Jestem, żyję.
Weny twórczej na pisanie brak.
Totalny brak czasu tylko-dla-siebie, bez domowników, w pustym mieszkaniu.
W poprzedniej pracy miałam przynajmniej dłuuugie samotne przedpołudnia. Teraz, gdy chadzam na 12.- ledwo udaje mi się zdążyć z bieżącymi sprawami typu obiad i ogarnięcie chałupy. Po południu- w domu jestem 16.10, Ślubny 16.30. Po prostu nie da się popisać w samotności.
Nie, w życiu nie wrócę do starej pracy. Za dobrze mi w tej ;)
Starszy pracuje, nadal mieszka z nami. Niestety, po trzymiesięcznym okresie próbnym dostał kolejną umowę znowu na trzy miesiące. Z powodu "nadmiernych nerwów" w pracy. A tam w sumie denerwować jest się czym- a jednocześnie nie wolno. Bo praca ze źródłami promieniowania jonizującego. Mam nadzieję, że jakoś się to wszystko ułoży.
Młodszy- ech....
Przekonał się, że nie jest niezniszczalny... Na juwenaliach, koło 10. maja, będąc oczywiście "pod wpływem" zachciało mu się studenckiego toru przeszkód. I upadł tak, że uszkodził kolano. Mocno. Bez możliwości wyprostu. SOR ortopedyczny po dwóch dniach, rentgen, diagnoza- skręcenie, zimne okłady, środki przeciwzapalne. Chodzenie o kulach. Szczęście w nieszczęściu, że uszkodził tylko nogę, a nie nogę i rękę, bo wtedy wspieranie się na kulach byłoby problematyczne.
W tzw. międzyczasie okazało się, że jedzie w październiku na eras_musa. Do Słowe_nii. (Nie mylić ze Słowa_cją!). A tu z kolanem wcale nie jest lepiej. Okazuje się, że o ile na rezonans państwowy czeka się dwa miesiące i dłużej, to po wyasygnowaniu 700 PLN. można go zrobić z dnia na dzień. Nawet o 20.00 w środę tuż przed czwartkiem Bożego Ciała. Tylko na opis trzeba było poczekać. Około 2-3 tygodnie. Długo. My - zaplanowany urlop, stwierdziliśmy, że lecimy, co ma być to będzie. Młody na każdym kroku podkreśla, że jest dorosły i samodzielny... Tia...
I któregoś dnia na leżaczku w Turcji- telefon od Młodego. Że jest opis rezonansu. I potem mail z wynikiem. Zmasakrowane wszystko, co było możliwe, z wisienką na torcie- zerwanym wię_zadłem. Jest połowa czerwca, w październiku planowany wyjazd na pół roku... Z trudem przekonaliśmy Młodszego, że to się samo nie zaleczy. Że trzeba będzie zrobić zabieg. Przypominam- on w kraju, my na urlopie- daleko.
A ponieważ więzadła i kolana są u nas dziedziczne- bo Ślubny parę lat temu też robił rekonstrukcję wię_zadła zerwanego w młodości- to miał jeszcze nazwisko lekarza, który go operował. Namiary w necie. To był piątek, prywatna wizyta umówiona na poniedziałek, my wracamy w następną niedzielę.
Spanikowany Młody dzwoni w poniedziałek po wizycie, że... w czwartek ma się stawić w szpitalu, w piątek zabieg. Bo doktor obejrzał rezonans, złapał za telefon, zadzwonił do kolegi (do państwowego szpitala), że "jest tu taki jeden na szycie na cito". Młody mówił lekarzowi, że ma w październiku wyjazd i zależy mu na czasie, ale nie myślał, że to będzie w takim tempie. Jeszcze we wtorek i środę jakieś egzaminy z sesji... W czwartek Starszy go zawiózł do szpitala, w piątek operacja, w niedzielę wróciliśmy z wojaży, a w poniedziałek Młodszego wypisali ze szpitala.
To było miesiąc temu. I od miesiąca jesteśmy w domu w komplecie... Dorosłe dzieci jednak nie powinny mieszkać z rodzicami. Młody hipochondryczy, raz przesadza z ćwiczeniami, zleconymi przez rehabilitanta (prywatnie, 2x w tygodniu), potem go boli, nie chce ćwiczyć... Jakieś kontrolne prywatne USG, które na szczęście wyszło dobrze... I tak w kółko. W czwartek kontrolna wizyta pooperacyjna w szpitalu, mam nadzieję, że wszystko OK.
Mam trochę dosyć. O urlopie zdążyłam zapomnieć. Zapomniałam też, jak się ogarnia funkcjonowanie domu na 4 dorosłe osoby. Nie mogę się wstrzelić z zakupami, raz za mało chleba, częściej za dużo. Wydaje mi się, że ugotowałam na co najmniej 3 dni, a tu po dwóch już puste gary...
Starszy wziął urlop, pojechał na Pol_and_Rock_Festi_val. Młodszy niepocieszony, że on też nie jedzie, poprosił o wywiezienie do akademika do Warszawy, "bo chce do ludzi". Z kulami, ortezą i piłką do rehabilitacji... I wcale mu się nie dziwię. Z wrodzonym genem "szwendactwa" został uziemiony na już ponad miesiąc I to w wakacje.
W międzyczasie była jeszcze jazda z ogarnięciem mieszkania w Lub_ljanie. Na akademik era_smus_owy się nie załapał, bo za późno zaczął wszystko załatwiać. Jeden falstart ze źle wpłaconą kaucją kilkuset euro, szansa na odzyskanie jest, ale dopiero w przyszłym roku... Coś tam sfinalizował, coś tam podpisał, mam nadzieję, że to już koniec przepraw różnych...
Mam dość...
Staram się cieszyć dzisiejszym samotnym przedpołudniem. Kolejne może jeszcze w czwartek, a potem- nie wiadomo kiedy....