś miał łącze na telefonie, ale mimo wszystko. 

A przede mną jeszcze Windows 11, ale cóż, taki los, tak będzie aż do usranej śmierci, mojej albo kompa. 

I nad nową zabawką muszę się zastanowić, bo 600 zł za wymianę baterii to trochę za dużo, bo bez gwarancji, że mi się wszystko nie rypnie. 

W sumie - dlaczego mam się wszystkiego wyrzekać?

Ostatni raz byłam na wczasach w czasach studenckich. Potem jeden jedyny wyjazd do Konotopu, który był jedną wielką udręką, bo stacjonowały tam wojska, wyjazd "po znajomości", wspominam jak koszmar senny. Łazienka, w której pan major ryby w wannie skrobał i nie sprzątał, spacery po ścieżkach, z których nie wolno było na krok zejść, bo radziecki poligon. 

Dzieci jeździły na obozy i kolonie, Eks do sanatoriów, a ja? Ano, jakoś tak wyszło, że na mnie nigdy już kasy nie starczyło, no i kto zajmie się domem i Eksem? Potem pojeździłam do UK, ale... nie, to nie były wczasy w pełnym tego słowa znaczeniu, zwłaszcza jak młodzi znaleźli swoje drugie połowy.

Więc teraz robię, co chcę.

Zwłaszcza wieczory mam urozmaicone, bo...


 

na siatce loggii odbywa się seks grupowy. Takie chrabąszcze zbierałam kiedyś do pudełka po zapałkach. W maju...

Może to inne tak sekszą, nie wiem ;) 


UPDATE 

Specjalnie dla Dory :)



Wiszą gacie na szpagacie, moje pranie w sumie z całego tygodnia, jak nigdzie nie łażę. Gacie zmieniam co dzień :)




Śmietnika w kącie (uporządkowanego, same przydasię) nie widać. W szafce są kafelki z podłogi w łazience, których już nawet nie, że szkoda wyrzucić, ale nie ma kto wynieść. Ja po 18 latach od remontu nie dam rady :) 

Podczas ostatniej wizyty w ubiegłym roku Pierworodny z żoną deklarowali, że wpadną, ogarną i inne takie tam...

Obiecanki, cacanki, a głupiemu radość. Pewno zacznę wynosić po kafelku, ale w sumie szkoda, bo to jest kilka paczek, wyniesione razem mogą się jeszcze komuś przydać, to są naprawdę przydasie....