czwartek, 30 września 2021

Ocalałam

 dziś przypadkiem.

Żegnając się z Łobuzami rzekłam: do jutra i okazało się, że jutro nie ma Tomatisa i MAM WYCHODNE...

Ojapierdolę, jaka ja stęskniona jestem za moimi śmieciami, to się w pale nie mieści ;) 

Aczkolwiek dziś Kalafiorkówna dla odmiany starała się być uprzejma, nawet bawiła się w psucie babci, znaczy się, lądowanie na niej.

Niby wersja light, ale jednak hard.

Więc jutro jestem wolnym strzelcem, a potem czeka mnie noc z Łobuzami, no, nie cała, bo wrócą przed północą.

Jestem bohaterką, co nie?

Pierworodny, kurde, nie zapomniał, umówił mnie na 11. Wizyta odbyła się z ponadpółgodzinnym poślizgiem.

Pani doktor z tych miłych była, maseczkę zdjęła, rzekłszy, że zaszczepiona jest i byle SJ się nie boi. I że wiele ludzi ma problem z maseczkami (chyba na duchu chciała mnie podnieść). Wysłuchała, tłumaczyła jak krowie na rowie rzeczy dla mnie oczywiste. Oburzyła się, że nie mam adrenaliny po tych ekscesach z meszkami (a do głowy mi nie przyszło latać po lekarzach, skoro nie padłam, kroplówka ratowała życie, a w szpitalu powiedzieli, żeby coś na alergię nosić). 

Że szczepiła już pacjentów po wstrząsach po ukąszeniu owadów i nie było komplikacji, że groźne są  wstrząsy polekowe.

Dla spokoju ducha dała mi skierowanie do alergologa (bez łaski). I receptę na adrenalinę.

I tyle w temacie, mam decydować sama, co chcę zrobić, a Inżyniera do okna życia, o ile się zmieści wsadzić (nie zmieści się, sam się pokajał).

Więc mam receptę, skierowanie, mówię Inżynierowi, a ten swoje. Że mam do alergologa. A mnie życia szkoda. Powiedziałam, że się zaszczepię, a jak coś, to będzie na niego. Nie dogodzisz. Że mnie znów odrzucą.

Co mam mówić, że wola boska i skrzypce, że mam się nie szczepić?

Jprdl...

Zacznę szukać alergologa z najdłuższym terminem przyjmowania, co się odwlecze, to nie uciecze.

Koleżanka pisała, że na Szwajcarskiej biorą takie okazy jak ja do szpitala, a pani doktor na to, że ona na Szwajcarskiej też pracuje i nikogo do szpitala nie biorą, że szczepią na oddziale przyszpitalnym i jak się boję, to mogę tam do usranej śmierci siedzieć i czekać na powikłania. 

Że jaki anestezjolog?

Nosz, kurwa :) Robi się coraz ciekawiej.

Inżynier odwozi mnie na chatę, ja mu, że ja się szczepię, a on idzie do dentysty, bo nie był od kilku lat, ostatnio był jak mu ząb w knajpie poleciał.

A on mi na to, że pandemia. Że jak czwarta fala minie. Że czasu nie ma. Na moje, że są całodobowe zajojczał, że mają inne priorytety (patrząc na to, co widziałam w tym tygodniu, to faktycznie, nie ma kiedy się wysrać, ale... zęby ważna rzecz).

Więc nadstawiając policzek do całusa, bo całuje nie bacząc na konsekwencje, powiedziałam, że kocham i nad oknem życia się zastanowię jeszcze, ale o zęby będę marudzić, jak on o szczepienie...

Nie rozstaję się z nikim w gniewie.

Zanim dojechał i się odmeldował, co się nanerwowałam to moje. 

Może jutro się uda ostrzyc, bo znów zarosłam. I tak w sumie cały piątek dla mnie - brzmi cudnie :) 


środa, 29 września 2021

Coraz

 szybciej płynie czas, Kochany Pamiętniczku.

Znienacka wrobiona zostałam na wtorek w niańczenie Kalafiorkówny, albowiem że znienacka pojawiła się szansa na dokończenie Tomatisa z Alienkiem, co to przepadł przez katarkowanie rzeczonego. Jako że tydzień mam na luzie (na imprezę firmową na Golęcinie nie pojechałam, przekalkulowawszy taksówkę w obie strony plus mój introwertyzm), a i maszynkom napisałam, że w tym tygodniu będę korekciła, jak dorwę, nie ma opcji ślęczenia (nie za tę kasę), chcąc ulżyć Inżynierowi (musiałby jakieś 1,5 godziny trzymać K. przed TV, a to nie zawsze działa), zgodziłam się. We wtorek Kalafiorkówna aniołyszkiem chrzanionym była i czas płynął nam wspaniale, aczkolwiek okazało się, że nie do 17.30, a nie wiadomo do której siedziała będę, albowiem nie wiadomo kiedy się terapia skończy, a że teraz ciemna noc już szybko zapada, zostałam z Kalafiorkówną, a Inżynier pojechał po resztę ekipy. No i mnie do domu odwiózł, zaś patrząc, jak zapierdala ze śrubką, okrętową numer pięć, żeby wszystko ogarnąć, me matczyne serce załopotało...

Zapominając, że jeszcze nie tak dawno sama ze śrubką okrętową numer pięć zapierdalałam w poskokach...

A kasztany jakieś mikre tego roku są...


I jęczał, skunks, że matka nieszczepiona, że on umrze, jak mnie zarazi i takie tam. Więc jest akcja ogarniania szczepienia, na razie do sforsowania pierwszy mur: dostać się do lekarza rodzinnego, kurwa.

No nic. Poszłam, kazali dzwonić jutro, bo na dziś nie ma miejsc. Pocieszające jest to, że jak rodzinny zgodzi się z moi, to do alergologa są dwumiesięczne kolejki. Lekko licząc. I tego się trzymamy :)

W rejestrowanie moi do rodzinnego wrobiłam Pierworodnego, albowiem że nie chce mi się wstawać tak, żeby od ósmej dreptać pod przychodnią. Zarejestruje, OK, nie uda się, też płakać nie będę.

Chytra baba ze mnie, co nie? :)

A w międzyczasie portret mój, pędzla Alienka


urocza jestem, zaiste, nie da się ukryć. Tylko "batia ma mało włosów". Fakt.

A moje dziecię najmłodsze oczami Alienka wygląda tak


Prawda, że przystojny z niego gość?

