zawieszamy mamie lampę w łazience, Kochany Pamiętniczku, zakończyła się klęską (za co niebiosom dzięki, albowiem sprzątać nie musiałam). Rzeczony plafon zanabyłam na wsjakij słuczaj, jak już wszystko jebnie z hukiem, ale nie spieszy mi się. Pierworodny przybył bladym świtem, uzbrojony w narzędzia, z teczuszką z narzędziami, z wielką wiertarką w plecaku, ale okazało się, że... Ekipa, montująca lampę w łazience, bez mała 35 lat temu jakąś śrubę wkręciła tak, że jej wykręcenie jest sztuką samą w sobie. Matka zaś nie ma klucza, choć możliwe, że będzie potrzebny nawet młot udarowy. [Ojapierdole i wizja Pierworodnego usmażonego na skwarek prądem, aczkolwiek rzeczony posiada uprawnienia SEO (Stowarzyszenia Elektryków Polskich) na grzebanie w prądzie i elektryka prąd nie tyka]...
No nic, wszystko zostało wkręcone, światło jest, narzędzia zabrał, bo ponoć w domu wierci i świdruje, aczkolwiek zwinął mi wszystko do wiercenia moje (teoretycznie jego, bo to on to kupował, ale w UK dorobił się nowego, lepszego kompletu, który przywiózł, ale i tak przecież sama nie będę wierciła nic...).
I tak gaduląc, przy okazji zaklepałam sobie (a potem i Inżynierowi niechcący do ogródka wrzuciłam petycję), że jak nigdy nic nie chciałam z żadnej okazji, tak teraz byłoby miło, gdyby się dogadali, znaleźli czas i wpadli mnie przemeblować w małym pokoju.
Marzenia się czasem spełniają - a dla mnie takie coś byłoby cenniejsze od kolejnego prezentu za niepotrzebnie wydaną kasę, bo mnie nic nie brakuje, tylko rąk roboczych. Zobaczymy.
Potem polazłam z Pierworodnym na Manhattan, wykorzystując go w charakterze asysty po tej wypłacie z bankomatu w piątek i dobrze zrobiłam, bo na Manhattanie z kolei jest jebany bankomat Santandera, który też odmawiał współpracy.
A jeszcze przedtem ze szpary unijnej wyciągnęłam list z Santandera UK dla Inżyniera, adresowany 05 Donona... Jprdl... Doszło dzięki kodowi, listonosz, który to rozgryzł jest geniuszem :)
Powiedziałam Pierworodnemu, co sądzę o jego żonie i że nie ma opcji, że będę stroną kajającą się czy płaszczącą chuj wie za co.
Małą Wiedźmę drzwi na skutek przeciągu trzasnęły w kolano i chodzi o dwóch kulach.
Więc sensacji miałam po kokardkę i kucyki.
Wlazłam do KiK po świeczuszki, bo sezon na nie, a tam
Gwiazdka całą gębą, mimo że w kalendarzu mamy jeszcze lato, a i Halloween nie było...
Świeczki za drogie, więc polazłam do Pepco, tam była jeszcze droższa, ale z moją ukochaną werbeną i paczulą, więc sezon światełkowy zainaugurowała
paczula i werbena za dychę :)
Jako że łaziłam sporo, bo i na autobus go odprowadziłam, zmorzyło mnie po 13 i ucięłam sobie drzemkę. Rzadko, ale sobie ucinam, bo kto bogatemu zabroni?
Wieczorem sprawdzam, czy nie trzeba doładować ajfonika i SMS znajduję: jak pani jest w domu, proszę otworzyć drzwi i smacznego życzę... Nadane o 14.
Bez wielkiej nadziei otwieram drzwi i...
Na wycieraczce torba, a w niej
wino, kawa i herbata w wielkiej puszce.
To za te wiersze, które korekciłam. Od 14 do 20.30 nikt tego z wycieraczki nie zwinął, a łaziła tego dnia armia ludzi po korytarzu (wiem z zapisu wideowizjera, dziś okazało się, że sprzedali mieszkanie, no i wynosili stamtąd meble). Mnie nie zbudzi nawet alarm przeciwlotniczy, więc marnie zginę.
A wystarczyło w piątek z Wordem wysłać wiadomość, że się do mnie wybiera autorka... No trudno. My home is my castle i niełatwo się tu dostać.
