Strony

czwartek, 12 lutego 2026

2249. 120226.

I cóż, smutki w domu moim. Dowiedziałam się dopiero w pracy, od Kochanego. Kiedy zadzwoniłam po obiedzie, mamie głos się łamał … wieczorem poszła do Bronisia przed snem, kotek oczka miał takie miodowe, wielkie, jakby było lepiej. Jednak o drugiej, gdy tatko wstał na obchód, już było po wszystkim. Broniś przymilaczek umarł. Zjadł tyle tabletek, przyjął tyle zastrzyków, ale do wiosny czasu nie starczyło. Bardzo niesprawiedliwe. Już przecież znalazł najlepszy dom.

Kochany wymienił Babci dwa kółka i przywiózł mnie do domu. Deszczowo dzisiaj było, z rana deszczowo wręcz paskudnie (jechałam autobusem pierwszy raz po długiej przerwie, więc dopiero teraz mogłam się przekonać, że przystanek przesunął się o kilkadziesiąt metrów). 

Zapomniałam, że dzisiaj Tłusty Czwartek. 

Skończyłam słuchać Wzgórze psów.

środa, 11 lutego 2026

2248. Idzie wiosna.

Przygoda: gdy odjeżdżaliśmy spod Tesco, przednie prawe koło zaanonsowało flaka. Mieliśmy dużo szczęścia, bo przestało padać, a opona zapasowa nie puszczała powietrza. Mąż był bardzo dzielny. Niestety, stało się to w czasie, gdy większość mechaników w mieście kończy pracę. Musieliśmy dojechać do wsi na zapasówce i wszelkie inne działania zostały odłożone do jutra. Po przygodzie wcisnęliśmy makaron z pesto. Znowu zadzwoniłam do mamy: Bronuś już nie ma zapowiedzianych wizyt u weterynarza, nie poprawia mu się, żeby to zauważyć nie trzeba specjalisty. Transfuzja wystarczyła na miesiąc, tak jak przewidywano, następnej nie będzie. Tymczasem idzie wiosna :I
___
edit 21:00 czyli nie jestem w miłym nastroju, choć umiem liczyć błogosławieństwa: właśnie półleżę w łóżku jak caryca, prysznic był, kołdra grzeje, Kochany siedzi w Kuchniosalonie z maluchami, może zrobię sobie jeszcze jedną herbatę, światło mamy, bateria w laptopie naładowana, a zepsuty czujnik napierdala tylko od czasu do czasu, już zdążyłam się przyzwyczaić. Nastrój niemiły jest smutkiem połączonym z wyczerpaniem. Bronusia mi żal, przygoda z samochodem była bardzo męcząca, choć oboje zachowywaliśmy pozorny spokój. Wbrew przewidywaniom, nie skończyłam słuchania Żulczyka tak szybko, jak mi się roiło. Historia jest przygnębiająca, przez jakiś czas współgrała z moim nastrojem jakby była na tym samym poziomie oklapnięcia, ale właśnie zaczęła ściągać mnie w dół. Słuchać, nie słuchać, słuchać, nie słuchać, może jeszcze jeden rozdział, jutro dokończę resztę.

wtorek, 10 lutego 2026

2247. Lekka poprawa.

Znowu leje. Szczególnie popołudnie coraz bardziej mokre. Nastrój nieco mi się poprawił, choć nie rozwiązałam problemu mokrej wykładziny, ani tym bardziej spadu; ot, zwykła akomodacja. Dzisiaj Kochany pracował, podróżowaliśmy razem w obydwie strony. Po powrocie do domu głównie niańczenie przymilających się kocóreczek, zeszło nam na tym mnóstwo czasu i pseudo-obiad zjedliśmy bardzo późno. Zagadaliśmy się o różnych adaptacjach Lalki Prusa, pewnie dlatego, że właśnie wyszły zajawki obydwu nowych wersji (adaptacja z Schuhardtem spodziewanie odjechana, film kinowy z Dorocińskim niepokojąco pastelowy). Wróciłam do kilku scen z poprzednich ekranizacji (Hasa i Bera), długo podtrzymywaliśmy temat. 