No co, mnie się podoba i tak już zostanie :) 

Dziś, day two. Miało być bez siedzenia, ale... No, coś się przesunęło i powtórka z rozrywki. W międzyczasie wiadomość z Ławicy od Zmorki, która do tej Mołdawii na winobranie leciała, fotkę swoją (seksowną) z lotniska dostała, nie mam pozwolenia, więc nie publikuję, a potem już 


Kalafiorkównę (marudną dziś jak cholera, nawet Inżynier wyszedł z siebie i stanął obok, gdyby to było moje osobiste dziecko, zabiłabym i każdy sąd by mnie uniewinnił, ma panienka charakterek, nie wnikam w wychowanie, dostosowuję się do reguł) pilnowałam przy kolacji, gdy samolot z pierwszego planu mignął mi za oknem kuchni, sfocić nie zdążyłam, ale po powrocie do domu dostałam wiadomość, że wylądowali i na pytanie, czy latanie jest lepsze od seksu takoż dostałam pozytywną odpowiedź, zatem niech się Zmorka bawi do upadłego, trzymamy za nią kciuki :) 

Dodatkowy stres zafundowały mi dziś sierściuchy jebane. Bo rytuał jest, że wykąpana Kalafiorkówna karmi mokrym żarciem sierściuchy, inaczej jest awantura gorsza niż ta na granicy...

I zauważyłam, że Arya nie zjadła swojego jedzenia, za to żre je Edek. 

Wywaliłam sierściucha spasionego


to ten, co mi dupą na twarzy spał w UK, no popaczcie, jak on łypie na mnie. Żarło schowałam, bo biedna Arya, zagłodzi się na śmierć.

Państwo zaś, wróciwszy do domu, Edkowi żarcie dali. Komentarz Inżyniera: jest dorosła, wie, co jest, nie chce, niech nie je. 

Inżynierowa: jakby Edek nie jadł, byłby to znak, że jest chory. Hrabina ma prawo głodować.

Nie jest łatwo ogarnąć cudze reguły, aczkolwiek staram się na maksa.

Zapisuję wszystko skrzętnie w kajeciku.

I tylko serce mi dziś pękło na pierdyliard kawałków, gdy Kalafiorkówna, rozebrawszy się do półnaga i odmawiając włożenia jakiegokolwiek T-shirta z szuflady, którą zarządza, rzekła do mnie: idź sobie do swojego domu.

Serio?

Z chęcią bym poszła.

Przede mną jeszcze dwa takie dni i sobotnia nocka, bo młodzi chcą wyjść.

Też bym chciała.

I tylko te pieprzone łapki Alienka, który aczkolwiek dziki jest, ale nigdy mnie słowem nie zranił i moje uczucie do dziecka, które łatwo nie ma, pozwalają mi zacisnąć zęby i...

A, nie wiem, czy Stardust mnie zablokowała, bo coś, czy jej się rączka omsknęła, ale wiem, że jak mnie ktoś nie chce, nie pcham się na siłę.

Bywa :) 

W międzyczasie zaś wszystkie okna pomyłam, ale to już temat na inną bajkę, w następnej notce.

I wiele innych rzeczy się dzieje, ale czasu nie mam...

Życie pędzi coraz prędzej...



piątek, 24 września 2021

Cuda

 Kochany Pamiętniczku, zdarzają się niekiedy.

Jak zwykle koszmarne i bezsensowne sny (które, jak wyczytałam gdzieś tam są bardzo zdrowe dla życia realnego) wywaliły mnie z łóżka tak wcześnie, że zdążyłam i do Biedronki, i na Manhattan przed pracą.

Nareszcie otworzyli z powrotem budkę z kurczakami, nieczynną od wieków, pani miała operację na stawy biodrowe. O jeżu kolczasty, dziś na obiad był znów ROSOŁEK jak za dawnych lat, nie przekonują mnie te rosołki na mieszanym mięsie.Rosołku prawo jest być na zwłokach i dziś był.W mięsnych w okolicy zwłok nie ma, a rosół na skrzydełkach to podróba, pic na wodę i fotomontaż. Zatem dużo zdrowia dla pani a kurczakowej budki.

A, odkąd pamięcią sięgam, a sięgam daleko, odkąd budka jest na Manhattanie, a jest od wieków, zwłoki kosztowały 1,50.  Kosztują teraz 2 zł. A włoszczyzna, od lat po 1,50 skoczyła do 4-5 zł. Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć? Wiem, histeryzuję na zapas. Na razie stać mnie na te luksusy. 

Młoda kobieta, a już ma sztuczne biodra i jest zadowolona. Zatem ja jestem szczęściarą, że z tych moich bólów wychodzę ot tak...

A do domu zapierdalałam w podskokach jak Zatopek, bo i zamykanie, i Agro Show.

Miałam rację, poczta się zjebała i Boss alarm wszczął.

I mam emilka z dowodem rzeczowym, że nowy system jest do dupy i to nie są moje słowa, ale Naszczalnika :) 

Dziwnym trafem wszystko kurcgalopkiem się zamknęło parę minut przed 15 i tym sposobem od 15 jestem wolna jak to ptaszę polne. 

Posprzątana, z małym przemeblowankiem w dużym pokoju, chodziło za mną od dawna, a dałam radę sama, bo drobiazg.

Z Rosołkiem przez duże R w lodówce.

Z pozakręcanymi kaloryferami, bo pół dnia grzania i już po suficie chodziłam. Ale że załadowane, to można zakręcać.

Za ścianą (chociaż jedną) nowi lokatorzy, chyba z dziećmi, ale że głucha jestem, to mi to rybka.

Sąsiedzi z działki wrócili, więc sama już nie jestem.

Lato ma wrócić.

18.15, gdy piszę te słowa jest już szaro, światełkowo (no taki piżdżący dzień, ale OK).

Pomyślę o tym jutro...


czwartek, 23 września 2021

Czwartek

 Kochany Pamiętniczku, za mną.

A, zatwierdzony namaszczeniem Bossa, że mogę se iść.

Zauważam, że coraz więcej go wszędzie i zastanawiam się: facet, naprawdę warto?

Ma tyle, że mógłby leżeć i nic nie robić, a wciąż się wmela. 

Widocznie tak jest u tych, co mają już wszystko, czują się niezastąpieni. I kłamią, chociaż może sami sobie nie zdają z tego sprawy (wiadomo, różne są ułomności mózgowe, co najlepiej widać po elytach niemiłościwie nam panujących).
W mniejszej skali przerabiam to na własnej skórze, ale może spuścimy na to zasłonę milczenia, bo pracy potrzebuję jak kania dżdżu, a coraz mi ciężej. 

Nevermind. 

Jesień jest, bo o 20 już na tyle ciemno, że bez wyrzutów sumienia rozkładam wyrko do spania.

Zwłaszcza w tym tygodniu, ciężki miesiąc był.

Aczkolwiek już dziś lżejszy dzień i nie, nie wzrusza mnie to, że młody ojciec (młody, hmmm, w wieku Inżyniera, a Inżynier to już niedługo dziadkiem będzie) wysyła tekst o pierwszej w nocy. Fakt, na gospodarstwo i trójkę małych dzieci, w tym jedno niemowlę na karku. A ja sobie tak na serio kalkuluję, czy i qui bono kisiłabym się w jego sytuacji? No chyba że ma z tego kiszenia profity jak stąd do  Rio de Janeiro. O bardzo wielu rzeczach w firmie nie wiem i w sumie mi to rybka.