Jestem w szoku, że tego nikt nie ukradł, ale kiedyś paczkę od Zmorki też listowy zostawił na wycieraczce i doczekała mojego powrotu z pracy. Zatem zapisać w kajeciku: nie zmieniać szczęśliwej, antykradzieżowej wycieraczki :)
I reo zakwitło
Taka maleńka rzecz, a cieszy.
Inżynierostwo w niedzielę wybrało się całą bandą do kina, żeby dzieci w razie W i kolejnego lockdownu wiedziały, że jest takie coś, jak kino. Wyprawa do kina we czwórkę, z popcornem, bez picia - 165 zł.
Jprdl. To nie jest cena na moje zarobki i na moją emeryturę, aczkolwiek ta wreszcie przekroczyła po przeliczeniu 1800 zł brutto. O całe dwa złote.
Jak szaleć, to szaleć, co nie?
A w poniedziałek rano znalazłam na FB to nowe czasopismo, którego nie korekciłam, bo się nie odezwali.
Otwieram i byk na byku...
Piszę do K.i oczywiście, poszło bez korekty, bo nie mają na to funduszy.
Więc mówię, że podrzucę im Synową, pro bono, dla portfolio.
K. wniebowzięta.
Inżynier tłumaczy mi jak krowie na rowie, że nie każdy rzucony na głęboką wodę nauczy się pływać.
Inżynierowa milczy, proponuję Skype'a, ale jednak pozostajemy na MSG...
Że się boi.
Tłumaczę, że pomogę, mimo że nie ma kursu nawet zaczętego. Że nie oceniam. Że nie święci garnki lepią. Że pierwszą korektę będę nadzorowała.
Że nie zawsze trafia się taka szansa.
Dogadujemy się.
Ja wskoczyłam do korekty prosto z ulicy, na wariata. Teoretycznie miałam w programie studiów ruch wydawniczy, ale w praktyce nawet nie liznęłam korekty, egzamin zdałam na zasadzie: ZZZ (zakuć, zdać, zapomnieć). Do pracy w korekcie poszłam, wkurzona na maksa, z ulicy, absolutnie nie znając się na niczym, oprócz mglistego wspomnienia z wykładów o znakach korektorskich, na ogłoszenie w Dzienniku Poznańskim, że szukają korektorki. Na miejscu okazało się, że trzeba się znać na korekcie w komputerze (McIntosh), kompika ujrzałam wtedy pierwszy raz w życiu na oczy. No, niby na studiach miałam komputery, ale... Zajmowały większą powierzchnię niż moje mieszkanie, odgrodzone były takimi sznurami na słupkach, jak dziś najcenniejsze okazy w muzeum i pan błagał nas, żebyśmy się do nich nie zbliżali i nie oddychali, bo się zepsują.
Zanim opanowałam gryzonia, ciągnąc go od jednego rogu stołu do drugiego i cudem trafiając w cel, dzięki nieocenionemu Wojtkowi G., legendarnej postaci dla moich dzieci, który, niewiele od nich starszy, miał do mnie cierpliwość, mimo wszystko i Eli K., która za mnie poręczyła w imię solidarności niedosłyszących, aczkolwiek jako świadek Jehowy sama się sprzeciwiała swojej wierze, pracując na kompie, dzięki pięknym ludziom w moim życiu - jestem kobietą spełnioną. Życiowo i zawodowo.
Mam nadzieję, że i moja Synowa skorzysta z tej szansy. Bo między nami mówiąc, wydała na ten kurs kupę kasy [moja psiapsióła (?) wydała kiedyś majątek ma kurs Worda, choć mówiłam jej, że naumiem ją za frico, ale nie. Worda do dziś nie ogarnia]. Ja i do kursu mam podejście jak do jeża, do osoby też, ale nieważne. Nie mówię, że jestem guru, wpisów tu nie korekcę, błędy widzę na drugi dzień, a nieważne. Każdy ma swoją drogę :)
Ale cieszę się, że chce spróbować i ze mną. Praktyka czyni mistrza, nie kursy.
Zobaczymy.
U Inżyniera już grzeją, u mnie nie ma jeszcze komunikatu, że odkręcać kaloryfery.
Jako że okna mam od wschodu, siedzę owinięta w kocyk i...
Mieszkanie obok mnie sprzedali.
Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy martwić, ale na razie biorę na wstrzymanie.
Co ma być, będzie.