Zapukali do nas zbieracze donacji z Breakthrough Cancer Research — po chłopaku ściekała woda, aż przykro było patrzeć, próbowałam pomóc skracając tę wizytę, więc wspomniałam, że mąż tu stoi, prawda, i wie wszystko w temacie. Nie decyduję się na wspieranie instytucji podczas rozmowy w drzwiach, więc tylko tyle mogłam zrobić.

poniedziałek, 9 lutego 2026

2246. Ciemno i jasno.

Odmowa z uniwerku i jeden spad — poniedziałek zaczął się źle, to pierwsze nieco przedawnione, bo odkopałam emilka sprzed kilku dni, to drugie zupełnie niespodziewane. Aaaa. Zalewa mi też wykładzinę pod drzwiami wejściowymi (kto robi wykładzinę pod frontowymi drzwiami bez progu? Debile). Już w domu, alarm przeciwpożarowy włącza się nam bez pożaru, gdy Kochany robi obiad, uciszenie go zabiera nam sporo czasu (myszy przerażone, mąż wprawiony w rezonans, wyczerpany, już poszedł spać). A na koniec dnia kupując bilet powrotny z Wrocka daję sobie wcisnąć rajanerowy przelicznik złotówek na euro (złodzieje), chociaż jeszcze minutę wcześniej pamiętałam, żeby nie dać sobie wcisnąć. To nie jest mój dzień. 

Po jasnej stronie mocy, spotykam się z Kochanym w polskim sklepie (ciśnienie spada), czapka jest prawie skończona (wełna milutka w dotyku), poza tym właśnie rozmawiałam z mamą. Sama rozmowa jest krótka i dobra, choć pojawiła się w niej zapowiedź śmierci Bronusia. Zapowiedź powinna zostać odhaczona w poprzednim, negatywnym paragrafie, ale Bronuś jeszcze żyje, więc piszę o tym tutaj. Jeszcze żyje. Mama wolałaby, żeby umarł w domu, we śnie, potwierdziłam jej, że też bym tak wolała. Gdy rozmawiamy, mama zazwyczaj pokazuje tylko czubek głowy, więc widzę jak poprawia sobie włosy i jak marszczy się jej dłoń.

niedziela, 8 lutego 2026

2245. Sztryken, sztryken.

Co robiłam? To robiłam:

Zmieniłam koncepcję czapki, zamiast dwa na dwa jest dżersej, zamiast na okrągło jest na płasko, czyli żyłka zbędna, ale nie mam innych drutów. Sztrykowałam bobę metodycznie, słuchanie książki też zamieniło się w przyjemność. Kochany zadzwonił w przerwie w pracy i poinformował mnie o zaproszeniu do przyjaciół. 

Wyjechaliśmy do miasta po obiedzie. Trochę gadania, siorbania herbaty; obejrzeliśmy z Ka kolejne dwa odcinki drugiego sezonu 1670  (został jeszcze jeden). Noc ciemna, w drodze dziury, widzieliśmy żywego borsuka.

sobota, 7 lutego 2026

2244. Sobota …

… rozpoczęta kolejnym stłuczonym kubkiem, znowu myszy, kubek z kotami, odpadł tylko kawałek ucha, ale właśnie ten kawałek, który czynił go poręcznym.

Dzień zupełnie senny, pod znakiem słuchanki, genealogii, a po powrocie Kochanego do domu, także pod hasłem robótki na drutach. Gdzieś w trakcie rozmawiałam prawie godzinę z mamą, na jej kolanach wylegiwał się chory Bronuś. Myśli zachwaszczają się mi pracą, daję temu odpór z połowicznym sukcesem.

piątek, 6 lutego 2026

2243. Wychłodzenie.

No przecież nie jestem normalna, tak? Mąż już planował, co tam mamy w lodówce, a ja do niego może by do El Paso, frytki ze słodkiego ziemniaka, frytki. Pojechaliśmy na frytki, przy kasie prawie zapomniałam zapłacić, ewidentnie nie teges robi mi się z głową. W zasadzie rozumiem, zen bywa łatwiejsze lub trudniejsze, dzisiaj było trudniejsze, bo nieoczekiwanie potrzebne na cito. Czyli zasobów zużycie nastąpiło przed trzecią po południu, ale ramen & halloumi, mamy piątek :) Pogoda oczywiście nadal kiepska, z miasta do miasta i z miasta na wieś jechaliśmy z Kochanym w mżawce, pod koniec podróży, po krótkim przystanku w Lidlu, byłam już nieźle wychłodzona. Aktualnie dopijam gorącą herbatę całkując plany na wieczór.