Niech mają miliony, mnie wkurwia maksymalnie niedocenianie i niemożliwość wywalczenia czegokolwiek, bo: przecież ma pani emeryturę.

Tak, mam.

Kurwa.

A dziś w szparze unijnej kopertka, zaklejona, a jakże, z czynszem na... styczeń 2022 r. Bo wzrośnie, bo znów wzrasta (wycofana) opłata za windę. I będę płaciła ponad 500 zł znów...

No, kurwa.

I bezradnie rozłożone ręce pani z piątki, że prąd tak znów podrożeje.

Kiedy otwierała tam sklepik, ile to już lat temu, chyba bez mała trzydzieści, ostrzegałam ją, że w tym pomieszczeniu były już dwa sklepiki i padły. Wprawdzie nie spożywcze, ale padły. Na to pani A. uśmiechnęła się i powiedziała, że postara się przetrwać.

I cieszę się, że trwa, bo gdzie ja bym leciała po alkohol w czasie ulewy czy innych W?

Z rzadka kupuję tam coś innego, bo ma drogo, alkohol też ma nietani, ale...

Jest blisko.

Stacja benzynowa też jest niedaleko, ale to już nie to...

Aby jeszcze jutro przetrwać..

Potem tylko maszynki, ale to już małe miki.

I to już będzie październiko-listopad.

Trzeba sprawdzić baterie w światełkach i to jest TEN czas. 


środa, 22 września 2021

Przerażona

 jestem, Kochany Pamiętniczku...

Rano z trudem zwlokłam szlachetne zwłoki z łoża boleści, poinformowana przez Pierworodnego, że Mała Wiedźma dołączy do klubu okularników, dziedzicząc po babci astygmatyzm, ale już nie krótkowzroczność, albowiem jest dalekowidzem.

Z pozycji krótkowidza mówię, że ma przesrane jak w ruskim czołgu, albowiem ja, jako krótkowidz, po tylu latach pracy oczami nie widzę, co się dzieje na drugim końcu pokoju (czy na podłodze leży płatek z badyla, czy jakiś zabłąkany papierek), za to plamę na kafelkach widzę na kilometr, kurwa. Ludzi na ulicy nie poznaję, ale to małe miki. Za to wydruczki czytam bez okularów, nawet te drobnym druczkiem (no dobra, od jakiegoś czasu do najmniejszych wydruczków, takich naprawdę małym druczkiem na etykietach biorę szkło powiększające), ale SMS w telefonie czy inne takie badziewie to nie problem. Gorzej w markecie, bo w okularach do dali nie widzę opisu (cenę widzę), żeby ją przeczytać muszę zdjąć okulary i nos zbliżyć do półki. Ale to i tak pikuś, bo moje znajome dalekowidzki nic nie przeczytają bez okularów :)
Inna para kaloszy, że do optyka idę chyba od 5 lat, jak nie dłużej. Jestem staruchą, która od wieków pracuje oczami.

Więc wciąż twierdzę, że krótkowidze mają lepiej.

A tydzień zaczął się wyjebiście, a dziś już środa jest i...

Łaska pańska, że o 20.18 napisał mi, że dziękuje i to wszystko na dziś.

A ja od 8.00 leciałam tekst za tekstem, non stop, z zaparciem i z zatrzymaniem moczu (no co, ćwiczenia Kegla), w międzyczasie ogarniając i warzywka i maszynki, przerażona, że się nie wyrobię na zakręcie (warzywka idą jutro i pojutrze, maszynki w pierwszym tygodniu października). O 20.08 moja poczta i biurko było PUSTE, warzywka gotowe PRAWIE w całości (co przyszło, to wyszło), a o 20.18 emilek, że pani już dziękujemy. No, a mógł nie napisać i w ten sposób nie wypiłabym zimniuteńkiego piwka, na które zasłużyłam, jak pies na zupę.

Będzie dobrze, resztę ogarnę z palcem w dupie (samochwała w kącie stała)...

I dla mnie będzie już listopad, jakby kto pytał.

A po drodze kłótnia z Bossem, bo "autor mówi, że w oparciu o, bo w oparciu na mu nie pasuje". Podsyłam regułkę, uzasadnienie... 

Auć.

Wywiad, w wywiadzie "bo byśmy". Odsyłam z "bobyśmy" i foch, że jak to, w jego wywiadzie ma iść błąd? Po jego trupie. Tłumaczę, że "bo byśmy" jest błędem, na którym padają nawet uczestnicy konkursów językowych, podsyłam regułkę, ale nie mam pojęcia, jak pójdzie. Mam zasadę: nie czytać tego, co wydrukowali. Nawet jeżeli moje nazwisko jest w stopce.

I co ja za to mogę, że ludziom się nie podobają reguły? Mnie też nie, ale... jeżeli mam regułę językową na swoją obronę, stosuję ją.

W pracy jestem skrupulatna w ich stosowaniu do bólu.

Na blogu nie, bo nikt mi za to nie płaci, a i nie jest to blog o językowej poprawności, ale mój Kochany Pamiętniczek :) 

Co nie zmienia faktu, że Boss ma idealną korektorkę, której nie docenia ;) 

Piwo nie pomogło, wciąż mam pierdalca. To będzie ciężka noc, trudno.

Od piątku mają grzać, no i dobrze, bo zimno jak w psiarni. Zwłaszcza jak siedzę koło okna... 

Jesień, zima, otwarte pozostaje pytanie: będę się cieszyła kolejnymi bratkami?

poniedziałek, 20 września 2021

Auć

 Kochany Pamiętniczku.

No auć, bo wszystko auć. 

I tak


tu na razie mamy rżysko, ale będzie San Francisco. Najbardziej podoba mnie się ta siedziba budowlańców na razie. Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma, ale Inżynier mówi, że w kontrakcie ma nawet kibelek po ich stronie, burżuj jeden.

Problemem pozostaje więc tylko inflacja.

Odpadają problemy z pilnowaniem budowy. I wciąż mi włosy dęba stają na coraz bardziej łysym łbie, jak wspomnę awantury z Eksem, że go nie wspieram, gdy kłócił się z rodzoną matką, że mu działki koło kamienicy, w której mieszkaliśmy na strychu po ślubie nie dała, bo on by tam systemem gospodarczym sam chatę postawił, bo ojcu kilka postawił. Ta, nie sam, wszyscy chłopacy, sztuk cztery gonieni byli do roboty, teść kasę miał, a i pacjenci w ramach "zapłaty" zapierdalali. Eks zaś, inżynier od silników, jak mu coś w silniku stukało, jechał do kolegi ze studiów, "przyjaciela", który warsztat miał, a ja płaciłam rachunek za naprawę, w której znaczącą częścią był mój rok urodzenia (bo mój, chociaż niższy, był wyższy w cenie). I nie, że nie umiał, bo cudze doprowadzał do stanu idealnego, oczywiście za darmo, bo jak brać pieniądze od przyjaciół?

Więc niebiosa strzegły przed budowaniem pałacu na M. systemem gospodarczym. Syn "psiej mamy", który kupił działkę od teściowej do dziś nie skończył budowy, a minęło już prawie 30 lat, budował systemem gospodarczym...

Niebiosa strzegły zatem mnie :) Może i blokowe M3 ciasne, ale przytulne i własne mam...

Uczciwie za nie zapłaciłam, choć pozory na to nie wskazują.

Nieważne.

Na stanie


 tak wyglądają 2 kg żurawiny :) O jeżu kolczasty, jaka dobra jest, odrobina, która nie załapała się na słoik, bo tak małego słoika nie miałam już, dodawana była eksperymentalnie do wszystkiego, nawet z jajem na twardo smakuje zajebiście i chuj :)

Kolejne 3 litry żurawiny zamrożone czekają, aż będę miała czas i dokupię małe słoiczki, bo w duże nie opłaca się jej pakować.

Wydałam na żurawinę w tym roku 120 zł... Cukru nie liczę :) 

Sex education sezon 3 ogarnięty.

Poniedziałkowy poranek przyniósł zapierdal, ale piękny zapierdal. Bo osiem godzin minęło jak minuta. Śpię przy szeroko otwartym balkonie, zimno jest jak cholera, co czuję przenosząc się z podusi na podusię, ale za to jak cudnie...

Ale do kibelka leciałam jak petarda, bo zimno, a i rano balkon zamykałam z hukiem, bo 15 stopni na rozgrzane pod kordełką cielsko to nie jest komfortowo :)  Na całe szczęście coś mnie natchnęło i wywlokłam spodnie dresowe i T-shirt, ale i tak do siedzenia koło okna okrywałam się chustą, bo piździ jak za cara na Skieletczyźnie.A, i kapcie zakopiańskie założyłam.

Pracując uczciwie dowartościowałam się przecudnej urody dziełem Alienka 



przedstawiającym dinozaura (Alienek, biedactwo zakaszlane przez jebany kaszelek stracił Tomatisa, nie wiadomo, kiedy następna sesja, co nie zmienia faktu, że dla mnie Alienek pozostaje ósmym cudem świata, bo nikt mnie nie kocha tak, jak on). I wbrew prognozom, że jest z nim nie tak, umie liczyć do 10, widząc cyfry pisane. Po polsku i po angielsku. I napisał literkami magnetycznymi na lodówce, że kocha babcię (ma tylko jedną, kurwa, mnie), nieważne, że tego nie napisał, nie rozróżnia jeszcze wszystkich liter, interpretował napis, że mnie kocha :)

Skończyłam prackę o 17.16,  z czystą pocztą i biurkiem, kopnęłam się w tę tłustą kubańską dupę i powlokłam się do Lidla (dobrze uczyniłam, bo pogoda jak marzenie, a widok ludzi w pikowanych kurtkach z misiem na kapturach wprawiał mnie w euforię, bo było 17 stopni). Moi co prawda miała bluzę z długim rękawem i szaliczek na ponętnej szyjce, ale stópki nie mniej ponętne w sandałkach...

Jedyne, co mnie przeraziło, to rachunek przy kasie, nie, absolutnie nie szalałam, jest coraz gorzej, kurwa. A ja nawet badyli nie kupiłam...

No nic. 

Po powrocie wlazłam na pocztę i a jakże, 17.40 tekst od Bossa. A... Mało, że mam w chuj nadgodzin za czekanie na ekstrasy, to jeszcze doszedł dodatkowy dzień, bo nie zamkną się w czwartek (bo się nie wyrobią, ja tak), więc mam dodatkowy dzień pracy... Nie, sorry Winnetou, nie ma mnie już dziś... 

Mam harmonogramy na 2022 r. i zastanawiam się, czy mam je rozpisywać?

Śniło mi się, że wyjebano mnie ze wszystkich miejsc pracy.

Więc?

Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?

Jeszcze gra radio Pogoda, ale za chwilę będzie Przeminęło z wiatrem i cały pogrzeb na nic...

iPad się przekręcił tak jakby (swoje lata ma, chyba z 10 już liczy), więc po naradzie z Inżynierem ustaliliśmy, że jestem zepsuta do szpiku konsumpcjonizmem i z tego powodu kupię nowe ustrojstwo (a D. mówiła zawsze, kup pierścionek, to lokata kapitału, na co ci takie zabawki, nic za nie nie dostaniesz. Sama kupowała kolejny pierścionek. Fajnie, że ma ich tyle i jest urządzona na lata, ale, kurwa, nie mam z nią kontaktu, a ocaliła mi życie. Nie ma jednak ani maila, ani nie mogę do niej wysłać SMS, bo coś jest nie tak w systemie, chyba mnie zablokowała. niechcący, do takich wniosków doszedł Inżynier, ogarniając całokształt... Choruje na raka i nie mam z nią kontaktu, odkąd odeszła z pracy, bo ja GŁUCHA jestem i nie zadzwonię, nie wiem nawet, czy odebrałaby telefon, skoro SMS są zablokowane. Ot i pożytek ze złota.). Planowałam to już w zeszłym roku we wrześniu, a i tak rok minął. Inżynier sugerował oddanie iPada na recykling, ale moja dusza zaprotestowała i wygrałam, sugerując, że lepiej dać go na wykończenie wnukom, znaczy się, działa wciąż, więc jak coś to gadające kotki czy inne tam cuda wianki jak znalazł. Lepsze to niż recykling, nie będzie żal jak na dnie z honorem legnie w małych łapkach...

 I... mam wyrzuty sumienia, że wydam własną, ciężko zarobioną kasę na zabawkę, bo przecież mogłabym ją wydać na bardziej szlachetny cel...

Kurwa mać.

A srajdy parapety zasrały na maksa, zatem za zawrotną sumę 50 zł polskich bez dwóch groszy zanabyłam kolejne odstraszacze, nie wiem, czy się sprawdzą, iPhone'a, nawet starego nie położę na parapecie okna, bo każda srajda może go strącić.\

I tak mija dzień za dniem...

I jest tak


 

Kurwa, co jest ze mną  nie tak?


Ponoć na Szwajcarskiej można w szpitalu lec i się zaszczepić. Poinformowała mnie koleżanka. Oczywiście, nie sugerując, że muszę i że nie doniesie Bossowi.

No więc, kurwa, stoję znów przed dylematem.

Rozerwana na pół.

A tam, jak coś iPada dostanie któreś wnuczę i będzie się cieszyło w chuj, że ma najnowszego iPada od babci, co nie?

Szklanka jest zawsze do połowy pełna ;) 

 


 




piątek, 17 września 2021

Spokojnie

 tydzień minął Kochany Pamiętniczku.

Tak na pracowej  niwie, jak i ogólnie rzecz biorąc.

U Inżyniera na włościach fundamenty wylano, a i umowę o kredyt podpisał.

Była opcja, że podrzucą na czas podpisywania umowy Alienka z kaszelkiem, aczkolwiek ja pracująca jestem, ale okazało się, że Alienek od Kalafiorkówny kaszelka nie złapał i cały pogrzeb na nic, wywalili go do przedszkola :)

Wczoraj skoczyłam na Manhattan, bo Pan od Pomidorków na FB oznajmił, że go w piątek i sobotę nie ma, zatem dziś


żurawina, bo dorwałam. Pomidorki, które jem, jprdl, 19,90 za kg  w środku sezonu, plus dwa kilo żurawiny, plus 10 jaj i prawie stówa poszła się jebać...

Plus dwa kilo cukru (prawie) do żurawiny, bo kwaśna tak, że nawet ja nie wytrzymuję...

Żurawinę psim swędem dorwałam, nie było jej w tym roku.

Tak w ogóle to dziwny jest ten rok, patrząc z boku na całokształt...


 No co, skoro Alienek nie został podrzucony z kaszelkiem, poleciałam rano do Biedronki, skoro już wstałam skoro świt.

Biała była i calatea, i diffenbachia.

A potem dzień jak dzień, kocham korekcenie na home office, praca zrobiona, mieszkanie gra i buczy...

Jeszcze tylko jutro zapakować tę żurawinę w słoiki i wymyślić, co zrobić z rosołku, kwitnącego w lodówce. 

A może iść w świat bez plecaczka, mimo deszczu i osranych przez srajdy parapetów?

I bez dokumentów i innych takich tam?



poniedziałek, 13 września 2021

Odmówiłam

 przedłużenia Office, jak Inżynier kazał, Kochany Pamiętniczku.

Co roku płaciłam 300 zł bez grosza za odnowienie subskrypcji, ale że Inżynierowa potrzebuje teraz Office'a, kupili Family, droższe, ale na więcej kompów. Nie chciałam za frico, zapłaciłam swoją działkę, ale się wszystko pozajączkowało. Miał sprawdzić dziś, ale bankowe sprawy mu weszły w paradę, no cóż, są ważniejsze.

Będzie dobrze, nie chcę tylko stracić zdjęć z OneDrive, dość już potraciłam.

No nic, pozostaję z nadzieją, że uda się ocalić całokształt. 

Niby zamykanie szło dobrze, o 16 skończyliśmy, z emilkiem, że dziękujemy i uścisk dłoni...

Już mi się serce i nogi na wolność rwały, ale coś mnie tknęło... (że nie wspomnę o nadgodzinach)...

Nie, nie śledziłam już poczty, po prostu coś mnie "tkło".

Ostatni tekst Bossa, a jakże, z mea culpa, poszedł prawie spóźniony.

A, kurwa, miał iść ósmego... 

Kto opóźnił? Wiadomo, korekta. A że Puda różni się od Dudy i że to korekta wyłapała, to małe miki.

Na pocieszenie lecą dziś z YT piosenki, które kocham, bo słuchawki od iPada się ładują.

I, kurwa mać, mea culpa,mea maxima culpa... 

Dosłucham płyty Andrzeja R., gdzie znajdzie mnie, niezmienioną, tę samą (obawiam się, że już nie, ale życie płata figle i pisze zaskakujące scenariusze, więc... perhaps? quizais? maybe? peut être?).

Ale i tak dla niebogaczy są prognozy złe...

Il y a ceux qui veulent mourir un jour de pluie 

Et d'autres en plein soleil

 Il y a ceux qui veulent mourir seuls dans un lit 

Tranquilles dans leur sommeil...

 

C'est la vie...

 

Il y a ceux qui veulent mourir un jour de pluie Et d'autres en plein soleil Il y a ceux qui veulent mourir seuls dans un lit Tranquilles dans leur sommeil

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,dalida,mourir_sur_scene.html
Il y a ceux qui veulent mourir un jour de pluie Et d'autres en plein soleil Il y a ceux qui veulent mourir seuls dans un lit Tranquilles dans leur sommeil

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,dalida,mourir_sur_scene.html

 

Il y a ceux qui veulent mourir un jour de pluie Et d'autres en plein soleil Il y a ceux qui veulent mourir seuls dans un lit Tranquilles dans leur sommeil

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,dalida,mourir_sur_scene.html
Il y a ceux qui veulent mourir un jour de pluie Et d'autres en plein soleil Il y a ceux qui veulent mourir seuls dans un lit Tranquilles dans leur sommeil

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,dalida,mourir_sur_scene.html

piątek, 10 września 2021

Piątek

 Kochany Pamiętniczku.

Życie mija na czekaniu, dobrze, że mi Boss napisał, że "jak najwięcej w piątek, ale do drukarni w poniedziałek". Nie dostałam z tego dziś nic, za to zdążyłam polecieć na Manhattan, bladym świtem, of course, pierś wystawiona do medali, ale same plusy.

Dostałam żółte pomidory na przetwory. Nie było kolejek. Nie było upału. I leciałam jak strzała, bo jako że moje nienormalne godziny to mnie przypiliło, ale się udało.

A potem leń na maksa, więc dokończyłam Castle & Castle, a co trzeba poznawać obce kultury. Inna maniera grania, dla mnie bardziej konwencja komiczna, no ale zielonego pojęcia nie mam o kulturze nigeryjskiej. Będzie 2. sezon, oglądnę.

Powidła, przecier, na obiad cut, mjut i ożeszki ziemne. Znaczy się: cebula, papryka,cukinia, czosnek, papryczka chilli, pieczarki, ziemniaczki w bryftannie, nieużywanej od roku, bo supergary zajęte na przetwory. Na jutro też mam obiad :) Tanim kosztem i małym wysiłkiem, bo się samo dusiło.

Po osiemnastej, skończywszy oglądanie, przerywane praniem, kopnęłam się w tę tłustą kubańską i błyskawicznie ogarnęłam mieszkanie gospodarczo, żeby jutro pospać... Ta, znając życie wstanę bladym świtem i nic do roboty, ale pewnie coś wymyślę.

A jako że piątek i potańcówka, więc dupa mi się rusza, zwłaszcza po


Dobre, słodkie, ale delikatną słodyczą, nie ulepek, na dokładkę koszerne, jprdl, z granatów, zagramaniczne, z USA  :)

Może uda mi się spokojnie przespać noc, nie myśląc o powoływaniu ludzi, nawet 60-letnich do wojska na ćwiczenia (serio? ilu jest wysportowanych 60-latków, na dokładkę znających się na współczesnym sprzęcie), o zapowiadanym polexicie (serio? te pojeby w Parlamencie Europejskim grubą kasę golą, uważając się za zakładników UE, zwłaszcza ta pojebana oborowa), brexit ich nic nie nauczył.O rosnących w szalonym tempie cenach, o rozpiździelu w budowlance, a Inżynier właśnie dostał kredyt i zaczyna budowę...

Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka. Spać, nie myśląc. Nie pisząc scenariuszy podczas przewracania się z boku na bok.

Kurwa.

A wydawało się już, że to, co złe odeszło i nie wróci...

Inżynier plumknął, że myślał o fotowoltaice na mojej loggii, ale mam za mało słońca. Nawet gdybym miała go dość, olać.

Jak idiotka ścibolę każdą złotówkę, której nie wydam na picie właśnie na czarną godzinę.

A to wino to z tej paczki na wycieraczce, za tomik poezji.

Może dlatego tak dobrze smakuje?


czwartek, 9 września 2021

Wrzesień

 Kochany Pamiętniczku, paskudnym miesiącem jest.

7 odszedł Eks, 11 mój brat, 12 moja Mama, co z tego, że nie w tym samym roku?

W tym roku już Tomasz Knapik, Jean Paul Belmondo (jeżu kolczasty, jak ja się w nim kochałam), Wiesław Gołas.

We wrześniu Inżynier wylądował na OiOM i wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że "w najlepszym przypadku będzie potrzebny przeszczep serca".

Uciekł kostusze spod łopaty, bo to uparty egzemplarz jest.

A dziś Pierworodny pisze, że zmarł dziadek jego żony i w sobotę pogrzeb.

Pojechali do O.

Poprosiłam o przekazanie kondolencji, nie, nie jadę na pogrzeb. Widziałam gościa raz w życiu na ich ślubie, przesympatyczny, ale...

Jego córka, a teściowa Pierworodnego zawaliła się (no wiem, jestem istotą bez serca, ale tak wyszło), więc nie sądzę, żeby obarczanie rodziny dowiezieniem mnie z W. i zajmowaniem się mną potem miało jakikolwiek sens. 

No nic. I choć jak ta żaba, co wyrzekała się błota, choć sama w nie wlazła, zapierałam się, że nie odezwę się do Synowej, uświadomiłam sobie, że jak już nie wiem, co robić, wypada być po prostu dobrze wychowanym.

Napisałam kondolencje i o dziwo, choć była w pracy, gdzie rzekomo nie może się nigdzie online ruszyć, od razu odpisała.

Nieważne. 

W mojej pamięci pozostał skromny, szczupły gość, tłumaczący mi grzecznie dokładnie 10 lat temu, że on to sobie na rower wsiada i jedzie, żeby nikomu nie przeszkadzać.

Miał 96 lat. Nawet nie wiem, jak miał na imię.

Niech mu ziemia lekką będzie, a i spotkanie z żoną da dużo radości. Stęsknili się pewno za sobą.

Wczoraj polazłam na kijki, zamknąwszy pocztę po cichu o 13, kopnąwszy się w tę kubańską dupę i...

Nie chciało mi się złazić do piątki po wodę, no przecież wrzesień i gorąc nie jest taki gorący, co nie? A picie to sikanie...

Wróciłam do domu po 40-minutowym spacerze w terenie bez cienia mokra jak siwa mysz, dysząc jak ta lokomotywa z wiersza Tuwima i padając na ten paskudny mord... Wrześniowe 25 stopni jednak daje popalić w pełnym słońcu.

Dziś już nie szarżowałam, poszłam na zakupy do Biedronki i Lidla (bo mi się serki wędzone w drzewie bukowo-olchowym skończyły), wolnym walcem i też wróciłam do domu skonana, więc mimo planów, zero kijków. Za gorąco.

Teoretycznie lodówka pełna, ale jeszcze warzyw brak, więc jutro - o ile tę leniwą kubańską w porę podniosę - Manhattan.

A, bo szef, mający się zamknąć w środę, przesunął się na piątek i nawet, jak sam Boss napisał, może i na poniedziałek...

Jako że nie będzie w weekend kolejnej akcji zawieszania plafonu, spokojnie to powinnam ogarnąć.

A i Inżynier już ma plany na październik, a jakże, z podkreśleniem, że stanięcie nad Umarlakami jest człowiekowi do szczęścia potrzebne.

Byle wrzesień minął bez kolejnych strat i dat.

Chociaż... 12 odeszła moja Mama, za to na świecie pojawiła się pierwsza córka Sikory.

Więc jak widać, życie nie znosi próżni, są plusy dodatnie i plusy ujemne.

Bo rzeczona córka jest the best, jak moja Mama :)

poniedziałek, 6 września 2021

Operacja

 zawieszamy mamie lampę w łazience, Kochany Pamiętniczku, zakończyła się klęską (za co niebiosom dzięki, albowiem sprzątać nie musiałam). Rzeczony plafon zanabyłam na wsjakij słuczaj, jak już wszystko jebnie z hukiem, ale nie spieszy mi się. Pierworodny przybył bladym świtem, uzbrojony w narzędzia, z teczuszką z narzędziami, z wielką wiertarką w plecaku, ale okazało się, że... Ekipa, montująca lampę w łazience, bez mała 35 lat temu jakąś śrubę wkręciła tak, że jej wykręcenie jest sztuką samą w sobie. Matka zaś nie ma klucza, choć możliwe, że będzie potrzebny nawet młot udarowy. [Ojapierdole i wizja Pierworodnego usmażonego na skwarek prądem, aczkolwiek rzeczony posiada uprawnienia SEO (Stowarzyszenia Elektryków Polskich) na grzebanie w prądzie i elektryka prąd nie tyka]...

No nic, wszystko zostało wkręcone, światło jest, narzędzia zabrał, bo ponoć w domu wierci i świdruje, aczkolwiek zwinął mi wszystko do wiercenia moje (teoretycznie jego, bo to on to kupował, ale w UK dorobił się nowego, lepszego kompletu, który przywiózł, ale i tak przecież sama nie będę wierciła nic...).

I tak gaduląc, przy okazji zaklepałam sobie (a potem i Inżynierowi niechcący do ogródka wrzuciłam petycję), że jak nigdy nic nie chciałam z żadnej okazji, tak teraz byłoby miło, gdyby się dogadali, znaleźli czas i wpadli mnie przemeblować w małym pokoju.

Marzenia się czasem spełniają - a dla mnie takie coś byłoby cenniejsze od kolejnego prezentu za niepotrzebnie wydaną kasę, bo mnie nic nie brakuje, tylko rąk roboczych. Zobaczymy.

Potem polazłam z Pierworodnym na Manhattan, wykorzystując go w charakterze asysty po tej wypłacie z bankomatu w piątek i dobrze zrobiłam, bo na Manhattanie z kolei jest jebany bankomat Santandera, który też odmawiał współpracy.

A jeszcze przedtem ze szpary unijnej wyciągnęłam list z Santandera UK dla Inżyniera, adresowany 05 Donona... Jprdl... Doszło dzięki kodowi, listonosz, który to rozgryzł jest geniuszem :)  

Powiedziałam Pierworodnemu, co sądzę o jego żonie i że nie ma opcji, że będę stroną kajającą się czy płaszczącą chuj wie za co. 

Małą Wiedźmę drzwi na skutek przeciągu trzasnęły w kolano i chodzi o dwóch kulach.

Więc sensacji miałam po kokardkę i kucyki.

Wlazłam do KiK po świeczuszki, bo sezon na nie, a tam


 Gwiazdka całą gębą, mimo że w kalendarzu mamy jeszcze lato, a i Halloween nie było...