czwartek, 5 lutego 2026

2242. Pogoda sparszywiała ...

... do szczętu, od południa w hrabstwie był alarm pomarańczowy, chwilę potem przy okazji morskiego pływu rzeka zalała główny most miasta, płytko, ale malowniczo (Blackrock zalane na początku grudnia i dwa dni temu, znowu zostało zalane). Wiatr był wystarczająco silny, żeby kilkakrotnie otworzyć drzwi; przy którejś okazji zawiało mnie tak, że natychmiast dostałam bólu głowy, który nie opuścił mnie aż do popołudnia (automatyczny zamek jest rozregulowany, na co dzień jednak nie ma zagadnienia, reaguję adekwatnie do sytuacji). Po pracy poszłam do pań wytrzeszczających, przypomnieć im o bojlerze, a potem, jak to zgodne małżeństwo, oboje z bólem głowy, udaliśmy się z Kochanym do Costy na kawę. Tutaj zrobiłam fotkę bransoletki z hematytem (Kochany poprawiał mi zegarek, żeby na zdjęciu było równo):


Przystanek w ciepłym miejscu i kofeina zrobiły mi dobrze na głowę, choć na zewnątrz zmrok i mokre bździny na szybach.

Jeszcze przed obiadem zadzwoniłam do domu. Tam też nieprzyjemność pogodowa, tyle że innego rodzaju: gołoledź. Ach, poza tym niestety, wyniki Bronisia lecą na łeb na szyję. Ile to potrwa? Jeśli cuda się nie zadzieją i szpik nie ocknie się do działania, raczej nie spotkamy się więcej z czarnym Bronisiem :I Mama przeżywa, spodziewa się, że na dniach po raz kolejny będzie musiała podjąć decyzję o uśpieniu. Ciężko. Myśli dobre przeplatają się z myślami niedobrymi. Za oknem wiatr. Mąż rozmawiał z Perlistym o różnych dziwach, np. o tamie. Gdyż tamy są ważne. Żulczyk jest w sam raz na aktualne nastroje, niestety.

środa, 4 lutego 2026

2241. Plany i zwyczaje.

Ustalone. Opiekunka do kotów jest, urlop i potencjalne kandydatki na zastępstwo są, samochód jest (zamiast do Poznania lecimy do Wawy). Wieczorem przy dźwiękach Cream rezerwujemy bilety "do" (decyzje o "z" nie zostały jeszcze podjęte). O planie poinformowałam mamę w czasie pracy, każda z nas w swoim biurze (biuro mamy jest mniejsze, ale jaśniejsze i po prostu ładniejsze).

Przez ostatnie kilka dni najwięcej rozmawiamy z Kochanym w samochodzie, albo przy obiedzie, gdyż poza tym separujemy się, żeby nie zaburzać Fredowi jego procesu twórczego, a mnie słuchania audiobooków bez słuchawek. I tak, po dłuższym czasie, z chłodnawej sypialni wchodzę do zaparowanego Kuchniosalonu, gdzie mąż słuchając antycznej muzyki rockowej pichci obiad (dzisiaj wątróbka i sałatka z pora). Jestem szczęściarą, notuję se we łbie po raz kolejny

Pomiędzy obiadem i rezerwacją biletów rozmawiamy o zabójstwie pod Narożnikiem. Ciekawe, czy kiedyś ich znajdą, morderców.

Kochany zadzwonił już do Stu, żeby poinformować go o naszym dziwnym rozkładzie jazdy i pożądanym czasie podstawienia samochodu. Dobrze mi. Planowanie jest dobre, planowanie cieszy duszę. W międzyczasie wyciągnęłam bransoletkę, którą dostałam pod choinkę. Hematyty i turmalin. Odwaga i determinacja, ochrona i wewnętrzna równowaga, głosi opis kamieni. Pierdoły, mamroczę. Noszę od jutra.

wtorek, 3 lutego 2026

2240. Kontynuacja ...

... poniedziałku we wtorek. Tylko musiałam obudzić się zbyt wcześnie, wychynąć na świat, poudawać, że coś tam mnie obchodzi i że jestem miła. Bardzo męczące, ale do zrobienia. Ponieważ jednak wrażenie było przytłaczające (pogoda wstrętna, szok poweekendowy, oraz marazm ogólny), złamałam niedawno wprowadzoną zasadę, aby nie leźć w trakcie pracy do kawiarni po kubełko kawy. Polazłam. Trochę nastrój mi to poprawiło, jutro postaram się bez tej protezy. 