Świeczki za drogie, więc polazłam do Pepco, tam była jeszcze droższa, ale z moją ukochaną werbeną i paczulą, więc sezon światełkowy zainaugurowała



paczula i werbena za dychę :)

Jako że łaziłam sporo, bo i na autobus go odprowadziłam, zmorzyło mnie po 13 i ucięłam sobie drzemkę. Rzadko, ale sobie ucinam, bo kto bogatemu zabroni?

Wieczorem sprawdzam, czy nie trzeba doładować ajfonika i SMS znajduję: jak pani jest w domu, proszę otworzyć drzwi i smacznego życzę... Nadane o 14. 

Bez wielkiej nadziei otwieram drzwi i...

Na wycieraczce torba, a w niej


wino, kawa i herbata w wielkiej puszce.

To za te wiersze, które korekciłam. Od 14 do 20.30 nikt tego z wycieraczki nie zwinął, a łaziła tego dnia armia ludzi po korytarzu (wiem z zapisu wideowizjera, dziś okazało się, że sprzedali mieszkanie, no i wynosili stamtąd meble). Mnie nie zbudzi nawet alarm przeciwlotniczy, więc marnie zginę.

A wystarczyło w piątek z Wordem wysłać wiadomość, że się do mnie wybiera autorka... No trudno. My home is my castle i niełatwo się tu dostać.

Jestem w szoku, że tego nikt nie ukradł, ale kiedyś paczkę od Zmorki też listowy zostawił na wycieraczce i doczekała mojego powrotu z pracy. Zatem zapisać w kajeciku: nie zmieniać szczęśliwej, antykradzieżowej wycieraczki :) 

I reo zakwitło


Taka maleńka rzecz, a cieszy.

Inżynierostwo w niedzielę wybrało się całą bandą do kina, żeby dzieci w razie W i kolejnego lockdownu  wiedziały, że jest takie coś, jak kino. Wyprawa do kina we czwórkę, z popcornem, bez picia - 165 zł.

Jprdl. To nie jest cena na moje zarobki i na moją emeryturę, aczkolwiek ta wreszcie przekroczyła po przeliczeniu 1800 zł brutto. O całe dwa złote. 

Jak szaleć, to szaleć, co nie?

A w poniedziałek rano znalazłam na FB to nowe czasopismo, którego nie korekciłam, bo się nie odezwali.

Otwieram i byk na byku...

Piszę do K.i oczywiście, poszło bez korekty, bo nie mają na to funduszy.

Więc mówię, że podrzucę im Synową, pro bono, dla portfolio.

K. wniebowzięta.

Inżynier tłumaczy mi jak krowie na rowie, że nie każdy rzucony na głęboką wodę nauczy się pływać.

Inżynierowa milczy, proponuję Skype'a, ale jednak pozostajemy na MSG...

Że się boi.

Tłumaczę, że pomogę, mimo że nie ma kursu nawet zaczętego. Że nie oceniam. Że nie święci garnki lepią. Że pierwszą korektę będę nadzorowała.

Że nie zawsze trafia się taka szansa.

Dogadujemy się.

Ja wskoczyłam do korekty prosto z ulicy, na wariata. Teoretycznie miałam w programie studiów ruch wydawniczy, ale w praktyce nawet nie liznęłam korekty, egzamin zdałam na zasadzie: ZZZ (zakuć, zdać, zapomnieć). Do pracy w korekcie poszłam, wkurzona na maksa, z ulicy, absolutnie nie znając się na niczym, oprócz mglistego wspomnienia z wykładów o znakach korektorskich, na ogłoszenie w Dzienniku Poznańskim, że szukają korektorki. Na miejscu okazało się, że trzeba się znać na korekcie w komputerze (McIntosh), kompika ujrzałam wtedy pierwszy raz w życiu na oczy. No, niby na studiach miałam komputery, ale... Zajmowały większą powierzchnię niż moje mieszkanie, odgrodzone były takimi sznurami na słupkach, jak dziś najcenniejsze okazy w muzeum i pan błagał nas, żebyśmy się do nich nie zbliżali i nie oddychali, bo się zepsują.

Zanim opanowałam gryzonia, ciągnąc go od jednego rogu stołu do drugiego i cudem trafiając w cel, dzięki nieocenionemu Wojtkowi G., legendarnej postaci dla moich dzieci, który, niewiele od nich starszy, miał do mnie cierpliwość, mimo wszystko i Eli K., która za mnie poręczyła w imię solidarności niedosłyszących, aczkolwiek jako świadek Jehowy sama się sprzeciwiała swojej wierze, pracując na kompie, dzięki pięknym ludziom w moim życiu - jestem kobietą spełnioną. Życiowo i zawodowo. 

Mam nadzieję, że i moja Synowa skorzysta z tej szansy. Bo między nami mówiąc, wydała na ten kurs kupę kasy [moja psiapsióła (?) wydała kiedyś majątek ma kurs Worda, choć mówiłam jej, że naumiem ją za frico, ale nie. Worda do dziś nie ogarnia]. Ja i do kursu mam podejście jak do jeża, do osoby też, ale nieważne. Nie mówię, że jestem guru, wpisów tu nie korekcę, błędy widzę na drugi dzień, a nieważne. Każdy ma swoją drogę :) 

Ale cieszę się, że chce spróbować i ze mną. Praktyka czyni mistrza, nie kursy.

Zobaczymy.

U Inżyniera już grzeją, u mnie nie ma jeszcze komunikatu, że odkręcać kaloryfery.

Jako że okna mam od wschodu, siedzę owinięta w kocyk i...

Mieszkanie obok mnie sprzedali.

Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy martwić, ale na razie biorę na wstrzymanie.

Co ma być, będzie.

 


 


piątek, 3 września 2021

Spokojnie

 tydzień minął, Kochany Pamiętniczku.

W niedzielę tylko Inżynierostwo wleciało całą bandą na chwilę, bo handlowa niedziela była i...

Za darmo dawali Słodziaka czy Swojaka, czy co tam znów leci w Biedronce, Synowa miała dwie karty, a dziadek stanowczo odmówił robienia zakupów, bo wszystko ma.

No a ja, jak ta głupia cipa, polazłam rano z wózeczkiem do galerii...

Internety mówiły, że Biedronka czynna od 8 jest, na całe moje szczęście wyszłam z domu o 8.30, ale pod sklepem poczułam się młoda i piękna, albowiem kolejka była jak za PRL.

Stał jeden dziadek, a właściwie nie stał, tylko łaził i stukał laską tak, że echo szło, myślałam, że dziada zamorduję. 

Ale okiełznałam złe moce w sobie. Biedronkę otwarto dwie minuty przed dziewiątą i dziki tłum ruszył... no gdzie?

Po Swojaki. Jednego wyceniają na 49,90, żeby zaś uzbierać punkty trzeba też sporo kasy wydać. Zgodnie z poleceniem wzięłam po bitwie raczka Romka, a że pisałam z Synową, dostała małpiego rozumu, sama już nie wiedziała, co mam brać, wpadła w panikę, że ich Biedronka mała...

Napisałam, że mają wziąć dupę w troki i przyjechać do mnie. I w ten chytry sposób Inżynier z Łobuzami zlądował u mnie, a Synowa poszła na zakupy, szczęśliwa jak żaba w błocie. 

Łobuzy wykazały niewielkie zainteresowanie raczkiem Romkiem i książeczką, Alienek ogarnąwszy kuwetę zażyczył sobie kotka. Mam w starym ajfonie takiego jebanego sierściucha, jak się do niego mówi, to on to powtarza. Najbardziej lubię mówić do niego: nauczyć gówniarza, to chodzi i powtarza. Sierściuch mówi to i to bardzo wyraźnie :) No ale przy Łobuzach nie mogę, ale oczywiście - dałam ajfonika (ja, dająca dziecku ajfonika) Alienek był w siódmym niebie, ale jako grzeczny brat, Kalafiorkównie też pokazywał. Niestety, dzieci klikają jak klikają i co rusz włączały się reklamy, ale z nimi odsyłałam do Inżyniera, którego to wpieniło. Chciał kupić aplikację bez reklam, namęczył się, ja też, bo hasła do wszystkiego i tym sposobem po raz pierwszy po tylu latach kupiłam apkę :) Wprawdzie burczał, że zapłaci, ale stać mnie jeszcze, żeby wydać 14 zł na wnuki :)

Synowa wróciła ze Swojakami, ale dzieci nie wpadły w euforię (to bardziej jej hobby, jak dzieci, ale co tam, co jej będę żałowała), posiedzieliśmy, kawkę wypiliśmy i pojechali, bo mieli obiad w domu. Nie, nie zabrali mnie, bo mają tak w Kosmos wyjechane foteliki, że nikt się już do auta nie mieści. I dobrze, bezpieczeństwo dzieci najważniejsze. A i ja, po zlikwidowaniu pozostałości huraganu, resztę dnia nabierałam sił na tydzień.

Olewając emilki o pyrach do środy. 

Łobuzy poszły do przedszkola 1 września, Alienek niechętnie, Kalafiorkówna z entuzjazmem. Synowa martwiła się, ale Alienek się zaaklimatyzował w nowej grupie, a Kalafiorkówna... Nieodrodna córeczka tatusia, cała grupa stała na baczność, a ona, najdrobniejsza i najmłodsza w przedszkolu, zarządzała tą bandą (tak przekazała  pani, Synowa bała się wnikać w szczegóły). Następne dni wykorzystała na łażenie po centrach handlowych i dobrze. Od czterech lat ma non stop, nie licząc nielicznych chwil, kiedy Łobuzy są na służbie u kogoś. dwójkę szalonych małolatów na głowie. 

A ja? Mam się dobrze. To był fajny tydzień.


Lało tak, że nie mając nic słodkiego, z nudów ciasto na oleju upiekłam, bo nie miałam masła w domu i...

Przepyszne wyszło :) 


A że jesień już jest, a pogoda cudna, bo NIE JEST GORĄCO, skoczyłam na Manhattan

i


miał być przecier i powidła śliwkowe, ale śliwki były jakieś niewydarzone, więc do pomidorów dałam paprykę, wpieprzyłam te powidła z jabłkiem i...

Ponoć to jest ketchup albo chutney. Nieważne, jak to się zwie, wsadziłam w małe słoiczki i jak coś samo łyżeczką wyżrę, bo jest przepyszne, prosiła nie będę, żeby ktoś brał.

I koniec w tym roku, jeszcze tylko na żurawinę czekam, bo do sera jest idealna.

A, ser odkryłam - niebo w gębie.


I jaja z kasą.

Nie zapisało mi do dziś na koncie zakupów z poniedziałku za jakieś 48 zł. Następne po nich tak, ale tych nie.

Dziś chciałam wypłacić w bankomacie Euronetu stówę, bo za mniej biorą prowizję, a wybieram się jutro na Manhattan. Wklepuję kwotę i bankomat mówi mi, że tej karty nie obsługuje. Jak to ja - dreszcze na plecach mam, ale nic, lecę do Biedronki, karta działa, kurcgalopkiem do domu, włażę do banku (mimo namów Inżyniera i tłumaczenia, że w ajfoniku bank bezpieczniejszy jak w kompie, stanowczo mówię NIE, aczkolwiek z mTransferu już skorzystałam), ale git majonez - bankomat nic nie pobrał, Biedronka tak, ale poprzedniej kasy wciąż nie ściągnęli.

Dla mnie to frustrujące jest, choć powinnam się naumieć już dawno, że to tylko algorytmy.

Ale wciąż mam z tyłu głowy momenty, gdy miałam na koncie 20 zł... I kilka dni do pierwszego.

Chyba nigdy nie pozbędę się tego lęku.

Jutro ma wpaść Pierworodny powiesić tę lampę. Zobaczymy. Miał 10. rocznicę ślubu, złożyłam mu życzenia, słowem się nie zająkując o jego żonie (ale to nie tak, że nie życzyłam dobrze). A do niej się nie odzywałam, bo przecież nie istnieję, co nie?

Ja do mojej teściowej dzwoniłam nawet z pyskiem. Ona do mnie z pyskiem i pretensjami też.

Życie nauczyło mnie, że najgorsza jest obojętność.

Żal mi syna, ale niby dlaczego mam się płaszczyć?

Nic złego nie zrobiłam i nie robię. A że nie po chrześcijańsku? Trudno. 

Staram się nie pisać scenariuszy politycznych, bo nie wygląda to ciekawie.

Staram się, aczkolwiek zakłóca mi to sen.

No nic... 

Nadchodzi moja ulubiona pora roku, o 20 już ciemno.

Dni światełek, świeczuszek, muzyki...

Zamyślenia, wspominania...

I ta myśl, kołacząca zawsze z tyłu głowy: czy zobaczę jak znów pokrywają się zielenią drzewa pod oknem? Czy znów zakwitną bratki na balkonie?

Czas pokaże.

Mija tak szybko.

Już życia, psiakrew, popołudnie.

Ale jest cudnie...

A z podrzuconego czynu społecznego wynika, że w przyszłym roku będzie 16 ekstrasów.

Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne (takie tam, prywatni doktorzy z PZU, za które płaci zakład) mnie już nie obejmie, bo... obejmuje osoby do 67. roku życia. Więc się nawet nie zgłaszam. 

Kiedyś chciałam się ubezpieczyć, miał być cót, jut i ożeszki laskowe, ale gdy się okazało, że mam więcej niż 55 lat składka tak wzrosła (a ubezpieczenie grupowe w zakładzie, dopytywałam i wiek nie przeszkadzał), że pół pensji by na nią poszło. Więc niech mi nikt nie mówi, że to nie jest ageizm.

Ale i tak warto żyć.

Na złość.