Kochany natychmiast uwiózł mnie do domu, gdzie po dłuższych przygotowaniach wciągnęliśmy spaghetti. Potem zanurzenie: mąż w tekst własny, ja w słuchanie Wygasania Terlikowskiego, które niedawno byłam skończyłam, żeby wybrać następny audiobook, Wzgórze psów Żulczyka. Zapowiada się najs.

Po obiedzie rozmawiałam z mamą — temperatura na minusie, ale nie aż tak, jak na wschodzie. Koty funkcjonują dobrze; jeśli z Bronisiem gorzej, manifestacja jest nieoczywista. Tatko jak zwykle gdzieś tuptał, Wojciech jak zwykle nastawiał się do głaskania.

Kminimy z mężem podróż marcową. 

poniedziałek, 2 lutego 2026

2239. Długi weekend .

… oferuje szerszą paletę możliwości do wyboru: nudzić się, czy się nie nudzić? Skoro przez dwa ostatnie dni się szwendaliśmy, dzisiaj był czas na słodkie nieróbstwo domowe. Późne śniadanie, leniwe rozmowy, czytam, drzemię, słucham, Kochany pisze, co sam sobie zadał do pisania.

Na LC zagłosowałam na najlepszą ekranizację książki (The Outrun) i dostałam w prezencie trzy bezpłatne tygodnie na Audiotece. Skorzystałam bez wahania. Na pierwsze słuchanie poszedł Terlikowski z Wygasaniem (jestem w trakcie). Poza tym, właśnie skończyłam czytać Jednoaktówki Czechowa (officyna, 2022). Wiatr duje. Pora iść spać.

niedziela, 1 lutego 2026

2238. Nie no, wiosna, tak?

Pomysł na niedzielę: jedziemy do Inchicore. Pojechaliśmy. Zostawiłam im Pilipiuka, do którego nie zamierzam już wracać, na wymiankę wygrzebaliśmy ze stosów makulatury trzy tomy (Freda zainteresował Knopp, wybrałam dwa pozostałe):

Po wizycie książkowej podjechaliśmy do Coffee Works w Blanchardstown, żeby uczcić Imbolc. Ładna pogoda, bez szkody dla zdrowia można było usiąść na zewnątrz, ale wybraliśmy mały stolik w środku, tuż pod ekspresem do kawy, w tle leciała jakaś składanka Billy'ego Joela (bo i The Longest Time, i You May Be Right), podjedliśmy, wypiliśmy, sztos. 

A skoro byliśmy niedaleko TK Maxxa w Blanch, zajechaliśmy i tam. Kupiłam szerokie dżinsy (mam podobne, tylko z krótszymi nogawkami obgryzionymi przez niedźwiedzia; nie planowałam zakupu, ale trzeba korzystać z chwilowego powrotu mody lat 80. dopóki trwa). 

Po powrocie do domu i rozprawieniu się z czymś na kształt obiadu (smażony łosoś zagryziony chlebem) rozmowa z rodzicami: idzie mróz (-10°C), zaczynają się ferie, Gosia Pies ma dużą narośl na łapie. Minął rok od śmierci Malineczki.

Reszta niedzieli to długi Oppenheimer (2023). Oraz może Czechow, którego zaczęłam podczytywać wczoraj późnym wieczorem. Jutro nie ma pośpiechu, gdyż bank holiday. Ramen & halloumi!

sobota, 31 stycznia 2026

2237. Ostatni dzień stycznia.

Byliśmy dzisiaj ponownie w El Paso: niby kupić to czy tamto, ale przede wszystkim w świetle dziennym czujnie obejść miejsca, gdzie mogłam zgubić moją mitenkę. Nie ma. Może zgubiłam ją jeszcze w Drołdzie? Komu potrzebna jedna rękawiczka? Nikomu. Mnie, bo teraz noszę jedną. Zygzakiem, zygzakiem (żwirek dla kotów dokupiony, robale na kolację oraz inne tysz) Costa, kawa, rozmowy o wczorajszym filmie. Po drodze zerkamy na efekty niedawnego sztormu (morze nadal podrażnione, na bocznych drogach trafiają się kałuże-giganty, przy domach dyżurują worki z piaskiem, pola spuchłe od wody). 

W domu głównie relaks laptopowy. Aż do nagłej ciemnicy, gdy światło zgasło w całej wsi. Awaria prądu trwała krócej niż pół godziny w czasie której Mańka zdążyła sobie opalić od świecy dwa wibrysy, a ja mogłam zrobić to zdjęcie:

Myślę, że fotografia przedstawia adekwatnie etapy rozwojowe naszych kocóreczek.

Robiłam dochodzenie, które aplikacje pozwalają słuchać audiobooków na laptopie (nie chcę na czytniku, nie chcę na telefonie, chcę na laptopie). Dochodzenie objęło EmpikGo i Audiotekę, poczem się zniechęciłam odkrywszy, że jak rozumiem u nich na laptopie nie (albo źle rozumiem, też możliwe). Dante nie nadaje się do robienia na drutach, potrzebuję innego tekstu.

Pomimo starań, styczeń zamienił się w jeden wielki poniedziałek i śmignął raczej ponuro.

piątek, 30 stycznia 2026

2236. Randka, kino, strata, szczęście.

Aaaa, poezja piątkowego poranka, wstaję wiedząc, że jutro wstawać nie muszę. Śniło mi się, że byłam na podwórku u rodziców; tuż przede mną wylądował wielki kruk i zaczął karmić czymś kruczątko. Czuła ta chwilą prysnęła jak bańka mydlana, gdy uświadomiłam sobie, że tym czymś jest niedźwiadek. Oczywiście interweniowałam. I tak oto, mamy niedźwiadka ;)

Popołudnie było niezwykle miłe. Nareszcie wydobyłam się z Jamy, pojechaliśmy z Kochanym na Północ, najpierw na obiad do Atami, potem na kawę, następnie do kina na Hamneta (2025). Ach!



W czasie obiadu w suszarni skontaktowałam się z rodzicami. Niestety, Bronisiowe wyniki nadal spadają, może nie zdumiewająco gwałtownie, ale ma to miejsce, takie są fakty. Z Franią za to nie jest najgorzej, dostała syropek na wzmocnienie odporności. Rodzice oczywiście z jednej strony przybici, z drugiej gotują się do wzięcia rzeczywistości na klatę, z trzeciej w międzyczasie rozprawiali się ze sznyclami z wczorajszego kupnego obiadu (sznycle dla olbrzymów, niezjadalne za jednym zamachem).

Nieprzyjemne wydarzenie z którym jeszcze słabo się pogodziłam: zgubiłam jedną mitenkę. Tak byłam dzisiaj podekscytowana i zakutana w różne rzeczy, że prawdopodobnie odłożyłam mitenki na bok w czasie jazdy Babcią i zapomniałam o tym wychodząc z samochodu. Jedną znalazłam po seansie, między fotelem pasażera i drzwiami, więc domyślam się, że druga została gdzieś hen. Może jeszcze ... może jeszcze. Mam męża najlepszego z mężów: objechał ze mną miejsca podejrzane o zagarnięcie mojej mitenki, chodził z latarką i zaglądał pod cudze samochody, wszystko to w oparach po świetnym kinie, które, co tu dużo mówić, wycisnęło mi łzę.

czwartek, 29 stycznia 2026

2235. Czwartek ...

... zaczął się nieprzyjemnie: nie założyłam pierścionka zaręczynowego, ale łeb raczył to zauważyć dopiero pod Jamą i przez dłuższy czas sądziłam, że zgubiłam go w drodze. Mąż znalazł pierścionek dokładnie tam, gdzie trzymam precjoza. Nieprzyjemna sytuacja, na szczęście z happy endem.

Zjedliśmy wege obiad zerkając jak mietczynski gotuje rybi łeb. Pod koniec posiłku Kochany odebrał niespodziewany telefon od Kuzyna Z Miasta Łodzi: mamy zaproszenie na ślub w rodzinie. O!

Na jutro planuję randkę kulinarno-kinową, po krótkiej rozkmince kupiłam bilety i napawam się :) Męczę słuchanie Dantego, utknęłam w Piekle, gdy tymczasem nastrój nie współgra. 

Co tam o Bronisia i innych dowiem się jutro, rodzice pewnie dopiero wrócili z lecznicy. Nasze dwie ślicznoty za to zdrowe, rumiane, pasjami bardzo aktywne: